Zdarzyło się nad jeziorem Mystic

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Audio
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Audiobook
Czyta Olga Bończyk
42,90  31,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

– Miałem z tym zaczekać... przynajmniej do przyszłego tygodnia. Ale na myśl, że wrócimy dziś do domu... – Blake potrząsnął głową i reszta zdania zawisła w powietrzu.

Bardzo wolno Annie zamknęła drzwi. Deszcz uderzał w przednią szybę i spływał strużkami po oknach, zasłaniając zewnętrzny świat.

Musiała się przesłyszeć. Marszcząc z niezadowoleniem brwi, wyciągnęła do niego rękę.

– O czym ty mówisz...?

Przycisnął się do okna, jakby jej dotyk – dotyk, który znał od tak dawna – był mu wstrętny.

Nagle stało się to rzeczywiste, przez ten gest, na który nigdy by sobie nie pozwolił. Jej mąż prosił o rozwód. Gdy cofnęła rękę, zauważyła, że drży.

– Powinienem był zrobić to już dawno, Annie. Nie jestem szczęśliwy. Od lat nie jestem z tobą szczęśliwy.

Nigdy nie doznała takiego wstrząsu. Przenikał ją całą, rozchodząc się po ciele paraliżującymi falami. Głos ugrzązł jej gdzieś w głębi i nie mogła z siebie wydobyć nawet urywanych dźwięków.

– Sam nie mogę uwierzyć w to, co mówię – powiedział cicho, a ona usłyszała jego chrapliwy, zdławiony oddech. – Widuję się z kimś innym... z inną kobietą.

Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. Miał romans. Słowo to zapadało w nią, raniąc aż do kości. Teraz mnóstwo drobnych szczegółów nagle zaczęło pasować: nie pojawiał się na kolacji, podróżował do egzotycznych miejscowości, zaczął nosić nowe jedwabne bokserki, po tylu latach zmienił wodę kolońską z Polo na Calvina Kleina, no i tak rzadko się kochali...

Jakże mogła być tak ślepa? Musiała wiedzieć. Gdzieś w głębi duszy, w jakimś prymitywnym jądrze kobiecości, musiała wiedzieć, co się święci, ale wolała nie zwracać na to uwagi.

Odwróciła się do niego, tak bardzo pragnąc go dotknąć, że aż sprawiało jej to fizyczny ból. Przez pół życia dotykała męża, gdy tylko naszła ją taka chętka, a teraz odebrał jej to prawo.

– Damy sobie z tym radę... – mówiła słabym, jakby nieswoim głosem. – W małżeństwach ciągle ktoś romansuje na boku... daj mi trochę czasu, żebym ci przebaczyła, nauczyła się znowu ci wierzyć, ale...

– Nie chcę twojego przebaczenia.

To się nie mogło zdarzyć. Nie jej. Nie im. Słyszała słowa i czuła ból, ale cały czas miała oszałamiające poczucie nierzeczywistości tej rozmowy.

– Przecież tyle osiągnęliśmy. Byliśmy razem wiele lat. Mamy Natalie. Poradzimy sobie z tym, może spróbujemy poszukać pomocy w poradni rodzinnej. Wiem, że mamy kłopoty, ale wszystko się ułoży.

– Nie chcę próbować, Annie. Chcę się stąd wynieść.

– Ale ja nie chcę. – Jej głos przeszedł w cienkie, błagalne skomlenie. – Jesteśmy rodziną. Nie możesz odrzucić, ot tak, dwudziestu lat... – Nie potrafiła znaleźć właściwych słów. Przeraziła ją ta nagła cisza, którą znalazła w swojej duszy; zlękła się, że istnieją słowa, które mogą uratować jej małżeństwo, a ona nie potrafi ich przywołać. – Proszę cię, proszę, nie rób tego...

Nie odzywał się przez długą chwilę – tak długą, że znalazła pasemko nadziei i wplotła je w solidny materiał. „Zmieni zdanie. Uświadomi sobie, że jesteśmy rodziną i powie, że to tylko kryzys wieku średniego. Na pewno...”

– Kocham ją.

Żołądek Annie zaczął się powoli i z udręką rozpadać.

Kocha ją? Jak może kochać kogokolwiek innego? Miłość wymaga czasu i trudu. By stworzyć coś rzeczywistego, potrzeba miliona maleńkich chwil, nałożonych jedna na drugą. Ta deklaracja miłości i wszystko, z czym się wiązała, pomniejszała Annie. Poczuła się drobniutką, znikającą osóbką, odległą o milion kilometrów od człowieka, którego zawsze kochała.

