Pozwól odejść

Tekst
Z serii: Seria Firefly Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pozwól odejść
Pozwól odejść
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Pozwól odejść
Pozwól odejść
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 4

4

Nawet w raju – a może zwłasz­cza w raju – Johnny spał źle, nie­przy­zwy­cza­jony do samot­no­ści, ale każ­dego ranka wyry­wał go ze snu blask słońca na błę­kit­nym nie­bie i szum fal, które jakby się śmiały, sunąc po pia­sku. Zwy­kle Johnny budził się pierw­szy. Zaczy­nał dzień od fili­żanki kawy na weran­dzie. Stąd obser­wo­wał pora­nek nad nie­bieskimi wodami zatoki, któ­rej kształt przy­po­mi­nał pod­kowę. Czę­sto mówił stam­tąd do Kate. Żało­wał, że nie powie­dział tych słów wcze­śniej. Pod koniec, gdy Kate umie­rała, atmos­fera w ich domu przy­po­mi­nała deli­katną, szarą mgłę, była smutna i przy­ci­szona. Wie­dział, że Mar­gie kazała Katie mówić o tym, co ją prze­raża – że zostawi dzieci, o świa­do­mo­ści, że będą cier­piały, o jej bólu – ale Johnny nie potra­fił słu­chać, nawet tam­tego ostat­niego dnia.

„Jestem gotowa, Johnny – powie­działa gło­sem cichym niby muśnię­cie piór­kiem. – Ty też musisz być gotowy”. „Nie mogę” – odpo­wie­dział. A powi­nien był odpo­wie­dzieć: „Zawszę będę cię kochać”. Powi­nien był trzy­mać ją za rękę i powta­rzać, że jest w porządku.

– Prze­pra­szam, Kate – wyznał teraz, zbyt późno.

Cze­kał na znak, że usły­szała. Podmuch we wło­sach, kwiat opa­da­jący na kolana. Cokol­wiek. Ale nie było nic. Tylko szum fal, prze­ta­cza­ją­cych się figlar­nie po pia­sku.

Pomy­ślał, że wyspa pomo­gła chłop­com. Byli zajęci od świtu do nocy. Ści­gali się po ogro­dzie, uczyli body­sur­fingu na zała­mu­ją­cych się pie­ni­stych falach i zako­py­wali się nawza­jem w pia­sku. Lucas czę­sto mówił o Kate, wspo­mi­nał o niej przy każ­dej oka­zji nie­mal codzien­nie. Brzmiało to tak, jakby była w skle­pie i miała zaraz wró­cić do domu. Na początku reszta czuła się z tym nie­swojo, ale z cza­sem Lucas w ten wła­śnie uparty spo­sób, jak deli­katne, powra­ca­jące fale, wpro­wa­dził Kate z powro­tem do ich kręgu, pod­trzy­mał jej obec­ność, poka­zał im, jak ją pamię­tać. „Mamie by się podo­bało” stało się jak refren i poma­gało im wszyst­kim.

Cóż, może nie do końca. Po tygo­dniu na Kauai Johnny na­dal nie wie­dział, co mogłoby pomóc Marah. Jakby pozo­stała po niej pusta sko­rupka – ta sama ele­gancka pięk­ność dba­jąca o wygląd, lecz o obo­jęt­nym spoj­rze­niu i auto­ma­tycz­nych ruchach. Gdy on i chłopcy sza­leli wśród fal, ona sie­działa na plaży i słu­chała muzyki albo stu­kała w komórkę, jakby to był nadaj­nik, za pomocą któ­rego można spro­wa­dzić pomoc. Robiła wszystko, o co ją popro­szono, a nawet wię­cej, ale sta­no­wiła wid­mową wer­sję samej sie­bie. Była, a jakby jej nie było. Gdy wspo­mi­nano o Kate, nie­odmien­nie mówiła coś w stylu: „Jej już nie ma” i odcho­dziła. Zawsze odcho­dziła. Nie chciała być na tych waka­cjach i sta­rała się to codzien­nie pod­kre­ślać. Ani razu nie zanu­rzyła w morzu nawet palca.

Tak jak teraz. Johnny stał po pas w cie­płej, błę­kit­nej wodzie, poma­ga­jąc chłop­com łapać fale na sty­ro­pia­no­wych deskach, a Marah sie­działa na jaskra­wo­ró­żo­wym leżaku na plaży i patrzyła gdzieś w bok.

