Wielka samotnośćTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wielka samotność
Wielka samotność
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80 58,24
Wielka samotność
Wielka samotność
Wielka samotność
Audiobook
Czyta Paulina Raczyło
39,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1974

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

1978

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

1986

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Podziękowania


Tytuł oryginału

THE GREAT ALONE

Wydawca

Grażyna Woźniak

Jacek Fronczak

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Anna Landowska

Korekta

Agnieszka Piotrowicz

Copyright © 2018 by Kristin Hannah

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Anna Zielińska, 2018

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Piotr Trzebiecki

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-919-6

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dedykuję

kobietom w mojej rodzinie. Wszystkie są wojowniczkami:

Sharon, Debbie, Laurze, Julie, Mackenzie, Sarze, Kaylee, Toni, Jacqui, Danie, Leslie, Katie, Joan, Jerrie, Liz, Courtney i Stephanie.

A także

Bradenowi, naszemu najnowszemu miłośnikowi przygód.

Natura nigdy nas nie oszukuje,

to zawsze my oszukujemy samych siebie.

Jean-Jacques Rousseau

1974

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Wiosną deszcz targany podmuchami wiatru bębnił o dachy. Woda wdzierała się w najwęższe szczeliny i podmywała najsolidniejsze fundamenty. Skarpy, które przetrwały pokolenia, pękały i osuwały się błotnistą mazią na drogi, porywając ze sobą domy, samochody i baseny. Powalone drzewa zrywały linie elektryczne; nie było prądu. Rzeki występowały z brzegów, zalewały posesje, niszczyły domy. Ludzie, którzy normalnie się kochali, warczeli na siebie, temperatura kłótni rosła wraz z poziomem wód i ilością padającego deszczu.

Leni też się denerwowała. Była w szkole nowa, ot, po prostu anonimowa twarz w tłumie; dziewczynka z długimi włosami z przedziałkiem pośrodku, która nie miała przyjaciół i zawsze chodziła sama.

Siedziała na łóżku z chudymi nogami podciągniętymi pod brodę, obok leżało Wodnikowe wzgórze w miękkiej oprawie z oślimi uszami. Przez cienką ścianę ich parterowego domu słyszała matkę:

– Ernt, kochanie, proszę cię. Posłuchaj… – i gniewną odpowiedź ojca:

– Coro, odczep się, do cholery.

Znowu to samo. Kłócą się. Krzyczą.

Niedługo przyjdzie kolej na płacz.

W taką pogodę ojciec wpadał w czarny nastrój.

Leni zerknęła na zegar przy łóżku. Jeżeli natychmiast się nie pozbiera, spóźni się na lekcje, a w gimnazjum niepotrzebne zwracanie na siebie uwagi jest jeszcze gorsze od bycia nową. Boleśnie się o tym przekonała – w ciągu ostatnich czterech lat chodziła do pięciu szkół. I chociaż w żadnej z nich nie znalazła sposobu na nawiązanie przyjaźni, uparcie liczyła na akceptację. Westchnęła ciężko, wyprostowała nogi i zsunęła się z wąskiego łóżka. Cicho przeszła przez swój skromnie umeblowany pokój, wysunęła się na korytarz i przystanęła w wejściu do kuchni.

– Do cholery, Coro – odezwał się ojciec. – Wiesz, jakie to dla mnie trudne.

Mama podeszła do niego z wyciągniętymi ramionami.

– Kochanie, potrzebujesz pomocy. To nie twoja wina. Te koszmary…

Leni odchrząknęła, chcąc przyciągnąć uwagę rodziców.

– Hej! – bąknęła.

Na jej widok ojciec odsunął się o krok od matki. Widziała znużenie i rezygnację na jego twarzy.

– Ja… muszę do szkoły.

Mama wyjęła papierosa z kieszonki na piersi różowego stroju kelnerki. Wyglądała na zmęczoną. Wczoraj pracowała na wieczornej zmianie, a dziś szła na popołudnie.

– Idź, Leni. Nie możesz się spóźnić. – Głos miała łagodny, delikatny, jak ona sama.