– Od jak dawna?

– Prawie od roku.

Poczuła pierwsze, gorące łzy. A więc od roku wszystko między nimi było kłamstwem. Wszystko.

– Kim ona jest?

– To Suzannah James. Nowa, młodsza partnerka w firmie.

Suzannah James, jedna z kilkunastu gości na urodzinowym przyjęciu Blake’a w zeszły weekend. Chuda młoda kobieta w turkusowej sukience, która piła każde słowo z ust Blake’a. Tańczył z nią przy melodii Na tym pocałunku oprzyjmy marzenia.

Łzy kłuły oczy Annie, zamazując wszelkie kontury.

– Ale po przyjęciu kochaliśmy się...

Czy w ciemności widział twarz Suzannah? Dlatego zgasił światła w sypialni, nim dotknął żony? Wymknął się jej cichy, skomlący jęk. Nie była w stanie dusić w sobie tego wszystkiego.

– Blake, proszę cię...

Miał bezradną minę, sam nieco zagubiony, a gdy wydawał się tak bezbronny, znowu był Blakiem, jej mężem. Nie tym lodowatym człowiekiem, który nie chciał napotkać jej spojrzenia.

– Kocham ją, Annie. Nie zmuszaj mnie, bym znowu to powtarzał.

Gorzkie pozostałości jego wyznania skaziły powietrze, nie miała czym oddychać. „Kocham ją, Annie”.

Gwałtownie otworzyła drzwi samochodu i na oślep, potykając się, podeszła ceglanym podjazdem do domu. Deszcz uderzał ją w twarz, mieszając się ze łzami. Przy drzwiach wyciągnęła klucze z torebki, lecz ręka tak jej się trzęsła, że za pierwszym razem nie mogła trafić do dziurki. Potem klucz wsunął się w otwór i głośno przekręcił.

Wślizgnęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi.


Annie wychyliła drugą szklankę wina i nalała sobie trzecią. Zazwyczaj po dwóch szklankach chardonnay szumiało i kręciło się jej w głowie, usiłowała też przypomnieć sobie piosenki z młodości, lecz tym razem trunek nie pomógł.

Chodziła po domu jak we mgle, usiłując uzmysłowić sobie, co złego zrobiła, dlaczego jej się nie powiodło.

Gdyby to wiedziała, może zdołałaby wszystko naprawić. Przez ostatnich dwadzieścia lat zawsze na pierwszym miejscu stawiała potrzeby rodziny, a jednak poniosła porażkę, przez co została sama, tęskniąc za córką, która wyjechała, i mężem, zakochanym w innej kobiecie.

Gdzieś po drodze zapomniała to, o czym powinna była pamiętać. Tej lekcji nauczyła się wcześnie – i wydawało się jej, że umiała ją dobrze. Ludzie odchodzą, a jeśli kochasz zbyt mocno, zbyt gwałtownie, ich szybkie i nagłe zniknięcie może zmrozić człowieka do głębi duszy.

Weszła do łóżka i zagrzebała się pod kołdrą, lecz gdy zdała sobie sprawę, że leży po „swojej” stronie, poczuła się, jakby dostała policzek. Wino podeszło jej do gardła, miało smak tak kwaśny, że omal nie zwymiotowała. Wpatrzyła się w sufit, mruganiem starając się odpędzić łzy. Czuła, że z każdym urywanym oddechem staje się coraz mniejsza.

Co ma teraz robić? Zawsze myślała w kategoriach całej rodziny, nie wiedziała już nawet, czy ma jakieś wewnętrzne „ja”. Budzik na nocnym stoliku tykał nieprzerwanie... a ona łkała.


Zadzwonił telefon.

Annie obudziła się za pierwszym dzwonkiem, serce jej waliło. To on, dzwoni, by jej powiedzieć, że wszystko było pomyłką, że przeprasza i że zawsze ją kochał. Lecz gdy podniosła słuchawkę, usłyszała śmiech Natalie.

– Hej, mamo, wszystko poszło świetnie – zaczęła wesoło.

Głos córki sprawił, że Annie znowu poczuła ból w sercu. Usiadła na łóżku i przeczesała drżącą ręką splątane włosy.

