SłowikTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80 55,84
Słowik
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Rankiem Isabelle obudziły promienie słońca przeświecające przez szeleszczące nad jej głową listowie.

Usiadła, obciągając sukienkę tak podkasaną w czasie snu, że odsłoniła sprzączki białego koronkowego pasa i nieodwracalnie zniszczone jedwabne pończochy.

– Nie zapisuj tego na mój rachunek – usłyszała męski głos.

Spojrzała w bok i zobaczyła zbliżającego się do niej Gaëtona. Po raz pierwszy ujrzała go wyraźnie. Był wysoki, cienki niczym wykrzyknik i ubrany w łachy wyglądające jak wyciągnięte ze śmietnika. Pod wystrzępioną czapką jego twarz była chuda, o ostrych rysach, nieogolona, z szerokimi brwiami, wystającym podbródkiem i głęboko osadzonymi, ocienionymi długimi gęstymi rzęsami szarymi oczami o przenikliwym, jakby głodnym spojrzeniu. Wczoraj myślała, że nieznajomy spogląda tak na nią. Teraz ujrzała, że patrzy tak na świat.

Isabelle wcale się go nie bała. Była inna niż siostra, podatna na strach i panikę. Co nie znaczy, że była głupia. Jeśli miała ruszyć z nim w dalszą podróż, to najpierw należało wyjaśnić parę spraw.

– Zatem byłeś w więzieniu – zaczęła.

Spojrzał na nią, unosząc ciemną brew, jakby chciał spytać: „Co, jednak się boisz?”.

– Dziewczyna taka jak ty nie ma o tym pojęcia. Mógłbym ci powiedzieć, że było tam jak w lochu Jeana Valjeana, a ty uznałabyś to za romantyczne.

Wiecznie słyszała tego rodzaju gadanie. Wiązało się z jej urodą, jak większość drwiących uwag. Ładna blondynka musiała przecież być płytka i niezbyt rozgarnięta.

– Kradłeś jedzenie, żeby wyżywić rodzinę?

Uśmiechnął się krzywo, jeden kącik ust unosząc wyżej niż drugi

– Nie.

– Jesteś niebezpieczny?

– To zależy. Co myślisz o komunistach?

– A… Czyli byłeś więźniem politycznym?

– Coś w tym rodzaju. Ale jak powiedziałem, taka miła dziewczyna jak ty nie ma pojęcia o przetrwaniu w takim miejscu.

– Byłbyś zaskoczony, o jakich rzeczach wiem, Gaëtonie. Istnieją różne rodzaje więzień.

– Czyżby, ślicznotko? A co ty możesz o tym wiedzieć?

– Jakie przestępstwo popełniłeś?

– Wziąłem rzeczy, które nie były moje. Czy taka odpowiedź wystarczy?

Złodziej.

– I zostałeś przyłapany?

– Najwidoczniej.

– To niezbyt uspokajające, Gaëtonie. Czy byłeś nieostrożny?

– Gaët – powiedział cicho, podchodząc bliżej.

– Jeszcze nie wiem, czy zostaniemy przyjaciółmi.

Dotknął jej włosów, owijając ich pasemko wokół brudnego palca.

– Zostaniemy. Możesz być pewna. A teraz ruszajmy.

Gdy wyciągnął rękę, by pomóc jej wstać z ziemi, w pierwszej chwili chciała odmówić, ale tego nie zrobiła. Wyszli z lasu i dotarli z powrotem do drogi, ponownie wtapiając się w tłum uciekinierów, który rozstąpił się tylko na tyle, by mogli się włączyć, i zamknął wokół nich jak zaciśnięta pięść. Isabelle jedną ręką trzymała się kurczowo Gaëtona, w drugiej ściskała rączkę walizki.

Szli tak wiele kilometrów.

Wokół nich dogorywały samochody. Łamały się koła ręcznych wózków. Ustawały konie i nie dawały się ruszyć z miejsca. Isabelle była coraz bardziej otępiała i zmęczona upałem, kurzem i pragnieniem. Obok niej wlokła się kobieta płacząca łzami czarnymi od kurzu. Po chwili została z tyłu, zastąpiona przez starszą panią w futrze pocącą się obficie i obwieszoną chyba całą biżuterią, jaką miała.

Słońce pięło się coraz wyżej na niebie, prażąc niemiłosiernie. Dzieci płakały głośno, ich matki ciszej. Dokoła unosił się nieprzyjemny odór potu i niemytych ciał, ale Isabelle tak do niego przywykła, że już go nie czuła.

