Pozwól odejść

Tekst
Z serii: Seria Firefly Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pozwól odejść
Pozwól odejść
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Pozwól odejść
Pozwól odejść
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odwra­cam się, zanim zoba­czy, ile te słowa mnie kosz­to­wały. Ja nie bła­gam. Ni­gdy o nic nie bła­ga­łam… Jedy­nie o miłość matki. A to była zupełna strata czasu.

Prze­cho­dzę szybko przez słynne białe hole, z nikim nie nawią­zu­jąc kon­taktu wzro­ko­wego. Moje obcasy stu­kają na mar­mu­ro­wej pod­ło­dze. Na zewnątrz słońce świeci tak mocno, że bolą mnie oczy. Czuję, że głowa swę­dzi mnie od potu.

Roz­wiążę to jakoś.

Roz­wiążę.

Nie będzie łatwo, z pew­no­ścią, ale ja umiem prze­trwać. Zawsze tak było.

Macham na szo­fera i wsia­dam do limu­zyny, cie­sząc się jej ciem­nym, cichym wnę­trzem. Czuję łupiący ból głowy.

– Beverly Hills, pro­szę pani?

Johnny i dzieci.

Chcę poje­chać do nich od razu. Chcę podzie­lić się pro­ble­mami z John­nym i usły­szeć jego zapew­nie­nie, że wszystko będzie dobrze. Ale nie mogę. Wstyd jest obez­wład­nia­jący i duma mi nie pozwala.

Zakła­dam oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

– Lot­ni­sko.

– Ale…

– Lot­ni­sko.

– Tak, pro­szę pani.

Sta­ram się prze­trwać sekundę po sekun­dzie. Zaci­skam mocno powieki i mówię sobie w duchu: Wszystko będzie dobrze. Powta­rzam to co chwila. Lecz po raz pierw­szy w życiu nie potra­fię w to uwie­rzyć. Są we mnie panika, strach, złość i poczu­cie straty; kłę­bią się i kipią. Dwa razy pod­czas lotu do domu wybu­cham pła­czem i muszę przy­tknąć dłoń do ust, żeby uci­szyć szloch.

W Seat­tle wysia­dam z samo­lotu niczym zom­bie, zaczer­wie­nione oczy skry­wam za oku­la­rami.

Zawsze byłam dumna ze swo­jego pro­fe­sjo­na­li­zmu, a moja etyka pracy jest wręcz legen­darna. To wła­śnie sobie powta­rzam, uda­jąc, że wcale nie czuję się deli­katna i wątła jak kosmyk wło­sów.

W swoim pro­gra­mie czę­sto mówi­łam publicz­no­ści, że w życiu można mieć wszystko. Mówi­łam, żeby pro­sili o pomoc, żeby znaj­do­wali dla sie­bie czas, żeby mieli świa­do­mość, czego chcą. Bądź­cie samo­lubni. Bądź­cie bez­in­te­re­sowni. Jed­nak prawda jest taka, że nie mam poję­cia, jak można mieć wszystko. Ja ni­gdy nie mia­łam niczego poza karierą. Z Kate i Ryanami to wystar­czało, ale teraz dostrze­gam pustkę mojego życia.

Jestem roz­trzę­siona, gdy zatrzy­muję auto przed apar­ta­men­tow­cem. Samo­kon­trola wydaje mi się czymś bar­dzo odle­głym. Otwie­ram drzwi i wcho­dzę do lobby. Serce bije mi szybko, a oddech mam płytki. Ludzie na mnie patrzą. Wie­dzą, jakim jestem nie­udacz­ni­kiem.

Ktoś mnie dotyka. Wzdry­gam się tak gwał­tow­nie, że pra­wie się prze­wra­cam.

– Pani Hart?

To mój por­tier. Stan­ley.

– Wszystko w porządku.

Lekko potrzą­sam głową, żeby oprzy­tom­nieć. Powin­nam go popro­sić, żeby zapar­ko­wał mój samo­chód, ale czuję się… nabu­zo­wana, nakrę­cona. Mój śmiech jest piskliwy i ner­wowy, nawet ja to sły­szę. Stan­ley marsz­czy brwi.

