SłowikTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80 55,84
Słowik
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chcę cię zabrać ze sobą – szepnął. Powoli objął ręką jej kark i delikatnie przyciągnął do siebie. – Jesteś pewna? – zapytał z wargami tak blisko jej ust, że owionął ją ciepłym oddechem.

Nie wiedziała, czy pytanie dotyczy wyruszenia na wojnę, czy też zgody na pocałunek, lecz w tej chwili nie miało to znaczenia. Isabelle wymieniała już pocałunki z chłopcami, ale były zdawkowe, nieważne. Nigdy przedtem, ani razu, nie pragnęła go naprawdę.

– Tak – wyszeptała, podając mu usta.

Pocałunek utworzył szczelinę w pancernej skorupie otaczającej jej poranione serce. Po raz pierwszy czytane ukradkiem romanse nabrały sensu i Isabelle uświadomiła sobie, że krajobraz kobiecej duszy może ulec równie szybkiej zmianie jak ogarnięty wojenną pożogą świat.

– Kocham cię – szepnęła. Nie wypowiadała tych słów od ukończenia czwartego roku życia, kiedy to zapewniała o miłości własną matkę. Miłosna deklaracja Isabelle sprawiła, że rysy Gaëtona stwardniały. Obdarzył ją uśmiechem tak wymuszonym i fałszywym, że się spłoszyła. – Co? Czy zrobiłam coś złego?

– Nie. Oczywiście, że nie – odparł.

– Mamy szczęście, że natrafiliśmy na siebie – powiedziała.

– Nieprawda, Isabelle. Możesz mi wierzyć. – Ponownie ją pocałował, tym razem z większym żarem.

Poddała się cudownemu wrażeniu, pozwoliła sobie zapomnieć o całym wszechświecie. W końcu się dowiedziała, co to znaczy całkowicie komuś wystarczać.


Kiedy Vianne ocknęła się ze snu, najpierw uderzyła ją cisza. Z oddali dochodził śpiew ptaka. Leżała nieruchomo, nasłuchując. Obok niej Sophie cichutko pochrapywała przez sen.

Vianne podeszła do okna i odsunęła zaciemnienie.

Jej oczom ukazały się połamane gałęzie jabłoni. Furtka wisiała krzywo na jednym zawiasie. Pole naprzeciwko domu było stratowane i gładkie jak stół. Fala uchodźców pozostawiła za sobą bałagan – walizki i toboły, futra i płaszcze, pościel i połamane wózki.

Vianne zeszła na parter i ostrożnie odsunęła zasuwę. Chwilę wytężała słuch, a gdy nie usłyszała najlżejszego dźwięku, nacisnęła klamkę i nieco uchyliła drzwi.

Ogród warzywny został doszczętnie ogołocony. Co tylko nadawało się do zjedzenia, zostało wyrwane z ziemi i zabrane. Na zrytych butami grządkach walały się strzępy łodyg i naci.

Cały jej wysiłek poszedł na marne. Zdruzgotana obeszła dom dokoła; tam także ludzka szarańcza dokonała wielu zniszczeń.

Już miała wracać do środka, gdy raptem usłyszała jakiś dźwięk. Miauczenie…? A może kwilenie niemowlęcia?

Niepokojący odgłos rozległ się ponownie. Czy ktoś zostawił tu małe dziecko?

Ostrożnie, na palcach, przekradła się do stojącej w cieniu krzewów róż i jaśminu altany.

Na ziemi leżała skulona Isabelle w podartej na strzępy sukience, z pokaleczoną i posiniaczoną twarzą. Lewe oko spuchło tak, że nie dawało się otworzyć, do rękawa przypięta była kartka papieru.

– Isabelle!

Siostra obróciła głowę, by spojrzeć na nią zdrowym okiem.

– Vi – wychrypiała z trudem. – Dzięki, że mnie nie wpuściłaś.

Vianne podbiegła i uklękła przy niej.

– Jesteś cała w siniakach, pokrwawiona… Co się stało?

Isabelle przez chwilę zdawała się nie rozumieć.

– A… tak. To nie moja krew. W każdym razie większość. – Rozejrzała się półprzytomnie dokoła. – Gdzie jest Gaët?

– Kto?

Siostra z trudem podniosła się z ziemi i zachwiała tak, że omal znów nie upadła.

– Czy on mnie zostawił? No tak. – Zaczęła płakać. – Porzucił mnie.

– Chodź – powiedziała Vianne łagodnie. Podtrzymując siostrę pod ramię, zabrała ją do chłodnego wnętrza domu, gdzie Isabelle skopała z nóg pochlapane krwią pantofle z takim rozmachem, że uderzyły o ścianę i potoczyły się po podłodze. Potem pozwoliła zaprowadzić się do łazienki ukrytej pod schodami, zostawiając za sobą krwawe odciski stóp.