Dochodziła trzecia po południu, najgorętsza pora dnia, kiedy dogonił ich oddział francuskich żołnierzy uzbrojonych w karabiny. Szli bezładnie, w beznadziejnym zobojętnieniu. Za nimi jechał czołg, zgniatając na miazgę dobytek porzucony na drodze. Na jego pancerzu kuliło się kilku żołnierzy, bladych, z nisko zwieszonymi głowami.

Isabelle wyrwała się Gaëtonowi i przepchnęła przez ciżbę, pomagając sobie łokciami.

– Idziecie w złym kierunku! – krzyknęła. Zaskoczyło ją ochrypłe brzmienie swojego głosu.

Gaëton szarpnął jednego z żołnierzy za ramię tak mocno, że omal nie wepchnął go pod wolno pełznący czołg.

– Kto walczy za Francję?

– Nikt. – Żołnierz z przekrwionymi oczami potrząsnął głową. Isabelle ujrzała błysk metalu, gdy Gaëton przystawił mężczyźnie nóż do gardła. Ten spojrzał obojętnie i rzekł: – No, dalej. Zrób to. Zabij mnie.

Isabelle odciągnęła Gaëtona. W jego oczach dostrzegła tak straszliwą furię, że aż się przeraziła. Widziała, że mógłby to zrobić, że bez wahania rozpłatałby tamtemu gardło. Otworzyli więzienia, pomyślała. Czy Gaëton był kimś więcej niż złodziejem?

– Gaët? – zagadnęła.

To go otrzeźwiło. Pokręcił głową, jakby chciał sobie w niej przejaśnić, i opuścił nóż.

– Kto za nas walczy? – zapytał z goryczą, ocierając spocone czoło.

– My będziemy – odrzekła. – Już wkrótce.

Za nimi zatrąbił samochód. I jeszcze raz. Isabelle go zignorowała. Samochody przestały być uprzywilejowane na drodze, nieliczne, które wciąż miały paliwo, posuwały się zdane na łaskę i niełaskę piechurów, jak szczątki zatopionego statku w nurcie błotnistej rzeki.

– Chodźmy. – Pociągnęła Gaëta za sobą, byle dalej od zdemoralizowanych niedobitków.

Szli nadal, trzymając się za ręce, lecz wraz z upływem godzin Isabelle zauważyła w Gaëtonie zmianę. Odzywał się rzadko i już się nie uśmiechał.

W każdym mijanym po drodze miasteczku tłum rzedniał. Ludzie odłączali się w Artenay, Saran, Poupry, z błyskiem desperacji sięgając do torebek, kieszeni i portfeli w nadziei, że ich pieniądze okażą się jeszcze coś warte.

Isabelle i Gaëton szli dalej. Wieczorem zatrzymali się na nocleg w pobliskim lasku, a rano znowu ruszyli w drogę. Trzeciego dnia marszu Isabelle była odrętwiała z wyczerpania. Jej stopy pokryły się ropnymi pęcherzami, czyniąc każdy krok męczarnią. Odwodnienie przyprawiało ją o okropny, pulsujący ból głowy, a w żołądku ściskało z głodu. Kurz piekł w oczach, oblepiał gardło, tak że nieustannie kasłała.

Chwiejnie minęła świeżo wykopany na poboczu drogi grób zaznaczony krzyżem z byle jak zbitych kijków. Potknęła się o coś – martwego kota – i zatoczyła się w przód, omal nie padając, lecz Gaëton ją przytrzymał.

Kurczowo chwyciła jego rękę i z uporem wlokła się dalej.

Ile czasu minęło, kiedy coś dosłyszała?

Godzina? Dzień?

Pszczoły. Brzęczały dokoła głowy, trzeba by je odgonić. Oblizała wyschnięte wargi, przypominając sobie urocze dni w ogrodzie, gdy pracowite owady uwijały się wśród kwiatów.

Nie.

To nie pszczoły.

Znała ten dźwięk.

Przystanęła, marszcząc czoło. Rozproszone myśli nie dawały się zebrać. Co takiego starała się sobie przypomnieć?

Dźwięk narastał, wypełniał powietrze i nagle pojawiły się samoloty, sześć albo siedem, jak czarne krzyżyki na tle czystego błękitnego nieba.

Isabelle osłoniła oczy dłonią, obserwując, jak samoloty nadlatują coraz bliżej, coraz niżej…

– To Niemcy! – krzyknął ktoś rozpaczliwie.

W oddali kamienny most eksplodował fontanną ognia, odłamków kamieni i dymu.

Maszyny zniżyły lot nad tłumem ludzi.

Gaëton pchnął Isabelle na ziemię i nakrył ją własnym ciałem. Świat stał się dźwiękiem: rykiem silników lotniczych, terkotaniem karabinów maszynowych, gwałtownym biciem serca, krzykami rannych. Pociski darły trawę, ryjąc w niej koleiny, ludzie krzyczeli i płakali. Na oczach Isabelle jakaś kobieta wyleciała w górę jak szmaciana lalka, z głuchym łupnięciem runęła na ziemię i znieruchomiała.

