SłowikTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80 55,84
Słowik
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Isabelle wspięła się na wzgórze i przeszła przez sad do trawiastego wzniesienia, gdzie zaparkował swego panharda z odkrytym dachem.

Siedziała już za kierownicą i miała włączony silnik, gdy ukazał się Cristophe z pustym koszem piknikowym. Jego konwencjonalnie przystojna twarz była spocona.

– Najlepiej rzuć go do tyłu – powiedziała z szerokim uśmiechem.

– Nie będziesz prowadziła.

– Wygląda na to, że będę. A teraz wsiadaj.

– To mój wóz, Isabelle.

– Cóż, by pozostać precyzyjną, a wiem, jak ważne są dla ciebie fakty, Cristophe, to wóz twojej matki. A ja uważam, że pojazd kobiety powinna prowadzić kobieta.

Stłumiła uśmiech, gdy przewrócił oczami, mruknął „wspaniale” i nachylił się, żeby postawić kosz za siedzeniem Isabelle. Następnie poruszając się bez pośpiechu, by postawić na swoim, obszedł samochód od przodu i zajął miejsce pasażera.

Ledwo zdążył zatrzasnąć drzwi, gdy wrzuciła bieg i wcisnęła gaz. Samochód wahał się przez moment, po czym wystrzelił naprzód, szybko nabierając prędkości i zostawiając za sobą kłąb dymu i kurzu.

– Chryste, Isabelle, zwolnij!

Przytrzymując jedną ręką słomkowy kapelusz, drugą zacisnęła mocniej na kierownicy. Prawie nie zwalniając, mijała kolejnych kierowców.

– Chryste, zwolnij! – powtórzył, wyraźnie spanikowany.

Przecież musiał wiedzieć, że go nie posłucha.

– W dzisiejszych czasach kobieta może iść na wojnę – przemówiła, gdy gęstniejący ruch w Paryżu zmusił ją do zmniejszenia prędkości. – Mogłabym na przykład prowadzić ambulans. Albo pracować nad złamaniem tajnych szyfrów. Bądź oczarować wroga i nakłonić go do wyjawienia mi tajnych planów. Pamiętaj, że gra…

– Wojna to nie gra, Isabelle.

– Owszem, zdaję sobie z tego sprawę, Cristophe. Jeśli jednak do niej dojdzie, to mogę się na coś przydać. To chciałam powiedzieć.

Na ulicy admirała de Coligny musiała gwałtownie zahamować, żeby nie zderzyć się z ciężarówką. Z muzeum Luwru wyruszał konwój, zmierzając w stronę Comédie Française. Ciężarówki były właściwie wszędzie, a umundurowani żandarmi kierowali ruchem. Wokół licznych budowli i pomników ustawiono osłony z worków z piaskiem, aby uchronić je przed atakiem, który wszakże nie następował, odkąd Francja przystąpiła do wojny.

Dlaczego było tu tylu policjantów?

– Dziwne – mruknęła, marszcząc brwi.

Cristophe wyciągnął szyję, by zobaczyć, co się dzieje.

– Wywożą skarby z Luwru – domyślił się.

Isabelle dostrzegła lukę między pojazdami i przyśpieszyła. Po chwili parkowała już przed należącą do ojca księgarnią.

Pomachała Cristophe’owi na pożegnanie i wbiegła do sklepu. Był długi i wąski, zastawiony wysokimi pod sufit regałami z książkami. Wraz z upływem lat ojciec starał się powiększyć zasoby, wstawiając do księgarni regały wolno stojące. W rezultacie tego „ulepszenia” powstał przedziwny labirynt. Można było w nim krążyć, zagłębiając się coraz dalej w czeluście sklepu. Na samym końcu stały książki dla turystów. Niektóre regały były dobrze oświetlone, inne znajdowały się niemal w półmroku. Nie sposób było doprowadzić oświetlenia do każdego zakamarka i niszy. Niemniej ojciec Isabelle doskonale wiedział, gdzie znaleźć każdą pozycję.

– Spóźniłaś się – mruknął, podnosząc głowę znad zawalonego papierami biurka. Niedawno musiał mieć do czynienia z prasą drukarską, bo czubki palców były ubrudzone na grafitowo. Przypuszczalnie drukował jeden ze swych tomików poezji, których nikt nigdy nie kupił. – Wydaje mi się, że chłopcy są dla ciebie ważniejsi niż praca.