Obser­wo­wał ją, gdy pode­szła do niej grupka mło­dych męż­czyzn.

– Idź­cie dalej, chło­paki – mruk­nął.

– Co, tato? – zawo­łał Wills. – Popchnij mnie!

Johnny wypchnął Wil­lsa w kie­runku wzbie­ra­ją­cej fali i powie­dział: „Wska­kuj”, cho­ciaż wcale nie patrzył na syna.

Na plaży mło­dzi męż­czyźni oto­czyli jego córkę jak psz­czoły kwiat.

To byli starsi chłopcy, mniej wię­cej w wieku stu­denc­kim. Johnny już miał wyjść z wody, prze­ma­sze­ro­wać po gorą­cym pia­sku i chwy­cić jed­nego z nich za typowo sur­fer­ską fry­zurę, gdy nagle ode­szli.

– Zaraz wra­cam – rzu­cił do synów, kro­cząc w głę­bo­kiej na pół metra wodzie ku plaży. Usiadł obok córki. – Czego chcieli tamci Back­street Boys? – Sta­rał się mówić lek­kim tonem.

Nie odpo­wie­działa.

– Są dla cie­bie za sta­rzy, Marah.

Wresz­cie na niego spoj­rzała. Ciemne oku­lary skry­wały wyraz jej oczu.

– Nie upra­wia­łam z nimi seksu, tato. Tylko roz­ma­wia­li­śmy.

– O czym?

– O niczym. – Po tej wyja­śnia­ją­cej wszystko odpo­wie­dzi, wstała i ruszyła w kie­runku domu. Prze­suwne drzwi zatrza­snęły się za nią. Przez cały tydzień nie prze­pro­wa­dzili roz­mowy, która obej­mo­wa­łaby wię­cej niż trzy zda­nia. Jej gniew był jak teflo­nowa tar­cza. Od czasu do czasu Johnny dostrze­gał prze­bły­ski bólu, dez­orien­ta­cji i żalu, ale to były ułamki sekund. Cho­wała się za tym gnie­wem, mała dziew­czynka ukryta w nasto­latce z ide­al­nym sys­te­mem obrony, a on nie wie­dział, jak skru­szyć tę fasadę. Tym zawsze zaj­mo­wała się Kate.


Tej nocy Johnny leżał w łóżku z pod­ło­żo­nymi pod głowę rękoma i wpa­try­wał się w nicość. Wia­trak przy sufi­cie wiro­wał leni­wie, zaci­na­jąc się przy każ­dym obro­cie i wyda­jąc z sie­bie klik­nię­cie pomię­dzy kolej­nymi ziut-ziut-ziut skrzy­deł. Żalu­zje w drzwiach postu­ki­wały cicho, poru­szane bryzą.

Nie dzi­wiło go, że nie może zasnąć w tę ostat­nią noc waka­cji – o ile można było tak okre­ślić ten wyjazd – i był prze­ko­nany, że w ogóle nie zaśnie. Zer­k­nął na zegar. Pięt­na­ście po dru­giej.

Odrzu­cił pościel i wstał z łóżka. Otwo­rzył zasło­nięte żalu­zjami drzwi i wyszedł na werandę. Księ­życ w pełni świe­cił na nie­bie, nie­moż­li­wie jasny. Czarne palmy koły­sały się w prze­sy­co­nym zapa­chem plu­me­rii powie­trzu. Plaża przy­po­mi­nała zawi­jas z zaśnie­dzia­łego sre­bra. Stał dłuż­szy czas, wdy­cha­jąc słod­kie powie­trze i wsłu­chu­jąc się w szum fal. Tak go to uspo­ko­iło, że nabrał nadziei na sen.

Prze­szedł przez pogrą­żony w mroku dom. Stało się to jego zwy­cza­jem w ostat­nim tygo­dniu, że zaglą­dał do dzieci w nocy. Ostroż­nie otwo­rzył drzwi sypialni chłop­ców. Spali na usta­wio­nych obok sie­bie poje­dyn­czych łóż­kach. Lucas tulił swoją ulu­bioną zabawkę – plu­szową orkę. Jego brat nie zawra­cał sobie głowy zabaw­kami dla malu­chów.