– Pani Hart? Pomóc pani dojść do domu?

Dom.

– Pani pła­cze? – pyta łagod­nie por­tier.

Pod­no­szę wzrok. Serce łomo­cze mi tak szybko, że nie mogę zaczerp­nąć tchu i zaczyna mnie mdlić. Co się ze mną dzieje?

Czuję się tak, jakby cię­ża­rówka wje­chała mi w klatkę pier­siową. Aż się zachły­stuję z bólu. Się­gam ku Stan­ley­owi, szep­czę: „Pomocy”, poty­kam się o coś i upa­dam na zimną beto­nową pod­łogę.


– Pani Hart?

Otwie­ram oczy i orien­tuję się, że leżę na szpi­tal­nym łóżku.

Obok mnie stoi męż­czy­zna w bia­łym far­tu­chu. Jest wysoki, ale nie robi naj­lep­szego wra­że­nia. Ciemne włosy ma zbyt dłu­gie jak na te dopięte na ostatni guzik czasy. Ostre rysy twa­rzy, orli nos i skóra koloru kawy z mle­kiem. Jest chyba po czę­ści Hawaj­czy­kiem albo Azjatą, albo Afro­ame­ry­ka­ni­nem. Trudno stwier­dzić. Dostrze­gam etniczne tatu­aże na jego nad­garst­kach.

– Dok­tor Grant – przed­sta­wia się. – Jest pani na ostrym dyżu­rze. Pamięta pani, co się stało?

Pamię­tam wszystko, amne­zja byłaby zba­wie­niem. Ale nie chcę o tym roz­ma­wiać, zwłasz­cza z tym męż­czy­zną, który patrzy na mnie, jak­bym była zepsu­tym przed­mio­tem.

– Pamię­tam – odpo­wia­dam.

– To dobrze. – Zerka na moją kartę. – Tal­lu­lah.

Nie ma poję­cia, kim jestem. To mnie przy­gnę­bia.

– To kiedy mogę stąd wyjść? Moje serce już dobrze działa.

Chcę wró­cić do domu i uda­wać, że wcale nie mia­łam zawału. Przy­po­mina mi się, że mam czter­dzie­ści sześć lat. Jak mogłam dostać zawału?

Lekarz zakłada komicz­nie nie­modne oku­lary do czy­ta­nia.

– Cóż, Tal­lu­lah…

– Tully, pro­szę. Tylko moja upo­śle­dzona matka mówi do mnie Tal­lu­lah.

Spo­gląda na mnie znad oprawki oku­la­rów.

– Pani matka jest upo­śle­dzona?

– To był żart.

Moje poczu­cie humoru nie zro­biło na nim wra­że­nia. Pew­nie żyje w świe­cie, w któ­rym ludzie hodują sobie wła­sne jedze­nie i czy­tają filo­zo­fię przed snem. Jest tak obcy w moim świe­cie, jak ja w jego.

– Rozu­miem. Cóż, rzecz w tym, że nie miała pani tego, co się powszech­nie nazywa zawa­łem serca.

– Udar?

– Atak paniki czę­sto przy­po­mina objawy…

Sia­dam na łóżku.

– Och, nie. Ja nie mia­łam ataku paniki.

– Brała pani jakieś leki przed ata­kiem paniki?

– Nie mia­łam żad­nego ataku paniki. I oczy­wi­ście nie biorę żad­nych leków. Czy ja wyglą­dam na uza­leż­nioną?

Wygląda na zdez­o­rien­to­wa­nego.

– Pozwo­li­łem sobie skon­sul­to­wać się z kole­żanką…

Zanim dokoń­czy, zasłona się odsuwa i do mojego łóżka pod­cho­dzi dok­tor Har­riet Bloom. Jest wysoka i szczu­pła. Surowa – to słowo przy­cho­dzi na myśl – dopóki nie dostrzeże się łagod­no­ści w jej oczach. Znam ją od lat. Jest wybitną psy­chia­trą i wie­lo­krot­nie gości­łam ją w moim pro­gra­mie. Dobrze zoba­czyć przy­ja­zną twarz.