Podczas gdy Vianne grzała wodę i szykowała wannę, Isabelle usiadła na podłodze z wyciągniętymi nogami, mamrocząc do siebie i ocierając łzy, które na jej twarzy zamieniały się w błoto.

Kiedy kąpiel była gotowa, Vianne pomogła siostrze się rozebrać. Ta zachowywała się biernie jak dziecko, pojękując tylko i krzywiąc się z bólu.

Vianne rozpięła guziki czerwonej niegdyś sukienki i ostrożnie zsunęła ją z ramion Isabelle. Koronkowa bielizna dziewczyny była miejscami poplamiona krwią. Vianne rozpięła i zdjęła jej gorsetową górę.

Zaciskając zęby, Isabelle weszła do gorącej wody.

– Połóż się.

Dziewczyna usłuchała. Vianne zaczęła polewać jej głowę ciepłą wodą, pilnując, żeby nie dostała się do oczu. Myjąc brudne włosy i posiniaczone ciało Isabelle, wciąż mówiła do niej równym, śpiewnym głosem, by ją uspokoić.

Pomogła siostrze wyjść z wanny i osuszyła jej ciało miękkim białym ręcznikiem. Isabelle patrzyła na nią pustym wzrokiem, z półotwartymi ustami.

– Chcesz spać? – zapytała Vianne.

– Spać – powtórzyła bełkotliwie Isabelle, zwieszając ze znużeniem głowę.

Vianne przyniosła siostrze nocną koszulę pachnącą lawendą oraz wodą różaną i pomogła założyć. Isabelle zamykały się oczy, gdy prowadziła ją do sypialni na górze i nakrywała cienkim kocem. Sen przyszedł natychmiast, nim dotknęła głową poduszki.


Isabelle obudziła się w ciemności. A przecież pamiętała światło dnia.

Gdzie była?

Usiadła tak prędko, że zakręciło jej się w głowie. Parę razy płytko odetchnęła, po czym rozejrzała się po otoczeniu.

Sypialnia na piętrze w Le Jardin. Jej dawny pokój. Nie wspominała go miło. Ileż razy Madame Zaraza zamykała ją tutaj „dla jej własnego dobra”?

– Nie myśl o tym – powiedziała na głos.

Przypomniała sobie coś jeszcze gorszego: Gaëtona. Ostatecznie jednak ją porzucił. Poczuła głębokie, tak dobrze jej znane rozczarowanie.

Czy niczego się w życiu nie nauczyła? Ludzie odchodzili. Przecież wiedziała. A zwłaszcza od niej. Włożyła luźną niebieską podomkę, którą Vianne zostawiła przewieszoną przez oparcie krzesła. Potem wąskimi schodami o niskich stopniach zeszła na dół, przytrzymując się żelaznej poręczy. Każdy krok był dla niej małym zwycięstwem nad bólem.

Na dole panowała cisza, z wyjątkiem trzeszczących dźwięków dobiegających z cicho grającego radia. Była prawie pewna, że to jedna z piosenek miłosnych Maurice’a Chevaliera. W takim czasie…

Vianne krzątała się po kuchni ubrana w skromną żółtą sukienkę przewiązaną grubym fartuchem i kwiecistą chustkę na głowie. Obierała ziemniaki, co jakiś czas zaglądając do perkoczącego żeliwnego rondla.

Unoszący się z niego aromat sprawił, że Isabelle poczuła ślinę w ustach.

Vianne skoczyła i odsunęła od stołu krzesło.

– Chodź, siadaj.

Isabelle padła na siedzenie. Vianne postawiła przed nią przygotowany zawczasu talerz z pajdą jeszcze ciepłego chleba, trójkątem sera, kilkoma plastrami szynki i plamą konfitury z pigwy.

Isabelle ujęła chleb w czerwone, podrapane dłonie i uniosła go do twarzy, wchłaniając drożdżowy zapach. Ręce jej drżały, gdy smarowała kromkę konfiturą i kładła na wierzch ser. Z brzękiem odłożyła nóż i odgryzła najlepszy kęs w swym dotychczasowym życiu. Chrupka skórka w połączeniu z mięciutkim miąższem, kremowym serem i kwaskową pigwą mogła przyprawić o zawrót głowy. W mgnieniu oka pożarła resztę, ledwie zauważając filiżankę czarnej kawy, którą siostra postawiła w tym czasie przed nią na stole.

– Gdzie jest Sophie? – zapytała z pełnymi ustami. Nie mogła się oderwać od jedzenia, nawet kosztem dobrych manier. Sięgnęła po brzoskwinię, poczuła w dłoni jej aksamitną dojrzałość i wgryzła się w nią łapczywie. Żółty sok pociekł jej po brodzie.