Leni obawiała się zostać i obawiała się wyjść. To dziwaczne, a nawet głupie, jednak często miała wrażenie, że to ona jest jedyną dorosłą osobą w rodzinie, stabilizatorem, który utrzymuje trzeszczącą łajbę Allbrightów na wodzie. Mama była wiecznie zajęta „poszukiwaniem siebie”. W ciągu ostatnich kilku lat spróbowała elektrowstrząsów, psychoterapii humanistycznej, treningu duchowego, była unitarianką, a nawet buddystką. Z kolejnych fascynacji wybierała to, co jej pasowało. Według Leni przeważnie pozostawały po nich koszulki z nadrukami oraz złote myśli w rodzaju: to, co jest, jest, a czego nie ma, nie ma. Niewiele z tego wynikało.

– Tak, idź – odezwał się tata.

Leni ściągnęła plecak z krzesła przy kuchennym stole i ruszyła do wyjścia. Zamykając za sobą drzwi, usłyszała, jak rodzice zaczynają od nowa.

– Do cholery, Coro…

– Ernt, proszę, tylko posłuchaj…


Ich życie nie zawsze tak wyglądało. Przynajmniej tak mówiła mama. Przed wojną byli szczęśliwi, mieszkali wtedy w Kent na kempingu dla przyczep turystycznych, tata pracował jako mechanik, mama chodziła roześmiana i gotując obiad, kołysała się w rytm piosenki Piece of My Heart Janis Joplin (tańcząca mama, tylko tyle Leni zapamiętała z tamtych lat).

A potem tatę wzięli do wojska i wysłali do Wietnamu. Został zestrzelony i trafił do niewoli. Bez niego mama się rozsypała; właśnie wtedy do Leni dotarło, jaka jest krucha. Przez jakiś czas nigdzie nie mogły zagrzać miejsca, były kolejne prace i miasta, aż w końcu znalazły dom w komunie w Oregonie. Tam doglądały uli, robiły saszetki z lawendą, sprzedawały je na targu i uczestniczyły w protestach przeciwko wojnie. Mama wzięła się w garść i jakoś się dostosowała.

Kiedy wreszcie tata do nich wrócił, Leni ledwo go poznała. Tamten przystojny, roześmiany mężczyzna z jej wspomnień zmienił się w zamkniętego ponuraka, który łatwo wybuchał. Najwyraźniej nie podobało mu się w komunie, bo się stamtąd wynieśli. Wkrótce znowu się przeprowadzili. A potem jeszcze raz, bo tata nigdzie się nie odnajdywał.

 

Źle sypiał i nie potrafił utrzymać pracy, chociaż mama twierdziła, że jest najlepszym mechanikiem pod słońcem.

Dlatego dzisiaj się pokłócili – tatę znowu wyrzucono z roboty.

Leni naciągnęła kaptur na głowę. W drodze do szkoły przecinała osiedle zadbanych domów, omijała ciemny las (trzymaj się od tego miejsca z daleka), przechodziła koło fast foodu A&W, w którym dzieciaki ze szkoły średniej spędzały weekendy, i obok stacji benzynowej, gdzie czekał sznur samochodów, żeby zatankować benzynę po pięćdziesiąt pięć centów za galon.

Obecnie cena paliwa wszystkich równo wkurzała.

Leni zdążyła zauważyć, że dorośli w ogóle są nerwowi. I nic dziwnego. Wojna w Wietnamie podzieliła kraj. Gazety codziennie donosiły o tragicznych wydarzeniach: zamachy bombowe organizacji Weatherman czy IRA; porwania samolotów; uprowadzenie Patty Hearst. Masakra podczas igrzysk olimpijskich w Monachium wstrząsnęła całym światem, podobnie jak afera Watergate. A ostatnio studentki z Uniwersytetu Stanu Waszyngton zaczęły znikać bez śladu. Świat był niebezpiecznym miejscem.

Leni wszystko by oddała za prawdziwą przyjaźń. Bardzo potrzebowała kogoś, z kim mogłaby rozmawiać.

Tyle że od mówienia zmartwień nie ubędzie. W takim razie po co komu zwierzenia?

Jasne, tata czasem wpadał w złość i wrzeszczał, brakowało im pieniędzy, no i co rusz się przenosili, uciekając przed wierzycielami, ale tak już wyglądało ich życie i w sumie się kochali.

Jednak czasami, szczególnie w takie dni jak ten, ogarniał ją strach. Miała wrażenie, że jej rodzina stoi na krawędzi przepaści i lada moment ziemia usunie się im spod stóp i porwie ich ze sobą, tak jak to się stało z tamtymi domami w Seattle, które się rozpadły, zjeżdżając z rozmokłych zboczy.


Po szkole Leni wróciła do domu w deszczu, sama.