– Har­riet, dzięki Bogu.

– Cześć, Tully. Cie­szę się, że aku­rat jestem na dyżu­rze.

Har­riet uśmie­cha się do mnie, a potem patrzy na dok­tora.

– Desmond, jak się czuje nasza pacjentka?

– Nie­za­do­wo­lona, że miała atak paniki. Naj­wy­raź­niej wola­łaby zawał serca.

– Har­riet, zadzwoń po tak­sówkę – mówię. – Ja się stąd zmy­wam.

– To jest dyplo­mo­wana psy­chia­tra – odpo­wiada Desmond. – Nie zaj­muje się wzy­wa­niem tak­só­wek.

Har­riet posyła mi prze­pra­sza­jący uśmiech.

– Des nie ogląda tele­wi­zji. Praw­do­po­dob­nie nie roz­po­znałby też Oprah.

Nie dziwi mnie, że mój lekarz nie zniża się do oglą­da­nia tele­wi­zji. Ogól­nie wygląda na lep­szy model. Założę się, że kie­dyś nie­źle roz­ra­biał, ale męż­czy­zna w śred­nim wieku z tatu­ażami to nie mój typ. Przy­pusz­czam, że w garażu ma har­leya-david­sona, a do tego gitarę elek­tryczną. Ale naprawdę trzeba by miesz­kać w mysiej dziu­rze, żeby nie znać Oprah.

Har­riet odbiera od Desmonda moją kartę.

– Zle­ci­łem tomo­gra­fię. Ratow­nicy mówili, że mocno ude­rzyła głową o pod­łogę. – Patrzy na mnie i znów widzę, że mnie oce­nia, dostrzega, że cze­goś mi bra­kuje. Biała kobieta w śred­nim wieku, w dro­gich ciu­chach, która ląduje na twa­rzy bez żad­nego powodu. – Niech się pani trzyma, pani Hart. – Uśmiech, któ­rym obda­rza mnie przed wyj­ściem, jest iry­tu­jąco uprzejmy.

– Dzięki Bogu – wzdy­cham.

– Mia­łaś atak paniki – mówi Har­riet, gdy zosta­jemy same.

– Tak twier­dzi dok­tor Gra­nola.

– Mia­łaś atak paniki – powta­rza Har­riet tym razem łagod­niej. Odkłada kartę i pod­cho­dzi bli­żej łóżka. Jej kan­cia­sta twarz o rysach zbyt ostrych, by uznać ją za piękną, ma w sobie kró­lew­ski, nieco zdy­stan­so­wany chłód, lecz oczy uka­zują kobietę, która pomimo suro­wego obli­cza i ele­ganc­kiego w każ­dym calu zacho­wa­nia, bar­dzo trosz­czy się o innych.

– Zakła­dam, że jesteś przy­gnę­biona? – pyta.

Mam ochotę się poło­żyć, uśmiech­nąć, roze­śmiać. Zamiast tego kiwam głową, upo­ko­rzona swoją sła­bo­ścią. Ja fak­tycz­nie pod pew­nymi wzglę­dami wola­ła­bym mieć zawał serca.

– Jestem zmę­czona – odpo­wia­dam łagod­nie. – I nie mogę spać.

– Prze­pi­szę ci xanax na zła­go­dze­nie nie­po­koju – decy­duje Har­riet. – Zaczniemy od pół mili­grama trzy razy dzien­nie. Pomo­głoby ci też parę sesji tera­peu­tycz­nych. Gdy poczu­jesz się gotowa, spró­bu­jemy ci pomóc poczuć więk­szą kon­trolę nad wła­snym życiem.

– Wyprawa w głąb życia Tully Hart? Dzię­kuję, ale postoję. Po co myśleć o tym, co boli, to zawsze było moje motto.