– Bawi się z koleżanką z sąsiedztwa, Sarah. Pamiętasz moją przyjaciółkę Rachel?

– Pamiętam.

Vianne nalała sobie trochę kawy, podeszła z nią do stołu i usiadła naprzeciw siostry.

Isabelle odbiło się i zakryła usta dłonią.

– Przepraszam.

– Myślę, że można przymknąć na to oko – powiedziała Vianne z uśmiechem.

– To nie znasz madame Dufour. Za coś takiego walnęłaby mnie cegłą. – Isabelle westchnęła. Rozbolał ją brzuch i poczuła nudności. Otarła wilgotną brodę serwetką. – Jakie wieści z Paryża?

– Na wieży Eiffla powiewa flaga ze swastyką.

– A co u taty?

– W porządku, jak twierdzi.

– Głowę daję, że martwi się o mnie – rzuciła Isabelle z goryczą. – Nie powinien mnie odsyłać z Paryża. Ale czy kiedykolwiek było inaczej? Zawsze mnie odsyłał.

Wymieniły spojrzenia. Porzucenie było jednym z niewielu wspólnych wspomnień, ale Vianne nie chciała teraz do tego wracać.

– Słyszeliśmy, że na drogi wyległo dziesięć milionów takich jak ty.

– Tłumy nie były najgorsze – odparła Isabelle. – Szły głównie kobiety i dzieci oraz starcy i bardzo młodzi chłopcy. Ginęło się w tej masie.

– Dzięki Bogu, to już minęło – powiedziała Vianne. – Trzeba się koncentrować na tym, co dobre. A kto to jest Gaëton? Mówiłaś o nim w gorączce.

Isabelle w zamyśleniu podrapała się po grzbiecie dłoni, zbyt późno spostrzegając, że zdarła sobie świeży strup. Pociekła strużka krwi.

– Może ma coś wspólnego z tym – bąknęła Vianne, gdy milczenie się przedłużało. Z kieszeni fartucha wyjęła zmiętą kartkę papieru. Był to liścik przypięty do rękawa sukienki Isabelle, upstrzony brudnymi, krwawymi odciskami palców. Na nim zaś jedno zdanie: „Nie jesteś gotowa”.

Isabelle jakby ktoś wyszarpnął dywan spod nóg. Poczuła się zraniona do głębi, choć wiedziała, że to dziecinna, przesadna reakcja. Chciał ją zabrać ze sobą do chwili pocałunku. Potem musiał w niej wyczuć jakiś brak.

 

– Właściwie nikt – mruknęła ponuro, mnąc kartkę i wsuwając ją do kieszeni. – Taki tam czarnowłosy chłopak, który łże jak pies. W sumie nic szczególnego. – Spojrzała siostrze w oczy. – Pójdę na wojnę. Nie obchodzi mnie, co ludzie o tym pomyślą. Będę jeździła ambulansem albo zwijała bandaże. Wszystko mi jedno.

– Na miłość boską, Isabelle! Paryż został zajęty. Niemcy kontrolują miasto. Co smarkata osiemnastolatka może z tym zrobić?

– Nie będę się chowała na wsi, kiedy wróg niszczy Francję. I spójrzmy prawdzie w oczy, nigdy nie otaczałaś mnie przesadnie siostrzaną opieką. – Jej poobijana twarz zadrżała. – Odejdę stąd, jak tylko nabiorę sił i będę mogła chodzić.

– Tutaj będziesz bezpieczna, Isabelle. Tylko to się liczy. Musisz zostać.

– Bezpieczna? – Ton Isabelle był jak splunięcie. – Według ciebie to jest najważniejsze? No więc posłuchaj, co widziałam po drodze. Wojska francuskie uciekające przed wrogiem. Niemców mordujących niewinnych ludzi. Może ty potrafisz się na to wypiąć, ale ja nie.

– Zostaniesz tu i będziesz bezpieczna. Nie będziemy o tym dłużej rozmawiać.

– A kiedy byłam z tobą bezpieczna? – palnęła Isabelle, widząc w oczach siostry, jak bardzo ją tym zraniła.

– Byłam młoda. Próbowałam zastąpić ci matkę.

– Och, błagam, tylko nie zaczynaj od kłamstwa.

– Po tym, jak straciłam dziecko…

Isabelle odwróciła się i pokuśtykała do okna, zanim zdołało się jej wyrwać coś niewybaczalnego. Splotła dłonie, by powstrzymać ich drżenie. To dlatego nie chciała się widywać z siostrą, latami trzymała się z dala od tego domu. Było między nimi zbyt wiele bólu. Nastawiła głośniej radio, żeby zagłuszyć myśli.