Ich dom stał w połowie ślepej ulicy. Działka odstawała wyglądem od pozostałych: w skrzynkach na parapetach brunatnego parterowca nie rosły kwiaty, rynny były pozapychane, drzwi garażu się nie zamykały. Kępki chwastów rosły w szczelinach pomiędzy butwiejącymi szarymi gontami. Maszt pozbawiony flagi oskarżycielsko celował w niebo, jednoznacznie świadcząc o stosunku ojca do kierunku, w jakim zmierzał ich kraj. Człowiek, którego mama nazywała patriotą, nienawidził rządu.

Zobaczyła tatę w garażu. Siedział na krzywym warsztatowym stole obok forda mustanga mamy z poobijaną karoserią i dachem poklejonym taśmą izolacyjną. Pod ścianami stały rzędem kartony, których jeszcze nie rozpakowali po ostatniej przeprowadzce.

Miał na sobie – jak zwykle – wytartą wojskową kurtkę i poprzecierane dżinsy. Siedział pochylony, z łokciami wspartymi na udach. Długim czarnym włosom przydałby się grzebień, wąsy wymagały przycięcia. Ale nawet taki przygarbiony i znużony był przystojny jak gwiazdor filmowy. Wszyscy tak uważali.

Przechylił głowę i spojrzał na nią spod opadającej na oczy grzywy. Nieco smętny uśmiech, którym ją przywitał, rozjaśnił mu twarz. Taki właśnie był tata. Miewał humory, łatwo wpadał w złość, czasem nawet trochę budził strach, ale to wszystko dlatego, że bardzo głęboko odczuwał miłość, klęskę i rozczarowanie. Przede wszystkim jednak miłość.

– Lenoro – odezwał się ochrypłym głosem palacza. – Czekałem na ciebie. Wybacz. Straciłem panowanie nad sobą. I pracę. Musisz być mną cholernie rozczarowana.

– Nie, tato.

Widziała, że jest mu przykro. Wyczytała to z jego twarzy. Kiedy była młodsza, czasem się zastanawiała, po co są te wszystkie przeprosiny, skoro nic się nie zmienia, ale mama jej wszystko wytłumaczyła. Tata był na wojnie, trafił do niewoli i wtedy coś w nim pękło. To trochę tak, jakby miał przetrącony kręgosłup, mówiła. Nie przestajesz kochać bliskiej osoby, gdy cierpi. Robisz się silniejsza, żeby ją wesprzeć. On mnie potrzebuje. Potrzebuje nas.

Leni usiadła obok ojca. Objął ją ramieniem i przygarnął do siebie.

– Tym światem rządzą szaleńcy. To już nie jest moja Ameryka. Chcę… – Nie dokończył, a ona nie spytała. Przywykła do jego melancholii, frustracji. Bez przerwy urywał zdanie w połowie, jakby obawiał się ubrać w słowa przerażające czy depresyjne myśli. Znała i rozumiała tę niechęć do mówienia; często lepiej jest milczeć.

Ojciec sięgnął do kieszeni i wyjął pomiętą paczkę papierosów. Zapalił, zaciągnął się i gryzący, znajomy zapach wypełnił jej nozdrza.

Wiedziała, jak bardzo cierpi. Czasami budził ją w nocy płacz taty i głos mamy. Uspokajała go. Ciii, Ernt, już po wszystkim, jesteś w domu, bezpieczny, tłumaczyła.

Pokręcił głową i wydmuchał smużkę niebieskoszarego dymu.

– Ja po prostu chcę… więcej, tak myślę. Nie chodzi o pracę. O życie. Chcę, idąc ulicą, nie bać się, że ktoś nazwie mnie dzieciobójcą. Chcę… – Westchnął. Uśmiechnął się do Leni. – Nie przejmuj się. Będzie dobrze. Poradzimy sobie.

– Tatusiu, znajdziesz nową pracę – pocieszyła go.

– Jasne, Rudzielcu. Jutro będzie lepszy dzień.

Rodzice zawsze tak mówili.


Był zimny, pochmurny poranek w połowie kwietnia. Leni wcześnie wstała, umościła się w salonie na podniszczonej kanapie obitej perkalem w kwiatowe wzory i nastawiła telewizor na magazyn telewizji śniadaniowej Today. Poruszała anteną pokojową, żeby ekran przestał śnieżyć. Gdy obraz jako tako się ustawił, zobaczyła Barbarę Walters.