– Wiem, co to depre­sja – mówi Har­riet, a w jej gło­sie sły­szę przej­mu­jący smu­tek. Nagle przy­cho­dzi mi do głowy, że dok­tor Bloom może wie­dzieć, co to żal, roz­pacz i samot­ność. – To nie jest coś, czego należy się wsty­dzić, Tully, i nie wolno jej też lek­ce­wa­żyć. Może być jesz­cze gorzej.

– Gorzej niż dzi­siaj? Jak to moż­liwe?

– Och, moż­liwe, wierz mi.

Jestem zbyt zmę­czona, by się z nią spie­rać, i szcze­rze mówiąc, nie chcę wie­dzieć, co ma do powie­dze­nia. Coraz bar­dziej boli mnie kark.

Har­riet wypi­suje dwie recepty i podaje mi je. Xanax na ataki paniki i ambien na sen.

Przez całe życie uni­ka­łam uza­leż­nia­ją­cych leków. Nie trzeba geniu­szu, żeby domy­ślić się dla­czego. Kiedy się dora­sta, patrząc, jak matka jara, prze­wraca się i wymio­tuje, to widzi się mało chwa­lebną stronę nar­ko­ty­ków.

Spo­glą­dam na Har­riet.

– Moja matka…

– Wiem – prze­rywa lekarka.

To jedna z tych rze­czy, które idą w parze ze sławą. Wszy­scy znają moją smutną histo­rię. Biedna Tully, porzu­cona i nie­ko­chana przez matkę, hipi­skę i nar­ko­mankę.

 

– Twoja mama ma pro­blem z uza­leż­nie­niem. Masz rację, że jesteś ostrożna, ale po pro­stu prze­strze­gaj daw­ko­wa­nia.

– Miło byłoby się prze­spać.

– Mogę cię o coś zapy­tać?

– Pew­nie.

– Jak długo uda­jesz, że cię nie boli?

To pyta­nie jest jak cios.

– Dla­czego mnie o to pytasz?

– Bo cza­sem, Tully, stud­nia wypeł­nia się naszymi łzami. I zaczyna się prze­le­wać.

– Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka umarła w zeszłym mie­siącu.

– Ach – mówi Har­riet. I tyle. A potem kiwa głową i dodaje: – Przyjdź do mnie, Tully. Umów się na wizytę. Mogę ci pomóc.

Gdy wycho­dzi, opa­dam na poduszki i wzdy­cham. Prawda o mojej sytu­acji rów­nież zalega na tym łóżku i zaj­muje na nim zbyt dużo miej­sca.

Miła star­sza kobieta zabiera mnie na tomo­gra­fię, a potem przy­stojny młody dok­tor grzecz­nie infor­muje, że w moim wieku takie upadki czę­sto powo­dują urazy szyi i że ból zelżeje. Wypi­suje mi receptę na śro­dek prze­ciw­bó­lowy i zapo­wiada, że fizjo­te­ra­pia przy­nie­sie dobre efekty.

Gdy wwożą mnie na wózku z powro­tem do sali, jestem kosz­mar­nie zmę­czona. Słu­cham, jak pie­lę­gniarka opo­wiada, że mój pro­gram o auty­stycz­nych dzie­ciach ura­to­wał życie przy­ja­ciółce jej kuzynki, i nawet udaje mi się uśmiech­nąć i podzię­ko­wać jej, gdy koń­czy swoją długą opo­wieść. Przed wyj­ściem podaje mi ambien. Kładę się i zamy­kam oczy.

Po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy prze­sy­piam całą noc.

Roz­dział 7

7

Xanax pomaga. Dzięki niemu jestem mniej spięta i spo­koj­niej­sza. Gdy dok­tor Gra­nola wypusz­cza mnie ze szpi­tala, mam już plan. Koniec z mazga­je­niem się. Koniec z cze­ka­niem.