Isabelle przycupnęła na taborecie przy kasie. W ciągu przemieszkanego z ojcem tygodnia nauczyła się mu nie sprzeciwiać, choć przychodziło jej to z dużym trudem. Postukiwała stopą ze zniecierpliwienia. Słowa, zdania – usprawiedliwienia – domagały się ujścia. Trudno było powstrzymywać się od powiedzenia mu, co czuje, lecz wiedziała, jak bardzo jej ojciec pragnie, by odeszła, więc trzymała język na wodzy.

– Słyszysz to? – zapytał nieco później.

Czyżby zasnęła?

Usiadła wyprostowana. Nie dosłyszała kroków ojca, który stał teraz przy niej, marszcząc brwi.

W księgarni rozlegał się dziwny dźwięk. Z sufitu opadał pył, regały lekko skrzypiały, co przypominało szczękanie zębami. Za oprawionymi w ołów szybkami okien wystawowych przemykały cienie. Setki cieni.

Ludzie? Tak wielu naraz?

Ojciec ruszył do wejścia. Isabelle zsunęła się z taboretu i poszła za nim. Gdy otworzył drzwi, zobaczyła biegnący całą szerokością ulicy tłum.

– Co się dzieje? – wymamrotał ojciec.

Isabelle przecisnęła się obok niego i wepchała w ludzką ciżbę.

Jakiś mężczyzna wpadł na nią z taką siłą, że się zatoczyła, i pognał dalej, nie tracąc czasu na przeprosiny. Ludzie mijali ją coraz szybszym biegiem.

– O co chodzi? Co się stało? – zapytała zdyszanego mężczyznę, który starał się wydostać z tłumu.

– Niemcy zbliżają się do Paryża – odrzekł. – Musimy uciekać. Walczyłem w tamtej wojnie. Wiem, co mówię.

– Niemcy w Paryżu? – parsknęła z niedowierzaniem. – To niemożliwe.

Mężczyzna odbiegł, kołysząc się na boki i wymachując rękami.

– Musimy jakoś dostać się do domu – powiedział ojciec, starannie zamykając drzwi księgarni.

– To nie może być prawda – wybąkała.

– Rzeczy najgorsze zawsze są prawdziwe – mruknął ponuro. – Trzymaj się blisko mnie – dorzucił i wmieszał się w tłum.

Isabelle jeszcze nigdy nie widziała takiej paniki. Zewsząd słychać było zatrzaskiwanie drzwi, warkot silników, krzyki i nawoływania. Ludzie wrzeszczeli do siebie i wyciągali ręce, starając się utrzymać razem w tej ciżbie.

Isabelle też pilnowała się, by być blisko ojca. Uliczne pandemonium spowalniało posuwanie się do przodu.

Na peronach metra było pełno ludzi, pociągi nie jeździły, dlatego całą drogę musieli pokonać pieszo. Gdy w końcu dotarli do domu, zapadał wieczór, a ojcu tak mocno trzęsły się ręce, że nie był w stanie otworzyć bramy do kamienicy, w której mieszkali. Kiedy mu się to wreszcie udało, nie skorzystali z rozklekotanej windy, tylko wbiegli schodami na czwarte piętro.

– Nie zapalaj światła – rzucił szorstko ojciec, otwierając drzwi.

Isabelle weszła za nim do salonu, stanęła przy oknie, ostrożnie uchyliła zaciemniającą żaluzję i wyjrzała na ulicę.

Z oddali nadciągał wibrujący dźwięk. W miarę jak narastał, szyba zaczęła drżeć, grzechocząc jak kostki lodu w szklance.

Usłyszała wysoki, jękliwy głos, jakby syreny, a po sekundzie ujrzała na niebie czarną flotyllę nadlatującą niczym klucz gęsi w regularnej formacji.

Samoloty.

– Bosze – szepnął ojciec, używając pogardliwej nazwy wroga.

Niemcy.

Niemieckie samoloty lecące nad Paryżem. Jękliwy dźwięk się wzmógł, przypominał teraz wysoki kobiecy krzyk i raptem gdzieś niedaleko – może w Drugiej Dzielnicy, pomyślała – wybuchła bomba w upiornym rozbłysku jaskrawego światła i w niebo strzeliły płomienie.

