SłowikTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80 55,84
Słowik
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Użyli pretekstu klęski. Wiedziałam! – emocjonowała się Isabelle.

– …prawda, że siły wroga są przeważające, w powietrzu i na lądzie. Czołgi, samoloty, taktyka dowódców niemieckich wprawiły naszych generałów w osłupienie, z którego nie zdołali się jak dotąd otrząsnąć. Czy jednak ostatnie słowo zostało już powiedziane? Czy zgasła wszelka nadzieja? Czy klęska jest ostateczna?

– Mój Boże – szepnęła Isabelle. Na takie słowa czekała. Jeszcze nie wszystko stracone, trzeba zaangażować się w walkę. Kapitulacja nie była ostateczna.

– Cokolwiek się wydarzy – mówił spokojny głos – płomień francuskiego oporu będzie płonął i nie zagaśnie.

Łzy płynęły po twarzy Isabelle, ale tego nie zauważyła. Francuzi się nie poddali. Teraz musiała jedynie wymyślić, jak odpowiedzieć na to wezwanie.


Dwa dni po zajęciu Carriveau Niemcy zwołali zebranie mieszkańców na późne popołudnie. Obecni powinni być wszyscy. Żadnych wyjątków. Mimo to Vianne musiała stoczyć z Isabelle prawdziwą bitwę, by skłonić ją do pójścia. Siostra jak zwykle uważała, że zasady jej nie dotyczą, i poprzez odmowę chciała wyrazić swój sprzeciw. Jakby hitlerowcy przejmowali się tym, co narwana osiemnastolatka myśli o ich okupacji.

– Zaczekaj tu – powiedziała Vianne z irytacją, gdy w końcu udało jej się wywlec siostrę z domu. Ostrożnie przymknęła popsutą furtkę, której klamka cicho kliknęła.

Po chwili na drodze ukazała się Rachel z niemowlęciem na ręku i Sarah przy boku.

– To Sarah, moja najlepsza przyjaciółka – powiedziała Sophie, zerkając w górę na Isabelle.

– Isabelle – ucieszyła się na jej widok Rachel. – Dobrze cię znowu widzieć.

– Czyżby? – odparła cierpko dziewczyna.

– To było dawno temu – powiedziała Rachel łagodnie. – Byłyśmy młode, głupie i strasznie samolubne. Przykro mi, że źle cię traktowałyśmy. Nie zwracałyśmy na ciebie uwagi. To musiało być dla ciebie bolesne.

Isabelle zbita z tropu otworzyła usta i znów je zamknęła. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziała, co powiedzieć.

– Chodźmy – rzuciła Vianne, zirytowana tym, że Rachel powiedziała siostrze to, na co ona nie potrafiła się zdobyć. – Nie możemy się spóźnić.

Nawet o tej porze dnia było niezwykle gorąco i już po chwili Vianne poczuła, że zaczyna się pocić. W miasteczku dołączyły do ponurego tłumu zmierzającego w stronę merostwa. Sklepy po obu stronach brukowanej ulicy były zamknięte, tak samo okna domów, choć to oznaczało, że po powrocie mieszkańcy zastaną w nich okropną duchotę. Większość wystaw sklepowych świeciła pustkami, co zbytnio nie zaskakiwało. Szkopy żarły ponad miarę, czego przygnębiającym świadectwem były fury jedzenia, jakie zostawiali na talerzach w lokalach. Było to okrutne i bezmyślne w sytuacji, gdy wiele matek zaczynało liczyć słoiki w piwnicach, kombinując, jak ich drogocenną zawartość rozdzielić między dzieci. Hitlerowska propaganda atakowała z wystaw sklepów i ich ścian, plakaty ukazywały uśmiechniętych niemieckich żołnierzy otoczonych francuskimi dziećmi. Hasła im towarzyszące miały nakłonić Francuzów do zaakceptowania ich okupantów i stania się przykładnymi obywatelami Rzeszy.

Gdy tłum zbliżył się do merostwa, szemrania ucichły. Wchodzenie jak zaganiane stado owiec tam, gdzie okien i drzwi pilnują uzbrojone straże, coraz bardziej zakrawało na duży błąd.

– Nie powinnyśmy tam wchodzić – powiedziała Isabelle.

Stojąca między siostrami Rachel, która znacznie górowała nad nimi wzrostem, uciszyła ją zniecierpliwionym syknięciem. Poprawiła dziecko na ręce i pogłaskała je uspokajająco.