– Mówi do was marszałek Pétain… – zatrzeszczał męski głos.

Isabelle zmarszczyła czoło. Pétain był bohaterem wojennym, ukochanym przywódcą Francuzów. Nastawiła radio jeszcze głośniej.

Obok niej stanęła Vianne.

– …objąłem kierownictwo rządu francuskiego…

Dalsza część zdania utonęła w trzaskach.

Isabelle niecierpliwie pacnęła aparat.

– …nasza dzielna armia, która walczy z bohaterstwem godnym jej długich tradycji wojennych przeciwko przeważającym siłom wroga…

Trzaski. Isabelle znów walnęła radio, warcząc:

– Szmelc.

– …w tej bolesnej godzinie moje myśli towarzyszą nieszczęsnym uchodźcom, którzy wylegli na drogi, znosząc niewysłowione cierpienia. Wyrażam im moje najgłębsze współczucie i zrozumienie. Ze złamanym sercem oświadczam wam dzisiaj, że konieczne jest zaprzestanie dalszej walki.

– Zwyciężyliśmy? – zapytała Vianne.

– Ciii – syknęła Isabelle.

– …zwróciłem się wczoraj do przeciwnika z pytaniem, czy jest gotów porozmawiać ze mną jak żołnierz z żołnierzem o zawieszeniu broni, żeby omówić honorowe zakończenie wrogich działań.

Radio trzeszczało, wypluwając kolejne frazy o „dniach próby”, „panowaniu nad gniewem” i „losach ojczyzny”. Następnie padło słowo, którego Isabelle nigdy nie spodziewała się usłyszeć we Francji.

Kapitulacja.

Na obolałych stopach pokuśtykała do ogrodu, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza, bo zabrakło jej tchu.

Kapitulacja. Francji. Przed Hitlerem.

– To musi być najlepsze wyjście – usłyszała spokojne słowa siostry.

Kiedy Vianne wyszła za nią do ogrodu?

– Przecież wiesz, kim jest marszałek Pétain. To niekwestionowany bohater. Skoro on mówi, że musimy zaprzestać oporu, to musimy. Jestem pewna, że dogada się z Hitlerem. – Vianne spróbowała objąć Isabelle.

Ta odskoczyła jak oparzona. Na myśl o uspokajającym uścisku Vianne poczuła mdłości. Odwróciła się z trudem i spojrzała siostrze prosto w oczy.

– Nie dogadasz się z ludźmi pokroju Hitlera!

– O, ty wiesz lepiej niż nasi bohaterowie? – zaperzyła się Vianne.

– Wiem, że nie powinniśmy się poddać!

Vianne syknęła z dezaprobatą.

– Skoro sam marszałek Pétain uważa, że kapitulacja jest dla Francji najlepsza, to z pewnością tak jest. Koniec, kropka. Przynajmniej wojna się skończy i nasi mężczyźni bezpiecznie wrócą do domów.

– Jesteś głupia.

– No i dobrze – odwarknęła Vianne i poszła do domu.

Isabelle osłoniła dłonią oczy i spojrzała w jasne, bezchmurne niebo. Ile czasu upłynie, zanim na czystym nieboskłonie pojawią się ciemne sylwetki niemieckich samolotów?

Nie wiedziała, jak długo stała w ogrodzie, wyobrażając sobie najgorsze i wspominając, jak Niemcy otworzyli ogień do bezbronnych kobiet i dzieci, a pola spłynęły krwią.

– Ciociu Isabelle?

Cichy, nieśmiały głosik doszedł ją jakby z oddali. Powoli się odwróciła.

W tylnych drzwiach stała śliczna dziewczynka. Miała porcelanową cerę jak jej matka i wyraziste oczy jak u ojca, które z daleka wydawały się czarne jak węgle. Z taką urodą mogłaby wyjść prosto ze stronic baśni o Kopciuszku lub Królewnie Śnieżce.

– To niemożliwe – powiedziała Isabelle. – Ty nie możesz być Sophie! Kiedy cię ostatni raz widziałam… ssałaś swój kciuk.

– Teraz też czasem to robię – wyznała Sophie z konspiracyjnym uśmiechem. – Nie powiesz nikomu?

– Ja? Jestem świetna w dochowywaniu tajemnicy. – Isabelle podeszła do dziewczynki, myśląc: moja siostrzenica. Rodzina. – Powiedzieć ci mój sekret, żeby było sprawiedliwie?

Sophie entuzjastycznie pokiwała głową. Oczy jej się rozszerzyły.

– Mogę stać się niewidzialna.

– Nieee.

– Zapytaj mamę. – Isabelle dostrzegła zbliżającą się Vianne. – Wymykałam się przez okna, wślizgiwałam do pociągów, uciekałam z klasztornych lochów. A to wszystko dlatego, że potrafię znikać.