Rozległ się ryk syren przeciwlotniczych. Ojciec zaciągnął żaluzje i zasłony, wyprowadził ją z mieszkania i sprowadził schodami na dół. Sąsiedzi robili to samo; taszcząc ciepłe okrycia, dzieci i zwierzęta, schodzili na parter i niżej wąskimi schodami do piwnicy. Tam usiedli stłoczeni w ciemności i czekali. Cuchnęło stęchlizną, potem i strachem, zwłaszcza nim. Bombardowanie wciąż trwało, wysoki jęk i niski huk na przemian, piwnica drżała, tynk osypywał się ze ścian i sufitu. Niemowlę zaczęło płakać i nie chciało się uspokoić.

– Uciszcie, do cholery, to dziecko – warknął męski głos.

– Staram się, proszę pana. Mały się boi.

– Wszyscy się boimy.

Wydawało się, że minęła wieczność, nim wszystko ucichło. To było prawie gorsze od hałasu. Co zostało z Paryża?

Kiedy syreny oznajmiły koniec nalotu, Isabelle czuła się kompletnie odrętwiała.

– Isabelle?

Chciałaby, żeby ojciec wziął ją za rękę i pocieszył, choćby tylko na moment, ale on już odwrócił się ku ciemnym, krętym schodom piwnicznym i ruszył nimi na górę. Znalazłszy się w mieszkaniu, Isabelle od razu podbiegła do okna i przez szparę w zaciemnieniu spróbowała wypatrzeć wieżę Eiffla. Wciąż stała, górując nad ścianą gęstego czarnego dymu.

– Nie stawaj przy oknie – ostrzegł ojciec.

Powoli odwróciła się do niego. Pokój rozświetlał jedynie promień jego latarki, brudnożółta smuga w ciemności.

– Paryż nie upadnie – powiedziała.

Ojciec milczał z posępną twarzą. Czy myślał o Wielkiej Wojnie i o tym, co widział w okopach? Może znów odezwał się ból w jego ranie, obudzony hukiem spadających bomb i sykiem płomieni.

– Idź do łóżka, Isabelle.

– Myślisz, że to możliwe, bym zasnęła, gdy dzieje się coś takiego?

Westchnął:

– Przekonasz się jeszcze, jak wiele rzeczy jest możliwych.

5

Rząd podle ich okłamał. Zapewniał wielokrotnie, że Linia Maginota utrzyma Niemców z dala od Francji.

Kłamstwa.

Ani beton i stal, ani francuscy żołnierze nie mogli powstrzymać marszu Hitlera, a rząd chyłkiem, po złodziejsku, wymknął się nocą z miasta. Mówiło się, że jest teraz w Tours, gdzie władze układają dalszą strategię obrony, tylko co ona da, skoro Paryż lada moment wpadnie w łapy najeźdźców?

– Jesteś gotowa?

– Nigdzie nie jadę, tato. Już ci mówiłam. – Ubrała się do podróży, tak jak prosił: w czerwoną letnią sukienkę w groszki i pantofle na płaskim obcasie.

– Nie wracajmy znów do tego, Isabelle. Humbertowie wkrótce tu po ciebie przyjadą. Zawiozą cię do Tours. Stamtąd musisz już sama przedostać się do domu siostry. A Bóg świadkiem, że zawsze byłaś mistrzynią w takich eskapadach.

 

– Więc mnie wyrzucasz. Znowu.

– Dość tego, Isabelle. Mąż twojej siostry walczy na froncie. Została sama z córką. Zrobisz, jak mówię. Wyjedziesz z Paryża.

Czy wiedział, jak ją rani? Czy go to obchodziło?

– Nigdy nie przejmowałeś się mną i Vianne. A ona ma mnie w nosie tak samo jak ty. Nie pojadę do niej.

– Pojedziesz.

– Chcę zostać w mieście i walczyć, tato. Chcę być jak Edith Cavell.

– A pamiętasz, jak skończyła twoja bohaterka? – zapytał, przewracając oczami. – Niemcy ją rozstrzelali.

– Proszę cię, tato.

– Powiedziałem: dość. Widziałem, do czego są zdolni, Isabelle. Ty jeszcze tego nie wiesz.

– Skoro to takie straszne, powinieneś wyjechać ze mną.

– I zostawić mieszkanie i księgarnię na ich łasce? – Złapał ją za rękę i pociągnął z impetem na klatkę schodową. Zawadzała walizką to o ścianę, to o poręcz schodów, słomkowy kapelusz na jej głowie niebezpiecznie się przekrzywił.

Niebawem, ciągnięta przez ojca, znalazła się w alei de La Bourdonnais.

