SłowikTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80 55,84
Słowik
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

Vianne zamknęła drzwi i oparła się o nie, próbując uspokoić nerwy. Za plecami słyszała Isabelle przemierzającą pokój z taką wściekłością, że aż drżały deski podłogi. Jak długo Vianne stała tam sama, usiłując odzyskać panowanie nad sobą? Strach dławił ją za gardło, miała wrażenie, że walczy z nim już od wielu godzin.

W zwykłych czasach mogłaby znaleźć w sobie siłę, żeby porozmawiać z siostrą bez emocji, powiedzieć to, co już dawno winno być powiedziane. Jak bardzo jest jej przykro za to, że tak źle traktowała ją jako małą dziewczynkę. Może zdołałaby sprawić, że Isabelle by zrozumiała?

Po śmierci mamy Vianne poczuła się taka bezradna. Kiedy ojciec odesłał je, aby w tym miasteczku żyły pod surowym spojrzeniem zimnych oczu kobiety, która nie okazywała cienia uczucia, Vianne… uwiędła.

W innym czasie może zdołałaby podzielić się z Isabelle tym, jak mocno przeżyła śmierć mamy, jak odrzucenie przez ojca złamało jej serce. Albo jak odniósł się do niej, gdy miała szesnaście lat i przyjechała do niego w ciąży i zakochana… a została siarczyście spoliczkowana i nazwana bezwstydnicą. I jak Antoine silnie odepchnął ojca i oznajmił: „Zamierzam ożenić się z Vianne”.

I odpowiedzią taty: „Doskonale, to ją bierz. Możesz mieć też jej dom. Ale będziesz musiał zabrać także jej rozwrzeszczaną siostrę”.

Vianne zamknęła oczy. Nie cierpiała o tym myśleć, przez lata odsuwała od siebie te wspomnienia i praktycznie się ich pozbyła. Teraz jednak wróciły z całą mocą. Postąpiła z Isabelle tak, jak ich ojciec postąpił z nimi. Tego najbardziej żałowała.

Obecny czas jednak nie sprzyjał naprawianiu szkód.

Teraz musiała uczynić wszystko, co w jej mocy, by chronić Sophie, nim Antoine wróci do domu. I to Isabelle będzie musiała wbić sobie do głowy.

Westchnąwszy, zeszła na dół, żeby dokończyć kolację.

Zupa ziemniaczana bulgotała nieco zbyt gwałtownie, więc zdjęła pokrywkę i postawiła garnek na mniejszej fajerce.

– Madame? Jak pani poczuwanie?

Wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu. Kiedy zdążył tu wejść? Zaczerpnęła tchu i przygładziła włosy. Jego francuski był naprawdę fatalny. Użył oczywiście nieodpowiedniego wyrażenia.

– Dziękuję.

– Pachnie wybornie – pochwalił, podchodząc bliżej.

Odłożyła drewnianą chochlę na podstawkę.

– Czy mogę zobaczyć, co pani gotuje?

– Ależ proszę – odrzekła, udając tak jak on, że nadal ma tu coś do powiedzenia. – To zwykła zupa ziemniaczana.

– Moja żona, niestety, nie jest zbyt dobrą kucharką.

Stał teraz tuż za nią, tak jak stawał Antoine; głodny mężczyzna zaglądający łakomie do garnka.

– Jest pan żonaty – zagadnęła, dziwnie tym uspokojona, choć nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego.

– I dziecko wkrótce będzie. Planujemy nazwać je Wilhelm, choć mnie wtedy tam nie będzie, więc oczywiście matka zdecyduje.

To było takie… ludzkie. Vianne lekko obróciła głowę, by na niego zerknąć. Był niemal jej wzrostu, i to ją speszyło, bo patrząc mu prosto w oczy, poczuła się jakoś bezbronna.

– Z boską pomocą wszyscy szybko wrócimy do domu – powiedział.

On też tego chce, pomyślała z ulgą.

– Jest pora kolacji, panie kapitanie. Przyłączy się pan do nas?

– Będę zaszczycony. Choć, co miło pewnie będzie pani usłyszeć, przez większość wieczorów będę pracował do późna i jadał kolację z kolegami. Będę też często wyjeżdżał. Moja obecność nie będzie dla pani uciążliwa.

Vianne zostawiła go w kuchni i zaniosła sztućce do jadalni, gdzie omal nie zderzyła się z Isabelle.

– Nie powinnaś z nim przebywać sam na sam – syknęła gniewnie siostra.

– Chyba pani nie sądzi, że mógłbym korzystać z waszej gościnności, a potem was skrzywdzić? – rzekł kapitan, wchodząc do pokoju. – Przyniosłem paniom wino. Czarujące sancerre.