– Jak się masz, kochanie? Nie mogę uwierzyć, że już tam jesteś. – Mówiła cienkim, urywanym głosem. Zaczerpnęła głęboko powietrza, usiłując się uspokoić. – Więc jak przeszedł ci lot?

Natalie wdała się w długi monolog, który trwał nieprzerwanie przez piętnaście minut. Annie słuchała o podróży samolotem, lotnisku, dziwacznym londyńskim metrze oraz że domy są połączone ze sobą – jak w San Francisco, wiesz, mamo...

– Mamo?

Annie uświadomiła sobie ze strachem, że zapadła w milczenie. Słuchała Natalie – naprawdę uważnie – lecz jakiś drobny, pozbawiony znaczenia zwrot w rozmowie przywiódł jej na myśl Blake’a, samochód, który nie stoi w garażu, oraz jego samego, którego nie ma w łóżku.

Boże, jak to się wszystko teraz potoczy?

– Mamo?

Annie z całej siły zacisnęła powieki w nikłej próbie ucieczki. W jej głowie bezustannie rozbrzmiewał jednostajny, świszczący ryk.

– Jestem, Natalie. Przepraszam. Opowiadałaś mi o rodzinie, u której mieszkasz.

– Nic ci nie jest, mamo?

Łzy spływały po policzkach Annie. Nawet nie próbowała ich wycierać.

– Ze mną wszystko w porządku. A co u ciebie?

Milczenie zatrzeszczało w słuchawce.

– Tęsknię za wami.

Annie usłyszała samotność w głosie córki i musiała wszystkimi siłami zapanować nad sobą, by nie wyszeptać do telefonu: „Wróć do domu, Nano. Razem będziemy samotne”.

– Uwierz mi, Nano, że szybko nawiążesz nowe przyjaźnie. Zanim się obejrzysz, będziesz się tak dobrze bawić, że nie wystarczy ci czasu, by siedzieć w domu i czekać na telefon od starej matki. Piętnasty czerwca nadejdzie o wiele za szybko.

– Wydajesz mi się trochę niespokojna. Dasz sobie radę beze mnie?

Annie roześmiała się. Był to nerwowy, niespokojny dźwięk.

– Oczywiście, że tak. I nie waż się o mnie martwić.

– Niech będzie. – Powiedziała to tak cicho, że Annie musiała mocno nadstawić ucha, by usłyszeć słowa córki. – Może porozmawiam z tatą, zanim się rozpłaczę.

Annie się wzdrygnęła.

– Nie ma go.

– Ach tak.

– Ale cię kocha. Prosił, żebym ci to przekazała.

– No, myślę. Więc zadzwonisz w poniedziałek?

– Jak w zegarku.

– Kocham cię, mamo.

Annie znowu poczuła potok łez w gardle, skurczonym tak, że ledwo mogła mówić. Powściągnęła gwałtowne pragnienie, by przestrzec Natalie przed światem, przed związkami, które bez ostrzeżenia rozpadają się w deszczowy dzień.

 

– Uważaj na siebie, Natalie. Kocham cię.

– Ja też cię kocham.

Połączenie zostało przerwane.

Annie odłożyła słuchawkę, wypełzła z łóżka i po omacku, potykając się, weszła do łazienki. Światła rozbłysły niczym blask na filmach Olivera Stone’a. Z przerażeniem wpatrywała się w swe odbicie w lustrze. Nadal nosiła ubranie, które miała na sobie na lotnisku, tak pogniecione, że go nie rozpoznawała. Włosy przylgnęły jej do głowy, jakby użyła kleju zamiast odżywki.

Uderzyła pięścią w wyłącznik. W błogosławionej ciemności rozebrała się do majtek i biustonosza, zostawiając na posadzce stosik zmiętej odzieży. Z łazienki wyszła jako zmęczona, stara i opuchnięta kobieta, która z powrotem wpełzła do łóżka.

Czuła go w materii pościeli. Ale to nie był on. Blake – jej Blake – zawsze używał Polo. Co roku dawała mu tę wodę kolońską jako prezent gwiazdkowy, który przychodził już opakowany w zielone świąteczne pudełko do sklepu Nordstroma. Dawała mu Polo co roku, a on używał go co dzień, póki Calvin Klein i Suzannah nie zmienili wszystkiego.


Najlepsza przyjaciółka Annie pojawiła się wcześnie następnego ranka, rześka i promienna. Waliła pięściami we frontowe drzwi, krzycząc:

– Otwieraj zaraz, do cholery, bo wezwę straż pożarną!