Johnny powoli zamknął drzwi i zszedł na dół. Po cichu zaj­rzał do pokoju Marah. To, co zoba­czył, było tak nie­spo­dzie­wane, że potrze­bo­wał chwili na otrzą­śnię­cie się.

Jej łóżko było puste.

– Co do dia­bła…?

Zapa­lił świa­tło i się rozej­rzał.

Nie było jej. Ani jej zło­tych klap­ków. Ani torebki. Był pewien, że bra­kuje tych dwóch rze­czy, a to wystar­czyło, by wie­dzieć, że nie została porwana. To oraz otwarte okno – które było zamknięte, gdy kła­dła się spać, a dało się je otwo­rzyć tylko od środka.

Wymknęła się.

– Cho­lera jasna.

Johnny wró­cił do kuchni i zaczął grze­bać w szaf­kach, aż zna­lazł latarkę. A potem wyru­szył na poszu­ki­wa­nie córki.

Plaża była nie­mal pusta. Tu i ówdzie dostrze­gał pary spa­ce­ru­jące za rękę wzdłuż sre­brzy­stej linii piany two­rzo­nej przez fale albo przy­tu­lone na pla­żo­wych ręcz­ni­kach. Bez waha­nia spraw­dzał każ­dego, kogo spo­tkał, ośle­pia­ją­cym świa­tłem latarki. Przy sta­rym beto­no­wym molo zatrzy­mał się i zaczął nasłu­chi­wać. Usły­szał śmiech i poczuł dym. W głębi paliło się ogni­sko. Wyczuł mari­hu­anę.

Wszedł na trawę i okrą­żył nasadę mola, po czym ruszył ku dużym drze­wom, które pora­stały teren zwany przez miej­sco­wych Black Pot Beach.

Ogni­sko zor­ga­ni­zo­wano na skrawku lądu, który oddzie­lał zatokę Hana­lei od rzeki Hana­lei. Już z dala sły­chać było muzykę – coś Ushera, był wła­ści­wie pewien – grzmiącą z tanich, pla­sti­ko­wych gło­śni­ków. Kilka samo­cho­dów miało włą­czone świa­tła. Johnny dostrzegł jakieś dzie­ciaki tań­czące wokół ogni­ska i innych impre­zo­wi­czów, zgro­ma­dzo­nych przy rzę­dzie sty­ro­pia­no­wych prze­no­śnych lodó­wek.

Marah tań­czyła z dłu­go­wło­sym mło­dym czło­wie­kiem bez koszulki i w krót­kich bojów­kach. Dopi­jała wła­śnie piwo, poru­sza­jąc bio­drami w rytm muzyki. Miała na sobie dżin­sową spód­niczkę tak krótką, że przy­po­mi­nała chu­s­teczkę, i koszulkę na ramiącz­kach obciętą tak, by poka­zy­wała jej pła­ski brzuch.

Nikt nawet nie zauwa­żył, że Johnny wszedł w śro­dek imprezy. Gdy zła­pał Marah za nad­gar­stek, zaśmiała się naj­pierw, ale potem gwał­tow­nie wcią­gnęła powie­trze, gdy go roz­po­znała.

– Hej, sta­ruszku – zapro­te­sto­wał jej part­ner od tańca, mocno marsz­cząc brwi, jakby miał pro­blemy z kon­cen­tra­cją.

– Ona ma szes­na­ście lat – powie­dział Johnny, prze­ko­nany, że powi­nien dostać medal za to, że od razu nie zno­kau­to­wał mło­kosa.

– Naprawdę? – Chło­pak wypro­sto­wał się i wyco­fał, uno­sząc dło­nie. – Koleś…

– Co to miało zna­czyć? To pyta­nie, stwier­dze­nie czy przy­zna­nie się do winy?

Mło­dzie­niec zamru­gał zdez­o­rien­to­wany.

– Hola, hola. Co jest?

Johnny wycią­gnął Marah z imprezy. Naj­pierw narze­kała, ale potem uci­chła i zwy­mio­to­wała na jego stopy. W poło­wie plaży, gdy zwy­mio­to­wała jesz­cze dwa razy (on przy­trzy­my­wał jej wtedy włosy), objął ją i pod­trzy­mał.

Gdy doszli do domu, zapro­wa­dził ją na werandę.

– Czuję się strasz­nie – jęk­nęła, osu­wa­jąc się na fotel.