Chaos. Tłumy. Tumany pyłu. Ulica była jak zziajany ludzki smok, ludzie sunący naprzód w chmurach kurzu. Ryczały klaksony, rozlegały się krzyki o pomoc, dzieci płakały, powietrze przesycał odór potu i krwi.

Wyładowane skrzyniami i tobołami auta blokowały jezdnię. Ludzie wlekli ze sobą wszystko, co miało choćby dwa kółka i na co dało się załadować dobytek: wozy, rowery, większe i mniejsze wózki ręczne, a nawet dziecięce.

Ci, którzy nie mieli już benzyny albo w ogóle nie posiadali auta czy nawet roweru, szli pieszo. Setki, tysiące objuczonych kobiet i dzieci podążało naprzód, trzymając się za ręce, dźwigając torby, walizki, kosze piknikowe, klatki do przenoszenia zwierząt domowych.

Najstarsi i najmłodsi zostawali z tyłu.

Isabelle nie chciała dołączać do bezradnego, pozbawionego nadziei tłumu kobiet, dzieci i starców. Podczas gdy młodzi walczyli – i ginęli – na froncie, ich rodziny kierowały się na południe lub zachód, choć nie wiadomo, co kazało im myśleć, że właśnie tam będzie bezpieczniej. Armia Hitlera zajęła już Czechosłowację, Polskę i Belgię.

Ogarnął ich tłum.

Jakaś kobieta wpadła na Isabelle, wymamrotała słowa przeprosin i powlokła się dalej.

– Mogę się tutaj przydać. – Isabelle wciąż starała się przekonać ojca do zmiany decyzji. – Proszę cię. Będę pielęgniarką albo kierowcą ambulansu. Umiem bandażować, potrafię nawet zszyć ranę.

Obok nich niecierpliwie zatrąbił klakson.

Ojciec spojrzał ponad ramieniem córki i twarz mu pojaśniała. Odmalował się na niej wyraz ulgi, którą Isabelle rozpoznała; ojciec wiedział, że zaraz się jej pozbędzie. Znowu.

– Są już – powiedział z ożywieniem.

– Nie odsyłaj mnie. Proszę.

Przepchnął się wraz z nią przez ludzkie kłębowisko do miejsca, gdzie parkował zakurzony czarny samochód. Do dachu przytroczony był zapadnięty materac oraz wędki i klatka z królikiem. Niedomykająca się klapa przeładowanego bagażnika została przywiązana pasami. Wnętrze wypełniały byle jak poupychane walizy, kosze i lampy.

Siedzący za kierownicą pan Humbert ściskał ją tak mocno, aż mu palce pobielały, jakby się spodziewał, że auto w każdej chwili może skoczyć naprzód niby rączy koń. Był to pulchny mężczyzna, całymi dniami przesiadujący w swoim sklepie rzeźniczym nieopodal księgarni. Jego żona Patricia była mocno zbudowaną, rumianą kobietą o z grubsza ciosanym wiejskim wyglądzie. Paląc papierosa, wyglądała przez okno z taką miną, jakby nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

Humbert opuścił szybę i wystawił twarz.

– Dzień dobry, Julien. Jest gotowa?

– Tak. – Ojciec skinął głową. – Dzięki, Édouardzie.

Patricia nachyliła się do okna, by dorzucić od siebie:

– Jedziemy nie dalej niż do Orleanu. I płacimy pół na pół za benzynę.

– Oczywiście.

Isabelle czuła, że nie może wyjechać z miasta. To było tchórzliwe. Złe.

– Tato…

– Do zobaczenia – uciął tak stanowczo, że zrozumiała, iż nie ma wyboru. Skinął głową w stronę samochodu, więc ruszyła ku niemu odrętwiała.

Gdy otworzyła tylne drzwi, ujrzała trzy małe, umorusane dziewczynki skłębione jak szczenięta w koszyku, chrupiące herbatniki, popijające wodę z butelek i bawiące się lalkami. Nie miała najmniejszej ochoty się do nich przyłączać, mimo to przesunęła je nieco na siedzeniu, usiadła między tymi obcymi jej ludźmi pachnącymi lekko kiełbasą i serem i zatrzasnęła drzwi.