W domu od razu zaczy­nam dzwo­nić. Pra­cuję w tej branży od dzie­się­cio­leci, ktoś na pewno potrze­buje pro­wa­dzą­cej do pro­gramu nada­wa­nego w naj­lep­szym cza­sie ante­no­wym.

Naj­pierw dzwo­nię do sta­rej przy­ja­ciółki, Jane Rice.

– Oczy­wi­ście – mówi. – Wpad­nij do mnie.

Nie­mal wybu­cham śmie­chem. Czuję ogromną ulgę. Geo­rge nie miał racji. Nie jestem Arse­niem Hal­lem1. Jestem Tully Hart.

Sta­ran­nie przy­go­to­wuję się do roz­mowy. Wiem, jak ważne jest pierw­sze wra­że­nie. Idę do fry­zjera, by pod­ciąć i ufar­bo­wać włosy.

– Ojej! – dziwi się Char­les, mój fry­zjer od nie­pa­mięt­nych cza­sów, gdy sia­dam przed nim na fotelu. – Ktoś się tu zanie­dbał.

Okrywa mnie tur­ku­sową płachtą i zabiera się do pracy.

W dniu spo­tka­nia z Jane ubie­ram się sta­ran­nie w sto­no­wany strój – czarny kostium i bla­do­la­wen­dową bluzkę. Od lat nie byłam w budynku KING-TV, ale od razu czuję się jak u sie­bie. To jest mój świat. Przy recep­cji witają mnie jak boha­terkę i nawet nie muszę poda­wać nazwi­ska. Czuję, jak ustę­puje napię­cie w ramio­nach. Za recep­cją wiszą duże foto­gra­fie Jean Ener­sen i Den­nisa Boundsa pro­wa­dzą­cych wie­czorne wia­do­mo­ści.

Asy­stentka pro­wa­dzi mnie po scho­dach i wzdłuż rzędu zamknię­tych drzwi do małego biura na pierw­szym pię­trze. Jane Rice stoi przy oknie. Widać, że na mnie czeka.

– Tully – mówi, wycho­dząc mi naprze­ciw z wycią­gniętą ręką.

Ści­skamy sobie dło­nie.

– Cześć, Jane. Dzię­kuję, że mnie przy­ję­łaś.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. Sia­daj.

Zaj­muję miej­sce, które wska­zała, a ona siada za biur­kiem, przy­suwa się do niego i spo­gląda na mnie.

I już wiem. Tak po pro­stu.

– Nie możesz mnie zatrud­nić.

To nawet nie jest pyta­nie. Może i pro­wa­dzi­łam talk show przez ostat­nie kilka lat, ale nie prze­sta­łam być dzien­ni­karką. Dosko­nale odczy­tuję ludzi. To jedna z moich umie­jęt­no­ści.

Jane gło­śno wzdy­cha.

– Pró­bo­wa­łam. Ale wygląda na to, że spa­li­łaś za sobą parę mostów.

– Nic? – pytam cicho, z nadzieją, że mój głos nie zdra­dzi, jak jestem zde­spe­ro­wana. – A może praca repor­terki, bez kamery? Umiem ciężko pra­co­wać.

– Przy­kro mi, Tully.

– To dla­czego zgo­dzi­łaś się ze mną spo­tkać?

– Byłaś moją boha­terką – odpo­wiada. – Marzy­łam, by być taka jak ty.

Byłaś.

Nagle czuję się staro. Wstaję.

– Dzię­kuję ci, Jane – mówię cicho i wycho­dzę z jej gabi­netu.

Xanax mnie uspo­kaja. Wiem, że nie powin­nam go brać – tej dodat­ko­wej dawki – ale jej potrze­buję.


W domu igno­ruję nara­sta­jącą panikę i zabie­ram się do pracy. Sia­dam przy biurku i zaczy­nam wydzwa­niać do wszyst­kich, któ­rych znam w branży, zwłasz­cza do tych, któ­rzy są mi winni przy­sługę.

