Prawdziwe koloryTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Część pierwsza. Przedtem

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Część druga. Potem

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Podziękowania


Tytuł oryginału

TRUE COLORS

Wydawca

Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Anna Kowalska

Korekta

Ewa Grabowska

Jadwiga Przeczek

Copyright © 2009 by Kristin Hannah

Copyright © for the Polish translation by Alina Jakubowska, 2014

Świat Książki

Warszawa 2014

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanie

MAGiK

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

email: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9642-4

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Kobietom, które weszły do naszej rodziny

i rozjaśniły nas swoją obecnością:

Debrze Edwards John i Julie Gorset John.

Moim przyjaciółkom, Julie Williams i Andrei Schmidt.

Rozśmieszałyście mnie w najbardziej szalonych chwilach, dziękuję Wam.

I, jak zawsze, Benjaminowi i Tuckerowi,

bez których wiedziałabym o wiele mniej o życiu,

miłości i radości.

Część pierwsza

Przedtem

Czym jest namiętność? To z pewnością stawanie się człowiekiem... W namiętności ciało i dusza szukają wyrazu... Im namiętność jest gwałtowniejsza, im intensywniej wyrażana, tym bardziej życie bez niej wydaje się nie do zniesienia. To przywodzi nam na myśl, że gdy namiętność umiera lub zostaje odrzucona, po trosze stajemy się martwi i że wkrótce, tak czy inaczej, całkiem umrzemy.

– John Boorman, reżyser filmowy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

1979

Piętnastoletnia Winona Grey przyglądała się położonemu nad morzem ranczu, należącemu do jej rodziny od czterech pokoleń, i szukała jakiejś zmiany. Nieszczęście, które ich dotknęło, powinno pozostawić ślad – nagle uschniętą trawę, kłębiące się ołowiane chmury, drzewo rozłupane przez piorun. Cokolwiek.

Z okna sypialni widziała prawie całą posiadłość. Z tyłu na granicy rosła kępa cedrów, chylących ku ziemi koronkowe gałęzie, a po zielonych pastwiskach wzdłuż płotów przechadzały się konie, wbijając kopytami wysoką trawę w grząskie podłoże. Na szczycie wzgórza widniała wtulona w gęsty las mała chatka, którą zbudował jej pradziadek, gdy wszedł w posiadanie tej ziemi.

Wszystko wyglądało zwyczajnie, ale Winona wiedziała swoje. Kilka lat temu niedaleko stąd w zimnych wodach waszyngtońskiego wybrzeża zginęło dziecko i przez wiele miesięcy rozprawiano o tej tragedii. Mama wzięła wtedy Winonę na stronę, żeby ją ostrzec przed niewidzialnymi niebezpieczeństwami, podwodnymi nurtami, które mogą wciągnąć nawet na płyciźnie, ale dziś Winona była boleśnie świadoma, że pod powierzchnią zwykłego życia czają się inne groźby.

Odwróciła się od okna i zeszła po schodach na dół. Dom od wczoraj wydawał się zbyt duży i cichy. Jej siostra Aurora czytała coś, zwinięta w kłębek na sofie w niebiesko-żółtą kratę. Chuda jak patyk i koścista czternastolatka była w tym trudnym wieku ni to dziecięcym, ni dorosłym. Miała mały, sterczący podbródek i ciemnobrązowe długie włosy, rozdzielone na czubku głowy przedziałkiem.

– Wcześnie wstałaś, Pędusiu – zauważyła Winona.

Aurora podniosła wzrok.

– Nie mogłam spać.

– No tak. Ja też.

– Vivi Ann jest w kuchni. Kilka minut temu słyszałam, że płacze, ale... – Aurora wzruszyła wątłymi ramionami. – Nie mam pojęcia, jak ją pocieszyć.

Winona wiedziała, jak bardzo Aurora potrzebuje spokoju; była rodzinnym rozjemcą, zawsze starającym się wszystko załagodzić i wyprostować. Nic dziwnego, że tak kiepsko wyglądała. Żadne wzniosłe słowa nie mogły jej teraz ukoić.

– Pójdę do niej – odparła Winona.

Znalazła swoją dwunastoletnią siostrę pochyloną nad żółtym laminowanym stołem i z zapałem rysującą jakiś obrazek.

– Hej, Fasolko – zagadnęła Winona, wichrząc jej włosy.