– Isabelle – powściągnęła ją surowo Vianne.

– Naprawdę? – zaciekawiona Sophie zadzierała ku niej głowę.

– Łatwo jest zniknąć – Isabelle zerknęła na siostrę – kiedy nikt nie patrzy.

– Ale ja patrzę – zawołała Sophie. – To czy możesz teraz zniknąć?

– Jasne, że nie! – roześmiała się Isabelle. – Magia działa najlepiej, kiedy nikt się jej nie spodziewa. Zgodzisz się ze mną, prawda? A teraz może byśmy zagrały w warcaby?

8

Kapitulacja była gorzką pigułką, ale marszałek Pétain to człowiek honoru. Bohater ostatniej wojny z Niemcami. Owszem, był już stary, ale Vianne, jak wielu innych, wierzyła, że pozwala mu to lepiej ocenić zaistniałe okoliczności. Marszałek wymyślił sposób szybkiego zakończenia wojny, żeby nie ciągnęła się latami jak poprzednia, a mężczyźni mogli wrócić do domów.

Vianne rozumiała to, co nie mieściło się w głowie Isabelle: Pétain skapitulował w imieniu Francji, aby ocalić życie wielu ludzi i to, jak żyli. Co prawda warunki kapitulacji były trudne. Francja została podzielona na dwie z grubsza równe części. Strefa okupowana, obejmująca północną część kraju i regiony nadmorskie (w tym Carriveau), miała znaleźć się pod zarządem Niemców. Środek kraju, tereny poniżej Paryża i aż do linii wybrzeża, miał stać się strefą wolną (nominalnie), zarządzaną przez nowo utworzony rząd z Pétainem na czele, ściśle współpracujący z Niemcami, a mający siedzibę w Vichy.

Natychmiast po kapitulacji zaczęło brakować żywności. Szare mydło stało się nie do zdobycia. Na kartki żywnościowe nie można było liczyć. Telefony i poczta zaczęły działać zawodnie. Okupanci skutecznie ograniczali komunikację między miastami i miasteczkami. Korespondencję można było wysyłać jedynie na oficjalnie wydawanych niemieckich pocztówkach. Ale nie to było dla Vianne najgorsze.

Isabelle stała się niemożliwa we współżyciu. Vianne przyłapywała ją wiele razy na nieruchomym gapieniu się w niebo, jakby zbliżało się stamtąd jakieś straszliwe niebezpieczeństwo.

Siostra była w stanie rozmawiać wyłącznie o potwornościach Niemców i ich determinacji, by pozbawić Francuzów wszystkiego, a zwłaszcza życia. Wyrażała się przy tym bez ogródek, a ponieważ Vianne nie chciała tego słuchać, publiką i nieodłączną towarzyszką Isabelle stała się Sophie. Ciotka napełniała główkę nieszczęsnego dziecka okropnymi obrazami tego, co z pewnością niedługo się stanie; Sophie miała nawet przez to koszmary. Vianne obawiała się zostawiać je razem, więc wzorem poprzednich dni zabrała je ze sobą do miasta, żeby kupić trochę żywności na kartki.

Od dwóch godzin stały w kolejce do rzeźnika i niemal przez cały ten czas Isabelle narzekała. Najwyraźniej stanie po zakupy w sklepie nie miało dla niej sensu.

A teraz nagle powiedziała:

– Vianne, spójrz tam. Mój Boże…

I z większym naciskiem:

– Vianne, patrz!

Tamta odwróciła się, chcąc uciszyć siostrę, i wtedy ich zobaczyła.

Niemców.

Wzdłuż ulicy niósł się odgłos zatrzaskiwanych okien i drzwi. Ludzie rozpierzchli się tak szybko, że Vianne dopiero po chwili skonstatowała, iż stoi na chodniku sama, jedynie z córką i siostrą. Złapała Sophie i pociągnęła ją pod zamknięte drzwi sklepu.

Za to Isabelle buntowniczo wyszła na jezdnię.

– Isabelle – syknęła Vianne, ale siostra nie posłuchała. Zielone oczy miotały błyskawice, bladą, delikatną twarz wykrzywiała nienawiść.

Zielona ciężarówka na czele zahamowała przed dziewczyną. Z tyłu żołnierze siedzieli na ławkach naprzeciw siebie, trzymając karabiny między kolanami. Byli młodzi, starannie ogoleni, w nowiutkich hełmach, niektórzy mieli medale lśniące na szarozielonych mundurach. Najbardziej rzucał się w oczy ich młody wiek. To byli zwykli chłopcy, nie żadne potwory. Wyciągali szyje, żeby zobaczyć, co ich zatrzymało. Na widok stojącej na jezdni Isabelle zaczęli się uśmiechać i machać do niej na powitanie.