Drzewa łamały się i padały, ludzie jęczeli. Buchnęły płomienie. Gryzący dym wypełnił powietrze.

A potem nagle… cisza.

Gaëton stoczył się z Isabelle.

– Nic ci nie jest? – zapytał.

Odgarnęła włosy z twarzy i usiadła.

Wszędzie widać było skulone ciała, płonęły drzewa i trawa, kłębił się czarny dym. Ludzie krzyczeli, płakali, umierali.

– Pomocy – zaskrzeczał stary mężczyzna.

Isabelle podpełzła do niego na czworakach. Zbliżywszy się, zobaczyła, że ziemia jest czerwona od jego krwi. Z rozerwanej na brzuchu koszuli wylewały się krwawe wnętrzności.

– Może jest gdzieś lekarz – wymamrotała. Nic innego nie przyszło jej do głowy. I wtedy usłyszała to znowu. Niskie, równe buczenie.

– Wracają. – Gaëton pociągnął ją i pomógł wstać. Pośliznęła się na lepkiej od krwi trawie i omal nie upadła. Niezbyt daleko od nich uderzyła bomba, eksplodując ogniem. Obok martwej kobiety Isabelle ujrzała płaczące niemowlę w brudnej pieluszce.

Chwiejnie ruszyła ku niemu. Gaëton szarpnął ją za ramię.

– Muszę mu pomóc…

– Twoja śmierć nic mu nie pomoże – warknął, ciągnąc ją tak mocno, że zabolało. Ogłuszona powlokła się za nim. Kluczyli pomiędzy wrakami samochodów i trupami. Ciężko ranni błagali o pomoc, ale nic nie można było dla nich zrobić.

Na skraju miasteczka Gaëton wepchnął Isabelle do małego kamiennego kościółka. W środku byli już inni ludzie kucający w kątach, leżący między rzędami ławek, obejmujący bliskich.

Samoloty zaryczały nad nimi, prując z karabinów maszynowych. Witrażowe okna rozprysły się, kolorowe odłamki zasypały kamienną posadzkę, tnąc skórę i mięśnie pechowców znajdujących się na ich drodze. Trzask drewna, w powietrzu kłęby kurzu. Pociski pomknęły przez kościół, przygważdżając ramiona i nogi leżących na podłodze. Ołtarz rozpadł się na kawałki.

Gaëton coś do niej mówił, a ona odpowiedziała, przynajmniej tak jej się wydawało, choć nie była pewna. Zanim zdążyła się nad tym zastanowić, kolejna bomba nadleciała z wizgiem, który bardziej wyczuła, niż usłyszała, i wybuchła, roznosząc dach kościoła.

 

7

Budynek szkoły podstawowej nie był duży według miejskich standardów, jednak dosyć obszerny, dobrze wyposażony i z pewnością wystarczający uczniom z gminy Carriveau. Wcześniej mieściły się w nim stajnie zamożnego właściciela ziemskiego, stąd kształt litery „U” z centralnym dziedzińcem jako miejscem dla powozów i dostawców. Miał szare kamienne ściany, jasnoniebieskie okiennice i drewniane podłogi. Dwór, do którego kiedyś przynależał, runął pod ogniem artyleryjskim w czasie Wielkiej Wojny i nigdy nie został odbudowany. Jak wiele innych szkół w małych francuskich miasteczkach, ta również znajdowała się na skraju miejscowości.

Vianne siedziała za stolikiem w swojej klasie, patrząc na jasne twarze dzieci i ocierając usta wymiętą chusteczką. Na podłodze przy każdej ławce leżały obowiązkowe maski gazowe. Obecnie dzieci wszędzie je ze sobą nosiły.

Grube ściany z kamienia i otwarte na oścież okna pomagały ograniczyć dokuczliwość słońca, ale i tak panował duszny upał. Bóg świadkiem, że i bez niego trudno było się skoncentrować na nauce. Wieści z Paryża były przerażające. Wszyscy mówili tylko o ponurej przyszłości i strasznej teraźniejszości. Linia Maginota została przerwana. Niemcy zajęli Paryż. Francuscy żołnierze ginęli w okopach i dezerterowali z frontu. Vianne od trzech dni, a ściśle biorąc od chwili, gdy zadzwonił jej ojciec, nie zmrużyła oka. Isabelle znajdowała się Bóg wie gdzie między Paryżem a Carriveau, a Antoine nie dawał znaku życia.

– Kto chciałby odmienić czasownik courir? – zapytała zmęczonym głosem.

– Czy nie powinniśmy się raczej uczyć niemieckiego?