– Cześć, Groszku.

– Co robisz?

– Rysuję dziewczynki, nasz portret. – Odłożyła kredki i z przechyloną głową przyglądała się swojemu dziełu. Choć jej jasnoblond włosy przypominały dziś ptasie gniazdo, a zielone oczy miała czerwone od łez, nadal była piękna jak porcelanowa lalka. – Mama będzie mogła zobaczyć nas z nieba, prawda?

Winona nie wiedziała, jak zareagować. Dotąd wiara przychodziła jej bez wysiłku, tak naturalnie i łatwo jak oddychanie. Ale teraz już nie. Rak, który wtargnął do ich rodziny, rozbił ją na drobne kawałki, a zlepienie ich z powrotem zdawało się niemożliwe.

– Oczywiście – rzekła bezbarwnym głosem. – Zawiesimy rysunek na lodówce.

Odsunęła się od siostry, choć natychmiast się zorientowała, że popełniła błąd. W kuchni wszystko przypominało matkę – ręcznie szyte bawełniane zasłonki w kanarkowo-niebieską kratkę, magnes Mountain Mama przyczepiony do drzwi lodówki, miska z muszelkami na parapecie. Chodź, Winnie, chodźmy na plażę i poszukajmy skarbów...

Ileż to razy tego lata Winona zlekceważyła matkę? Była zbyt zajęta, aby z nią siedzieć, zbyt nowoczesna, by grzebać w piasku w poszukiwaniu wygładzonych szkiełek wśród połamanych muszli ostryg i wyschniętych wodorostów.

Natrętne myśli przywiodły ją do lodówki. Otworzyła drzwi i wyjęła duże opakowanie lodów neapolitańskich. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała, lecz nie mogła się powstrzymać.

 

Chwyciła łyżkę, pochyliła się nad blatem i zaczęła jeść. Przez kuchenne okno widziała wyżwirowany podjazd przed domem i obdrapaną, ciemnoczerwoną szopę na polanie. Ojciec podjeżdżał obitym pikapem pod zardzewiałą przyczepę do przewozu koni. Wysiadł z samochodu i zajął się mocowaniem zaczepu.

– Nie mów mi, że on jedzie na rodeo – szepnęła Winona, przybliżając się do okna.

– Oczywiście, że jedzie – potwierdziła Vivi Ann, wracając do rysowania. – Wstał o świcie, żeby się przygotować.

– Rodeo? Żartujesz? – Aurora weszła do kuchni i stanęła przy oknie obok Winony. – Ale... jak on może?

Winona wiedziała, że powinna wejść w rolę matki i zapewnić, że ojciec zachowuje się tak, jak powinien, wracając do normalnego życia dzień po pogrzebie żony, lecz nie mogła się zdobyć na takie niewyobrażalne kłamstwo, nawet dlatego, żeby oszczędzić siostrom bólu. A może to wcale nie kłamstwo – może tak na tym świecie zachowywali się dorośli, po prostu żyli dalej – i w jakimś sensie to było nawet bardziej przerażające, jeszcze trudniejsze do wyartykułowania. Przeciągająca się cisza stawiała Winonę w niezręcznej sytuacji; co ma powiedzieć, jak uczynić tę chwilę znośniejszą? Poczuwała się do obowiązku. Starsza siostra powinna zaopiekować się rodzeństwem.

– Po co on ściąga Clem z pastwiska? – spytała Aurora, wyjmując łyżkę z rąk Winony i zatapiając ją w lodach.

Vivi Ann z okrzykiem ni to bólu, ni szlochu podbiegła do drzwi i otworzyła je z takim impetem, że uderzyły o ścianę.

– On chce sprzedać mamy konia – powiedziała ostro Winona, zła, że od razu się nie domyśliła.

– Nie zrobi tego... – szepnęła Aurora, a potem spojrzała na Winonę, szukając potwierdzenia. – Prawda?

Winona nie mogła jej o tym zapewnić. Zamiast tego ruszyła śladem Vivi Ann. Gdy dotarła do parkingu przy szopie, brakowało jej tchu. Poślizgnęła się, przystając obok młodszej siostry.

Ojciec trzymał Clem na uwięzi. Promienie słoneczne paliły denko jego przepoconego kowbojskiego kapelusza, migotały na błyszczącej klamrze pasa przy spodniach. Jego twarz, jak wykuta w skale, przywodziła na myśl pobliskie góry: granitowe ściany i cieniste doliny. Nie było w niej śladu miękkości.