– Wezwano nas tutaj.

– Tym większy powód, żeby się ukryć – odparła Isabelle.

– Ja i Sophie wchodzimy do środka – oznajmiła Vianne, choć sama też miała złe przeczucia.

– To może się źle skończyć – mruknęła Isabelle.

Jak ogromna stonoga tłum zaczął wpełzać do wielkiego holu. Cenne tkaniny pochodzące z czasów monarchii, kiedy Dolina Loary stanowiła królewskie tereny łowieckie, do niedawna wiszące na ścianach, teraz zniknęły bez śladu, zastąpione swastykami, plakatami propagandowymi – „Zaufaj Rzeszy!” – i ogromnym portretem Hitlera.

Pod portretem stał mężczyzna w czarnym mundurze z czerwoną wstążeczką Krzyża Żelaznego i licznymi odznakami, w bryczesach i lśniących czarnych oficerkach. Na lewym rękawie miał czerwoną opaskę ze swastyką.

Kiedy hol się wypełnił, żołnierze zamknęli dębowe drzwi, które zaskrzypiały na znak protestu. Człowiek w czarnym mundurze wyrzucił prawe ramię w faszystowskim pozdrowieniu i zawołał „Heil Hitler!”.

Mieszkańcy Carriveau zaszemrali między sobą. Co innego mogli zrobić? Kilka osób mruknęło w odpowiedzi „Heil Hitler”. W sali rozniósł się zapach dymu papierosowego, pasty do butów i potu.

– Jestem sturmbannführer Weldt z Geheime Staatspolizei, czyli tajnej policji państwowej. W skrócie gestapo – zaczął oficer po francusku z silnym niemieckim akcentem. – Jestem tu, żeby dopilnować wypełniania postanowień rozejmu w imieniu mojej ojczyzny i führera. Ci, którzy będą przestrzegać ustalonych zasad, nie mają się czego obawiać. – Odchrząknął i ciągnął stalowym głosem: – A oto zasady. Wszystkie odbiorniki radiowe mają zostać niezwłocznie przekazane do merostwa, podobnie jak broń, amunicja i materiały wybuchowe. Wszystkie sprawne pojazdy mechaniczne zostaną zarekwirowane. Okna należy wyposażyć w żaluzje zaciemniające i skrupulatnie ich używać. Z dniem dzisiejszym zostaje zarządzona godzina policyjna od 21.00. Po zmierzchu zakazuje się używania oświetlenia. Żywność zarówno importowana, jak i produkowana na miejscu będzie pod naszą kontrolą – urwał i powiódł wzrokiem po zebranych. – Jak widzicie, nie jest to wcale takie straszne. Będziemy żyć w harmonii, tak? Ale wiedzcie jedno. Każdy akt sabotażu, szpiegostwa lub oporu spotka się z natychmiastową surową reakcją. Karą za wymienione przestępstwa jest śmierć przez rozstrzelanie. – Z kieszeni spodni wyjął paczkę papierosów i włożył jednego do ust. Zapalając go, wodził wzrokiem po zgromadzonych, jakby chciał zapamiętać każdą twarz. – Jeszcze jedno: choć wielu waszych łachmaniarskich, tchórzliwych żołnierzy wraca do domów, informuję was, że ci, których wzięliśmy do niewoli, pozostaną w obozach jenieckich na terenie Rzeszy.

Tłum zaszemrał, zaszurał stopami. Vianne spojrzała na szeroką twarz Rachel, na którą wystąpiły plamy, wyraźna oznaka zaniepokojenia.

– Marc i Antoine wrócą, zobaczysz – powiedziała z przekonaniem.

– Możecie odejść, jestem pewien, że się zrozumieliśmy – ciągnął sturmbannführer. – Dzisiaj do godziny 20.45 będą tu moi oficerowie, aby odebrać od was skonfiskowane przedmioty. Nie spóźniajcie się. I jeszcze jedno… – Uśmiechnął się dobrodusznie. – Nie narażajcie życia dla radia. Cokolwiek zatrzymacie, choćbyście nie wiem jak ukryli, my to znajdziemy, a wtedy… śmierć. – Oznajmił to tak pogodnie, z miłym uśmiechem, że początkowo do niewielu dotarło znaczenie tych słów.