– Na tym zdjęciu – mówiła – widzicie Patrycję Hearst, która nazywa siebie Tanią, z karabinem M1 w ręce, podczas niedawnego napadu na bank w San Francisco. Świadkowie donoszą, że dziewiętnastoletnia dziedziczka fortuny magnata prasowego, która w lutym została porwana przez Symbionese Liberation Army…

Leni zamurowało. Nie mieściło jej się w głowie, że jakaś armia może, ot tak sobie, wmaszerować do mieszkania i porwać z niego nastolatkę. Jak w takim świecie człowiek ma się czuć bezpiecznie? I jakim cudem bogata nastolatka została rewolucjonistką o imieniu Tania?

– Leni, czas na ciebie! – zawołała mama z kuchni. – Szykuj się do szkoły.

Tata wmaszerował do domu rozpromieniony. Zarażał uśmiechem. Wyglądał jakoś inaczej, zdawał się sięgać sufitu niskiej kuchni, jaśnieć na tle szarych, poznaczonych zaciekami ścian. Krople deszczu kapały mu z włosów.

Mama stała przy kuchence i smażyła dla nich bekon na śniadanie.

Ojciec podszedł zamaszystym krokiem do laminowanego blatu i podkręcił tranzystorowe radio. Pomieszczenie wypełniły trzaski i rockandrollowa piosenka. Tata roześmiał się i chwycił mamę w ramiona.

Leni usłyszała, jak szepce:

– Przepraszam. Wybacz mi.

– Zawsze – odpowiedziała, trzymając się go kurczowo, jakby się bała, że ją odepchnie.

Objął mamę w pasie i pociągnął do stołu. Wysunął krzesło.

– Leni, chodź tu do nas! – zawołał.

Leni uwielbiała, gdy rodzice włączali ją do rozmów. Zsunęła się z kanapy i usiadła obok matki. Tata, uśmiechając się, podał jej książkę w miękkiej oprawie. Zew krwi.

– Będziesz zachwycona, Rudzielcu.

Potem usiadł naprzeciwko mamy i przysunął się z krzesłem do stołu. Z twarzy nie schodził mu uśmiech, który Leni nazywała Uśmiechem Wspaniałych Pomysłów. Widywała go za każdym razem, kiedy miał plan na zmianę ich życia. A takich planów było już sporo: opchnięcie całego dobytku i roczne pomieszkiwanie na kempingach wzdłuż szosy Big Sur. Hodowla norek (istny horror). Dystrybucja torebek z nasionami firmy American Seed w środkowej Kalifornii.

Wsadził rękę do kieszeni, wyjął stamtąd złożoną kartkę i triumfalnym gestem rzucił ją na stół.

– Pamiętasz mojego kumpla, Bo Harlana?

Mama dumała przez chwilę.

– Z Wietnamu?

Kiwnął głową.

– Bo Harlan był dowódcą załogi – wyjaśnił Leni – a ja strzelcem pokładowym. Trzymaliśmy się razem. I razem trafiliśmy do niewoli, kiedy spadł nasz ptak. Przeszliśmy tam piekło.

Leni zauważyła, jak tata zadrżał. Na przedramionach widocznych spod podwiniętych rękawów koszuli widziała ślady po oparzeniach biegnące od nadgarstków po łokcie. Takie wypukłe blizny i zgrubienia, które nigdy się nie opalały. Nie wiedziała, skąd się wzięły – tata nigdy nie mówił, ona nie pytała – ale na pewno zrobili to jego prześladowcy. Skórę na plecach też miał pościąganą w fałdy i gruzły.

– Zmusili mnie, żebym patrzył, jak kona.

Leni z niepokojem zerknęła na matkę. Tata nigdy wcześniej o tym nie mówił. Te słowa je zelektryzowały.

Ojciec postukał stopą o podłogę, zabębnił palcami o stół. Rozłożył list, wygładził i obrócił tak, aby mogły go przeczytać.

Sierżancie Allbright!


Niełatwo było Cię namierzyć. Nazywam się Earl Harlan.

Mój syn, Bo, często w listach wspominał o Waszej przyjaźni. Dziękuję Ci za nią.

W ostatnim liście napisał, że gdyby coś się z nim stało w tej zasranej dziurze, chce, żebyś przejął jego ziemię tu, na Alasce. Nie ma tego wiele. Czterdzieści akrów i chata, która wymaga remontu. Ale ktoś z rękami chętnymi do pracy spokojnie wyżyje z tej ziemi, z daleka od wszystkich szaleństw, hippisów i całego tego bałaganu w czterdziestu ośmiu kontynentalnych stanach.