– Nie możesz sprzedać konia mamy – oświadczyła, ciężko dysząc.

– Zamierzasz pouczać mnie, co mam robić, Winono? – odparł, spoglądając na lody, które trzymała w ręce.

Winona poczuła, że policzki jej płoną. Musiała przywołać całą swoją odwagę, by się odezwać, ale nie miała wyboru. Nikt nie mógł jej zastąpić w tej roli.

– Ona kocha... kochała tego konia...

– Nie możemy utrzymywać konia, który nie jest ujeżdżany.

– Ja będę na nim jeździć – obiecała Winona.

– Ty?

– Postaram się robić to lepiej... Nie będę się bała.

– Czy w ogóle mamy siodło, które by tobie pasowało?

W przygnębiającej ciszy Winona wysunęła się do przodu i wyrwała linkę z rąk ojca. Czy poruszyła się zbyt gwałtownie, a może mówiła za głośno – tak czy owak, Clementine się spłoszyła, uskakując na bok. Winona, czując palenie w dłoni, gdy lina raptem szarpnęła, potknęła się i niemal upadła.

Wtedy Vivi Ann przyszła jej z pomocą, uspokajając Clementine słowem i dotykiem.

– W porządku? – szepnęła do Winony, kiedy koń stał już potulnie.

Winona z zażenowania nie mogła wydobyć głosu. Czuła, że ojciec zbliża się ku nim, słyszała odgłos jego kowbojskich butów grzęznących w błocie. Razem z Vivi Ann odwróciły się wolno, by spojrzeć mu w twarz.

– Nie masz drygu do koni, Winono – powiedział.

Słyszała to przez całe życie. W ustach kowboja była to najsurowsza przygana.

– Wiem, ale...

Nie słuchał jej. Patrzył na Vivi Ann. Wydawało się, że coś ich połączyło, jakaś niewidzialna nić porozumienia, której Winona nie potrafiła uchwycić.

– To żywiołowa klacz – rzekł. – I młoda. Nie każdy potrafi sobie z nią poradzić.

– Ja potrafię – oświadczyła Vivi Ann z ożywieniem.

To prawda. Winona o tym wiedziała. Daleko jej było do odwagi i zuchwałości dwunastoletniej siostry.

Zazdrość uderzyła ją boleśniej niż strzał z gumki. Wiedziała, że to źle – a nawet podle z jej strony – ale pragnęła, by ojciec zaprzeczył, by podciął swojej najpiękniejszej córce skrzydła ostrymi słowami. On jednak powiedział:

– Twoja matka byłaby z ciebie dumna. – I podał Vivi Ann wystrzępioną niebieską linkę.

Jakby przez mgłę, z dystansu, Winona obserwowała, jak razem odchodzą. Wmawiała sobie, że to bez znaczenia, że przecież chciała tylko uchronić Clem przed sprzedażą, lecz kłamstwo okazało się kiepskim pocieszeniem.

Gdy scena dobiegła końca, usłyszała nadchodzącą Aurorę.

– Dobrze się czujesz? – spytała ją siostra.

– W porządku.

– Ważne, że nie sprzedał Clem.

– Tak – przyznała Winona z wahaniem, naprawdę pragnąc w to uwierzyć. – Co mnie właściwie obchodzi, kto będzie jeździł na tym koniu?

– No właśnie.

Jednak wiele lat później, gdy wspominała ów tydzień po śmierci matki, zrozumiała, że ten gest – podanie liny – zmienił wszystko. Odtąd zazdrość wkradła się w ich życie i wirowała niczym podwodny nurt pod jego powierzchnią. Choć nikt tego nie widział. Przynajmniej wtedy.

Rozdział pierwszy

1992

Oczekiwanie na ten dzień – dwudziesty piąty stycznia – dłużyło się Vivi Ann niemiłosiernie. Gdy w końcu nadszedł, obudziła się wcześniej niż zwykle. Zanim jeszcze świt rozświetlił nocne niebo, odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka. W zimnym, ciemnym pokoju ubrała się w roboczy kombinezon i wełnianą czapkę. Chwyciła parę zużytych skórzanych rękawic, włożyła gumiaki i wyszła na zewnątrz.