Dopiero po chwili dotarł do niej sens pytania. Uczniowie, nagle zainteresowani, wyprostowali się w ławkach; ich oczy zabłysły.

– Słucham? – spytała i odkaszlnęła, by zyskać na czasie.

– Chyba powinniśmy uczyć się niemieckiego, a nie francuskiego.

To był Gilles Fournier, syn rzeźnika. Ojciec i trzej starsi bracia poszli na wojnę, zostawiając sklep na głowie matki i najmłodszego syna.

– I strzelania – dorzucił François, gorliwie kiwając głową. – Moja mama mówi, że my też powinniśmy umieć strzelać do Niemców.

– A moja babcia jest przkonana, że wszyscy powinniśmy wyjechać – wtrąciła Claire. – Pamięta ostatnią wojnę i uważa, że będziemy głupi, jeśli zostaniemy.

– Niemcy nie zdołają przejść przez Loarę, prawda, pani Mauriac?

W pierwszym rzędzie pośrodku siedziała Sophie, wychylając się do przodu z szeroko otwartymi oczami. Ona także niepokoiła się docierającymi do miasteczka pogłoskami. Przez dwa wieczory z rzędu płakała w łóżku, zanim nie zasnęła, zamartwiając się o tatę. Do szkoły zabierała ze sobą Bébé. Obok Sophie siedziała równie przestraszona Sarah, jej najlepsza przyjaciółka.

– To normalne, że się boimy – uspokajała Vianne. To samo powiedziała wczoraj córce i sobie, ale słowa brzmiały dziwnie pusto.

– Ja się nie boję – oświadczył buńczucznie Gilles. – Mam nóż. Zadźgam każdego brudnego szwaba, który pokaże się w Carriveau.

– To oni tu przyjdą? – Oczy Sarah zrobiły się okrągłe jak spodki.

– Nie – zaprzeczyła Vianne. Nie było to łatwe, ją samą strach dławił za gardło. – Francuscy żołnierze, wasi ojcowie, stryjowie i bracia, to najdzielniejsi ludzie na świecie. Jestem pewna, że kiedy tu rozmawiamy, oni zaciekle bronią Paryża i Tours, i Orleanu.

– Ale Paryż jest opanowany przez Niemców – zauważył przytomnie Gilles. – Co się stało z francuskimi żołnierzami na froncie?

– W czasie wojen stacza się bitwy i potyczki. Muszą więc zdarzać się porażki. Ale nasza armia nie pozwoli Niemcom zwyciężyć. Nigdy się nie poddamy. – Zbliżyła się do rzędów ławek. – Także my, choć zostaliśmy w domach, mamy ważną rolę do odegrania. Musimy być odważni i silni i nie tracić wiary w zwycięstwo. Musimy wieść normalne życie, na ile się da, żeby nasi ojcowie, bracia i… mężowie mieli do czego wrócić. Rozumiecie?

– A co z ciocią Isabelle? – zapytała Sophie cienkim głosikiem. – Dziadek powiedział, że już dawno powinna tu być.

– Mój kuzyn też uciekł z Paryża – wtrącił François. – I też jeszcze tu nie dotarł.

– Wujek mówił, że na drogach panuje bałagan.

Rozległ się dzwonek i uczniowie zerwali się z miejsc jakby podrzuceni sprężynami. W mgnieniu oka wojna, naloty i strach zostały zapomniane. Dla tych ośmio- i dziewięciolatków skończyły się lekcje w upalny letni dzień, i tylko to się liczyło. Śmiejąc się, nawołując, popychając i krzycząc jedno przez drugie, dzieci wybiegły ze szkoły.

Vianne powitała dzwonek z ulgą. Na litość boską, była zwykłą nauczycielką. Skąd miała wiedzieć, jak tłumaczyć niebezpieczeństwa i grozę wojny? Jak mogła uśmierzyć dziecięcy lęk, skoro własny dławił ją za gardło? Zajęła się doprowadzaniem klasy do porządku; odłożyła podręczniki do szafy, wytarła gąbką tablicę, ustawiła równo ławki. Kiedy wszystko było już jak należy, schowała przybory do pisania i papiery do skórzanej torby na ramię i z dolnej szuflady biurka wyjęła małą torebkę. Założyła słomkowy kapelusz, przypięła go szpilkami do włosów i opuściła klasę.

Kroczyła cichymi korytarzami, machając do koleżanek, które jeszcze były w swych klasach. Część sal została zamknięta, bo nauczyciele mężczyźni zostali zmobilizowani.

Przystanęła przy klasie Rachel, patrząc, jak przyjaciółka kładzie synka do wózka i podjeżdża do drzwi. Rachel planowała wziąć dłuższy urlop, żeby zająć się Arim, ale wojna pokrzyżowała te plany. Nie mając innego wyjścia, musiała zabierać dziecko ze sobą do szkoły.