Nie mam telefonu, ale możesz napisać do mnie, adresując na urząd pocztowy Homer Post Office. Prędzej czy później list do mnie trafi.

Parcela leży na końcu drogi, kawałek za metalową bramą z krowią czaszką, tuż przed spalonym drzewem i słupem z numerem 13.

Jeszcze raz za wszystko Ci dziękuję,

Earl

Mama podniosła oczy znad kartki. Wpatrywała się w tatę, przechylając głowę jak ptak.

– Ten człowiek… Bo, podarował nam dom? Dom?

– Pomyśl tylko. – Tata poderwał się z krzesła podekscytowany. – Dom, który należy do nas. Jest nasz. Miejsce, gdzie będziemy samowystarczalni, gdzie możemy hodować warzywa, polować, być wolni. Marzyliśmy o tym, Coro. O prostym życiu z daleka od tego całego syfu tutaj. Pomyśl o tym.

– Zaraz – wtrąciła Leni. Nawet jak na tatę to była duża sprawa. – Alaska? Chcecie się znowu przenosić? Dopiero co tu się wprowadziliśmy.

– No, ale… – Mama ściągnęła brwi. – Tam nic nie ma, prawda? Poza niedźwiedziami i Eskimosami?

Tata z takim entuzjazmem podniósł mamę z krzesła, że zatoczyła się i wpadła na niego. Leni nie umknęła desperacja ukryta pod tym podnieceniem.

– Coro, ja tego potrzebuję. Potrzebuję miejsca, gdzie znowu będę mógł swobodnie oddychać. Czasem myślę, że niewiele brakuje, abym zupełnie się rozsypał. Tam skończy się to całe gówno, przestaną mnie dręczyć wspomnienia. Ja to wiem. Właśnie tego nam potrzeba. Wrócą dobre dni. To Wietnam zrobił ze mnie popaprańca.

Mama uniosła ku niemu twarz. Jej bladość kontrastowała z jego opalenizną i czarnymi włosami.

– No, skarbie – odezwał się prosząco tata. – Wyobraź to sobie…

Leni patrzyła, jak matka mięknie, dopasowuje swoje potrzeby do jego żądań, wciela się w nową postać: Alaskanki. Może jej się wydawało, że to będzie coś w rodzaju terapii elektrowstrząsowej, jogi, buddyzmu. Jakaś odpowiedź. Dla niej nie było ważne, kiedy, jak i co. Liczył się wyłącznie on.

– Nasz własny dom – myślała na głos. – Ale… pieniądze… mógłbyś się ubiegać o wojskową rentę inwalidzką…

– Nie mówmy znowu na ten temat – uciął z westchnieniem. – Nie zrobię tego. Potrzebuję jedynie odmiany. I, Coro, od dziś będę ostrożniej wydawał pieniądze, przyrzekam. Nadal zostało mi trochę forsy po staruszku. No i ograniczę picie. Zgłoszę się do tej grupy wsparcia weteranów, tak jak chciałaś.

Leni już to wszystko słyszała. Tak naprawdę to, czego chciała ona czy mama, nie miało znaczenia.

Tata pragnął zacząć wszystko na nowo. Potrzebował tego. A mamie zależało, żeby czuł się szczęśliwy.

I dlatego podejmą kolejną próbę w nowym miejscu, licząc, że tym razem odpowiedzią będzie geografia. Pojadą na Alaskę, pełni wiary, że ziści się kolejne marzenie. Leni zrobi to, co każą, i nie będzie utyskiwać. Bo na tym właśnie polega miłość. Znowu będzie nowa w kolejnej szkole.

2

Następnego ranka Leni, słuchając w łóżku deszczu dzwoniącego o dach, oczyma wyobraźni widziała wyrastające pod oknem grzyby. Obłe, trujące łebki, kusząco połyskujące, w szaleńczym tempie przepychały się przez warstwę błota. Położyła się spać dobrze po północy. Czytała o bezkresnej Alasce. Ta lektura wywarła na niej zaskakujące wrażenie. Ten ostatni nieokiełznany obszar był jak jej tata. Niezwykły. Ekspansywny. Trochę niebezpieczny.