– Przyniósł nam pan wino – powtórzyła Isabelle głucho.

– Jak każdy uprzejmy gość.

Vianne miała złe przeczucia, lecz nie mogła nic zrobić, aby powstrzymać Isabelle przed wypaleniem:

– Słyszał pan może o Tours, panie kapitanie? Gdzie wasze samoloty strzelały do niewinnych kobiet i dzieci, które nie miały dokąd uciekać, i zrzucały na nas bomby?

– Nas? – powtórzył, poważniejąc.

– Byłam tam. Widzi pan chyba ślady na mojej twarzy.

– Ach – bąknął Niemiec. – To musiało być bardzo nieprzyjemne.

Isabelle skamieniała. Zielone oczy zapłonęły ogniem nienawiści.

– Nieprzyjemne… – wycedziła.

– Pamiętaj o Sophie – upomniała ją Vianne równym, wypranym z emocji tonem.

Isabelle zacisnęła wargi, po czym rozciągnęła je w sztucznym uśmiechu.

– Proszę, panie kapitanie, wskażę panu pańskie miejsce.

Po raz pierwszy od co najmniej godziny Vianne odetchnęła z ulgą. Powoli ruszyła do kuchni, żeby nalać zupę na talerze.


W milczeniu podała kolację. Atmosfera przy stole była ciężka jak ołów, sprawiając, że wszyscy czuli się niezręcznie, a nerwy Vianne napinały się do ostateczności. Słońce z wolna zachodziło, nadając niebu za oknami czerwonawy kolor.

– Może trochę wina, panienko? – Beck zwrócił się do Isabelle, unosząc wyczekująco butelkę z rekomendowanym sancerre.

– Skoro zwykłe francuskie rodziny nie mogą sobie pozwolić na jego picie, panie kapitanie, to jak miałoby mnie smakować?

– Łyczek z pewnością by…

Isabelle skończyła zupę i wstała od stołu.

– Proszę mi wybaczyć, ale skręca mnie w żołądku.

– Mnie też – dołączyła Sophie i z nisko zwieszoną głową podążyła za ciotką z jadalni jak szczeniak za przewodnikiem stada.

Vianne siedziała sztywno z łyżką uniesioną nad talerzem. Zostawiły ją samą z tym człowiekiem.

Ledwie była w stanie oddychać. Ostrożnie oparła łyżkę o brzeg talerza i otarła usta serwetką.

– Proszę wybaczyć mojej siostrze, panie kapitanie. Jest impulsywna i krnąbrna.

– Moja córka jest taka sama. Spodziewamy się po niej samych kłopotów, gdy podrośnie.

To tak zaskoczyło Vianne, że aż zwrócila się ku niemu.

– Ma pan córkę?

– Giselę – odrzekł z uśmiechem. – Ma sześć lat, a matka już nie potrafi jej nakłonić do najprostszych obowiązków, na przykład mycia zębów. Woli budować zamki, niż czytać książki – westchnął.

Ta familiarność ją krępowała. Usiłowała wymyślić odpowiedź, lecz była nazbyt spięta. Zanurzyła więc łyżkę w zupie i znów zaczęła jeść.

Kolacja zdawała się ciągnąć w nieskończoność, milczenie ciążyło jej jak kamienna płyta. Toteż ledwie z ust gościa padło uprzejme: „Dziękuję, kolacja była pyszna”, zerwała się i zaczęła sprzątać ze stołu.

Na szczęście nie poszedł za nią do kuchni. Został przy stole, popijając przyniesione wino, które, jak wiedziała, smakowało jesienią – gruszkami i jabłkami.

Kiedy skończyła myć naczynia i je wycierać, zapadł już wieczór. Wyszła przed dom i stanęła pod rozgwieżdżonym niebem, aby nieco ochłonąć. Na szczycie kamiennego muru poruszył się jakiś cień, prawdopodobnie kot.

Za plecami usłyszała kroki i trzask zapałki, a zaraz potem doleciał ją zapach siarki.

Cofnęła się cicho, pragnąc wtopić się w cień. Jeśli będzie dostatecznie zwinna i cicha, być może zdoła wemknąć się do domu tylnymi drzwiami, nie ściągając na siebie jego uwagi. Nastąpiła obcasem na gałązkę, usłyszała trzask i zastygła.

Niemiec wychynął z cienia.

– A więc pani również lubi światło gwiazd. Przepraszam, że przeszkodziłem – zagadnął.

Nie śmiała się poruszyć.

Zbliżył się i stanąwszy obok, jakby był u siebie, rozejrzał się po ogrodzie.

– Można by pomyśleć, że nie toczy się wojna – rzekł w zamyśleniu.