W zasadzie nie musiała karmić koni. Zrobiłby to świeżo zatrudniony pomocnik. Doszła jednak do wniosku, że skoro z podniecenia nie mogła spać, to przynajmniej zrobi coś pożytecznego.

W bezksiężycową noc nie widziała nic prócz ulotnej srebrzystej pary własnego oddechu, ale znała doskonale topografię ziemi swojego ojca.

Water’s Edge.

Ponad sto lat temu jej pradziadek osiedlił się tutaj i założył pobliskie miasteczko Oyster Shores. Inni wybierali krainy bardziej zaludnione, tereny łatwiej dostępne. On zaś przemierzył niebezpieczne równiny, w potyczce z Indianami stracił jednego syna, drugiego zabrała mu grypa. Jednak Abelard Grey, wciąż wiedziony marzeniem, podążał na zachód, do dzikiego, odosobnionego zakątka tego „wiecznie zielonego stanu”[1]. Ziemia, którą wybrał, sto dwadzieścia pięć akrów wciśnięte pomiędzy ciepłe, niebieskie wody kanału Hood i porośnięte lasami wzgórza, była wyjątkowo piękna.

Droga do stajni, zbudowana dziesięć lat temu, wiodła lekko pod górę. Pod wysoko zawieszonym, drewnianym dachem znajdowała się duża ujeżdżalnia otoczona wysokim na cztery sztachety ogrodzeniem; dwanaście końskich boksów otaczało ją od wschodu i zachodu. Gdy Vivi Ann rozsunęła ogromne drzwi, górne światła zapaliły się z trzaskiem przypominającym pstrykanie palcami; zaniepokojone konie cichym rżeniem oznajmiły, że są głodne. Przez najbliższą godzinę odrywała siano od bel znajdujących się w szopie, wkładała je do zardzewiałej taczki i pchała ją po nierównych cementowych chodnikach. Na ostatnim boksie wisiała zrobiona na zamówienie drewniana tabliczka identyfikująca jej klacz pod rzadko używanym oficjalnym imieniem: Niebieska Wstążka Clementine.

– Cześć, maleńka – powiedziała, odblokowując drewniane drzwiczki i odciągając je na boki.

Clem zarżała i postąpiła ku niej, chwytając trochę siana z taczki. Vivi Ann wrzuciła dwie wiązki do metalowego paśnika i zamknęła za sobą drzwi. Clem jadła, a Vivi Ann stała obok klaczy i głaskała ją po jedwabistej szyi.

– Jesteś gotowa na rodeo, mała?

Klacz szturchnęła ją nosem w bok, omal jej nie przewracając.

Po śmierci matki Vivi Ann i Clementine stały się nierozłączne. Kiedy ojciec przestał się odzywać i zaczął pić, a Winona i Aurora były zajęte nauką w szkole średniej, Vivi Ann spędzała z tym koniem większość czasu. Niekiedy żal i poczucie pustki niemiłosiernie jej doskwierały, wtedy wyślizgiwała się z sypialni i biegła do stajni, gdzie zasypiała na cedrowych trocinach przy kopytach Clem. Nawet później, gdy dorosła i miała towarzystwo, nadal uważała klacz za swoją najlepszą przyjaciółkę. To z nią dzieliła się najgłębszymi sekretami właśnie tu, w słodko pachnącym ostatnim boksie po wschodniej stronie maneżu.

Poklepała Clem po szyi na pożegnanie i opuściła stajnię. Zanim dotarła do domu, słońce wyglądało już jak karmelowożółta plama światła na antracytowym zimowym niebie. Z tego miejsca widziała stalowoszare wody kanału i postrzępione, pokryte śniegiem szczyty odległych gór.

Gdy weszła do pogrążonego w mroku domu i usłyszała charakterystyczne skrzypienie desek podłogowych, domyśliła się, że ojciec już wstał. Nakryła stół na trzy osoby i zaczęła przygotowywać śniadanie. Kiedy w kuchni wkładała placki do piekarnika, usłyszała ojca wchodzącego do jadalni. Nalała mu kubek kawy, posłodziła i podała.

Wziął kubek, nie podnosząc nawet wzroku znad magazynu „Western Horseman”.

Przystanęła na chwilę, zastanawiając się, jak nawiązać rozmowę.