Vianne podbiegła, chwyciła siostrę za rękę i odciągnęła ją na bok.

Kolumna wszelkiej maści wozów terenowych, motocykli i ciężarówek okrytych siatkami maskującymi mijała je z dudnieniem. Za nią brukowanymi uliczkami z łoskotem przejechały czołgi. A po nich nadeszła piechota.

Wkroczyła do miasta w dwóch długich kolumnach.

Isabelle zuchwale ruszyła równo z nimi aż do ulicy Victora Hugo. Niemcy machali do niej jak turyści, a nie najeźdźcy, którzy dokonali podboju.

– Mamo, nie pozwól cioci chodzić samej – poprosiła Sophie.

– Cholera. – Vianne chwyciła córkę za rękę i pobiegła za siostrą. Dogoniły ją przy następnej przecznicy.

Plac, zazwyczaj pełen ludzi, całkiem opustoszał. Tylko paru mieszkańców odważyło się zostać, gdy niemieckie pojazdy stanęły przed budynkiem merostwa.

Pojawił się oficer, a przynajmniej Vianne uznała go za oficera, gdyż ostrym tonem zaczął wykrzykiwać rozkazy.

Żołnierze okrążyli duży, brukowany plac, biorąc go niejako w posiadanie. Opuścili francuską flagę i zastąpili ją barwami Trzeciej Rzeszy: wielką czarną swastyką w białym kręgu na czerwonym tle. Kiedy ich flaga wzniosła się na szczyt masztu, żołnierze trzasnęli obcasami, wyrzucili w przód prawe ramiona i wrzasnęli „Heil Hitler!”.

– Gdybym miała broń – wycedziła Isabelle – pokazałabym im, że nie wszyscy z nas chcieli się poddać.

– Cicho – szepnęła Vianne błagalnie. – Przez ten twój ozór jeszcze stracimy życie. Chodźmy stąd.

– Nie. Chcę…

– Dosyć tego! – Vianne rozeźliła się nie na żarty. – Przestań ściągać na nas uwagę. Zrozumiano?

Isabelle po raz ostatni spojrzała z nienawiścią na maszerujących żołnierzy, po czym pozwoliła Vianne odciągnąć się z placu.

Skręciły z głównej ulicy w wąski zaułek, który prowadził do uliczki na tyłach sklepu modystki. Wciąż słyszały śpiew żołnierzy. Potem zaś padł strzał. I drugi. Ktoś przeraźliwie krzyknął.

Isabelle stanęła jak wryta.

– Ani się waż – syknęła Vianne. – Idziemy!

Przemykały bocznymi ulicami, chowając się we wnętrzach bram, gdy tylko usłyszały głosy. Droga przez miasteczko zabrała im tym sposobem sporo czasu, ale w końcu dotarły do traktu, w milczeniu minęły cmentarz i wreszcie były w domu. Znalazłszy się w środku, Vianne szybko zamknęła drzwi na zasuwę.

– Widzisz? – odezwała się natychmiast Isabelle, jakby tylko na to czekała.

– Idź do swojego pokoju – powiedziała Vianne do Sophie, siląc się na spokój. Wolała, żeby córka nie słyszała tego, co zamierzała powiedzieć Isabelle. Potem zdjęła kapelusz i odstawiła pusty koszyk na zakupy. Ręce drżały jej ze zdenerwowania.

– Przybyli tu z powodu lotniska – powiedziała Isabelle. Zaczęła nerwowo spacerować po pokoju. – Nie przypuszczałam, że stanie się to tak szybko, nawet mimo kapitulacji. Nie wierzyłam… Myślałam, że nasi będą walczyć, tak czy siak. Byłam pewna…

 

– Przestań obgryzać paznokcie. Zaraz zaczną ci krwawić.

Z długimi do pasa jasnymi włosami nieporządnie zaplecionymi w warkocze, z których wymykały się splątane kosmyki, i pokaleczoną, wykrzywioną z wściekłości twarzą Isabelle przypominała wariatkę.

– Hitlerowcy już tu są, Vianne. W Carriveau. Ich flaga wisi na merostwie, tak jak na Łuku Triumfalnym i wieży Eiffla. Nie upłynęło pięć minut, odkąd tu są, a już padł strzał!

– Wojna się skończyła, Isabelle. Tak powiedział marszałek Pétain.

– Wojna się skończyła? Skończyła?! Przecież widziałaś ich tam, z karabinami, flagami i niemiecką butą! Musimy uciekać, Vi. Zabierzmy Sophie i wyjedźmy z Carriveau.

– I dokąd pojedziemy?