W uszach Vianne zabrzmiało to smutno i przypomniała sobie, że na swój sposób ich losy są podobne, gdyż oboje zostali oddzieleni od bliskich.

– Pański… przełożony… wspomniał, że wszyscy jeńcy wojenni pozostaną w Niemczech. Co to dokładnie oznacza? Co będzie z naszymi żołnierzami? Nie zdołacie przecież pojmać ich wszystkich.

– Nie wiem, proszę pani. Niektórzy wrócą. Wielu nie.

– No proszę. Jakaż urocza chwilka intymności między dwojgiem nowych przyjaciół. – Głos Isabelle był twardy jak stal.

Vianne wzdrygnęła się przestraszona, że została przyłapana na staniu tu z Niemcem, wrogiem, mężczyzną.

Isabelle pojawiła się przed nią jasno oświetlona blaskiem księżyca, w kostiumie barwy karmelu, z małą walizką w jednej ręce i najlepszym kapeluszem starszej siostry w drugiej.

– Masz mój kapelusz – na tyle zdobyła się Vianne.

– Być może będę długo czekała na pociąg. A twarz mam nadal pokancerowaną po niemieckim nalocie. – Wykrzywiła się do kapitana w namiastce uśmiechu.

– Mają panie z pewnością wiele do omówienia. Pozwólcie zatem, że się oddalę. – Beck krótko, energicznie skłonił głowę i wrócił do domu, cicho zamykając za sobą drzwi.

– Nie mogę tu zostać – oświadczyła Isabelle.

– Oczywiście, że możesz.

– Nie interesuje mnie zaprzyjaźnianie się z wrogiem, Vi.

– Do diabła, Isabelle. Nie waż się…

Isabelle postąpiła krok naprzód i rzekła twardo:

– Prędzej czy później narażę ciebie i Sophie na niebezpieczeństwo. Wiesz o tym. Powiedziałaś mi, że powinnam chronić siostrzenicę. Tylko tak mogę to zrobić. Czuję, że jeśli zostanę tu dłużej, to eksploduję!

Gniew Vianne minął, zastąpiony ogromnym zmęczeniem. Zawsze dzieliło je z gruntu to, że Vianne przestrzegała zasad, a Isabelle się przeciw nim buntowała. Nawet w dzieciństwie, po śmierci mamy, odmiennie wyrażały uczucia. Vianne stała się milcząca, próbując udawać, że odrzucenie przez ojca wcale jej nie obeszło, Isabelle natomiast dostawała napadów złości, uciekała z domu i domagała się od wszystkich uwagi. Mama twierdziła, że pewnego dnia siostry staną się najlepszymi przyjaciółkami. Jeszcze nigdy ta przepowiednia nie wydawała się dalsza od prawdy.

 

W jednym Isabelle miała rację. Vianne byłaby wiecznie niespokojna, co jej siostra może powiedzieć lub zrobić w obecności kapitana, a szczerze mówiąc, nie miała na to siły.

– Jak pojedziesz?

– Pociągiem. Przyślę ci telegram po dojechaniu na miejsce.

– Uważaj na siebie. Nie rób głupstw.

– Ja? Przecież mnie znasz.

Vianne mocno objęła siostrę, a potem pozwoliła jej odejść.


Droga do miasteczka była tak ciemna, że Isabelle nie widziała własnych stóp. Panowała nienaturalna cisza, jakby natura wstrzymała oddech w oczekiwaniu na jakieś wydarzenie, dopiero w pobliżu lotniska zrobiło się głośniej. Za ogrodzeniem z drutu kolczastego jeździły motocykle i ciężarówki, słychać było tupot podkutych butów na ubitej ziemi.

Nagle, jakby znikąd, pojawiła się ciężarówka z zamalowanymi przednimi reflektorami i Isabelle musiała gwałtownie uskoczyć do rowu.

W miasteczku było niewiele lepiej. Uliczki tonęły w mroku z powodu nieczynnych sklepów, zgaszonych latarń i zaciemnionych okien. Cisza była groźna i niepokojąca. Kroki Isabelle rozbrzmiewały nienaturalnie głośno. Z każdym była coraz bardziej świadoma, że jest przecież godzina policyjna, a ona właśnie ją narusza.

Skręciła w boczny zaułek, wymacując drogę wzdłuż murów i wystaw. Gdy tylko usłyszała głosy, zamierała, kuląc się w ciemności, dopóki nie powróciła cisza. Droga na dworzec leżący na skraju Carriveau zdawała się nie mieć końca.

– Halt!

Isabelle usłyszała rozkaz w tej samej chwili, gdy zalało ją białe światło latarki. Aż się skuliła z przestrachu.

Niemiecki żołnierz zbliżył się do niej z karabinem w rękach.