Johnny usiadł obok niej.

– Czy ty masz poję­cie, w jakie kło­poty może wpaść w takiej sytu­acji dziew­czyna? Naprawdę mogło ci się coś stać.

– No dalej, pokrzycz na mnie. Nic mnie to nie obcho­dzi.

W jej oczach był smu­tek, który łamał mu serce. Jakby Marah dopiero zro­zu­miała swój żal i uświa­do­miła sobie nie­spra­wie­dli­wość. Utrata matki już zawsze będzie kształ­to­wać jej życie.

Był w kropce. Wie­dział, czego jej potrzeba: wspar­cia. Pra­gnęła, by ją okła­mał, by powie­dział, że może być szczę­śliwa pomimo śmierci mamy. Ale to nie była prawda. Nikt już nie będzie znał Marah tak dobrze i oboje zda­wali sobie z tego sprawę. On był nędzną namiastką.

 

– Wszystko jedno – powie­działa Marah, wsta­jąc. – Nie martw się, tato. To się już nie powtó­rzy.

– Marah, ja się sta­ram. Daj mi…

Igno­ru­jąc go, weszła do domu. Drzwi zatrza­snęły się za nią.

Poszedł do swo­jego pokoju, ale nie mógł zasnąć. Leżał i słu­chał szumu i klik­nięć wia­traka pod sufi­tem, pró­bu­jąc sobie wyobra­zić swoje życie od jutra.

Nie potra­fił.

Nie umiał też wyobra­zić sobie powrotu do domu, krzą­ta­nia się w kuchni Kate, spa­nia po jed­nej stro­nie łóżka, cze­ka­nia na jej poca­łu­nek, któ­rym budziła go co rano.

Nie ma szans.

Potrze­bo­wał nowego początku. Wszy­scy go potrze­bo­wali. To był jedyny spo­sób. A nie tygo­dniowe waka­cje.

O siód­mej rano czasu hawaj­skiego wyko­nał tele­fon.

– Bill – powie­dział, gdy jego przy­ja­ciel ode­brał. – Na­dal szu­kasz pro­du­centa wyko­naw­czego do Good Mor­ning Los Ange­les?


3 wrze­śnia 2010, 06:21

– Pan Ryan?

Johnny wró­cił do teraź­niej­szo­ści. Gdy otwo­rzył oczy, zoba­czył jasne świa­tła. W powie­trzu czuć było woń środ­ków do dezyn­fek­cji. Sie­dział na twar­dym, pla­sti­ko­wym krze­sełku w szpi­tal­nej pocze­kalni.

Stał przed nim męż­czy­zna w nie­bie­skim far­tu­chu i cza­peczce chi­rurga.

– Jestem dok­tor Reg­gie Bevan. Neu­ro­chi­rurg. Jest pan rodziną Tal­lu­lah Hart?

– Tak – odpo­wie­dział Johnny po chwili. – Co z nią?

– Jest w sta­nie kry­tycz­nym. Usta­bi­li­zo­wa­li­śmy ją na tyle, by móc prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję, ale…

– Zatrzy­ma­nie krą­że­nia, ura­zowy dzie­wiątka! – roz­le­gło się z gło­śni­ków na kory­ta­rzu.

Johnny zerwał się z miej­sca.

– To ona?

– Tak – odpo­wie­dział lekarz. – Pro­szę tu zacze­kać. Wrócę do pana.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, dok­tor Bevan odwró­cił się i pobiegł do windy.

Roz­dział 5

5

Gdzie jestem?

Ciem­ność.

Nie mogę otwo­rzyć oczu albo może mogę, tylko nic nie widać. A może nie mam już oczu. Może ośle­płam.

– ODSU­NĄĆ­SIĘ.

Coś ude­rza mnie w klatkę pier­siową tak mocno, że tracę kon­trolę nad cia­łem. Czuję, że wygi­nam się w łuk i opa­dam z powro­tem.

– NIC­DOK­TO­RZE­BE­VAN.

Zalewa mnie ból, który trudno sobie wyobra­zić, taki rodzaj bólu, który spra­wia, że chcesz się pod­dać, a potem… nie ma nic.