– Wyglądasz tak, jak ja się właśnie czuję – zagadnęła Vianne przyjaciółkę. Ciemne, kręcone włosy Rachel z powodu potu napuszyły się jak strzecha.

– To nie może być komplement, ale jestem ich tak spragniona, że ci wybaczam. Nawiasem mówiąc, ubrudziłaś się kredą na policzku.

Vianne byle jak otarła twarz i nachyliła się nad wózkiem. Niemowlę smacznie spało.

– Jak się czuje mały?

– Jak na dziesięciomiesięczne dziecko, które powinno siedzieć w domu z mamą, a zamiast tego tłucze się w upale po mieście i przez cały dzień słucha wrzasków dziesięciolatków, znakomicie. – Rachel z uśmiechem odgarnęła z czoła wilgotny strąk włosów. – Czy w tym, co powiedziałam, było za dużo goryczy?

– Nie więcej niż w tym, co słyszę od innych.

– Ha! Gorycz ma swoje zalety. Zwłaszcza tobie mogłaby się przydać. Całe to twoje uśmiechanie się i udawanie, że wszystko jest w porządku, działa mi na nerwy.

Rachel ostrożnie sprowadziła wózek po trzech kamiennych schodkach na ścieżkę biegnącą ku trawiastemu boisku, niegdyś będącemu padokiem. Pośrodku niego bulgotała i tryskała wodą licząca czterysta lat fontanna.

– Szybciej, dziewczynki! – zawołała Rachel do Sophie i Sarah, które przysiadły na ławce. Usłuchały natychmiast i trzymając się za ręce, żwawo ruszyły przodem przed matkami, gadając bez ustanku z nachylonymi do siebie głowami. Drugie pokolenie najlepszych przyjaciółek.

Skręciły w alejkę łączącą się z ulicą Victora Hugo na wysokości bistra, gdzie staruszkowie siedzieli przy okrągłych metalowych stolikach, pijąc kawę, paląc i rozprawiając o polityce. Vianne ujrzała przed sobą trzy wynędzniałe kobiety, kuśtykające w obszarpanym odzieniu z twarzami żółtymi od kurzu.

– Biedaczki – mruknęła Rachel półgłosem. – Hélène Ruelle mówiła mi dziś rano, że wczoraj przed północą do Carriveau dotarło kilkunastu uchodźców. Wieści, jakie przynieśli, były niewesołe. Oczywiście Hélène zawsze koloryzuje.

W zwykłych okolicznościach Vianne nie odmówiłaby sobie skomentowania plotkarskiej natury Hélène, ale tym razem dała sobie spokój. Wedle słów taty Isabelle wyjechała z Paryża przed kilkoma dniami, a mimo to nadal nie dotarła do Le Jardin.

– Martwię się o Isabelle – powiedziała przygnębionym tonem.

Rachel wzięła ją pod rękę.

– Czy pamiętasz pierwszą ucieczkę twojej siostry z internatu w Lyonie?

– Miała siedem lat.

– A mimo to dotarła aż do Amboise. Sama. Bez grosza przy duszy. Przespała w lesie dwie noce i przekonała konduktora, żeby wpuścił ją bez biletu do pociągu.

Vianne niewiele pamiętała z tamtych czasów, nie licząc własnej rozpaczy. Po stracie pierwszego dziecka popadła w przygnębienie. Rok straty, mawiał Antoine. Ona również tak o tym myślała. Kiedy Antoine oznajmił, że zabiera Isabelle do Paryża, do taty, Vianne poczuła – niech jej Bóg wybaczy – wielką ulgę.

Czy mogło być dla kogokolwiek zaskoczeniem, że Isabelle uciekła ze szkoły z internatem, do której została wysłana? Vianne po dziś dzień czuła palący wstyd, że tak potraktowała młodszą siostrę.

– Miała dziewięć lat, gdy po raz pierwszy dotarła do Paryża – przypomniała Vianne, próbując znaleźć pociechę w rodzinnych opowiastkach o wyczynach Isabelle. Jej siostra była twarda, bystra i odznaczała się wielką determinacją. Już od najmłodszych lat.

– O ile dobrze pamiętam, dwa lata później wyleciała, bo uciekła ze szkoły, żeby zobaczyć wędrowny cyrk. A może za to, że spuściła się po prześcieradle z okna sypialni na drugim piętrze? – Rachel się uśmiechnęła. – Chodzi mi o to, że jeśli tylko Isabelle będzie tego chciała, to tu przyjedzie.

– Niech Bóg ma w opiece każdego, kto spróbuje jej w tym przeszkodzić.