Obróciwszy się w tył, patrzyła na ojca przez szybę. Wpiła się w niego wzrokiem, ale nie dał po sobie poznać, że to widzi, świadczyło o tym jedynie lekkie skrzywienie kącików ust. Ludzkie mrowie okrążało go jak woda obmywająca skałę, aż wreszcie w tylnej szybie widziała tylko ścianę obcych, udręczonych uciekinierów.

Usiadła prosto i spojrzała przed siebie. Za oknem po swojej stronie ujrzała młodą, przestraszoną kobietę z niemowlęciem przy piersi. Auto poruszało się powoli, niekiedy zatrzymując się na dłuższy czas. Isabelle obserwowała swoich rodaków i rodaczki przepływających obok niej, zmęczonych, wylęknionych i zdezorientowanych. Od czasu do czasu ktoś z niemym błaganiem uderzał pięścią w maskę lub bagażnik samochodu. Pomimo duchoty w środku okna były szczelnie zamknięte.

Najpierw czuła smutek z powodu odesłania, lecz teraz zapłonął w niej gniew, gorętszy nawet niż powietrze w tym zaśmiardłym aucie. Była już zmęczona ciągłym rozporządzaniem nią. Najpierw porzucił ją ojciec, potem odsunęła się Vianne. Zamknęła oczy, żeby ukryć napływające do oczu łzy. W półmroku cuchnącym kiełbasą, potem i dymem, ściśnięta obok kłócących się ze sobą dziewczynek, przypomniała sobie pierwszy raz, kiedy została odesłana.

Długa jazda pociągiem… Isabelle skulona obok Vianne, która tylko albo siąkała nosem, albo płakała, albo udawała, że śpi.

Potem madame patrząca na nią z góry chłodnym wzrokiem. „Nie sprawią kłopotu”.

Chociaż była wtedy jeszcze bardzo mała, ledwie czterolatka, uznała, że wie, co znaczy samotność, ale była w błędzie. W ciągu trzech lat spędzonych w Le Jardin miała przynajmniej siostrę, chociaż prawie wcale jej nie widywała. Z okna na piętrze spoglądała na Vianne i jej koleżanki, modląc się, by ktoś o niej pamiętał, zajął się nią, a gdy Vianne poślubiła Antoine’a i zwolniła Madame Zarazę (nazwisko, rzecz jasna, nieprawdziwe, ale nader stosowne), Isabelle cieszyła się, że będzie częścią rodziny. Radość nie trwała długo. Kiedy Vianne poroniła, natychmiast pożegnała się z siostrą. Trzy tygodnie później, w wieku siedmiu lat, Isabelle znalazła się w swojej pierwszej szkole z internatem. Dopiero wtedy poznała prawdziwą samotność.

– Ty. Isabelle. Zabrałaś jedzenie? – zapytała znienacka Patricia, odwracając się na siedzeniu i świdrując dziewczynę wzrokiem.

– Nie.

– Wino?

– Wzięłam pieniądze, ubrania i książki.

– Książki – prychnęła lekceważąco Patricia i odwróciła się. – Na pewno ci pomogą.

Isabelle znów wbiła wzrok w okno. Jakie jeszcze błędy popełniła?


Płynęły godziny. Samochód powoli, z męczącymi przerwami, pokonywał drogę na południe. Isabelle była wdzięczna losowi za wszechobecny kurz. Pokrył boczną szybę, zasłaniając widok na tragiczną, przygnębiającą scenerię.

Tłumy. Wszędzie. Przed nimi, za nimi, obok nich, tak gęste, że zamochód mógł tylko posuwać się małymi skokami. Przypominało to jazdę wśród rojących się pszczół, które rozstępowały się na chwilę, po czym znów zbijały w ciasną gromadę. Słońce paliło, jakby chciało ukarać ludzi, zmieniając wnętrze dusznego pojazdu w piekarnik, lejąc żar na głowy ludzi wlokących się drogą… dokąd? Nie wiedzieli, co dokładnie zdarzyło się za nimi ani gdzie jest bezpiecznie przed nimi.

Wóz nagle skoczył naprzód i zarył w miejscu. Isabelle uderzyła o przednie siedzenie. Dzieci natychmiast zaczęły płakać i wołać mamę.

– Cholera – wymamrotał pan Humbert.

Patricia chrząknęła z dezaprobatą.

– Dzieci! – syknęła kątem ust.

Stara kobieta łupnęła pięścią w maskę, mijając samochód.

– No to koniec, moja droga – powiedział Humbert. – Skończyło nam się paliwo.