Jestem nie­ru­choma jak wstrzy­mane powie­trze. Ciem­ność, która mnie ota­cza, jest gęsta i cicha. Teraz otwie­ram oczy bez wysiłku. Na­dal panuje ciem­ność, ale inna. Taka płynna, jak w wodzie przy dnie morza. Gdy pró­buję się poru­szyć, czuję opór. Pcham i pcham, aż wresz­cie sia­dam. Ciem­ność ustę­puje stop­niowo, staje się szara i ponura i poja­wia się świa­tło, roz­myte jak odle­gły świt. A potem nagle robi się jasno.

Jestem w jakimś pomiesz­cze­niu. Gdzieś wysoko. I patrzę w dół.

Pode mną widzę tłu­mek gorącz­kowo poru­sza­ją­cych się ludzi, wykrzy­ku­ją­cych słowa, któ­rych nie rozu­miem. W pomiesz­cze­niu stoją jakieś urzą­dze­nia i coś czer­wo­nego zalewa jasną pod­łogę. To zna­jomy obraz. Już coś takiego widzia­łam.

To leka­rze i pie­lę­gniarki. Jestem w sali ope­ra­cyj­nej. Pró­bują ura­to­wać komuś życie. Ota­czają ciało na szpi­tal­nym łóżku. To kobieta. Nie. Zaraz.

To moje ciało.

To ja jestem tym poła­ma­nym, krwa­wią­cym i nagim cia­łem na łóżku. To moja krew ska­puje na pod­łogę. Widzę swoją posi­nia­czoną, pora­nioną twarz…

Naj­dziw­niej­sze jest to, że nic nie czuję. To ja, Tully Hart. To ja się wykrwa­wiam w tej sali, ale tu też jestem ja. Uno­szę się w rogu pomiesz­cze­nia ponad tym wszyst­kim.

Białe far­tu­chy tło­czą się przy moim ciele. Wołają coś do sie­bie – poznaję, jacy ci ludzie są zatro­skani, po tym, jak sze­roko otwie­rają usta, jak dostają wypie­ków i jak mocno marsz­czą brwi. Wcią­gają do sali kolejne urzą­dze­nia, ich kółka skrzy­pią na zakrwa­wio­nej pod­ło­dze, zosta­wia­jąc białe ślady w czer­wieni.

Ich głosy są dźwię­kami, które nic mi nie mówią, syl­wetki przy­po­mi­nają postaci doro­słych w spe­cjal­nym odcinku Char­liego Browna. Bla-bla-bla.

– BRAK­PULSU.

Powin­nam się prze­jąć, ale tak nie jest. Dra­mat tam w dole jest jak opera mydlana, którą już kie­dyś oglą­da­łam. Obra­cam się gwał­tow­nie i ściany zni­kają. W oddali widzę inten­sywne, opa­li­zu­jące świa­tło. Przy­wo­łuje mnie i ogrzewa.

Myślę: Idź, i natych­miast się poru­szam. Tra­fiam do świata, który jest tak wyraźny i kon­tra­stowy, że aż kłuje mnie w oczy. Błę­kitno błę­kitne niebo i zie­lono zie­lona trawa, śnież­no­białe kwiaty pada­jące z weł­ni­stych chmur. I to świa­tło. Piękne, żarzące się świa­tło, które nie przy­po­mina żad­nego innego. Po raz pierw­szy, odkąd pamię­tam, czuję spo­kój. Gdy kro­czę po tra­wie, poja­wia się przede mną drzewo. Naj­pierw sadzonka, wiotka i gru­zło­wata. Rośnie, gdy tak stoję i patrzę, śmiga do góry i roz­prze­strze­nia się, aż zaj­muje całe pole widze­nia. Zasta­na­wiam się, czy nie powin­nam zawró­cić, czy to drzewo mnie nie zaro­śnie, czy nie pochło­nie mnie plą­ta­niną korzeni. Ono pnie się, a wokół mnie zapada noc.

Gdy pod­no­szę wzrok, widzę gwiazdy. Wielki Wóz. Orion. Te same kon­ste­la­cje, które obser­wo­wa­łam z podwórka jako dziew­czynka w cza­sach, gdy wyda­wało się, że świat jest za mały na wszyst­kie moje marze­nia.

Gdzieś z daleka sły­szę pierw­sze deli­katne takty melo­dii. Billy, don’t be a hero…

Ta pio­senka wzru­sza mnie tak, że aż trudno mi oddy­chać. Kiedy mia­łam trzy­na­ście lat, spra­wiała, że pła­ka­łam. Wtedy chyba myśla­łam, że to opo­wieść o tra­gi­zmie miło­ści. Teraz wiem, że to opo­wieść o tra­gi­zmie życia.