W codziennym stroju do pracy – flanelowej koszuli i podniszczonych dżinsach, ściągniętych skórzanym paskiem ozdobionym ogromną srebrną klamrą, za który wcisnął skórzane rękawice – wyglądał tak jak zwykle. A jednak dawała się zauważyć pewna zmiana: misterna siateczka linii i zmarszczek, które postarzyły jego twarz.

Lata po śmierci mamy nie były dla niego łaskawe, wyostrzyły mu rysy i przydały cieni zarówno oczom, jak i mięsistym workom pod nimi. Przygarbił się; mówił, że to przypadłość farmera, naturalny rezultat życia spędzonego na podkuwaniu koni, ale strata żony odegrała też swoją rolę. Vivi Ann była tego pewna. Ciężar niespodziewanej samotności wpłynął na tę zmianę tak samo jak godziny, które spędził pochylony przy pracy. Prostował się tylko wtedy, kiedy występował publicznie, lecz Vivi Ann wiedziała, ile bolesnego wysiłku kosztowało go udawanie, że życie go nie przytłoczyło.

Siedział przy stole i czytał gazetę, podczas gdy Vivi Ann przygotowywała śniadanie.

– Clem świetnie się spisywała na treningach w tym miesiącu – zaczęła, siadając naprzeciwko ojca. – Naprawdę myślę, że mamy szansę wygrać rodeo w Teksasie.

– Gdzie są grzanki?

– Zrobiłam placki.

– Do smażonych jajek potrzebne są grzanki. Dobrze o tym wiesz.

– Pomieszaj je ze smażonymi kartoflami. Chleb się skończył.

Tata westchnął ciężko, wyraźnie zirytowany. Popatrzył znacząco na puste nakrycie przy stole.

– Widziałaś dziś rano Travisa?

Vivi Ann zerknęła przez okno w stronę stajni. Nigdzie nie było po nim śladu. Ani pracującego traktora, ani taczki przy drzwiach do stajni.

– Nakarmiłam już konie. On pewnie naprawia ogrodzenie.

– Znowu świetnie wybrałaś. Jeślibyś nie ratowała każdego chorego konia stąd do Yelm, w ogóle nie potrzebowalibyśmy pomocy. A prawda jest taka, że nie możemy sobie na nią pozwolić.

– À propos pieniędzy, tato... Potrzebuję trzystu dolarów na rodeo w tym tygodniu, a pudełko po kawie jest puste.

Nie odpowiedział.

– Tato?

– Musiałem zapłacić rachunek za siano.

– I już nic nie ma?

– Przyszły też podatki.

– A więc mamy kłopoty – skonstatowała Vivi Ann, marszcząc brwi. Oczywiście słyszała o tym przedtem, zawsze wiedziała, że brakuje pieniędzy, ale po raz pierwszy naprawdę to do niej dotarło. Raptem zrozumiała, dlaczego Winona do znudzenia przypominała o oszczędzaniu pieniędzy na podatki. Spojrzała na ojca. Siedział pochylony do przodu z łokciami na stole. Jej siostry uznałyby to za brak elegancji; Vivi Ann wiedziała swoje.

– Znowu cię bolą plecy?

Nie odpowiedział, nawet nie dał po sobie poznać, że słyszał.

Wstała, poszła do kuchni, wzięła opakowanie ibupromu i dyskretnie położyła na stole.

Ojciec przykrył je rozpostartą dłonią.

– Znajdę sposób na zdobycie pieniędzy, tato. I w tym tygodniu wygram. Może nawet dwa tysiące dolców. Nie martw się.

Resztę posiłku zjedli w milczeniu, ojciec czytał gazetę. Gdy skończył, odsunął się od stołu i wstał.

– Postaraj się, żebym był z ciebie dumny – powiedział, zdejmując z haka przy drzwiach przepocony, brązowy filcowy kapelusz.

 

– Będziesz. Cześć, tato.

Wyszedł, pozostawiając Vivi Ann mocno zaniepokojoną.

Przez większość swojego dwudziestoczteroletniego życia czuła się jak liść na wodzie, po prostu unosiła się, biernie ulegając prądom. Kilka razy usiłowała zmienić kierunek, ale każda próba (choćby wyjazd do miejscowego college’u) szybko kończyła się powrotem na tę ziemię.