Patricia łowiła ustami powietrze niczym ryba wyrzucona na piasek.

– Co?

– Zatrzymywałem się po drodze wszędzie, gdzie była szansa je dostać. Sama wiesz. Nie mamy już więcej benzyny i nie wiadomo, skąd ją wziąć.

– Ale… co my teraz poczniemy?

– Znajdziemy jakiś nocleg. Może uda mi się namówić brata, żeby po nas przyjechał. – Humbert ostrożnie uchylił drzwi pojazdu, żeby nie uderzyć nikogo z przechodzących obok, i wysiadł na zakurzoną drogę. – Widzisz? Proszę. Do Étampes już niedaleko. Dostaniemy tam pokój i coś do jedzenia, a rano wszystko będzie wyglądało lepiej.

Isabelle drgnęła i usiadła wyprostowana. Musiała zasnąć i coś jej umknęło. Czy Humbertowie zamierzali porzucić samochód?

– Sądzą państwo, że dojdziemy pieszo do Tours?

Patricia obróciła się ku niej. Wyglądała na równie wyczerpaną upałem jak Isabelle.

– Może któraś z twoich książek ci pomoże. Z pewnością zabranie ich było mądrzejszym wyborem niż zaopatrzenie się w wodę i prowiant. Chodźcie, dziewczynki. Wysiadamy.

Isabelle sięgnęła po umieszczoną przy stopach walizkę. Wyciągnięcie jej spod sterty innych bagaży wymagało sporego wysiłku. Z głuchym jękiem determinacji wydobyła ją i stanęła na drodze.

Błyskawicznie otoczyła ją rzeka ludzi, popychając, napierając i klnąc.

Ktoś próbował wyrwać jej walizkę. Isabelle wyszarpnęła ją i przycisnęła do siebie. Minęła ją kobieta prowadząca rower obładowany dobytkiem. Rzuciła Isabelle spojrzenie wyzbyte nadziei, z ciemnych oczu wyzierało wyczerpanie.

Ktoś ją popchnął, zachwiała się i omal nie upadła. Jedynie zbita masa ciał przed nią powstrzymała upadek na kolana, w kurz i brud. Ktoś przeprosił, Isabelle już miała odpowiedzieć, gdy wtem przypomniała sobie o Humbertach.

Przepchnęła się na drugą stronę samochodu, nawołując: „Panie Humbert! Panie Humbert!”.

Nie było odpowiedzi, a jedynie nieprzerwane szuranie niezliczonych stóp.

Zaczęła wołać panią Humbert, ale jej głos zginął w panującym rozgardiaszu i hałasie. Ludzie wciąż na nią napierali, poszturchiwali. Gdyby upadła, z pewnością zostałaby stratowana. Zginęłaby w masie spoconych ludzkich ciał.

Mocniej chwyciwszy gładką rączkę walizki, przyłączyła się zatem do maszerrujących w kierunku Étampes.

Po paru godzinach, gdy zaczęło się ściemniać, wciąż jeszcze mozolnie szła. Bolały ją stopy, liczne pęcherze piekły przy każdym kroku. Tuż przy niej wytrwale maszerował głód, szturchając kościstym łokciem, ale cóż mogła na to poradzić? Spakowała się na wizytę u siostry, niekończącego się exodusu nie było w planie. Miała ze sobą ulubioną Panią Bovary i powieść, którą wszyscy czytali – Przeminęło z wiatrem – oraz trochę ubrań, lecz nie wzięła wody ani jedzenia. Spodziewała się, że cała podróż zabierze najwyżej kilka godzin. Nie przypuszczała, że przyjdzie jej iść piechotą do Carriveau.

Na szczycie niewielkiego wzniesienia przystanęła. W świetle księżyca widać było tysiące wędrowców, przed nią, za nią, obok niej, napierających niezmordowanie. W końcu, nie mając wyboru, ruszyła w dalszą drogę. Setki tułaczy postanowiło odpocząć w tym miejscu. W rowach wzdłuż drogi i na polach rozłożyły się kobiety i dzieci.

Na drodze co rusz można się było natknąć na porzucone auta i dobytek, przedmioty zgubione, zapomniane, zbyt ciężkie, by je dalej dźwigać. Na trawie, pod drzewami, w zaroślach leżały pogrążone we śnie postacie tulące do siebie dzieci.

Ledwie trzymając się na nogach, Isabelle dotarła do skraju miasteczka Étampes. Przed nią tłum nieprzerwanie posuwał się naprzód.