Annie narzuciła na siebie czarny jedwabny szlafrok Blake’a i potykając się, ze znużeniem podeszła do drzwi. Miała potwornego kaca po wypitym poprzedniego wieczoru winie i samo otwarcie drzwi kosztowało ją niemało wysiłku. Kosztowne kamienne płytki podłogowe pod jej bosymi stopami były zimne jak lód.

W drzwiach stała Terri Spencer, ubrana w spłowiały drelichowy kombinezon. Gęsty, kędzierzawy nimb czarnych włosów przysłaniał szal w kolorze wściekłego szkarłatu. Z jej uszu zwisały wielkie złote koła. Wyglądała jak Cyganka, którą grała w popularnej reklamie. Terri skrzyżowała ramiona, uniosła jedno bujne biodro i obrzuciła wzrokiem Annie.

– Wyglądasz okropnie.

Annie westchnęła. Oczywiście, Terri już wiedziała. Nieważne, za jak wolnego ducha pragnęła uchodzić jej przyjaciółka – obecny mąż Terri był prawnikiem, a prawnicy lubią plotkować.

– Słyszałaś już.

– Musiałam usłyszeć od Franka. Mogłaś sama zadzwonić.

Annie drżącą ręką przeczesała splątane włosy. Ona i Terri były przyjaciółkami od zawsze, jak siostry. Lecz mimo wszystkiego, co razem przeszły, choć wspólnie przeżywały dole i niedole, Annie nie wiedziała, jak zacząć. Zazwyczaj opiekowała się Terri, aktorką o niezwykle silnej osobowości, i razem z nią brnęła przez ciągłe rozwody i małżeństwa. Annie przywykła troszczyć się o wszystkich. Z wyjątkiem siebie.

– Miałam zadzwonić, ale to takie... trudne.

Terri objęła Annie pulchnym ramieniem i popchnęła ją na przeładowaną sofę w saloniku. Potem zaczęła chodzić od okna do okna, odciągając białe jedwabne zasłony. Wysokie na sześć metrów okna, biegnące od ściany do ściany, stanowiły obramowanie morza i nieba, tak niebieskich, że aż kłuły w oczy i nie dawały Annie żadnej kryjówki.

Gdy Terri wreszcie przestała się miotać, usiadła na sofie obok Annie.

– No więc, co się, kurde, stało? – spytała cicho.

Annie żałowała, że nie może się uśmiechnąć – tego Terri pragnęła, dlatego posłużyła się wulgarnym językiem – lecz Annie nie zdołała pójść jej na rękę. Jeśli powie to głośno, jej tragedia stanie się zbyt rzeczywista. Pochyliła się do przodu, kryjąc zapuchniętą twarz w dłoniach.

– O Boże...

Terri wzięła Annie w ramiona i trzymała ją mocno, kołysząc przyjaciółkę w przód i w tył, odgarniając brudne włosy z jej lepkich policzków. To dobrze, że ją podtrzymuje na duchu i pociesza, dobrze, że Annie nie jest tak samotna, jak jej się wydawało.

– Przeżyjemy to – odezwała się wreszcie Terri. – Choć wydaje ci się, że już gorzej być nie może, mimo wszystko przetrwasz, masz moje słowo. Blake i tak był dupkiem. Lepiej ci będzie bez niego.

Annie odsunęła się i spojrzała na przyjaciółkę przez zasłonę piekących łez.

– Nie chcę... być bez niego.

– Jasne, że nie. Chodzi mi tylko o to...

– Wiem, o co ci chodzi. Chodzi ci o to, że będzie mi coraz lżej. Akurat ci wierzę. Zmieniasz mężów częściej niż ja bieliznę.

Gęste, czarne brwi Terri uniosły się w łuk.

– Przyznaję jeden punkt gospodyni domu. Annie, posłuchaj, wiem, że jestem szorstka i pesymistycznie nastawiona, dlatego moje małżeństwa padały, jedno za drugim, ale pamiętasz, jaka byłam? Pamiętasz mnie ze studiów?

Annie pamiętała, choć wcale tego nie chciała. Terri była małą, słodką Pollyanną, dlatego zostały przyjaciółkami. Terri pozostała niewinna aż do dnia, gdy jej pierwszy mąż, Rom, wrócił do domu z wieścią, że ma romans z córką ich księgowego. Terri została powiadomiona dwadzieścia cztery godziny naprzód, po czym, bach! – zlikwidowano jej rachunek, oszczędności tajemniczo „wyszły”, a praktyka medyczna, którą oboje mozolnie tworzyli, została sprzedana kumplowi za dolara.