Kochała tutejsze proste i zwyczajne życie. Kochała przebywać wśród koni, trenować je i przekazywać swoje doświadczenie dziewczętom, które podziwiały jej umiejętności jeździeckie z zachwytem w oczach. Kochała okolicznych mieszkańców, którzy ją znali i szanowali jej rodzinę. Kochała nawet tutejszą pogodę. Mnóstwo ludzi skarżyło się na szare, ponure dni ciągnące się monotonnie od listopada do kwietnia, jej zaś one nie przeszkadzały. Bez deszczu nie ma tęczy. Takie było jej motto od czasu, gdy jako dwunastoletnia dziewczynka stała nad świeżo wykopanym grobem, próbując zrozumieć niepojętą stratę. Powiedziała sobie wtedy, że życie jest krótkie i należy się w nim dobrze bawić.

Nadszedł jednak czas, żeby dorosnąć. Tym razem to Water’s Edge jej potrzebuje. Nie była jeszcze pewna, jak tego dokona. Biznes i planowanie nie należały do jej mocnych stron, choć była inteligentniejsza, niż powszechnie sądzono. Musi się tylko zastanowić.

A najpierw pożyczy trzysta dolarów od jednej ze swoich sióstr.

Przekona ją, że to dobra inwestycja.

Winona lubiła zarządzać. Wszystkim bez wyjątku. I to nie zza kulis. W college’u wystarczyła jedna lekcja prawa konstytucyjnego, aby dostrzegła swoją przyszłość. Teraz, w wieku dwudziestu siedmiu lat, jej życie toczyło się w zasadzie tak, jak chciała. Oczywiście nie do końca, bo nie miała męża ani dzieci, nie spotykała się z nikim i walczyła z nadwagą. Była za to bez wątpienia najbardziej uznanym prawnikiem w Oyster Shores. Uchodziła za sprawiedliwą, upartą i inteligentną. Wszyscy mówili, że dobrze ją mieć po swojej stronie. Winona ceniła swoją reputację na równi z wykształceniem. Podczas gdy tata i Vivi Ann klęczeli przed swoją ziemią jak przed ołtarzem, ona miała szersze horyzonty. Dla niej liczyła się społeczność i tworzący ją ludzie. Podczas gdy Vivi Ann uchodziła za złote serce miasta, Winona dążyła, żeby być jego sumieniem.

Nacisnęła guzik interkomu na biurku.

– Zebranie zacznie się za dziesięć minut, Liso. Zaparz wystarczająco dużo kawy.

– Już się robi – natychmiast odpowiedziała recepcjonistka.

– Dobrze. – Winona skierowała uwagę na cienki plik papierów. Leżały tam dwa raporty dotyczące środowiska naturalnego, proponowana mapa ewidencyjna oraz przygotowana przez nią umowa sprzedaży nieruchomości.

To powinno ocalić Water’s Edge.

No może była w tym lekka przesada; ranczo nie znajdowało się na krawędzi finansowej ruiny ani nic podobnego. Bardziej przypominało jednego z tych nieszczęsnych, wygłodzonych koni, które ciągle ratowała Vivi Ann: kulało. Co miesiąc tata i Vivi Ann ledwie wiązali koniec z końcem, a podatki nieustannie rosły. Tajemniczy zakątek stanu Waszyngton nie został jeszcze „odkryty” przez yuppies, którzy zamieniali ziemię nad wodą w złoto, ale to tylko kwestia czasu. Nadejdzie taki dzień, gdy jakiś deweloper zauważy, że ich senne miasteczko leży na spektakularnym pasie plaży z widokiem na Olympic Mountain Range, przypominającym szwajcarskie Alpy, a wtedy okaże się, że tata siedzi na stu dwudziestu pięciu akrach niezwykle atrakcyjnego terenu. Podwyżka podatków zmusi go w końcu do sprzedaży ziemi, w przeciwnym razie ją straci. Wydawało się, że nikt prócz niej nie widzi nieuchronnie nadciągającej przyszłości. Tak działo się już w całym stanie.

Pospiesznie zanotowała coś na żółtych kartkach notatnika, słowa, których powinna użyć w rozmowie z nim. Koniecznie musi zrozumieć, jakie to ważne, że znalazła sposób, aby go ocalić i chronić. I równie ważne, że to ona rozwiąże problem. Może wreszcie ojciec będzie z niej dumny.

Zadźwięczał interkom.

– Już są, Winono.

– Zaprowadź ich do pokoju konferencyjnego.