– Młoda dziewczyna – powiedział – ty wiesz o godzinie policyjnej, tak?

Wyprostowała się powoli, patrząc mu śmiało w oczy, choć wcale tak się nie czuła.

– Wiem, że nie wolno nam przebywać o tej porze na zewnątrz. Ale to sytuacja wyjątkowa. Muszę natychmiast jechać do Paryża. Mój ojciec jest ciężko chory.

– Gdzie twój ausweis?

– Nie mam.

Niemiec mocniej ujął karabin.

– Nie ma podróży bez ausweisu.

– Ale…

– Wracaj, dziewczyna, do domu, zanim stanie ci się krzywda.

– Ale…

– No już, bo zmienię zdanie i ty iść ze mną na posterunek.

Isabelle chciało się wrzeszczeć z frustracji. Z wysiłkiem zmusiła się do opanowania i posłuchała go bez dalszego sprzeciwu.

Wracając do domu, nie próbowała nawet kryć się w cieniu. Niemal pragnęła zostać ponownie zatrzymana, bo mogłaby przynajmniej wykrzyczeć stek wyzwisk, które kotłowały się w jej głowie.

Jej życie nie mogło przecież tak wyglądać. Schwytana w potrzask w jednym domu z hitlerowcem, w miasteczku, które poddało się Niemcom bez cienia protestu. Vianne nie była osamotniona w chęci udawania, że Francja nie skapitulowała ani nie została podbita. Właściciele sklepów i kawiarń w Carriveau szczerzyli się do Niemców, nalewali im szampana i sprzedawali najlepsze kawałki mięsa. Pozostali, przeważnie wieśniacy, wzruszali ramionami i zajmowali się swoimi sprawami. Owszem, mamrotali z dezaprobatą, zerkali spode łba i podawali błędne informacje, gdy zostali o coś zapytani, lecz poza tymi drobnymi przejawami buntu nie robili nic. Nic dziwnego, że niemieckich żołnierzy rozdymała arogancja. Zajęli miasto bez walki i, niech to szlag trafi, tak było w całej Francji.

Lecz Isabelle nie mogła zapomnieć krwawych obrazów spod Tours.

Z impetem zatrzasnęła drzwi do pokoju na piętrze, który kiedyś, gdy mieszkała tu jako dziecko, należał do niej. Po chwili doleciał ją zapach dymu z papierosa, co wprawiło ją w taką złość, że znów miała ochotę się rozwrzeszczeć.

Siedział tam sobie na dole, paląc papieroska. Kapitan cholerny Beck z tą swoją twarzą jakby ciosaną w kamieniu i fałszywymi uśmiechami, który mógłby wyrzucić je z domu, kiedy tylko by zechciał. Z byle powodu albo i bez. Frustracja Isabelle przerodziła się w ślepy gniew, jak ukryta w jej wnętrzu bomba, która musi eksplodować. Jeden fałszywy ruch – albo słowo – i wybuchnie.

Isabelle pomaszerowała do pokoju Vianne i z impetem otworzyła drzwi.

– Żeby wyjechać z miasta, trzeba mieć dokument – warknęła gniewnie. – Dranie nie pozwalają nam nawet wsiąść do pociągu, żeby zobaczyć się z rodziną.

– A więc tak – rzekła z ciemności Vianne.

Isabelle nie potrafiła ocenić, czy w jej głosie brzmiała ulga, czy też rozczarowanie.

– Jutro rano pójdziesz do miasteczka. Postoisz w kolejkach, gdy ja będę w szkole, i kupisz co tam będzie można dostać.

– Ale…

– Żadnych ale. Jesteś tu i zostaniesz, więc przydaj się na coś. Chcę móc na ciebie liczyć.


Przez tydzień Isabelle starała się dobrze zachowywać, ale osobnik mieszkający z nią i siostrą pod jednym dachem czynił to omal niemożliwym. Nie sypiała po nocach i leżąc w ciemności, wyobrażała sobie najgorsze.

Tego ranka wstała na długo przed świtem, nie próbując się oszukiwać, że zdoła jeszcze zasnąć. Obmyła twarz i włożyła zwykłą kretonową sukienkę. Schodząc na dół, zawiązała cienką różową chustkę na wlosach, które przycięła na chłopczycę.

Vianne siedziała na kanapie, robiąc na drutach w świetle starej lampy naftowej. Wydawała się blada i zmęczona, prawdopodobnie i ona niewiele spała w tym tygodniu. Zaskoczona podniosła wzrok na siostrę.

– Wcześnie dziś się obudziłaś.

– Czeka mnie długi dzień stania w kolejkach. Równie dobrze mogę zacząć o świcie – odparła Isabelle. – Pierwsi w kolejce dostają najlepszy towar.