Ale ona wiedziała.

Nie znajdzie tam miejsca na spoczynek ani niczego do jedzenia. Uchodźcy, którzy byli przed nią, przewalili się przez miasteczko jak szarańcza, ogołacając sklepy z towarów. Nie posili się tu i nie przenocuje. Pieniądze na nic się nie zdadzą.

Co więc powinna zrobić?

Ruszyć na południowy zachód, w kierunku Tours i Carriveau. Bo gdzieżby indziej? Jako dziewczynka studiowała mapy tego regionu, planując powrót do Paryża. Znała tę okolicę, musiała tylko sobie ją przypomnieć.

Oderwała się od tłumu zmierzającego w kierunku widocznych w oddali, oświetlonych blaskiem księżyca budynków z szarego kamienia i ruszyła doliną. Wszędzie wokół ludzie siedzieli lub spali na rozłożonych na trawie kocach. Słyszała szepty i szmery. Setki, tysiące ludzi. Na odległym skraju pola znalazła wydeptaną ścieżkę biegnącą na południe wzdłuż niskiego kamiennego muru. Weszła na nią i wreszcie była sama. Przystanęła, napawając się uczuciem samotności i spokoju. Po chwili podjęła marsz. Po kilometrze dotarła do rzadkiego lasku.

 

Stopniowo gęstniał. Zabrnęła w niego już dosyć głęboko, usiłując nie myśleć o bolących stopach, ssaniu w żołądku i suchości w gardle, gdy raptem poczuła dym.

I woń pieczeni. Głód sprawił, że przestała się mieć na baczności. Ujrzawszy pomarańczowy poblask ognia, ruszyła w tamtą stronę. W ostatniej chwili uświadomiła sobie grożące jej niebezpieczeństwo i stanęła. A pod jej stopą trzasnęła gałązka.

– Równie dobrze możesz tu podejść – powiedział męski głos. – Nawet słoń poruszałby się ciszej.

Isabelle zdrętwiała. Wiedziała, że postąpiła głupio. Samotnej dziewczynie mogło się tu przytrafić coś paskudnego.

– Gdybym chciał cię zabić, już byłoby po tobie.

Była to szczera prawda. Gdyby chciał, mógłby wcześniej podkraść się do niej w ciemności i poderżnąć jej gardło. Zatraciła ostrożność, zaślepiona głodem i upojona aromatem pieczystego.

– Możesz mi zaufać.

Wpatrywała się w ciemność, usiłując sobie wyobrazić mężczyznę. Daremnie.

– Powiedziałby pan tak samo, gdyby było odwrotnie.

– Tak. – Śmiech. – A teraz chodź tu wreszcie. Piekę właśnie królika.

Ruszyła po trawiastym zboczu w kierunku ogniska. Jasny blask księżyca osrebrzał pnie otaczających ją drzew. Poruszała się ostrożnie, gotowa pierzchnąć w każdej chwili. Zatrzymała się pod ostatnim drzewem dzielącym ją od ogniska.

Siedział przy nim młody człowiek oparty o gruby pień, z jedną nogą wyciągniętą przed siebie, drugą zgiętą w kolanie. Był prawdopodobnie starszy od niej o kilka lat.

Trudno było przyjrzeć mu się dokładnie w pomarańczowej poświacie. Miał zapuszczone, rozczochrane włosy, chyba czarne, lecz na pewno od dawna nie widzące mydła ani grzebienia, i ubranie tak obszarpane i połatane jak u uchodźców wojennych, którzy niedawno włóczyli się po Paryżu, zbierając niedopałki, makulaturę oraz puste butelki, żebrząc o jakieś ciuchy bądź jałmużnę. Był blady i wymizerowany jak ktoś, kto nigdy nie wie, kiedy znów coś zje.

A jednak proponował jej posiłek.

– Mam nadzieję, że jest pan dżentelmenem – powiedziała, trzymając się w mroku.

Mężczyzna zbył te słowa śmiechem.

Isabelle zbliżyła się ostrożnie do ogniska.

– Siadaj – powiedział nieznajomy.

Usiadła naprzeciw niego na trawie. Nachylił się i podał jej butelkę wina. Pociągnęła długi łyk, tak długi, że zaśmiał się, gdy oddała mu flaszkę i otarła brodę grzbietem dłoni.

– Niezła z ciebie pijaczka.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.

Uśmiechnął się.