Winona wsunęła dokumenty do beżowej koperty i sięgnęła po swój niebieski blezer. Wkładając go, zauważyła, że zrobił się bardziej opięty na biuście. Z westchnieniem pospieszyła do pokoju konferencyjnego.

Jej kancelaria mieściła się w centrum Oyster Shores, w dużym wiktoriańskim narożnym domu. Kupiła go cztery lata temu i odnawiała po kolei wszystkie pomieszczenia. Na razie wykończyła dół. Nie mogła dopuścić, aby pomieszczenia odwiedzane przez klientów źle wyglądały. W przyszłym roku rozpocznie remont mieszkania na górze. Oszczędziła już sporo pieniędzy.

W holu przystanęła na chwilę, aby ocenić swoje odbicie w lustrze: pulchna, ładna twarz, ciemnobrązowe oczy pod wygiętymi, czarnymi brwiami, pełne usta, ramiona futbolisty i biust, którym można by obdarzyć trzy kobiety. Jej jedyny przykuwający uwagę walor – długie czarne włosy tym razem były ściągnięte do tyłu i związane biało-niebieską ozdobną gumką.

Z przyklejonym do ust uśmiechem udała się do pomieszczenia, które kiedyś było werandą. Całą jego ścianę od podłogi do sufitu wypełniały okna oraz starodawne tarasowe drzwi. Przez prostokątne tafle szkła widziała brunatny o tej porze roku ogród, a za nim ceglano-drewniane budynki wzdłuż Front Street. Pośrodku pokoju stał długi dębowy stół. Wokół niego siedzieli członkowie rady miejskiej Oyster Shores, wśród nich jej ojciec, który w zasadzie nie był członkiem rady, jednak dostawał zaproszenia na wszystkie spotkania.

Winona zajęła swoje stałe miejsce u szczytu stołu.

– W czym mogę dziś pomóc? – zagaiła.

Siedzący obok dentysta Ken Otter uśmiechnął się szeroko. Zawsze tak się uśmiechał, traktując to jak darmową reklamę.

– Chcemy porozmawiać o tym, co się dzieje w rezerwacie.

A więc znów rezerwat.

– Mówiłam już wcześniej: nie możemy ich powstrzymać. Myślę...

– Ale to... kasyno – wtrąciła Myrtle Michaelian, na samą myśl dostając rumieńców. – Na pewno łączy się z prostytucją. Indianie są...

– Przestań – ucięła Winona stanowczym tonem. Zanim znów przemówiła, obrzuciła każdego z uczestników uważnym spojrzeniem. – Pamiętajcie, że są to rdzenni Amerykanie i nie mamy żadnych prawnych możliwości zabronienia im budowy kasyna. Włożycie w tę walkę mnóstwo pieniędzy, a i tak przegracie.

Spierali się jeszcze przez kilka minut, ale wzmianka o pieniądzach podcięła im skrzydła. W rezultacie spór wygasł jak zadławiony silnik i wszyscy wstali, dziękując jej za dbałość o ich finanse oraz pomoc.

– Tato – powiedziała – czy mógłbyś na chwilę zostać?

– Za czterdzieści pięć minut muszę być w Shelton.

– Nie zajmę ci dużo czasu.

Skinął nieznacznie głową, właściwie tylko poruszył podbródkiem, i czekał ze skrzyżowanymi ramionami, aż członkowie rady opuszczą salę. Gdy nie było już nikogo, Winona wróciła na swoje miejsce za stołem, usiadła i otworzyła dużą beżową kopertę. Zerkając na papiery, nie mogła opanować przypływu dumy. To był dobry plan.

– Chodzi o Water’s Edge – odezwała się, podnosząc wzrok. Nie zawracała sobie głowy proszeniem go, aby usiadł. Przerobiła już tę lekcję; Henry Grey zawsze robił, co chciał. Koniec i kropka. Rozmówca starający się mu coś zasugerować zwykle wychodził na głupka.

Burknął coś pod nosem. Raczej nie było to słowo.