Don’t be a fool with your life.

Zja­wia się przede mną rower. To sta­ro­świecki, dziew­czyń­ski rower z wąskim, podłuż­nym sio­deł­kiem i bia­łym koszy­kiem. Stoi oparty o różany żywo­płot. Pod­cho­dzę do niego, wsia­dam i zaczy­nam peda­ło­wać… Dokąd? Nie wiem. Przede mną poja­wia się droga i cią­gnie się aż po hory­zont. Jest śro­dek gwiaź­dzi­stej nocy, a ja pędzę ze wzgó­rza jak dziecko, moje włosy powie­wają.

Znam to miej­sce. To Sum­mer Hill. Jest wryte w moją duszę. Oczy­wi­ście nie jestem tam naprawdę. Praw­dziwa ja leży poła­mana na szpi­tal­nym łóżku i krwawi. Więc to sobie tylko wyobra­żam, ale nie szko­dzi.

Roz­po­ście­ram ramiona i roz­pę­dzam się. Przy­po­mina mi się pierw­szy raz, gdy to zro­bi­łam. Były­śmy w ósmej kla­sie, Kate i ja, i zjeż­dża­ły­śmy na rowe­rach z tego wzgó­rza. Zapo­cząt­ko­wa­ły­śmy wtedy przy­jaźń, która jest jedyną praw­dziwą histo­rią miło­sną mojego życia. Zmu­si­łam ją oczy­wi­ście. Rzu­ca­łam kamy­kami w okno jej sypialni i obu­dzi­łam ją w środku nocy, i bła­ga­łam, żeby się ze mną wymknęła.

Czy wie­dzia­łam, jak ta jedna rzecz odmieni całe nasze życie? Nie. Ale wie­dzia­łam, że moje życie musi się zmie­nić. To było oczy­wi­ste. Moja matka porzu­cała mnie raz za razem, a ja całe dzie­ciń­stwo spę­dzi­łam na uda­wa­niu, że prawda to fik­cja. Tylko wobec Kate byłam naprawdę szczera. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Jedyna osoba, która kochała mnie za to, kim jestem.

Ni­gdy nie zapo­mnę dnia, w któ­rym się pozna­ły­śmy. Nie dzi­wię się, że przy­po­mina mi się wła­śnie teraz. Mia­ły­śmy po czter­na­ście lat, ale żad­nych przy­ja­ciół, i były­śmy tak różne jak ogień i woda. Tam­tego pierw­szego wie­czoru powie­dzia­łam mojej naja­ra­nej matce – w latach sie­dem­dzie­sią­tych kazała się nazy­wać Chmurą – że idę na szkolną imprezę, a ona życzyła mi uda­nej zabawy.

W ciem­nym zagaj­niku chło­pak, któ­rego ledwo zna­łam, zgwał­cił mnie. Wra­ca­łam sama do domu. Po dro­dze zoba­czy­łam Katie sie­dzącą na ogro­dze­niu. Ode­zwała się do mnie, gdy ją mija­łam.

– Lubię tu być w nocy. Gwiazdy są takie jasne. Cza­sem, gdy wpa­tru­jesz się w niebo wystar­cza­jąco długo, mogła­byś przy­siąc, że te małe, białe kropki latają dokoła niczym świe­tliki. – Apa­rat korek­cyjny spra­wił, że „ś” zabrzmiało jak „sz”. – Może dla­tego ta ulica tak się nazywa. Pew­nie myślisz, że jestem dzi­wa­dłem, skoro mówię takie rze­czy… Ej, nie wyglą­dasz naj­le­piej. I cuch­niesz rzy­gami.

– Nic mi nie jest.

– Wszystko w porządku? Na pewno?

Ku swo­jemu prze­ra­że­niu zaczę­łam pła­kać.