 

Z tranzystorowego radia z metalicznym pogłosem popłynęła piosenka Hooked on a Feeling. Odrzuciła kołdrę i wyszła z łóżka. Mamę znalazła w kuchni. Stała przed kuchenką, paląc papierosa. W świetle lampy wydawała się taka eteryczna. Półdługie, wystrzępione włosy miała wzburzone po śnie, twarz osnuwał sinoniebieski dym. Biały, porozciągany po niezliczonej ilości prań podkoszulek wisiał na jej szczupłym ciele, neonoworóżowe spodnie z luźną gumą w pasie opadały na biodra. Niewielki fioletowy siniec u nasady szyi, kształtem podobny do gwiazdki, dziwnie pięknie podkreślał delikatność jej rysów.

– Powinnaś jeszcze pospać. – Odwróciła się do niej. – Jest wcześnie.

Leni podeszła i oparła głowę na jej barku. Skóra mamy pachniała różanymi perfumami i nikotyną.

– My nie śpimy – przypomniała.

My nie śpimy. Mama zawsze tak mówiła. Ty i ja. Porozumienie, trwałe pocieszające zjednoczenie, jakby podobieństwo losu miało cementować miłość między nimi. Mama kiepsko sypiała, odkąd tata pojawił się w domu. Ilekroć Leni budziła się w nocy, nieodmiennie widziała, jak snuje się po domu w powiewającym, prześwitującym szlafroku. W takich chwilach zazwyczaj szeptała coś do siebie, ale Leni nie wyławiała słów.

– Naprawdę jedziemy? – spytała.

Mama zapatrzyła się w kawę parzącą się w garnuszku.

– Chyba tak.

– Kiedy?

– Znasz tatę. Wkrótce.

– Dotrwam do końca roku szkolnego?

Wzruszyła ramionami.

– Gdzie tata?

– Wyszedł przed świtem sprzedać kolekcję monet po swoim ojcu. – Nalała sobie kawy, wypiła łyk i odstawiła kubek na laminowany blat. – Alaska. Chryste. Czemu nie Syberia? – Zaciągnęła się łapczywie papierosem. Wydmuchała dym. – Potrzebuję przyjaciółki, z którą mogłabym pogadać.

– Ja jestem twoją przyjaciółką.

– Masz trzynaście lat. Ja trzydzieści. Powinnaś mieć we mnie matkę. Muszę o tym pamiętać.

Przestraszyła ją rozpacz w głosie mamy. Jak każde dziecko jeńca wojennego wiedziała, jakie wszystko jest kruche: jej rodzina, rodzice, i jak niewiele ludziom trzeba, żeby się załamać. Leni nadal nosiła błyszczącą niklowaną bransoletę upamiętniającą kapitana, który nie wrócił z wojny do swojej rodziny.

– Jemu potrzebna jest szansa. Nowy start. Wszyscy tego potrzebujemy. Może Alaska okaże się odpowiedzią – pocieszała się mama.

– Jak wcześniej Oregon, Snohomish i paczuszki z nasionami, na których mieliśmy się wzbogacić. I nie zapominaj o tamtym roku, kiedy planował zbicie majątku na automatach do gier. Czy nie moglibyśmy tego odwlec przynajmniej do końca roku szkolnego?

Mama westchnęła.

– Nie sądzę. Idź, ubierz się do szkoły.

– Dzisiaj nie ma lekcji.

Mama zastanawiała się nad czymś przez jakiś czas.

– Pamiętasz tę niebieską sukienkę, którą dostałaś od taty w prezencie na urodziny? – zapytała cicho.

– No.

– Nałóż ją.

– Po co?

– No, leć, ubierz się. Ty i ja mamy dziś sprawy do załatwienia.

Leni, co prawda zirytowana i zagubiona, posłusznie poszła się ubrać. Tak było łatwiej. Weszła do pokoju i grzebała w szafie, dopóki nie znalazła tamtej sukienki.

Jesteś w niej jak z obrazka, Rudzielcu.

Akurat. Dobrze wiedziała, jak wygląda: patykowata, płaska jak deska trzynastolatka w niemodnej kiecce, z chudymi udami i kolanami jak gałki u drzwi. Nastolatka, która powinna zacząć dojrzewać. Tymczasem nic tego nie zapowiadało. Na pewno jako jedyna w klasie nie dostała jeszcze okresu i nie rosły jej piersi.

Wróciła do pustej kuchni pachnącej kawą i dymem z papierosów. Klapnęła na krzesło i otworzyła Zew krwi.

Mama dopiero po godzinie wyłoniła się ze swojego pokoju.