Vianne odłożyła robótkę i wstała. Wygładziła sukienkę (kolejna wskazówka, że on był w domu – żadna z nich nie schodziła na dół w nocnym stroju) i poszła do kuchni, skąd wróciła po chwili z kartkami aprowizacyjnymi.

– Dzisiaj wydają mięso.

Isabelle wzięła od niej kartki i wyszła z domu, zanurzając się w mrok zaciemnionego świata.

Świtało, gdy podążała drogą w stronę Carriveau. W blasku jutrzenki miasteczko wydawało się zarazem znajome i całkowicie obce. Kiedy szła obok lotniska, z rykiem silnika minął ją zielonkawy samochód ze znakami podwójnej błyskawicy na tablicy rejestracyjnej.

SS. Już o nich słyszała.

Na lotnisku panował zwykły ruch. Ujrzała czterech strażników, dwóch przy niedawno wzniesionej bramie wjazdowej i dwóch przy drzwiach budynku. Poranny wietrzyk poruszał hitlerowskimi flagami. Kilka samolotów stało w gotowości do startu, żeby zrzucać bomby na Anglię i inne kraje Europy. Wartownicy krążyli na tle czerwonych tablic ostrzegawczych w dwóch językach: VERBOTEN i WSTĘP WZBRONIONY POD KARĄ ŚMIERCI.

Nie zwalniała kroku.

Pod sklepem rzeźnika stały już w kolejce cztery kobiety. Zajęła miejsce na końcu.

Przypadkiem zauważyła przy krawężniku kawałek kredy. Od razu wiedziała, do czego mogłaby go użyć.

Rozejrzała się dyskretnie, ale nikt nie zwracał na nią uwagi, bo też kto miałby to robić o tej porze? Co innego za dnia, kiedy wszędzie kręcili się niemieccy żołnierze. Spacerowali po miasteczku dumni jak pawie, kupując wszystko, co tylko wpadło im w oko. Byli butni, głośni, skorzy do wybuchów śmiechu. Nadskakująco uprzejmi, otwierali kobietom drzwi i salutowali na powitanie, ale Isabelle nie dała się zwieść.

Nachyliła się, chwyciła kredę i schowała ją szybko w kieszeni. Posiadanie jej wydawało się ekscytująco niebezpieczne. Czekając na swoją kolej, niecierpliwie postukiwała stopą o chodnik.

– Dzień dobry – powiedziała, podając żonie rzeźnika, starszawej siwiejącej kobiecie o wąskich wargach, kartkę żywnościową.

– Mogę dać kilo nóżek, tylko to nam zostało.

– Kości?

– Niemcy zabierają lepsze mięso. I tak ma panienka szczęście. Wieprzowina jest dla Francuzów niedostępna, jak wiadomo, ale oni nóżek nie chcieli. Bierze panienka czy nie?

– Ja wezmę – odezwał się ktoś z tyłu.

– I ja! – zawołała jeszcze inna kobieta.

– Dobrze, biorę – powiedziała śpiesznie Isabelle i wzięła niedużą paczkę zawiniętą w papier.

Mocno ściskając wiklinowy koszyk ze zdobytym skarbem, skręciła za róg w wąski, kręty zaułek. Z ulicy wydawał się kończyć ślepo, donikąd nie prowadząc. Miejscowi poruszali się po takich uliczkach z łatwością żeglarzy znających krętą rzekę. Isabelle szła pewnym krokiem. Sklepiki w zaułku były zamknięte.

Na plakacie naklejonym na brudną szybę wystawową modystki widniał starzec z ogromnym zakrzywionym nosem, wyglądający chytrze i groźnie, z workiem pieniędzy w rękach. Za nim pokotem leżały skrwawione ciała. Isabelle przeczytała napis dużą czcionką: Juif – Żyd – i przystanęła.

Wiedziała, że nie powinna się zatrzymywać. Ostatecznie była to tylko propaganda wroga, toporna próba oskarżenia Żydów o wszelkie zło tego świata, w tym o tę wojnę.

Mimo wszystko nie mogła przejść obok takiej podłości obojętnie.

Spojrzała w lewo. O niecałe dwadzieścia metrów stąd przebiegała główna ulica miasteczka, La Grande, po prawej był skręt w boczny zaułek.

Sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej kredę. Upewniwszy się, że jest sama, narysowała na plakacie ogromne V, jak victoire – zwycięstwo, zamalowując przy tym jak najwięcej obrazka.

Czyjaś ręka chwyciła ją za nadgarstek tak mocno, że aż cicho krzyknęła. Kreda upadła na bruk, potoczyła się po nim i zniknęła w szparze między kocimi łbami.