To był począ­tek. Nasz począ­tek. Opo­wie­dzia­łam jej o mojej wsty­dli­wej tajem­nicy, a ona wycią­gnęła do mnie rękę. Chwy­ci­łam ją i już nie puści­łam. Od tego dnia były­śmy nie­roz­łączne. Przez całe liceum i stu­dia, i potem też żadne doświad­cze­nie nie było praw­dziwe, dopóki nie opo­wie­dzia­łam o nim Katie. Dzień nie był dopeł­niony, jeśli ze sobą nie poroz­ma­wia­ły­śmy. Zanim skoń­czy­ły­śmy osiem­na­ście lat, były­śmy Tul­ly­iKate, nie­roz­dzielną parą. Byłam na jej weselu i przy naro­dzi­nach dzieci, wtedy, gdy pró­bo­wała napi­sać książkę, i wtedy, gdy w 2006 roku wydała ostat­nie tchnie­nie.

Z roz­po­star­tymi ramio­nami, wia­trem roz­wie­wa­ją­cym włosy i wspo­mnie­niami pędzą­cymi obok mnie, myślę sobie: Tak powin­nam umrzeć.

– Umrzeć? A kto twier­dzi, że umrzesz?

Wszę­dzie roz­po­zna­ła­bym ten głos. Tęsk­nię za nim każ­dego dnia od czte­rech lat.

Kate.

Odwra­cam głowę i widzę to, co nie­moż­liwe: Kate na rowe­rze obok mnie. Jestem oszo­ło­miona jej wido­kiem i myślę: Oczy­wi­ście. To jest moja wer­sja podą­ża­nia ku świa­tłu, ona zawsze była moim świa­tłem. Przez krótką, piękną ostat­nią chwilę jeste­śmy znów Tul­ly­iKate.

– Katie – mówię z zachwy­tem.

A ona uśmie­cha się do mnie pro­mien­nym uśmie­chem wszyst­kich minio­nych lat.

W następ­nej chwili sie­dzimy na tra­wia­stym, błot­ni­stym brzegu rzeki Pil­chuk, tak jak kie­dyś, w latach sie­dem­dzie­sią­tych. W powie­trzu czuć zapach desz­czu, mokrej ziemi i inten­syw­nie zie­lo­nych drzew. Próch­nie­jąca, pokryta mchem kłoda jest naszym opar­ciem. Wokół nas roz­lega się gul­go­cząca pieśń rzeki.

Hej, Tul – mówi Katie.

Na dźwięk jej głosu rośnie we mnie szczę­ście, roz­po­ściera skrzy­dła jak piękny biały ptak. Świa­tło jest wszę­dzie, jeste­śmy w nim ską­pane. Znów czuję ten piękny spo­kój; przy­nosi mi uko­je­nie. Cier­pię od tak dawna, a jesz­cze dłu­żej odczu­wam samot­ność.

Zwra­cam się do Kate, chło­nąc jej widok. Jest migo­cząca, nie­mal przej­rzy­sta. Gdy się poru­sza, choćby odro­binę, dostrze­gam trawę pod nią. Kiedy na mnie patrzy, widzę w jej oczach zarówno smu­tek, jak i radość, i zasta­na­wiam się, jak te dwa uczu­cia mogą w niej ist­nieć w tak ide­al­nej rów­no­wa­dze. Wzdy­cha, a ja czuję zapach lawendy.

Rzeka bul­go­cze i plusz­cze pod nami, roz­sy­ła­jąc swój bogaty, żyzny zapach zarówno wzro­stu, jak i roz­padu. Zmie­nia się w muzykę, naszą muzykę; szczyty fal zmie­niają się w nuty, uno­szą się i sły­szę starą pio­senkę Terry’ego Jacksa, We had joy, we had fun, we had seasons in the sun. Ileż to razy bra­ły­śmy tutaj na noc moje małe radio tran­zy­sto­rowe, nasta­wia­ły­śmy je i słu­cha­ły­śmy muzyki, roz­ma­wia­jąc. Dan­cing Queen… You make me feel like dan­cing… Hotel Cali­for­nia… Da Da Run Run.

Co się stało? – pyta cicho Kate.

Wiem, o co jej cho­dzi. Chce wie­dzieć, dla­czego tu jestem. I dla­czego jestem w szpi­talu.

Poroz­ma­wiaj ze mną, Tul.

O Boże, jak ja się stę­sk­ni­łam za tymi sło­wami. Pra­gnę poroz­ma­wiać z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, powie­dzieć jej, jak wszystko spie­przy­łam. Ona zawsze umiała spra­wić, by było okej. Lecz słowa do mnie nie przy­cho­dzą. Nie umiem zna­leźć ich w gło­wie; odla­tują w tańcu jak wróżki, gdy po nie się­gam.