Od tej pory Annie zawsze była z Terri, piła z nią wino w środku dnia, a nawet parę razy wspólnie popalały, co doprowadzało Blake’a do szału. „Dlaczego trzymasz się tej taniej nieudacznicy?” – wypytywał ją. „Masz mnóstwo ciekawszych przyjaciółek”. W takich razach Annie wyjątkowo sprzeciwiała się Blake’owi.

– Siedziałaś wtedy ze mną codziennie – rzekła cicho Terri, ujmując Annie za rękę i lekko ją ściskając. – Przeprowadziłaś mnie przez to, a teraz ja zostanę, żeby ci pomóc. Kiedy tylko będziesz mnie potrzebować. Dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Nie miałam pojęcia, że to aż tak boli... Czuję się, jakbym... – Łzy upokorzenia znowu ją paliły. Chciała je powstrzymać, ale okazało się to niemożliwe.

– To tak, jakbyś miała wewnętrzny krwotok... czujesz, że już nigdy nie będziesz szczęśliwa? Znam to.

Annie przymknęła oczy. Nie mogła już znieść współczucia Terri. Nie chciała, by jej przyjaciółka wiedziała tak wiele, nie Terri, która potrafiła utrzymać małżeństwo najwyżej przez kilka lat i nie była dość obowiązkowa, by opiekować się psem czy kotem. Aż strach pomyśleć, że to... normalne. Jak gdyby utrata dwudziestu lat w ogóle się nie liczyła, po prostu jeszcze jeden rozwód w kraju, w którym rocznie zrywa ze sobą milion par małżeńskich.

– Słuchaj, skarbie, przykro mi to wyciągać, ale nie mam wyjścia. Blake jest sprytnym adwokatem. Musisz się zabezpieczyć.

To miażdżąca rada, z gatunku tych, po których kobieta pragnie zwinąć się w kłębek w środku maleńkiej, pękniętej kuli. Annie próbowała się uśmiechnąć.

– Blake nie jest taki.

– Akurat. Zapytaj samą siebie, jak dobrze go znasz.

Annie nie była w stanie teraz stawić temu czoła. Dość, że cały zeszły rok przeżyła w kłamstwie. Nie potrafiła przejść do porządku dziennego nad tym, że Blake mógłby stać się dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Wpatrywała się w Terri z nadzieją, że przyjaciółka zrozumie.

– Chcesz, bym stała się kimś, kim nie jestem, Terri. Co, uważasz, że powinnam pójść do banku, podjąć wszystkie pieniądze, nasze pieniądze? To byłby... koniec wszystkiego. Przyznałabym, że chodzi nam o rzeczy... wyłącznie o rzeczy. Nie mogę tego zrobić Blake’owi. Nie mogę zrobić tego sobie. Nadal mam zaufanie do niego, choć wiem, że to naiwne, wręcz głupie, ale przez większą część mojego życia był moim przyjacielem.

– Ładny z niego przyjaciel.

Annie dotknęła pulchnej dłoni przyjaciółki.

– Kocham cię za to, że się o mnie martwisz, Terri. Naprawdę, ale chyba nie dojrzałam jeszcze do przyjmowania rad. Mam nadzieję... – Jej głos przeszedł w szept. Czuła się straszliwie naiwna, patrząc w smutne, znające życie oczy Terri. – Nadal chyba mam nadzieję, że to nie będzie potrzebne.

Terri zmusiła się do promiennego uśmiechu.

– Może masz rację. Może przeżywa tylko kryzys wieku średniego i jakoś przez to przebrnie.

Przegadały następnych parę godzin. Raz po raz Annie wyciągała wspomnienie czy anegdotkę ze swego małżeństwa i rzucała nimi, jakby rozmowa o jej życiu, przywoływanie go, mogły sprowadzić Blake’a z powrotem do domu.

Terri uśmiechała się i obejmowała ją, lecz nie udzielała już więcej praktycznych rad, za co Annie była jej wdzięczna. Gdzieś tak koło południa zamówiły w Granicie dużą pizzę z jagnięcą kiełbasą, usiadły na tarasie i zjadły wszystko co do okruszka. Gdy wreszcie słońce zaszło za błękitnym Pacyfikiem, Annie wiedziała, że Terri niebawem będzie musiała już iść.