Leni ledwo ją poznała. Natapirowane i usztywnione lakierem jasne włosy zaczesała w zgrabny koczek i ubrała się w dopasowaną, zapinaną na guziczki sukienkę w kolorze awokado, którą ściągnęła w talii paskiem. Ta suknia zakrywała ją szczelnie od szyi po nadgarstki i kolana. Nałożyła nylonowe pończochy. I pantofle na staromodnym obcasie.

– O ja cię!

– No, wiem – przytaknęła, zapalając papierosa. – Wyglądam jak mamuśka z komitetu rodzicielskiego.

Na powieki nałożyła perłowe jasnoniebieskie cienie. Czarne kreski pod trochę nierówno przyklejonymi sztucznymi rzęsami były nieco za grube.

– Nie masz innych butów?

Leni spojrzała na swoje łódeczkowate półbuty z zadartymi noskami, uniesionymi wyżej niż napiętki. Długo o nie prosiła. Wcześniej Joanne Berkowitz przyszła w takich do szkoły i cała klasa wpadła w zachwyt.

– Mam czerwone tenisówki, ale wczoraj pękło mi sznurowadło.

– Dobra. Niech będzie. Chodźmy.

Wyszły z domu. Wsunęły się na obdarte fotele poobijanego forda mustanga, pomalowanego podkładem pod lakier. Klapa bagażnika trzymała się na jaskrawożółtej lince.

Mama odgięła osłonę nad kierownicą i sprawdziła makijaż w lusterku (Leni była gotowa się założyć, że kluczyk nie drgnie w stacyjce, jeśli wcześniej matka nie obejrzy się w lusterku i nie zapali papierosa). Jeszcze raz pomalowała usta, roztarła szminkę wargami i rożkiem mankietu usunęła niewidoczne niedociągnięcie. Wreszcie zadowolona opuściła osłonę i uruchomiła silnik. Z radia ryknęła Midnight at the Oasis.

– Słyszałaś, że na Alasce można zginąć na sto sposobów? – spytała Leni. – Zlecieć ze zbocza góry albo wpaść pod lód. Zamarznąć, umrzeć z głodu. A nawet zostać zjedzonym.

– Ojciec niepotrzebnie dał ci tę książkę.

Wsunęła kasetę do odtwarzacza. Feel the Earth Move – głos Carole King zagłuszył rozmowę. Zaczęła śpiewać, a Leni do niej dołączyła. Przez kilka cudownych minut robiły coś bardzo zwykłego: jechały autostradą I-5 na Seattle, mama trzymała kierownicę jedną ręką, z papierosem sterczącym między palcami, i zmieniała pas, gdy tylko jakiś samochód pojawiał się przed nimi.

Zatrzymała się przed bankiem dwie przecznice dalej. Zaparkowała, ponownie sprawdziła makijaż.

– Zostań – rzuciła i wysiadła.

Leni przechyliła się i zablokowała drzwi. Odprowadziła mamę spojrzeniem do wejścia. Ona nie szła, raczej płynęła z gracją, kołysząc biodrami. Była piękną kobietą i dobrze o tym wiedziała. Kolejny powód do kłótni między rodzicami. Tacie nie podobało się, w jaki sposób mężczyźni na nią patrzyli. On się złościł, a Leni wiedziała, że mama lubi przyciągać uwagę, chociaż na wszelki wypadek wolała się do tego nie przyznawać.

Kwadrans później wyszła z banku; tym razem w jej ruchach nie było wdzięku. Zaciskała mocno delikatne szczęki.

– Sukinsyn – wysyczała, szarpnęła za klamkę i wsiadła do środka. Powtórzyła to samo raz jeszcze, zatrzaskując z impetem drzwi.

– Co takiego? – spytała Leni.

– Twój tata wyczyścił konto. Nie wystawią mi karty kredytowej, jeżeli na wniosku nie znajdzie się podpis twojego albo mojego ojca. – Zapaliła papierosa. – Słodki Jezu, mamy tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty czwarty rok. Pracuję. Zarabiam. Kobieta nie może dostać karty kredytowej bez podpisu mężczyzny. Światem rządzą faceci, córciu. – Uruchomiła samochód i popędziła ulicą w kierunku autostrady.

Leni ledwo utrzymywała się w fotelu podczas lawirowania między samochodami i ciągłych zmian pasów. Co rusz zarzucało nią na boki. Skupiona na zachowaniu równowagi nawet nie zauważyła, kiedy zostawiły za sobą pofałdowane centrum Seattle i wjechały w cichą zadrzewioną dzielnicę z okazałymi domami.