– Będzie tu lada dzień, zobaczysz. No, chyba że spotkała po drodze księcia na wygnaniu i bez pamięci się w nim zakochała.

– Tak, jej to mogłoby się przydarzyć.

– Widzisz? Już ci lepiej. – Rachel uściskała przyjaciółkę. – Chodź do mnie, napijemy się lemoniady. To najlepsze na taki upał.


Po wczesnej kolacji Vianne położyła Sophie do łóżka, a sama zeszła na dół. Za bardzo się martwiła, żeby usnąć. Panująca w domu cisza przypominała, że żaden gość nie zastukał dzisiaj do jej drzwi. Nie mogła usiedzieć w miejscu. Rozmowa z Rachel uspokoiła ją wprawdzie, ale nie na długo. Wciąż martwiła się o Isabelle i miała złe przeczucia.

Wstała, usiadła, znowu wstała, podeszła do drzwi wejściowych, otworzyła je.

Z pozoru bezkresne pola ciągnęły się pod powleczonym purpurą i różem wieczornym niebem. Na dziedzińcu rysowały się znajome kształty wypielęgnowanych jabłoni rosnących między domem a oplecionym winoroślą i pnącymi różami kamiennym murem, za którym była droga do miasteczka i hektary pól z rzadka przetykane kępami pokrzywionych drzewek. Po prawej rósł gęstszy las, do którego za młodych lat wymykali się często z Antoine’em w poszukiwaniu samotności.

Antoine.

Isabelle.

Gdzie oni byli? Czy mąż walczył na froncie? Czy siostra podążała pieszo z Paryża?

Nie myśl o tym.

Musiała się czymś zająć. Najlepszy będzie warzywnik. Skieruje jej myśli na spokojniejsze tory.

Znalazła stare ogrodowe rękawiczki, włożyła kalosze i ruszyła do warzywnika założonego na płaskim kawałku terenu między szopą a stodołą. Na starannie wytyczonych grządkach rosły ziemniaki, cebula, marchew, brokuły, fasola, groch, ogórki, pomidory i rzodkiewki. Na wzniesieniu przy stodole Antoine posadził w rzędach krzewy malin i porzeczek. Uklękła na żyznej czarnej ziemi i zaczęła pielić chwasty.

Wczesne lato było zwykle dobrą zapowiedzią. Oczywiście zawsze coś mogło pójść nie tak z powodu kapryśnej pogody, ale jeśli regularnie wykonywało się ogrodnicze prace, pieląc i przerywając zbyt gęsto wschodzące rośliny, można było liczyć na piękne plony. Vianne zawsze pilnowała, żeby grządki były równe i wypielęgnowane. Wierzyła, że ogród odwdzięczy się jej za troskę i poświęcony czas. Praca w nim zawsze napełniała ją spokojem.

Ostrzeżenie, że dzieje się coś złego, zaczęło docierać do niej stopniowo. Najpierw usłyszała trudny do określenia dźwięk, wibrujący, głuchy pomruk. Potem napłynęły zapachy niepasujące do słodkiej woni ogrodu, gryzące i ostre, kojarzące się z rozkładem.

Vianne otarła pot z czoła, świadoma, że rozmazuje po nim czarną ziemię, i szybko wstała z kolan. Wetknęła brudne rękawiczki do kieszeni spodni i ruszyła w kierunku domu. Zanim tam doszła, ukazała się trójka kobiet przypominających cienie i stanęła ciasno zbita na drodze przed jej bramą. Staruszka w łachmanach kurczowo trzymała się młodej kobiety z dzieckiem na ręku i nastolatki z pustą ptasią klatką w jednej ręce i łopatą w drugiej. Wszystkie miały szkliste, rozgorączkowane oczy, młoda matka wyraźnie drżała. Ich twarze były spocone, a spojrzenia zrezygnowane. Staruszka wyciągnęła przed siebie puste, brudne ręce.

 

– Ma pani trochę wody? – zapytała dziwnie obojętnie. Bez przekonania.

– Oczywiście. – Vianne pośpiesznie otworzyła furtkę. – Może panie wejdą do środka i odpoczną?

Staruszka pokręciła głową.

– Jesteśmy przed tamtymi. Dla tych z tyłu nic nie zostaje.

Vianne nie zrozumiała, ale nie było to ważne. Widziała, że kobiety ledwie trzymają się na nogach z głodu i wyczerpania.

– Chwileczkę. – Pobiegła do domu i spakowała trochę chleba, marchwi i kawałek sera. Wszystko, czym mogła się podzielić. Napełniła wodą butelkę i prędko wróciła do kobiet. – Niewiele tego – powiedziała tonem usprawiedliwienia.

– To więcej, niż miałyśmy, odkąd wyszłyśmy z Tours – powiedziała bezbarwnym głosem młoda kobieta.