O szó­stej jestem wykoń­czona i zała­mana. Roz­ma­wia­łam ze zna­jo­mymi w dzie­się­ciu naj­więk­szych sie­ciach, w naj­waż­niej­szych kablów­kach i z moim agen­tem. Nikt nic dla mnie nie ma. Nie rozu­miem tego: pół roku temu byłam na samym szczy­cie. Jak mogłam upaść tak nisko aż tak prędko?

Miesz­ka­nie wydaje mi się nagle mniej­sze niż pudełko od butów i znowu zaczy­nam zbyt szybko oddy­chać. Wkła­dam byle co – dżinsy, które zro­biły się za cia­sne, i tunikę z dzia­niny, która ukryje moją posze­rzoną talię.

Wycho­dzę z domu po wpół do szó­stej. Na uli­cach i chod­ni­kach jest pełno ludzi wra­ca­ją­cych z pracy do domu. Wta­piam się w ubrany w gore­teks tłum, który nie zwraca uwagi na sią­piący deszcz. Nie wiem nawet, dokąd idę, dopóki nie dostrze­gam ogródka baru i restau­ra­cji Vir­gi­nia Inn.

Prze­my­kam mię­dzy sto­li­kami i wcho­dzę do środka. Ciemne wnę­trze to dokład­nie to, czego teraz potrze­buję. Tutaj mogę znik­nąć. Pod­cho­dzę do baru i zama­wiam dirty mar­tini.

– Tal­lu­lah, prawda?

Zer­kam w bok. A tam sie­dzi dok­tor Gra­nola. Naprawdę trzeba mieć szczę­ście, żeby tra­fić aku­rat na faceta, który widział mnie w kom­plet­nym dołku. W pół­mroku jego rysy wydają się wyostrzone, jakby był zły. Dłu­gie włosy ma roz­pusz­czone, opa­dają mu na twarz. Na nad­garst­kach widać przy­po­mi­na­jące kaj­danki tatu­aże.

– Tully – odpo­wia­dam. – Co pan dok­tor robi w takim miej­scu jak to?

– Zbie­ram datki na wdowy i sie­roty.

No jasne.

Śmieje się.

– Przy­sze­dłem na drinka, Tully. Tak jak ty. Jak się mie­wasz?

Wiem, o co pyta, i nie podoba mi się to. Z całą pew­no­ścią nie chcę roz­ma­wiać o tym, jak bez­bronna się czuję.

– W porządku. Dzięki.

Bar­man podaje mi drinka. Mam wielką ochotę wypić go dusz­kiem.

– To na razie, dok­torku – mówię, zabie­ra­jąc kie­li­szek do małego sto­lika w rogu w głębi baru. Osu­wam się na twarde krze­sełko.

– Mogę się dosiąść?

Pod­no­szę wzrok.

– A coś by to zmie­niło, gdy­bym powie­działa, że nie?

– Zmie­niło? Oczy­wi­ście. – Siada na krze­śle naprze­ciwko mnie. – Myśla­łem, żeby do cie­bie zadzwo­nić – stwier­dza po dłuż­szej chwili nie­zręcz­nej ciszy.

– I?

– Nie zde­cy­do­wa­łem się.

– Nie wiem, jak to prze­bo­leję.

Z gło­śni­ków ukry­tych gdzieś w ścia­nie aksa­mitny jaz­zowy głos Norah Jones nama­wia: come away with me.

– Czę­sto uma­wiasz się na randki?

Jestem tak zasko­czona, że par­skam śmie­chem. Nie owija w bawełnę.

– Nie. A ty?

– Jestem leka­rzem sin­glem. Cho­dzę z jed­nej na drugą. Powie­dzieć ci, jak to dziś wygląda?

– Bada­nie krwi i zwe­ry­fi­ko­wane CV? Pre­zer­wa­tywy firmy Rub­ber­maid?

Patrzy na mnie, jak­bym była eks­po­na­tem na wysta­wie oso­bli­wo­ści.

– Okej – mówię. – To jak dziś wyglą­dają randki?