– Panienko – powiedział mężczyzna, popychając ją na szybę wystawową i przyciskając jej policzek do zamalowanego plakatu, tak że nie mogła mu się przyjrzeć – czy wie panienka, że to jest verboten? I że grozi za to kara śmierci?

10

Vianne przymknęła powieki i pomyślała: „Śpiesz się do domu, Antoine”.

Tylko na to sobie pozwoliła, na jedno małe błaganie. Jak mogła sama poradzić sobie z tym wszystkim – z wojną, kapitanem Beckiem, Isabelle?

Pragnęła marzyć na jawie, udawać, że jej świat wciąż stoi prosto i wcale nie przewrócił się na bok, że zamknięte drzwi do pokoju gościnnego na parterze nic nie znaczą, że Sophie śpi w łóżku matki, ponieważ obie zasnęły podczas czytania bajki, że Antoine wyszedł z domu tego mglistego poranka, żeby narąbać drewna na opał, choć do zimy było daleko. Wkrótce stanie w drzwiach i powie, że teraz wychodzi roznosić pocztę, tak jak zwykle. Może potem opowie jej o egzotycznym stemplu na liście z Afryki lub Ameryki i zainspiruje do wymyślania związanej z nim romantycznej historii?

Odłożyła robótkę do koszyka, wciągnęła kalosze i wyszła narąbać drewna. Niebawem znów nadejdzie jesień, a po niej zima. Zniszczenie ogrodu przez uciekinierów uświadomiło, na jak cienkiej nici zawisła obecnie jej egzystencja. Podniosła wysoko siekierę i opuściła z całym impetem.

Chwyć. Podnieś. Równo. Rąb, powtarzała w duchu jak zaklęcie.

Każde uderzenie wibrowało boleśnie w ramionach i barkach. Pot ściekał po plecach, moczył włosy.

– Proszę pozwolić, że zrobię to za panią.

Zastygła z siekierą w górze.

Beck stał nieopodal w bryczesach i lśniących oficerkach, bez kurtki od munduru, a jedynie w cienkim podkoszulku. Blade policzki miał zaczerwienione po porannym goleniu, jasne włosy mokre. Krople skapywały z nich na podkoszulek, tworząc skomplikowane wzory.

Poczuła się niezręcznie w zwykłej podomce i roboczych butach, z włosami nakręconymi na wałki. Opuściła siekierę.

– To zajęcie dla mężczyzny. Pani jest za delikatna na rąbanie drewna.

– Dam sobie radę.

– Oczywiście, ale po co? Proszę iść, zająć się córką. Mogę zrobić dla pani taki drobiazg. W przeciwnym razie matka przetrzepałaby mi skórę.

Chciała odejść, ale tkwiła jak wmurowana w miejscu, więc podszedł i łagodnie wyjął siekierę z jej rąk. Odruchowo ją przytrzymała.

Ich spojrzenia spotkały się i też nie chciały się rozstać.

Rozluźniła uchwyt na trzonku i zrobiła krok do tyłu tak gwałtownie, że aż się zachwiała. Przytrzymał ją za rękę, by nie upadła. Wymamrotała podziękowanie, odwróciła się i odeszła, starając się trzymać tak prosto jak tylko mogła i nie przyśpieszać kroku. Mimo to, gdy wreszcie dotarła do drzwi, czuła się tak, jakby przybiegła tu z Paryża. Przy szopie ze złością zrzuciła z nóg kalosze. Nie potrzebowała uprzejmości od intruza, który kwaterował w jej domu.

 

Zatrzasnęła za sobą drzwi i poszła do kuchni nastawić wodę. Potem od schodów zawołała Sophie na śniadanie.

Musiała powtórzyć jeszcze dwa razy – i zagrozić konsekwencjami – zanim córka zwlokła się z góry, rozczochrana i z ponurym wzrokiem. Znowu miała na sobie strój marynarski. Antoine’a nie było w domu od dziesięciu miesięcy, Sophie dawno wyrosła z tego ubrania, ale nie chciała przestać go nosić.

– Wstałam – oznajmiła, podeszla do stołu, powłócząc nogami i zajęła swoje miejsce.

Vianne postawiła przed nią miskę papki z mąki kukurydzianej. Dziś rano postanowiła zaszaleć i położyła na wierzchu czubatą łyżkę konfitury z moreli.

– Mamo? Nie słyszysz? Ktoś puka do drzwi.

Vianne pokręciła głową – w uszach miała jedynie walenie siekiery – i poszła otworzyć.

W progu stała Rachel z dzieckiem na ręku i Sarah u boku.

– Będziesz dziś uczyć z włosami na wałkach? – zapytała.