– Dokądkolwiek. Może do Lyonu. Do Prowansji. Jak się nazywała ta miejscowość w departamencie Dordogne, gdzie urodziła się mama? Brantôme. Mogłybyśmy odnaleźć jej przyjaciółkę, tę Baskijkę, jak jej tam było? Pani Babineau. Może by nam pomogła.

– Przyprawiasz mnie o ból głowy.

– Ból głowy to najmniejszy z twoich problemów – warknęła Isabelle, nerwowo przemierzając pokój.

– Nie zrobisz niczego głupiego ani szalonego, rozumiesz?

Isabelle jęknęła sfrustrowana i pomaszerowała na górę do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

Kapitulacja.

To słowo utkwiło jej w głowie. Tej nocy, przewracając się bezsennie w łóżku w pokoju gościnnym, czuła się tak przygnębiona i zniechęcona, że nie mogła jasno myśleć.

Czy jej przeznaczeniem było spędzić wojnę w tym domu? Czy jak bezwolna, posłuszna dziewczynka miała prać, sprzątać i wystawać w kolejkach po racje żywności? Czy miała się biernie przyglądać, jak nieprzyjaciel robi z Francją, co chce?

Zawsze, odkąd pamiętała, czuła się samotna i sfrustrowana, lecz nigdy uczucia te nie były aż tak dojmujące. Tkwiła przykuta na wsi, bez przyjaciół i nie mając nic do robienia.

O nie!

Musi być coś, co mogłaby zrobić. Nawet tu i teraz.

Trzeba ukryć cenne rzeczy, pomyślała.

Tylko to przyszło jej do głowy. Niemcy zaczną rabować kosztowności, nie miała co do tego złudzeń, przeczeszą wszystkie domy w miasteczku i okolicy. Jej rząd, choć podszyty tchórzem, też to wiedział. Dlatego wywieziono skarby z Luwru i na ścianach słynnego muzeum zawieszono kopie dzieł sztuki.

– Marny plan – mruknęła pod nosem, ale był lepszy niż nic.

Nazajutrz Isabelle zabrała się do jego realizacji zaraz po wyjściu Vianne i Sophie do szkoły. Nie posłuchała siostry, która kazała jej iść do miasteczka po żywność. Nie mogłaby znieść widoku najeźdźców, a przez jeden dzień z powodzeniem można się obyć bez jedzenia. Przeszukała dom, otwierając wszystkie szafy, komody i szuflady, szperając pod łóżkami. Wszystkie wartościowe przedmioty ułożyła na drewnianym stole w jadalni. Było tego całkiem sporo. Koronki po prababce, srebrny komplet do przypraw – solniczka i pieprzniczka, ozdobny półmisek z limuzyjskiej porcelany z pozłacanym brzegiem, należący kiedyś do ciotki, kilka małych obrazów impresjonistów, duży obrus z cienkiej koronki z Alençon barwy kości słoniowej, kilka albumów fotografii, oprawna w srebrną ramkę fotografia Vianne, Antoine’a i malutkiej Sophie, sznur pereł matki, suknia ślubna Vianne, a to jeszcze nie wszystko. Isabelle zapakowała co mogła do obitego skórą na krawędziach drewnianego kufra, który następnie zaciągnęła po zdeptanej trawie do stodoły, krzywiąc się za każdym razem, gdy ciężka skrzynia uderzała o pień lub zgrzytała na kamieniach. Gdy dotarła z nią na miejsce, była zlana potem i ledwie dyszała.

Stodoła okazała się mniejsza, niż zapamiętała. Strych na siano, niegdyś jedyne miejsce na świecie, gdzie czuła się szczęśliwa, był w rzeczywistości niskim, ciasnawym poddaszem, na które wchodziło się po chwiejnej drabinie. Przez szpary w dachu widać było wąskie fragmenty nieba. Ileż godzin spędziła tutaj, za jedyne towarzyszki mając książeczki z obrazkami i udając, że komuś na tyle będzie na niej zależało, by przyjść tutaj jej poszukać? Daremnie czekając na siostrę, która wiecznie gdzieś wychodziła z Rachel lub Antoine’em.

Odsunęła od siebie to wspomnienie.

Środek stodoły miał nie więcej niż dziesięć metrów szerokości. Pradziadek przeznaczył go na garaż dla automobili, kiedy rodzina miała jeszcze pieniądze. Obecnie stał tam jedynie stary renault. Po bokach walały się części traktorów, pokryte pajęczyną drewniane drabiny i zardzewiałe maszyny rolnicze.

Isabelle zamknęła wrota i podeszła do auta. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się ze skrzypieniem. Isabelle wsiadła, zapaliła silnik, ruszyła kawałek i zatrzymała samochód.