– W naszym wieku każdy ma swoją histo­rię. I te histo­rie mają więk­sze zna­cze­nie, niż może się wyda­wać. Zaczyna się od opo­wia­da­nia ich i słu­cha­nia. To się według mnie odbywa na dwa spo­soby: albo opo­wia­dam ci swoją od razu całą, niech się dzieje, co chce, albo roz­cią­gam ją na kilka kola­cji. Przy tej dru­giej opcji pomaga wino, zwłasz­cza jeśli opo­wieść jest długa, nudna i mocno upięk­szona.

– Dla­czego mi się wydaje, że zali­czasz moją do tej ostat­niej kate­go­rii?

– A powi­nie­nem?

Uśmie­cham się, co mnie zaska­kuje.

– Może.

– Oto mój plan. Może opo­wiesz mi swoją histo­rię, a ja opo­wiem ci moją i zoba­czymy, czy to randka, czy też jedy­nie dwa statki mija­jące się w nocy?

– To nie jest randka. Sama kupi­łam sobie drinka i nie wyde­pi­lo­wa­łam nóg.

Uśmie­cha się i odchyla na opar­cie krze­sła.

Jest w nim coś, co mnie intry­guje, urok, któ­rego z początku nie dostrze­głam. No i tak serio, czy mam coś lep­szego do roboty?

– Ty pierw­szy.

– Moja histo­ria jest pro­sta. Uro­dzi­łem się w Maine, w domu na wsi, na ziemi, która od poko­leń nale­żała do mojej rodziny. Moją sąsiadką była Janie Tray­nor. Zako­cha­li­śmy się w sobie gdzieś w ósmej kla­sie, zaraz po tym, jak prze­stała rzu­cać we mnie kul­kami z papieru. Przez dwa­dzie­ścia parę lat wszystko robi­li­śmy razem. Poszli­śmy na Uni­wer­sy­tet Nowo­jor­ski, wzię­li­śmy ślub i uro­dziła nam się śliczna córeczka. – Jego uśmiech bled­nie, ale on wal­czy z tym i pro­stuje ramiona. – Pijany kie­rowca – mówi. – Prze­je­chał na prze­ciw­le­gły pas i wje­chał w nasze auto. Janie i Emily zgi­nęły na miej­scu. Taki, można powie­dzieć, zwrot akcji. Od tej pory jestem już tylko ja. Prze­pro­wa­dzi­łem się do Seat­tle, bo myśla­łem, że odmiana dobrze mi zrobi. Mam czter­dzie­ści trzy lata, gdy­byś chciała wie­dzieć. Wyglą­dasz na docie­kliwą kobietę. – Pochyla się. – Twoja kolej.

– Mam czter­dzie­ści sześć lat, czyli cię prze­bi­jam, choć mnie to nie zachwyca. Nie­stety, całą histo­rię mojego życia możesz prze­czy­tać na Wiki­pe­dii, więc nie ma sensu ściem­niać. Ukoń­czy­łam dzien­ni­kar­stwo na Uni­wer­sy­te­cie Waszyng­toń­skim. Wspi­na­łam się po szcze­blach tele­wi­zyj­nej kariery i zdo­by­łam sławę. Stwo­rzy­łam popu­larny talk show Dziew­czyń­ska godzina. Praca była całym moim życiem, ale… Kilka mie­sięcy temu dowie­dzia­łam się, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka ma raka piersi. Rzu­ci­łam karierę, żeby z nią być. Wygląda na to, że to nie­wy­ba­czalne i teraz, zamiast być gwiazdą, służę jako prze­stroga. Nie wyszłam za mąż i nie mam dzieci, a jedyna żyjąca krewna – moja matka – każe mówić na sie­bie Chmura. To nie­źle ją pod­su­mo­wuje.

– Nie powie­dzia­łaś nic o miło­ści – zauważa cicho dok­tor.

– Nie, nie powie­dzia­łam.

– Ni­gdy?

– Raz – odpo­wia­dam. A potem dodaję łagod­niej: – Może. To było wieki temu.

– I…

– Wybra­łam karierę.