– Och! – Vianne poczuła się jak idiotka. Co się z nią dzieje? Czekały ją ostatnie zajęcia przed wakacjami. – Chodź, Sophie. Spóźnimy się! – Szybko sprzątnęła ze stołu. Sophie wylizała miskę, więc Vianne włożyła naczynie do zlewu i zalała wodą. Później dokładnie je umyje. Nakryła garnek z papką i odstawiła na półkę słoiczek z konfiturami. Potem pobiegła na górę, żeby się przebrać.

Błyskawicznie odwinęła włosy i rozczesała je w falistą fryzurę. Chwyciła słomkowy kapelusz, rękawiczki i torebkę i wybiegła z domu. Rachel z dziećmi czekała przy bramie.

Kapitan Beck stał obok szopy, niedbale trzymając na ramieniu siekierę. Biały, miejscami mokry od potu podkoszulek przylepił się do muskularnej klatki piersiowej, ukazując bujne owłosienie.

– Witam – powiedział Niemiec.

Vianne czuła, że Rachel taksuje go spojrzeniem.

Beck opuścił siekierę.

– To pani przyjaciółka?

– Rachel – zwięźle przedstawiła ją Vianne. – Moja sąsiadka. A to pan kapitan Beck. Kwateruje u nas…

– Witam – powtórzył Niemiec, uprzejmie skłaniając głowę.

Vianne lekko popchnęła Sophie w plecy i wyszły przed bramę. Po chwili dołączyła do niej Rachel, a dziewczynki jak zwykle pobiegły przodem.

– Przystojny – rzuciła przyjaciółka, gdy mijały lotnisko, na którym jak zwykle uwijali się żołnierze. – Tego mi nie mówiłaś.

– Tak?

– Jestem dziwnie pewna, że też to zauważyłaś, zatem nie udawaj. Jaki on jest?

– Niemiecki.

– Żołnierze kwaterujący u Claire Moreau wyglądają jak kiełbachy z nogami. Słyszałam, że chlają wino jak opętani i chrapią jak wieprze. Myślę, że jesteś szczęściarą.

– Chyba raczej ty, Rachel. Nikt się do ciebie nie wprowadził.

– Bieda w końcu na coś się przydała. – Przyjaciółka wzięła Vianne pod rękę. – Nie rób takiej przygnębionej miny. Podobno mają rozkaz, żeby zachowywać się „przyzwoicie”.

– W zeszłym tygodniu – Vianne popatrzyła na Rachel z rozpaczą – Isabelle obcięła sobie włosy na oczach kapitana i oznajmiła, że uroda zapewne jest verboten.

Rachel nie całkiem udało się stłumić uśmiech.

– To wcale nie jest śmieszne – żachnęła się Vianne. – Naraziła nas na niebezpieczeństwo. On mógł nas przecież zastrzelić.

– Możesz z nią porozmawiać – powiedziała Rachel już bez uśmiechu.

– O tak, mogę. Tylko kiedy ona kogokolwiek posłuchała?


– To boli – jęknęła Isabelle.

Mężczyzna szarpnięciem odciągnął ją od wystawy i powlókł za sobą, nie zwracając uwagi, że dziewczyna obija się boleśnie o mury domów. Gdy noga wykręciła jej się na kocich łbach i Isabelle omal nie upadła, ścisnął ją mocniej za ramię i podtrzymał.

Dziewczyno, myśl, nakazywała sobie w duchu. Nie ma munduru, czyli pewnie jest z gestapo. To nie była dobra wiadomość. Widział, jak zamalowywała plakat. Czy kwalifikuje się to jako akt sabotażu, szpiegostwa albo oporu przeciwko okupacji niemieckiej?

Trudno to przecież porównać z wysadzeniem mostu lub sprzedaniem tajemnic Brytyjczykom.

Rysowałam sobie tylko kredą… To miał być wazon z kwiatami… Żadne V, tylko zwykły wazonik, który głupia dziewczyna rysowała na jedynym kawałku papieru, jaki miała pod ręką. Nigdy nawet nie słyszałam o generale de Gaulle’u.

A jeśli jej nie uwierzą?

Mężczyzna zatrzymał się przed dębowymi drzwiami z kołatką w kształcie lwiego łba pośrodku.

Cztery razy uderzył nią w drzwi.

– D-dokąd mnie pan prowadzi? – Czy to tylne wejście do kwatery gestapo? O przesłuchujących krążyły pogłoski mrożące krew w żyłach. Ponoć byli bezwzględni i sadystyczni, lecz nikt nie wiedział tego na pewno.

Drzwi uchyliły się nieco, ukazując starego mężczyznę w berecie. Z mięsistych warg zwisał mu ręcznie skręcany papieros. Na widok Isabelle stary zmarszczył brwi.

– Puszczaj – warknął prześladowca Isabelle i starzec odstąpił na bok.