– O kurczę – mruknęła pod nosem. Była tu przed wielu laty. Tak dawno, że ledwo to miejsce pamiętała.

Wygląd posesji świadczył o zamożności ich mieszkańców. Na wycementowanych podjazdach stały nowiutkie cadillaki, oldsmobile toronada i lincolny continentale.

Mama zaparkowała samochód przed dużym domem z szarego chropowatego kamienia i z oknami z mnóstwem szybek podzielonych szprosami. Otaczał go wypielęgnowany trawnik obramowany rabatami. GOLLIHER, informował napis na skrzynce na listy.

– Rany! Nie byłyśmy tutaj od lat – odezwała się Leni.

– Wiem. Poczekaj na mnie.

– Nie ma mowy. Kolejna dziewczyna zaginęła w tym miesiącu. Nie zostanę sama.

– Chodź no tu! – Mama wyjęła z torebki szczotkę i dwie różowe wstążki. Przyciągnęła ją do siebie i zaatakowała szczotką długie miedzianorude włosy z taką zawziętością, jakby budziły w niej złość.

– Au! – pisnęła Leni, kiedy mama zaczęła zaplatać je w ciasne warkoczyki, sterczące jak antenki po obu bokach głowy.

– Lenoro, dzisiaj masz być wyłącznie słuchaczką – zaznaczyła, zawiązując kokardy na końcach warkoczy.

– Jestem za duża na warkocze – zaprotestowała Leni.

– Słuchaczką – przypomniała mama z naciskiem. – Weź ze sobą książkę, siedź cicho i nie wtrącaj się do rozmowy dorosłych. – Otworzyła drzwiczki i wysiadła z samochodu. Leni szybko dołączyła do niej na chodniku.

Mama wzięła ją za rękę i pociągnęła za sobą ścieżką obsadzoną po obu stronach przystrzyżonym żywopłotem, która prowadziła do masywnych drewnianych drzwi.

– Raz kozie śmierć – mruknęła, zerkając na Leni, i nacisnęła dzwonek. Zza drzwi dobiegły niskie, głębokie tony gongu, podobne do kościelnych dzwonów, a po nich przytłumione kroki.

Po chwili w drzwiach stanęła babka Leni. W sukni koloru oberżyny, z wąskim paskiem w talii i trzema sznurami pereł na szyi wyglądała, jakby się wybierała na lunch z gubernatorem. Kasztanowe włosy ułożone w staranne, usztywnione lakierem loki połyskiwały niczym świąteczna chałka. Szeroko otworzyła mocno umalowane oczy.

– Coraline – wyszeptała i postąpiła krok, wyciągając ramiona.

– Zastałam tatę? – spytała mama.

Babka cofnęła się, opuszczając ręce.

– Dzisiaj jest w sądzie.

Mama kiwnęła głową.

– Możemy wejść?

Leni widziała, że tym pytaniem zirytowała babcię; blade upudrowane czoło przecięły zmarszczki.

– Oczywiście. Och, Lenoro. Dobrze cię znowu widzieć.

Usunęła się, niknąc w cieniu, a potem poprowadziła je szerokim korytarzem z wieloma drzwiami i kręconymi schodami, których koniec ginął w mroku na piętrze.

Dom wypełniał zapach cytrynowego wosku do podłóg i kwiatów.

Zaprowadziła je na oszkloną werandę na tyłach domu, z wypukłymi oknami, ogromnymi przeszklonymi drzwiami, mnóstwem roślin doniczkowych i białymi wiklinowymi meblami. Babcia wskazała Leni fotel przy małym stoliku, skąd rozciągał się widok na ogród.

– Bardzo mi was obu brakuje – powiedziała i, jakby speszona tym wyznaniem, odwróciła się i wyszła. Po chwili wróciła z książką w ręce. – Pamiętam, Leni, że bardzo lubiłaś czytać. Już jako dwulatka nie rozstawałaś się z książeczkami. Kupiłam ci to wiele lat temu, ale… nie wiedziałam, dokąd wysłać. Ta dziewczynka też ma rude włosy, jak ty.

Leni usiadła i wzięła książkę, którą czytała tyle razy, że znała całe fragmenty na pamięć. Pippi Pończoszanka. Historia dla dużo młodszych dziewczynek. Ona już z takich książek wyrosła.

– Dziękuję, psze pani.

– Mów mi „babciu” – poprosiła cicho, głosem zabarwionym tęsknotą, po czym skupiła uwagę na mamie.