Ludzie stali jeszcze przez chwilę, niepewni, czy faktycznie mogą już wyjść. Nikt nie chciał uczynić pierwszego kroku, żeby się nie wyróżnić, po czym nagle wszyscy ruszyli naraz jak stado zwierząt i wylali się na plac przed budynkiem.

– Sukinsyny – mruknęła Isabelle przez zęby, gdy nieco się oddaliły.

– Myślałam, że strzelby myśliwskie pozwolą nam zatrzymać – powiedziała Rachel, zapalając papierosa i głęboko się zaciągając.

– Ja nie oddam broni, zapewniam cię – rzuciła mściwie Isabelle. – Ani radia.

– Cicho bądź… – przestraszyła się Vianne.

– Generał de Gaulle uważa…

– Nie chcę słuchać tych głupot. Musimy położyć uszy po sobie i czekać na powrót naszych mężczyzn – powiedziała twardo Vianne.

– O Boże – odparła Isabelle z politowaniem. – Wydaje ci się, że twój mąż coś na to poradzi?

– Nie – warknęła Vianne jadowicie. – Na pewno ty poradzisz, razem z twoim de Gaulle’em, o którym nikt nigdy nie słyszał. A teraz chodźmy. Podczas gdy ty będziesz układać plan ocalenia Francji, ja muszę zająć się ogrodem. Chodź, Rachel, zostawmy cymbałów samym sobie.

Trzymając Sophie za rękę, ruszyła szparkim krokiem. Nie oglądała się, żeby sprawdzić, czy siostra idzie za nią. Wiedziała, że kuśtyka z tyłu na wciąż obolałych stopach. W zwykłych okolicznościach Vianne dotrzymałaby jej kroku z prostej uprzejmości, ale teraz była zbyt poirytowana, żeby się nią przejmować.

– Twoja siostra może mieć trochę racji – zauważyła Rachel, gdy mijały normański kościół na skraju Carriveau.

– Jeżeli weźmiesz jej stronę, to naprawdę się pogniewamy, Rachel.

– Mimo to twierdzę, że ona może mieć trochę racji.

– Tylko czasem jej tego nie powtarzaj – powiedziała Vianne ze znużeniem. – Już teraz trudno z nią wytrzymać.

– Powinna dostać lekcję dobrego wychowania.

– Ty jej daj. Jest wyjątkowo odporna na wszelkie próby poprawienia jej czy przemówienia do rozumu. Uczęszczała do dwóch szkół dla panien z dobrych domów i wciąż nie potrafi powstrzymać języka, nie mówiąc o prowadzeniu uprzejmej rozmowy. Dwa dni temu zamiast iść do sklepu po żywność, zebrała w domu cenne przedmioty i urządziła dla nas kryjówkę. Tak na wszelki wypadek.

– Może powinnam pójść w jej ślady. Choć niewiele tego.

Vianne zacisnęła wargi. Nie było sensu dłużej o tym rozmawiać. Niedługo wróci Antoine i pomoże wziąć Isabelle w karby.

Pożegnała się z Rachel przed bramą Le Jardin.

– Mamo, dlaczego musimy oddać im nasze radio? – zapytała Sophie. – Przecież to radio tatusia.

– Wcale nie musimy – wtrąciła Isabelle, która właśnie doczłapała do nich. – Dobrze je ukryjemy.

– Wykluczone – krzyknęła Vianne ze złością. – Zrobimy, jak mówili, i będziemy siedzieć cicho, a wkrótce wróci Antoine i już on będzie wiedział, co robić.

 

– Witaj w średniowieczu, Sophie – rzuciła Isabelle kąśliwie.

Jej siostra ze złością szarpnęła furtkę, o sekundę za późno przypomniawszy sobie, że popsuli ją uciekinierzy. Furtka przeraźliwie zaskrzypiała i omal nie zerwała się z jedynego zawiasu. Vianne z trudem udała, że nic się nie stało. Pomaszerowała do domu, otworzyła drzwi i zapaliła lampę w kuchni.

– Sophie – poprosiła, zdejmując słomkowy kapelusz. – Nakryj do stołu, dobrze?

Zignorowała niechętne mamrotanie córki, spodziewała się bowiem protestu. W ciągu zaledwie kilku dni Isabelle zdołała nauczyć siostrzenicę kwestionowania autorytetów.