Ukazała się klapa w podłodze. Miała około półtora metra długości i nieco ponad metr szerokości i była zbita z desek połączonych skórzanymi paskami. Ktoś, kto o niej nie wiedział, nie byłby w stanie jej dostrzec, zwłaszcza teraz, kiedy była pokryta grubą warstwą kurzu i starego siana. Isabelle namacała metalowe kółko, pociągnęła klapę do góry, oparła ją o brudny zderzak samochodu i zajrzała w duszny mrok.

Chwyciwszy za pasek, przyciągnęła kufer do otworu, włączyła latarkę, wsunęła ją pod pachę i powoli zaczęła schodzić po drabinie, ciągnąc za sobą ciężką skrzynię. Po chwili stanęła na dole, a skrzynia za nią huknęła o twarde podłoże.

Ukryta pod podłogą piwnica wydała jej się znacznie mniejsza niż w dzieciństwie, podobnie jak strych. Miała trzy na trzy i pół metra, z półkami pod jedną ścianą i starym materacem pod drugą. Półki dźwigały kiedyś antałki na wino, ale teraz stała na nich tylko samotna stara latarnia.

Zaciągnęła kufer w kąt i wróciła do domu. Zabrała trochę weków, koce, lekarstwa i bandaże, myśliwską strzelbę ojca i butelkę wina i zaniosła to wszystko do piwnicy.

Kiedy wspięła się z powrotem, zastała w stodole Vianne.

– Co ty tu, u licha, robisz?

Isabelle wytarła zakurzone ręce o spraną bawełnianą sukienkę.

– Chowam twoje kosztowności, zapasy jedzenia i inne potrzebne rzeczy na wypadek, gdyby trzeba się było ukrywać przed Niemcami. Zejdź na dół i sama zobacz. Wydaje mi się, że wykonałam dobrą robotę. – Zeszła z powrotem po drabinie, a za nią siostra. Zapaliła latarnię i z dumą pokazała Vianne wszystko, co zgromadziła na półkach.

Vianne podeszła prosto do szkatułki po matce i uchyliła wieczko.

W środku znajdowały się naszyjniki, broszki i kolczyki, głównie niedrogie komplety. Na samym dnie na aksamitnej podkładce spoczywał sznur pereł po babce, która miała je na sobie w dniu ślubu, potem zaś przekazała swej córce, a ich matce.

– Być może przyjdzie taki dzień, że będziesz musiała je sprzedać – zauważyła Isabelle.

– To nasze dziedzictwo, Isabelle – odparła Vianne, zamykając wieczko. – W dniu swojego ślubu Sophie założy te perły, a jeszcze wcześniej ty. Nigdy ich nie sprzedam. – Westchnęła zniecierpliwiona i zapytała: – Czy udało ci się dostać w miasteczku coś do jedzenia?

– Nie byłam w sklepie. Zajmowałam się tym. – Isabelle zatoczyła łuk ramieniem.

– Oczywiście schowanie pereł po mamie jest ważniejsze niż nakarmienie siostrzenicy. No wiesz, Isabelle. – Vianne wspięła się po drabinie, okazując swój niesmak cichymi parsknięciami.

Isabelle też wyszła z piwnicy i przestawiła renaulta na poprzednie miejsce nad klapą. Potem ukryła kluczyki za obluzowaną deską w kącie i po chwili zastanowienia unieruchomiła wóz, zdejmując kopułkę rozdzielacza. Ukryła ją razem z kluczykami.

Gdy w końcu wróciła do domu, Vianne smażyła ziemniaki na żeliwnej patelni.

– Mam nadzieję, że nie jesteś głodna – mruknęła.

– Nie jestem. – Wyminęła Vianne, unikając jej wzroku. – Aha, w prawym górnym rogu za obluzowaną deską schowałam kluczyki do wozu i kopułkę rozdzielacza. – W salonie włączyła radio i siadła przy nim, mając nadzieję złapać wiadomości BBC.

Rozległy się nieprzyjemne trzaski, a potem nieznany jej głos oznajmił:

– Tu BBC. Mówi do was generał de Gaulle.

– Vianne! – krzyknęła Isabelle w stronę kuchni. – Kto to jest generał de Gaulle?

Vianne weszła do pokoju, wycierając ręce w fartuch.

– O co py…

– Ciii! – uciszyła ją Isabelle.

– …przywódcy przez wiele lat stojący na czele francuskiej armii utworzyli rząd. Pod pretekstem, że nasza armia została pokonana, rząd ten zawarł porozumienie z nieprzyjacielem, mając na celu zakończenie działań zbrojnych.

Isabelle wpatrywała się nieruchomo w drewnianą skrzynkę. Człowiek, o którym nigdy nie słyszała, przemawiał bezpośrednio do narodu francuskiego, mówił nie o ludziach, ale do nich, spokojnym, beznamiętnym tonem.