– Hm…

– Co hm…?

– Pierw­szy raz mi się to zda­rza.

– Co?

– Twoja histo­ria jest smut­niej­sza od mojej.

Drażni mnie spo­sób, a jaki on na mnie patrzy, jakby uwa­żał mnie za słabą. Dopi­jam mar­tini i wstaję. Bez względu na to, co chce powie­dzieć, ja nie chcę tego sły­szeć.

– Dzięki za rand­kowe wska­zówki – mówię. – Do widze­nia, dok­to­rze Gra­nola.

– Desmond – sły­szę, lecz już ruszam w kie­runku drzwi.

W domu zaży­wam dwie tabletki ambienu i kładę się do łóżka.


Nie podoba mi się to: xanax, ambien… – mówi Kate, prze­ry­wa­jąc moją opo­wieść.

Tak wła­śnie jest z naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Dobrze cię zna. Zna jak zły sze­ląg. Gorzej, widzisz wła­sne życie jej oczami. Zawsze tak było: głos Kate w mojej gło­wie. Mój świerszcz Jiminy.

– Taa… – odpo­wia­dam. – Popeł­ni­łam parę błę­dów. Ale leki to nie był ten naj­gor­szy.

A jaki był naj­gor­szy?

Szep­czę imię jej córki.


3 wrze­śnia 2010, 08:10

W szpi­ta­lach czas peł­znie. Johnny sie­dział na nie­wy­god­nym krze­śle tuż przy łóżku Tully.

Wyjął komórkę z kie­szeni i przez chwilę na nią patrzył. Potem wyszu­kał na liście kon­tak­tów numer tele­fonu i zadzwo­nił do Mar­gie i Buda. Miesz­kali od jakie­goś czasu w Ari­zo­nie, nie­da­leko owdo­wia­łej sio­stry Mar­gie, Geo­r­gii.

Mar­gie ode­brała po trze­cim sygnale; wyda­wała się zdy­szana.

 

– Johnny! – powie­działa, a on domy­ślił się, że się uśmie­cha. – Jak miło cię sły­szeć.

– Hej, Mar­gie.

Chwila mil­cze­nia i pyta­nie:

– Co się stało?

– Cho­dzi o Tully. Miała wypa­dek samo­cho­dowy. Nie znam szcze­gó­łów, ale jest w szpi­talu Świę­tego Serca – zawa­hał się. – Jest źle, Mar­gie. Ona jest w śpiączce…

– Przy­le­cimy naj­bliż­szym samo­lo­tem. I wyślę Buda pro­sto do Bain­bridge, żeby był w domu, gdy chłopcy wrócą ze szkoły.

– Dzięki, Mar­gie. Wiesz może, jak można się skon­tak­to­wać z jej matką?

– Nie martw się. Skon­tak­tuję się z Doro­thy. Czy Marah już wie?

Johnny wes­tchnął na samą myśl o tele­fo­nie do córki.

– Jesz­cze nie. Szcze­rze mówiąc, nie wiem, czy uda mi się z nią skon­tak­to­wać. Albo czy ją to obcho­dzi.

– Zadzwoń do niej – odpo­wie­działa łagod­nym tonem Mar­gie.

Johnny poże­gnał się i roz­łą­czył. Zamknął na chwilę oczy, żeby się przy­go­to­wać. Jego córka żyła teraz na kra­wę­dzi, wystar­czył szept, by ją z niej zepchnąć.

Urzą­dze­nie obok niego pikało mia­rowo, przy­po­mi­na­jąc każ­dym dźwię­kiem, że pod­trzy­muje Tully przy życiu, że oddy­cha za nią, że daje jej szansę. Szansę, która według dok­tora Bevana była nie­wielka. Johnny nie potrze­bo­wał leka­rza, żeby to wie­dzieć. Widział, jaka Tully jest posza­rzała, jaka zła­mana i słaba.

Nie­chęt­nie otwo­rzył listę kon­tak­tów i wybrał numer.

Marah.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?