Vianne zabrała się do gotowania. Kiedy zupa ziemniaczana na słoninie stała już na ogniu, zaczęła sprzątać kuchnię. Oczywiście Isabelle gdzieś przepadła, nie kwapiąc się do pomocy. Wzdychając, Vianne nalała wody do zlewu i zaczęła zmywać naczynia. Była tym tak pochłonięta, że dopiero po chwili zwróciła uwagę na stukanie do drzwi. Przygładziwszy włosy, przeszła do salonu, gdzie zastała Isabelle z książką w ręce. Ona haruje w kuchni, a siostra sobie czyta. Oczywiście.

– Spodziewasz się kogoś? – zapytała Isabelle.

Vianne pokręciła głową.

– Może lepiej nie otwierać – powiedziała Isabelle. – Udawajmy, że nikogo nie ma w domu.

– Przecież światło się pali. To pewnie Rachel, może czegoś potrzebuje.

Stukanie rozległo się ponownie.

Potem klamka opadła i drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem.

Tak, to Rachel. Kto inny wchodziłby tak…

Do jej domu wszedł niemiecki żołnierz.

– O, bardzo przepraszam – odezwał się okropną francuszczyzną.

Zdjął czapkę, włożył pod pachę i uśmiechnął się. Był przystojnym mężczyzną, wysokim, barczystym, wąskim w biodrach, o bladej cerze i jasnoszarych oczach. Vianne oszacowała, że mógł być mniej więcej w jej wieku. Polowy mundur był nienagannie wyprasowany i wyglądał na nowy. Pod wysoko zapinanym kołnierzem wisiał Krzyż Żelazny. Miał na szyi futerał z lornetką, a u szerokiego skórzanego pasa kaburę. Vianne zerknęła mu przez ramię i dostrzegła stojący na poboczu drogi motocykl z koszem, na którym był zamontowany karabin maszynowy.

– Mademoiselle. – Skłonił lekko głowę, trzaskając obcasami.

– Madame – poprawiła, pragnąc by jej głos brzmiał pewnie, ale nawet ona słyszała w nim strach. – Madame Mauriac.

– Jestem kapitan Wolfgang Beck. – Wręczył jej urzędowo wyglądające pismo i znów trzasnął obcasami. – Słabo mówię po francusku. Proszę mi wybaczyć. – Gdy się uśmiechał, na jego policzkach ukazywały się wyraźne dołeczki.

– Nie znam niemieckiego – bąknęła Vianne, obracając kartkę w dłoniach.

– Czego pan chce? – zapytała Isabelle ostrym tonem, stając obok siostry.

– Pani dom jest bardzo piękny i stoi blisko lotniska. Ile macie sypialni?

– Bo co? – zapytała Isabelle, a Vianne w tej samej chwili odpowiedziała:

– Trzy.

– Będę kwaterował w to miejsce – oznajmił kapitan niezdarnie po francusku.

– Kwaterował? – zdziwiła się Vianne. – To znaczy… będzie pan tu mieszkał?

– Tak, proszę pani.

– Kwaterował? Pan? Mężczyzna? Hitlerowiec? Nie, nie! – Isabelle kręciła głową. – Wykluczone!

Uśmiech nie znikał z twarzy oficera.

– Była pani w mieście – zwrócił się do Isabelle. – Widziałem panią, jak wjeżdżaliśmy.

– Zauważył mnie pan?

– Jestem pewien, że każdy pełnokrwisty mężczyzna w naszym pułku zwrócił na panią uwagę. – Uśmiech stał się szerszy.

– Ciekawe, że wspomina pan o krwi – wycedziła Isabelle.

Vianne szturchnęła ją pod żebro.

– Przepraszam, kapitanie. Moja młodsza siostra bywa nieuprzejma. Chodzi o to, że jestem mężatką, mój mąż przebywa na froncie, mieszkam tu tylko z siostrą i córeczką, więc sam pan widzi, jak niewłaściwe byłoby przebywanie pana z nami pod wspólnym dachem.

– A zatem woli pani zostawić mi dom. To musi być dla pani trudna sytuacja.

– Zostawić? – powtórzyła Vianne, nie pojmując sensu jego słów.

– Nie zrozumiałaś pana kapitana – wtrąciła Isabelle, mierząc go twardym spojrzeniem. – On chce się tu wprowadzić, zająć twój dom, a to pismo to nakaz rekwizycji, który mu na to pozwala. I rozejm Pétaina, oczywiście. Mamy do wyboru albo dać mu pokój, albo wynieść się z domu, który od pokoleń należy do naszej rodziny.