– Były panie w Tours? – zdziwiła się Vianne.

– Pij, Sabine. – Staruszka przytknęła butelkę do warg młodej. Vianne już miała spytać, czy nie spotkały po drodze Isabelle, gdy wtem stara powiedziała ostro: – Już tu są.

Młoda matka jęknęła i mocniej przytuliła dziecko, które było takie ciche i miało maleńkie piąstki, takie sine… Vianne zabrakło tchu.

Dziecko było martwe.

Dobrze znała te pazury żalu, które nie chciały puścić, tę bezdenną szarość wypaczającą umysł tak, że matka trzymała się nadziei jeszcze długo po tym, gdy ta odeszła.

– Niech pani wejdzie do domu – powiedziała staruszka do Vianne. – I dobrze zarygluje drzwi.

– Ale…

Kobiety odstąpiły, a raczej odskoczyły od bramy, jakby oddech Vianne stał się nagle trujący.

I wtedy zobaczyła wypełzającą z pól na drogę czarną bezkształtną masę.

Poprzedzał ją przenikliwy, wiercący w nosie odór potu i brudu. Kiedy masa nieco się zbliżyła, zaczęła rozpadać się na poszczególne ciemne kształty. Na polach i na drodze mrowili się ludzie i chwiejnie, kuśtykając, podążali prosto do niej. Niektórzy pchali rowery, wózki dziecięce i taczki. Psy ujadały, dzieci płakały. Słychać było kasłanie, chrząkanie i jęki. Parli nieubłaganie naprzód, przez pole i dalej drogą, nadciągali, potrącając się i przepychając, a ich głosy narastały.

Vianne nie była w stanie pomóc im wszystkim. Wpadła do domu i zamknęła za sobą drzwi na zasuwę. Przebiegła przez pokoje, szczelnie zamykając okiennice i pozostałe wyjścia. Skończywszy, z bijącym sercem, stanęła niepewnie na środku pokoju na parterze.

Dom nieznacznie się zatrząsł. Okna zabrzęczały pod ciosami pięści w drewniane okiennice. W powietrzu zatańczył kurz z belek pod sufitem.

Ktoś zaczął łomotać do drzwi, raz za razem, coraz bardziej natarczywie. Vianne wzdrygała się za każdym uderzeniem.

Ze schodów zbiegła Sophie z Bébé w objęciach.

– Mamo!

Vianne otworzyła szeroko ramiona przed córką. Objęła ją i razem słuchały walenia. Czyjaś pięść rąbnęła w drzwi kuchenne. Miedziane patelnie i rondle zabrzęczały dźwięcznie niczym kościelny dzwon. Uszu Vianne doleciało poskrzypywanie pompy przy studni. Ludzie czerpali wodę.

– Zaczekaj tu na mnie – powiedziała Vianne półgłosem. – Usiądź na kanapie.

– Nie zostawiaj mnie!

Vianne oderwała córkę od siebie i zmusiła ją, by usiadła. Chwyciła pogrzebacz ze stojaka przy kominku i ostrożnie wspięła się po schodach na piętro, gdzie podkradła się do okna w sypialni i wyjrzała zza zasłony, pilnując się, by nikt jej nie zobaczył.

Na podwórzu były dziesiątki ludzi, głównie kobiet i dzieci, poruszających się jak wataha głodnych wilków. Ich głosy stapiały się w jeden desperacki jęk.

Vianne szybko się cofnęła. Co będzie, jeżeli drzwi nie wytrzymają? Taki tłum jest w stanie wyważyć drzwi i okna, nawet zburzyć ściany.

Przerażona zbiegła na dół, wstrzymując oddech, dopóki nie ujrzała Sophie na kanapie. Vianne usiadła przy córce i mocno ją przytuliła. Dziewczynka skuliła się jak wtedy, gdy była jeszcze malutka. Vianne głaskała jej kręcone włosy. Lepsza matka, silniejsza, opowiedziałaby teraz dziecku pocieszającą historię, ale Vianne tak się bała, że głos odmówił jej posłuszeństwa. Po głowie tłukła jej się tylko modlitwa bez końca i początku. Proszę, błagam, proszę…

– Prześpij się, Sophie. Jestem tu przy tobie – powiedziała, tuląc ją jeszcze mocniej.

– Mamo – szepnęła córka ledwo dosłyszalnie, zwłaszcza w tym hałasie. – A jeśli tam jest ciocia Isabelle?

Vianne popatrzyła z góry na skurczoną ze strachu i zmęczenia twarz Sophie.

– Niech Bóg ma ją w opiece – wymamrotała. Nic innego nie przyszło jej do głowy.