Annie odwróciła się do przyjaciółki i zadała wreszcie pytanie, które dręczyło ją przez większą część popołudnia.

– A jeśli on nie wróci, Terri? – zapytała tak cicho, że przez chwilę słowa zdały się przytłumione odległym szumem przypływu.

– Jeśli nie wróci?

Annie odwróciła wzrok.

– Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Co zrobię? Dokąd pójdę?

– Wrócisz do domu – rzekła Terri. – Gdybym miała takiego fantastycznego ojca jak Hank, nie zastanawiałabym się ani chwili.

Dom. Po raz pierwszy uderzyło ją, że słowo to jest kruche jak chińska porcelana.

– Dom jest tam, gdzie Blake.

– Och, Annie – westchnęła Terri, ściskając ją za rękę. – Teraz już nie.


Dwa dni później zadzwonił.

Jego głos był najmilszym dźwiękiem, jaki słyszała w życiu.

– Blake...

– Muszę się z tobą zobaczyć.

Przełknęła z trudem ślinę i poczuła nagłe ukłucie łez. „Dzięki ci, Boże. Wiedziałam, że wróci” – pomyślała, a głośno spytała:

– Teraz?

– Nie. Dzisiaj mam mnóstwo spraw na głowie. Kiedy tylko będę mógł się wyrwać.

Po raz pierwszy od wielu dni Annie odetchnęła swobodnie.


Gdy Blake wpatrywał się w śmigające w górę białe narożniki domu, nieoczekiwanie zdał sobie sprawę ze straty. Ten ich dom był tak piękny, tak oszałamiająco współczesny. Prawdziwa perła na ulicy, gdzie nawet budynek przeznaczony do rozbiórki kosztuje pięć milionów dolarów i nic nie jest zbyt kosztowne.

Annie wymyśliła, stworzyła i urządziła tę rezydencję. Widok – morze, piasek i niebo – przetransponowała na dom, który zdawał się wyrastać z górskiego zbocza. Wybrała każdą płytkę, każdy uchwyt, w całym domu przewijały się dziwaczne głupstewka, dobrane pod wpływem kaprysu – tu aniołek, ówdzie chimera, cienka jak mysi ogonek stara makrama na doniczkę wisząca w rogu pokoju, w którym boazeria kosztowała dziesięć tysięcy dolarów za metr kwadratowy, rodzinna fotografia w ramce domowej roboty z muszelek. Na każdym skrawku odcisnęła piętno swej bujnej, nieco zwichrowanej osobowości.

Usiłował sobie przypomnieć, jak to było, kiedy ją kochał, ale już nie pamiętał.

Od dziesięciu lat sypiał z innymi kobietami. Uwodził je, szedł z nimi do łóżka, a potem o nich zapominał. Podróżował z tymi damami, spędzał z nimi noc, a przez ten czas Annie siedziała w domu, przygotowując potrawy według przepisów z magazynu „Smakosz”, dobierając farby i próbki oraz wożąc Natalie do szkoły i z powrotem do domu. Powinna była się domyślić, że już jej nie kocha, ale była tak cholernie ufna. U ludzi widziała tylko najlepsze cechy, a gdy kochała, to ciałem i duszą, na zawsze.

Westchnął, gdyż poczuł nagłe zmęczenie. Dobiegając czterdziestki, zmienił spojrzenie na świat, nie chciał być już uwięziony w małżeństwie bez miłości.

Nim siwizna przeczesała ohydnymi paluchami jego czuprynę, a pod błękitnymi oczyma zarysowały się zmarszczki, wydało mu się, że posiadł wszystko – zrobił błyskotliwą karierę, miał piękną żonę, kochającą córkę i tyle swobody, ile dusza zapragnie.

Podróżował ze swoimi kumplami ze studiów dwa razy do roku, jeździł na ryby na odległe wyspy o pięknych plażach, po których przechadzały się jeszcze piękniejsze kobiety, dwa razy w tygodniu grywał w koszykówkę, a w piątkowe noce przesiadywał w barach aż do rana. W przeciwieństwie do swych kolegów miał wyrozumiałą żonę, która zostawała w domu. Idealna żona i matka – wszystko, czego, jak mu się wydawało, pragnął.

Potem poznał Suzannah. To, co początkowo wyglądało na jeszcze jeden podbój seksualny, zmieniło się w coś zupełnie nieoczekiwanego – miłość.