– Wiem, że masz teraz kłopoty finansowe, a wiele rzeczy w Water’s Edge wymaga naprawy. Ogrodzenie jest w złym stanie, szopa zaczyna się przechylać i pewnego dnia ktoś utonie w błocie na parkingu, jeśli go nie wyrównamy i nie posypiemy żwirem. Że nie wspomnę o podatkach. – Popchnęła ku niemu mapę ewidencyjną. – Moglibyśmy sprzedać dziesięć akrów wzdłuż drogi... Bill Deacon jest gotów od ręki zapłacić pięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów... Albo można podzielić ziemię na dwuakrowe parcele i podwoić cenę. Tak czy inaczej, można zarobić dość pieniędzy, żebyś przez lata nie odczuwał trudności. Bóg wie, jak musisz być zmęczony oporządzaniem siedmiu koni dziennie. – Uśmiechnęła się do niego. – Doskonały pomysł, nieprawdaż? Zresztą rzadko oglądasz tę ziemię. Wcale nie będziesz jej żałował...

Ojciec wyszedł z pokoju, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi.

Winona wzdrygnęła się na ten dźwięk. Dlaczego pozwoliła sobie na nadzieję? Kolejny raz. Potrząsała głową, wpatrzona w zamknięte drzwi. Zastanawiała się, dlaczego taka inteligentna kobieta jak ona ciągle wchodzi do tej samej błotnistej kałuży w przekonaniu, że będzie sucha. Była idiotką, gdyż ciągle liczyła na ojcowską pochwałę.

– Jesteś chora psychicznie – mruknęła do siebie. – I żałosna.

Interkom na jej biurku zadźwięczał głośno, przerywając jej myśli.

– Luke Connelly na linii, Winono.

Nacisnęła czerwony guzik.

– Powiedziałaś: Luke Connelly?

– Tak. Na jedynce.

Winona wzięła głęboki, uspokajający oddech, podniosła słuchawkę i powiedziała:

– Winona Grey.

– Hej, Win, tu Luke Connelly. Pamiętasz mnie?

– Oczywiście, że cię pamiętam. Co słychać w Montanie?

– Teraz zimno i biało, ale nie ma mnie tam. Jestem tu, w Oyster Shores. Chciałbym się z tobą zobaczyć.

Wstrzymała oddech.

– Naprawdę?

– Wszyscy mówią, że jesteś najlepszym prawnikiem w mieście, co mnie zresztą nie dziwi. Zastanawiam się nad kupnem udziałów w gabinecie weterynaryjnym doktora Moormana i chciałbym porozmawiać z tobą o warunkach. Zgoda?

– Och, potrzebujesz prawnika. – Starała się nie okazać rozczarowania. – Oczywiście.

– Możesz wpaść do mnie jutro? Siedzę po uszy w robocie. Ostatni najemcy zostawili tu spory bałagan. A więc, co ty na to? Strzelimy sobie piwko. Będzie jak dawniej.

– Może około czwartej? To chyba odpowiednia pora na małego millera.

– Doskonale. I wiesz, Win... Nie mogę się doczekać spotkania z tobą.

Powoli odłożyła słuchawkę; miała wrażenie, jakby powietrze nagle stężało i stawiało opór jej ruchom. Nie mogę doczekać się spotkania z tobą. Wstała i wyszła z pokoju konferencyjnego. W holu za okazałym, stylowym stołem siedziała Lisa, pisząc list na swojej dużej, zielonej maszynie IBM Selectric.

– Wychodzę – oznajmiła Winona. – Nagła sprawa.

– Przesunę termin spotkania z Ursulą.

– Dobrze.

Winona opuściła swoje zaciszne biuro i udała się pieszo do położonego dwie przecznice dalej ceglanego ranczerskiego domu swojej siostry.

Otworzyła elegancką furtkę do ogródka z tyłu i podeszła do drzwi pralni, żeby zapukać.

Otwarcie drzwi zajęło Aurorze wieczność, a gdy w końcu to zrobiła, wyglądała na udręczoną. Na biodrach trzymała swoje czteroletnie dzieci; na jednym chłopca, na drugim dziewczynkę.

– Właśnie minęłaś się z Vivi Ann. Pożyczyła ode mnie trzysta dolarów na rodeo. Powiedziała, że to świetna inwestycja.

– Z kamienną twarzą?

Aurora uśmiechnęła się.

– Znasz Vivi. Jej zawsze dopisuje szczęście.

Winona przewróciła oczami; obydwie wiedziały, że to prawda. Ich najmłodszą siostrę nieustająco opromieniało słońce, omijając wszystkich pozostałych.

– Wyjechała już do Teksasu?

– Właśnie przed chwilą. Mam nadzieję, że ten stary pikap się dotelepie.