Na widok domu z szarego kamienia Isabelle poczuła przypływ obezwładniającego znużenia. Ramiona jej opadły, pęcherze na stopach piekły. Gaëton otworzył furtkę. Zaskrzypiała i przekrzywiła się, zwisając na jednym zawiasie.

Wsparta na nim Isabelle chwiejnie podeszła do drzwi. Zastukała dwukrotnie, krzywiąc się z bólu za każdym razem, gdy spękane kostki uderzały w drewno.

Nikt nie otwierał.

Uderzyła obiema pięściami i chciała zawołać siostrę po imieniu, ale z obolałego gardła wydobył się tylko niezrozumiały skrzek.

Zrozpaczona, cofnęła się chwiejnie, omal nie upadając na ziemię.

– Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie można przenocować? – zapytał Gaëton, podtrzymując ją ramieniem.

– W altanie w ogrodzie.

Obszedł wraz z nią dom. W ocienionej jaśminem altanie Isabelle usiadła na ławce. Niemal nie zauważyła, że Gaëton zniknął, by po chwili powrócić z letnią wodą, którą wypiła z jego złożonych dłoni. Nie zaspokoiła pragnienia. Wnętrzności skręcał głód, bolało ją całe ciało, pokancerowana twarz paliła. Mimo to, gdy Gaëton chciał się znowu oddalić, przytrzymała go, mamrocząc niewyraźnie, prosząc, żeby jej nie zostawiał, więc usiadł przy niej i objął ją ramieniem. Po chwili delikatnie ściągnął ją z ławki na trawę i położył się obok niej. Leżeli wpatrzeni w gęstwinę zarośli okalających altanę. Zapach jaśminu, róż i rozgrzanej po upalnym dniu ziemi oszałamiał. Nie sposób było jednak zapomnieć, przez co dziś przeszli i jakie okropieństwa ich jeszcze czekają.

W Gaëtonie zaszła zmiana, gniew i bezsilna wściekłość zmazały uśmiech z jego ust i współczucie z oczu. Od nalotu bombowego prawie się nie odzywał, a kiedy coś mówił, jego głos był napięty i oschły. Oboje wiedzieli już, czym jest wojna i co ze sobą niesie.

– Byłabyś bezpieczna u siostry – zagadnął.

– Nie chcę być bezpieczna. A moja siostra mnie nie chce.

Obróciła się, żeby spojrzeć mu w oczy. Blask księżyca przesączał się przez listowie, tworząc koronkowe wzory na ścianach altany. Widziała jego błyszczące oczy i usta, nos i broda kryły się w cieniu. Znowu wyglądał inaczej, jakby zdążył się postarzeć w ciągu zaledwie trzech dni. Cuchnął potem, krwią, błotem i śmiercią, zresztą tak samo jak ona.

– Słyszałeś o Edith Cavell? – zapytała.

– Czy sprawiam na tobie wrażenie człowieka wykształconego?

– Tak – odrzekła po krótkim namyśle.

Milczał tak długo, że zrozumiała, iż udało jej się go zaskoczyć.

– Wiem, kim była. Uratowała życie setkom alianckich lotników. Zasłynęła powiedzeniem, że „patriotyzm nie wystarczy”. To kobieta, która jest twoją bohaterką, bo została rozstrzelana przez wroga.

– To kobieta, która wszystko zmieniła – odrzekła Isabelle, studiując jego twarz z uwagą. – Liczę, że ty, przestępca i komunista, pomożesz mi zrobić coś pożytecznego dla kraju. Choć być może naprawdę jestem tak narwana i stuknięta, jak mówią.

– Kto tak mówi?

– Wszyscy. – Umilkła, zastanawiając się, czy postępuje słusznie. Przyrzekła sobie nigdy nikomu nie ufać, a jednak Gaëtonowi zaufała. Może dlatego, że traktował ją inaczej niż inni, z powagą. – Zabierzesz mnie ze sobą. Tak jak obiecałeś.

– Czy wiesz, jak się pieczętuje takie umowy?

– Jak?

– Pocałunkiem.

– Przestań żartować. Mówię poważnie.

– A czy jest coś poważniejszego niż pocałunek u progu wojny? – Uśmiechnął się, ale niezbyt wesoło. W jego oczach znowu płonął gniew, co ją nieco speszyło, przypominając, że naprawdę niczego o nim nie wie.

– Pocałuję mężczyznę, który będzie dość odważny, by zabrać mnie ze sobą na wojnę.

– A ja myślę, że nic nie wiesz o całowaniu – odparł z westchnieniem.

– Ciekawe, co ty wiesz – rzuciła, odwracając się, by nie mógł jej pocałować. Chcąc być nonszalancka, przetoczyła się jednak z powrotem i poczuła na rzęsach jego oddech.