– Tak to, niestety, wygląda. – Oficer miał lekko zakłopotaną minę. – Obawiam się, że wielu mieszkańców Carriveau ma podobny problem.

– Jeśli opuścimy dom, to czy go odzyskamy? – chciała wiedzieć Isabelle.

– Nie wydaje mi się.

Vianne odważyła się postąpić krok w jego stronę. Może jednak zdoła się z nim porozumieć.

– Przypuszczam, że mój mąż na dniach się tu pojawi. Czy nie mógłby pan zaczekać do jego przybycia?

– Niestety, jestem tylko kapitanem Wehrmachtu, a nie generałem… Nie wydaję rozkazów, lecz je wykonuję. A otrzymałem rozkaz zakwaterowania tutaj. Zapewniam jednak, że jestem osobą cywilizowaną.

– Wyjedziemy – oznajmiła Isabelle.

– Wyjedziemy? – zapytała Vianne z niedowierzaniem. – Przecież to jest mój dom. Czy mogę – zwróciła się do kapitana – liczyć, że będzie się pan zachowywał jak człowiek honoru?

– Oczywiście, madame.

Vianne spojrzała na siostrę, która wolno pokręciła głową.

Vianne wiedziała, że nie ma wyboru. Przede wszystkim musi zapewnić bezpieczeństwo Sophie, póki Antoine nie wróci z frontu. Niech on się zajmie tą niedogodnością. Skoro rozejm został podpisany, mąż będzie w domu lada dzień.

– Na parterze jest nieużywany pokój. Będzie tam panu wygodnie.

– Dziękuję pani. – Kapitan skinął głową. – Przyniosę swoje rzeczy.


– Czyś ty oszalała? – zapytała Isabelle, gdy tylko drzwi się za nim zamknęły. – Nie możemy mieszkać pod jednym dachem z hitlerowcem!

– Powiedział, że jest z Wehrmachtu. Czy to to samo?

– Mało mnie obchodzi ich schemat organizacyjny! Nie wiesz, do czego oni są zdolni, Vianne. Ja wiem, bo widziałam. Musimy opuścić dom. Przeniesiemy się obok, do Rachel. Możemy zamieszkać u niej.

– Dom Rachel jest za mały, nie pomieści nas wszystkich. A zresztą nie zostawię domu na pastwę Niemców.

Na to Isabelle nie znalazła odpowiedzi.

Niepokój sprawił, że Vianne poczuła znajome swędzenie w okolicy krtani. Dawny nerwowy nawyk drapania powrócił.

– Ty możesz wyjechać, ale ja muszę czekać na Antoine’a. Skapitulowaliśmy, więc niebawem wróci do domu.

– Vianne, proszę cię…

Rozległo się głośne stukanie do drzwi.

Vianne chwiejnie podeszła i drżącą dłonią nacisnęła klamkę.

W drzwiach stał kapitan Beck z wojskową czapką pod pachą i małą skórzaną walizką w ręku.

– Witam ponownie – rzucił niemal poufale.

Vianne bezwiednie podrapała się po szyi. Pod spojrzeniem tego mężczyzny czuła się dziwnie bezbronna.

– Tędy, panie kapitanie.

Powiodła wzrokiem po salonie dekorowanym przez trzy pokolenia mieszkających tu kobiet. Ściany koloru świeżo upieczonej brioszki, złotawe sztukaterie, posadzka z szarego kamienia, przykryta dywanem z Aubusson, obite wzorzystym materiałem ciężkie meble, porcelanowe lampy, grube złotoczerwone zasłony, kosztowne bibeloty z czasów, gdy ród Rossignolów był zamożny i zajmował się handlem. Do niedawna ściany zdobiły cenne obrazy. Obecnie zostało trochę malowideł bez wartości. Cenniejsze Isabelle ukryła w stodole.

Vianne zaprowadziła kapitana do niewielkiego pokoju pod schodami. Po lewej znajdowała się dobudowana na początku dwudziestego wieku łazienka. Przystanęła, zanim chwyciła za klamkę. Za plecami słyszała jego oddech.