 

Po raz pierwszy od lat czuł się młody i pełen życia. Kochali się wszędzie, o wszystkich porach dnia i nocy. Suzannah nie obchodziło, co pomyślą sąsiedzi, nie martwiła się też, że w przyległym pokoju śpi dziecko. Była szalona i nieprzewidywalna, a także niezwykle rozgarnięta – w przeciwieństwie do Annie, która uważała, że komitety rodzicielskie mają taki sam wpływ na losy świata jak EWG.

Wolnym krokiem podszedł do frontowego wejścia. Jeszcze zanim sięgnął do dzwonka, drzwi, ręcznie rzeźbione w różanym drzewie, uchyliły się.

Stała na progu, nerwowo zacisnąwszy ręce na biodrach. Kremowa jedwabna suknia przylegała do jej ciała i nie mógł nie zauważyć, że schudła w ciągu ostatnich paru dni – a Bóg świadkiem, że nie mogła sobie na to pozwolić.

Jej drobna twarzyczka w kształcie serca miała niepokojąco blady odcień, a oczy, zazwyczaj promienne i zielone niczym koniczynka, były przygasłe i przekrwione. Długie włosy ciasno ściągnęła w kucyk, który uwydatniał ostre linie jej kości policzkowych i sprawiał, że wargi wyglądały na spuchnięte. Kolczyki wpięła na chybił trafił, w jednym uchu miała perłę, w drugim brylant, i owa drobna niezgodność uświadomiła mu, jak dotkliwy ból musiała jej sprawić ta zdrada.

– Blake...

Usłyszał w jej głosie drobny zaśpiew nadziei i nagle zdał sobie sprawę, co musiała odczuwać, gdy zadzwonił dziś rano.

Niech to szlag! Jak może być aż tak głupia?

Cofnęła się od drzwi, wygładzając nieistniejącą fałdkę na sukni.

– Wejdź, wejdź. Czy... – Pospiesznie odwróciła się, lecz zdążył jeszcze zauważyć, że przygryzła dolną wargę – nerwowy tik, który miała od młodości. Wydawało mu się, że chce coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili odwróciła się i poprowadziła go przez przedpokój na ogromny, kilkupoziomowy taras, wychodzący na spokojny skrawek plaży Malibu.

Chryste Panie, żałował, że w ogóle przyszedł. Nie chciał patrzeć, jak ból w jej głosie ustępuje nagłej uldze, jak Annie wygładza suknię i wtyka palce we włosy.

Poprowadziła go do stołu, gdzie na eleganckiej srebrnej tacy stał dzban z lemoniadą – jego ulubioną – oraz dwie kryształowe szklanki.

– Natalie powoli się urządza. Rozmawiałam z nią tylko raz... miałam zamiar zadzwonić, ale... cóż... było mi ciężko. Obawiałam się, że coś usłyszy w moim głosie. I, oczywiście, zapyta o ciebie. Może później... kiedy tu będziesz... zadzwonimy jeszcze raz.

– Nie powinienem był tu przychodzić. – Powiedział to ostrzej, niż zamierzał, ale nie mógł już znieść drżenia w jej głosie.

Podskoczyła jej ręka. Lemoniada rozprysnęła się na brzegu szklanki i rozlała na szary, kamienny stół. Nie odwróciła się ku niemu, z czego się ucieszył. Nie chciał widzieć jej twarzy.

– No więc dlaczego...?

Coś w jej głosie – rezygnacja, a może udręka – nagle go dopadło. Jego oczy wezbrały łzami, nie mógł uwierzyć, że to naprawdę bolało. Wyciągnął z kieszeni tymczasowy projekt ugody, który sam naszkicował. Bez słowa pochylił się nad jej ramieniem i położył go na stole. Na rozlanej lemoniadzie wylądowała krawędź koperty. Zaczęła się na niej tworzyć ciemna, wzdęta plama.

Nie mógł oderwać od niej oczu.

– Tu są dokumenty, Annie...

Nie poruszyła się, nie odpowiedziała, po prostu stała, odwrócona do niego plecami.

Wyglądała żałośnie, z opuszczonymi ramionami i palcami zaciśniętymi na krawędzi stołu. Nie musiał patrzeć jej w twarz, by wiedzieć, co czuje. Widział, jak z jej oczu kapią łzy, jedna za drugą, rozpryskując się na kamiennym blacie niczym krople deszczu.