Isabelle została wciągnięta do tak zadymionego pokoju, że oczy ją zapiekły, gdy się rozglądała. Była w nieczynnej pasmanterii, w której sprzedawano niegdyś przybory do szycia, wstążki, guziki, tasiemki i czepki. Przez smugi dymu dostrzegła puste oszklone witrynki i leżące w kącie metalowe wieszaki na nakrycia głowy. Okno od ulicy zostało zamurowane, a drzwi wychodzące na ulicę La Grande były od wewnątrz zamknięte na solidną zasuwę.

W pomieszczeniu znajdowało się czterech mężczyzn: stojący w kącie wysoki, szpakowaty, w łachmanach, młody chłopak i przystojny młodzieniec w zmechaconym swetrze, znoszonych spodniach i zdartych skórzanych butach siedzący przy okrągłym kawiarnianym stoliku.

– Kogoś tu przyprowadził, Didier? – zapytał stary, który im otworzył.

Isabelle wreszcie zobaczyła swego prześladowcę – był wysoki, potężnie zbudowany, z nalaną twarzą, wyglądał jak cyrkowy siłacz.

Wyprostowała się jak tylko mogła, ściągnęła ramiona i dumnie uniosła podbródek. Wiedziała, że w swej skromnej sukience wygląda jak dziewczynka, ale nie chciała pokazać po sobie, że się boi.

– Przyłapałem ją na bazgraniu po szwabskich plakatach – wyjaśnił dryblas, który ją przyprowadził. Didier.

Isabelle próbowała ukradkiem zetrzeć kredę z dłoni.

– Co masz do powiedzenia? – zapytał szpakowaty ze swojego kąta. Robił wrażenie szefa.

– Nie mam kredy.

– Widziałem ją, jak bazgrała.

Isabelle postanowiła zaryzykować.

– Pan nie jest Niemcem – zwróciła się do osiłka. – Jest pan Francuzem, mogę się założyć. A pan – powiedziała do starego – jest rzeźnikiem. – Chłopaka pominęła i zwróciła się do przystojnego młodzieńca w znoszonym ubraniu: – Wygląda pan na głodnego i ma na sobie ubranie po bracie albo coś, co pan ściągnął komuś ze sznura na pranie. Komunista.

Mężczyzna wyszczerzył się do niej i wyraźnie rozluźnił.

Isabelle najbardziej niepokoił ten w kącie. Szef. Postąpiła krok w jego stronę.

– Pan mógłby być jednym z tych Aryjczyków. Wygląda pan na takiego, który zmusza innych do posłuszeństwa.

– Znam go, odkąd pamiętam, panienko – powiedział rzeźnik. – Walczyłem u boku jego ojca, a także panienki, nad Sommą. Panienka nazywa się Isabelle Rossignol, prawda?

Milczała. Czy to pułapka?

– Brak odpowiedzi – odezwał się młody bolszewik. Wstał i podszedł do niej. – Dobra postawa. Dlaczego rysowałaś V na plakacie?

Isabelle zachowała milczenie.

– Nazywam się Henri Navarre – przedstawił się, stając tak blisko, że mógłby jej dotknąć. – Nie jesteśmy Niemcami ani nie współpracujemy z nimi. – Przyjrzał się Isabelle z namysłem. – Nie wszyscy zachowują się biernie. A teraz powiedz, dlaczego znakowałaś ich plakaty?

– Tylko to wpadło mi do głowy – odrzekła niechętnie.

– To znaczy?

– Słuchałam w radiu przemówienia de Gaulle’a.

Henri spojrzał znacząco na szpakowatego. Obserwowała, jak mężczyźni porozumiewają się bez słów. I pod koniec tej niemej rozmowy już wiedziała, kto tu jest szefem: przystojny komunista. Henri.

– Gdybyś mogła zrobić coś… więcej, podjęłabyś się tego? – zapytał w końcu Henri, zwracając się do niej.

– Co pan ma na myśli? – odpowiedziała pytaniem.

– Jest pewien człowiek w Paryżu…

– Właściwie grupa ludzi, z Muzeum Człowieka… – poprawił osiłek.

Henri powstrzymał go uniesieniem dłoni.

– Nie wyjawiamy więcej, niż musimy, Didier. No więc jest pewien człowiek, drukarz, który z narażeniem życia powiela ulotki, a my je potem rozprowadzamy. Może gdyby udało się nam pobudzić do działania więcej Francuzów, pokazać im, co się dzieje, nasze szanse by wzrosły. – Sięgnął do przewieszonej przez oparcie krzesła skórzanej torby i wyciągnął z niej plik papierów. Oczom Isabelle ukazał się nagłówek: „Niech żyje generał de Gaulle!”.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?