Otworzyła drzwi. Ukazał się dość wąski pokój z dużym oknem obramowanym sięgającymi podłogi niebieskoszarymi zasłonami. Na malowanej komodzie były niebieska misa i dzban. W kącie stara dębowa szafa z lustrzanymi drzwiami. Przy podwójnym łóżku stał nocny stolik, na nim zabytkowy zegar z pozłacanego brązu. Ku zaskoczeniu Vianne wszędzie walały się ubrania Isabelle, jakby siostra pakowała się na długie wakacje. Vianne zebrała je pośpiesznie z przepraszającym uśmiechem.

Kapitan postawił walizkę na podłodze. Vianne uśmiechnęła się blado z czystej uprzejmości.

– Nie musi się pani obawiać – powiedział łagodnie. – Upominano nas, żebyśmy się zachowywali przyzwoicie. Moja matka też by tego żądała, a szczerze mówiąc, boję się jej bardziej niż dowódcy. – Powiedział to tak zwyczajnie, że Vianne poczuła się zaskoczona.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć temu obcemu, ubranemu jak wróg, a wyglądającemu jak młody mężczyzna, którego mogłaby spotkać w miejscowym kościele. I jaka była cena za powiedzenie czegoś niewłaściwego?

– Przepraszam panią za wszelkie niedogodności – dodał kapitan.

– Mój mąż niebawem będzie w domu.

– Wszyscy mamy nadzieję być niebawem w domu.

Jeszcze jedna zwykła uwaga. Vianne skinęła uprzejmie i zostawiła go samego, zamykając za sobą drzwi.

– Powiedz, że on nie zostanie. – Isabelle podskoczyła do niej, gdy tylko przekroczyła próg.

– Twierdzi, że zostanie – odparła Vianne ze znużeniem, nerwowo poprawiając włosy. Uświadomiła sobie nagle, że cała drży. – Wiem, co czujesz wobec tych całych hitlerowców. Proszę bardzo, ale zadbaj, by on się o tym nie dowiedział. Nie pozwolę ci narażać Sophie twym dziecinnym buntem.

– Dziecinnym buntem! Czy ty…

Drzwi do salonu uchyliły się, uciszając Isabelle.

Kapitan Beck ruszył ku nim swobodnym krokiem, szeroko się uśmiechając. Potem zauważył radio i przystanął.

– Nie martwcie się, panie. Z przyjemnością dostarczę wasze radio do komendantury.

– Naprawdę? – zapytała drwiąco Isabelle. – Uważa pan to za uprzejmość?

Vianne poczuła ucisk w piersi. Isabelle aż gotowała się w środku. Zbladła, zacisnęła wargi, oczy jej się zwęziły. Piorunowała nimi Niemca, jakby chciała go zabić wzrokiem.

– Ależ oczywiście – odparł, jakby nieco zdezorientowany. Nagłe milczenie nie robiło na nim wrażenia. Niespodziewanie oznajmił: – Ma pani piękne włosy, panienko. – Gdy Isabelle się najeżyła, upewnił się pośpiesznie: – To dopuszczalny komplement, prawda?

– Tak pan uważa? – wycedziła Isabelle.

– Całkiem urocze – zapewnił Beck z miłym uśmiechem.

Isabelle pomaszerowała do kuchni i po chwili wróciła z nożycami do drobiu.

– Czy zostałem źle zrozumiany? – Jego uśmiech zbladł.

– Isabelle, nie rób tego – powiedziała Vianne w tej samej chwili, gdy siostra, patrząc ponuro na kapitana Becka, ujęła w dłoń pasmo swych jasnych włosów, obcięła je i wyciągnęła rękę do Niemca.

– To musi być verboten posiadać coś pięknego, prawda, kapitanie?

Vianne gwałtownie zaczerpnęła powietrza.

– Proszę wybaczyć. Niech pan nie zwraca na nią uwagi. To tylko głupia, zadufana dziewczyna!

– Nie – zaprzeczył Beck krótko. – Ona jest gniewna. A gniewni ludzie popełniają na wojnie błędy i giną.

– Tak jak i zwycięzcy – warknęła Isabelle.

Beck się roześmiał.

Isabelle wydała dźwięk, który praktycznie był warknięciem, i obróciła się na pięcie. Odeszła, tupiąc na schodach, i zamknęła się w pokoju, trzasnąwszy drzwiami z taką siłą, że dom zadrżał w posadach.