– Gaëton Dubois. Przyjaciele mówią na mnie Gaët.

– Isabelle Rossignol.

– A, słowik.

Wzruszyła ramionami. Słyszała to już niezliczoną ilość razy. Jej nazwisko faktycznie znaczyło „słowik”. Całując córki na dobranoc, mama nazywała je swoimi słowiczkami. Było to jedno z niewielu wspomnień Isabelle o niej.

– Dlaczego wyjechałeś z Paryża? Taki młody mężczyzna jak ty powinien zostać i walczyć.

– Otworzyli więzienie. Widocznie lepiej było nas wypuścić, abyśmy walczyli za Francję, niż trzymać za kratami, gdy Niemcy nacierają.

– Byłeś w więzieniu?

– Czy to cię przeraża?

– Nie. Tylko… zaskakuje.

– Powinnaś się bać – powiedział, odgarniając z czoła niesforny kosmyk brudnych włosów. – Teraz jednak jesteś ze mną bezpieczna. Mam inne sprawy na głowie. Najpierw sprawdzę, co u mamy i siostry, a potem znajdę jednostkę, do której będę mógł wstąpić. Chciałbym zabić tylu tych sukinsynów, ilu zdołam.

– Masz szczęście – odrzekła, wzdychając. Dlaczego mężczyźni na całym świecie mogli tak łatwo robić, co chcą, a dla kobiet było to takie trudne?

– Chodź ze mną.

Isabelle wiedziała, że nie wolno mu wierzyć.

– Zapraszasz mnie tylko dlatego, że jestem ładna, i masz nadzieję, że jeśli zostanę, to prędzej czy później wyląduję z tobą w łóżku – odparła.

Popatrzył na nią uważnie. Ogień trzaskał i syczał, gdy tłuszcz skapywał w płomienie. Gaët pociągnął łyk wina z butelki i podał ją Isabelle. Ich ręce na moment się zetknęły.

– Gdybym chciał, to już teraz byłbym z tobą w tym, jak mówisz, łóżku.

– Nie dobrowolnie – powiedziała, przełykając ślinę i odwracając wzrok.

– Dobrowolnie – zapewnił takim tonem, że poczuła gęsią skórkę i na moment zbrakło jej tchu. – Ale nie to miałem na myśli. Poprosiłem, żebyś poszła ze mną walczyć.

Isabelle poczuła coś tak nowego, że nie umiała tego określić. Wiedziała, że jest piękna. Często jej to mówiono. Widziała, jak mężczyźni gapią się z nieskrywanym pożądaniem na jej włosy, zielone oczy, pełne wargi, a zwłaszcza na piersi. W oczach kobiet również widziała odbicie swojej urody, na przykład u koleżanek ze szkoły, które nie chciały, by przebywała zbyt blisko ich chłopaków, i przyklejały jej etykietkę aroganckiej, zanim jeszcze powiedziała bodaj słowo.

Uroda stała się kluczem do oceniania jej przez innych, więc podczas dorastania starała się zwracać na siebie uwagę na inne sposoby. Co nie znaczy, że była niewiniątkiem. W końcu dobre siostry od Świętego Franciszka wydaliły ją ze szkoły za całowanie się z chłopcem podczas mszy.

Ale teraz było inaczej.

Gaët zauważył jej piękno nawet w tak marnym świetle, tyle że na tym nie poprzestał i zajrzał także do jej wnętrza. Był wystarczająco bystry, by dostrzec, że Isabelle oferuje światu coś więcej niż tylko ładną buzię.

– Mogłabym się na coś przydać – rzekła ze spokojem.

– Pewnie, że byś mogła. A ja mógłbym nauczyć cię posługiwania się nożem i bronią palną.

– Najpierw muszę zajrzeć do Carriveau i sprawdzić, jak sobie radzi moja siostra. Jej mąż jest na froncie.

Gaët popatrzył na nią z powagą wypisaną na twarzy.

– Zatem odwiedzimy twoją siostrę w Carriveau i moją matkę w Poitiers, a potem ruszamy na wojnę.

W jego ustach zabrzmiało to jak zapowiedź przygody w rodzaju ucieczki z domu, by przyłączyć się do trupy cyrkowej, gdzie spotkają połykaczy ognia i kobiety z brodami.

Właśnie na to czekała przez całe dotychczasowe życie.

– Czyli mamy plan – powiedziała, nie potrafiąc ukryć uśmiechu.