– Radziłbym porozmawiać z siostrą – powiedział Beck. Patrzył na Vianne tak, jakby oboje się rozumieli. – Takie… teatralne zachwanie w niewłaściwym miejscu mogłoby się naprawdę źle skończyć.

Vianne zostawiła go w salonie i poszła na górę. Isabelle siedziała na łóżku Sophie i trzęsła się z gniewu.

Na szyi i policzkach wciąż widać było ślady zadrapań, świadczące o tym, co przeszła. Nierówno obcięte włosy dopełniały żałosnego widoku.

– Co ty sobie właściwie myślałaś, na Boga?

– Mogłabym go zabić w czasie snu, zwyczajnie poderżnąć mu gardło.

– I wydaje ci się, że nikt nie szukałby kapitana, który otrzymał skierowanie na kwaterę w naszym domu? Isabelle, oprzytomnij! – Odetchnęła, by uspokoić rozedrgane nerwy. – Wiem, że między nami są trudne, niezałatwione sprawy. Wiem, że w dzieciństwie źle się do ciebie odnosiłam, ale byłam zbyt młoda i przerażona, aby ci pomóc. Tata potraktował cię jeszcze gorzej. Teraz jednak nie chodzi o nas, nie możesz się zachowywać impulsywnie jak mała dziewczynka. Chodzi o moją córkę, a twoją siostrzenicę. Obie musimy ją chronić.

 

– Ale…

– Francja skapitulowała, Isabelle. Z pewnością nie umknęło to twojej uwadze.

– Przecież słuchałaś generała de Gaulle’a. Powiedział…

– Kim jest generał de Gaulle? Dlaczego mamy go słuchać? Marszałek Pétain jest bohaterem wojennym i naszym przywódcą. Musimy ufać naszemu rządowi.

– Żartujesz, Vianne? Rząd w Vichy kolaboruje z Hitlerem. Jak możesz nie widzieć tego niebezpieczeństwa? Pétain popełnił błąd. On się myli. Czy należy ślepo podążać za przywódcą?

Vianne powoli przysunęła się do siostry, trochę się jej teraz bojąc.

– Nie pamiętasz ostatniej wojny – powiedziała ściskając dłonie, by powstrzymać ich drżenie. – Ale ja pamiętam. Pamiętam, ilu ojców, braci i stryjów nie wróciło do domów. Pamiętam płacz dzieci z naszej klasy, kiedy telegram przynosił złe wieści. Pamiętam mężczyzn wracających z frontu o kulach, ich puste, podpięte od spodu nogawki, mężczyzn bez rąk, z poranionymi, na zawsze zniekształconymi twarzami. Pamiętam, jaki tata był przed wojną i jak bardzo się zmienił po powrocie; pił, trzaskał drzwiami i krzyczał na nas, a potem zamknął się w sobie i przestał się odzywać. Nie zapomniałam opowieści o tym, co działo się nad Sommą i pod Verdun, gdzie setki tysięcy Francuzów zginęły w okopach, które spływały krwią. I o potwornościach dokonywanych przez Niemców, bo tego nie można wyrzucić z pamięci. Oni byli okrutni, Isabelle.

– Właśnie o to mi chodzi. Musimy…

– Byli tacy, ponieważ z nimi walczyliśmy. Pétain ocalił nas od przeżywania tego ponownie. Zapewnił nam bezpieczeństwo. Zatrzymał wojnę. Teraz Antoine i wszyscy nasi mężczyźni powrócą do domów.

– Do świata, w którym trzeba wrzeszczeć „Heil Hitler”? – zadrwiła Isabelle. – „Płomień francuskiego oporu będzie płonął i nie zagaśnie”. Tak powiedział de Gaulle. Musimy walczyć wszelkimi dostępnymi metodami. Za Francję, Vi. Żeby pozostała Francją.

– Dość tego – odparła Vianne. Zbliżyła twarz do głowy siostry, jakby chciała szepnąć jej coś do ucha lub ją pocałować, lecz zamiast tego powiedziała spokojnym, równym głosem: – Zajmiesz pokój Sophie, a ona przeniesie się do mnie. I pamiętaj, że mógł nas zastrzelić. Zabić nas i nikt by się tym nie przejął. Nie prowokuj tego żołnierza w moim domu.

Widziała, że jej słowa trafiły do celu. Isabelle zesztywniała.

– Spróbuję trzymać język za zębami.

– Lepiej tak zrób, zamiast próbować.