Nie potrze­bu­jesz słów. Po pro­stu zamknij oczy i przy­po­mnij sobie.

Przy­po­mi­nam sobie, kiedy zaczęło się psuć. Tam­ten jeden dzień, naj­gor­szy. Dzień, który zmie­nił wszystko.

Paź­dzier­nik 2006 roku. Pogrzeb. Zamy­kam oczy i przy­po­mi­nam sobie, że jestem pośrodku par­kingu przed kościo­łem Świę­tej Cecy­lii…

…sama. Wszę­dzie dokoła stoją samo­chody, równo zapar­ko­wane na wyzna­czo­nych miej­scach. Zauwa­żam, że jest wśród nich dużo SUV-ów.

Kate dała mi jako poże­gnalny pre­zent iPoda i list. Mam słu­chać Dan­cing Queen i zatań­czyć zupeł­nie sama. Nie chcę tego robić, ale nie mam wyboru i tak naprawdę, gdy sły­szę: you can dance, na krótką cudowną chwilę muzyka zabiera mnie daleko stąd.

 

A potem nastę­puje koniec.

Widzę, że idzie ku mnie rodzina. Johnny, rodzice Kate, Mar­gie i Bud, jej dzieci i brat Sean. Wyglą­dają jak jeńcy wojenni uwol­nieni po dłu­gim mar­szu śmierci – zła­mani i zdzi­wieni, że żyją. Spo­ty­kamy się i ktoś coś mówi – co, nie wiem. Odpo­wia­dam. Uda­jemy przed sobą, że jest okej. Johnny jest zły – jakże mogłoby być ina­czej?

– Zbie­ramy się u nas w domu – oznaj­mia.

– Kate tak chciała – dodaje Mar­gie. (Jak ona się utrzy­muje na nogach? Prze­cież przy­tła­czają ją tony roz­pa­czy).

Na samą myśl o tym – o tak zwa­nym cele­bro­wa­niu życia Kate – robi mi się nie­do­brze.

W ogóle nie szło mi to całe prze­kształ­ca­nie śmierci w coś pozy­tyw­nego. No bo jak? Pra­gnę­łam, żeby wal­czyła do ostat­niego tchu. To był błąd. Powin­nam była wysłu­chać jej obaw, wspie­rać ją. Zamiast tego obie­cy­wa­łam, że wszystko będzie dobrze, że wyzdro­wieje.

Zło­ży­łam też inną obiet­nicę. Pod koniec. Przy­się­głam, że zaopie­kuję się jej rodziną, że będę przy jej dzie­ciach i że już jej nie zawiodę.

Idę za Mar­gie i Budem do ich volva. W samo­cho­dzie czuję zapach mojego dzie­ciń­stwa u Mular­keyów – papie­rosy men­to­lowe, per­fumy Jean Nate i lakier do wło­sów.

Wyobra­żam sobie, że Kate jest znów obok mnie, na tyl­nej kana­pie auta, jej tata pro­wa­dzi, a mama wydmu­chuje dym przez otwarte okno. Nie­mal sły­szę, jak John Denver śpiewa: Rocky Moun­tain high

Poko­na­nie tych czte­rech mil, które dzielą kościół kato­licki i dom Ryanów, zdaje się trwać wiecz­ność. Gdzie­kol­wiek spoj­rzę, widzę życie Kate. Sto­isko z kawą, które odwie­dzała, lodziar­nia, w któ­rej robili jej ulu­bione dulce de leche, księ­gar­nia, do któ­rej zawsze naj­pierw zaglą­dała pod­czas bożo­na­ro­dze­nio­wych zaku­pów.

I doje­cha­li­śmy.

Ogród wyda­wał się zapusz­czony, zanie­dbany. Poza­ra­stany. Katie zawsze pla­no­wała, że opa­nuje sztukę ogrod­nic­twa.

Par­ku­jemy i wysia­dam. Pod­cho­dzi do mnie Sean. Jest pięć lat młod­szy ode mnie i Kate… czy już raczej tylko ode mnie… ale tak drobny, nie­cie­kawy i zgar­biony, że wydaje się star­szy. Włosy mu się prze­rze­dziły, nosi nie­modne oku­lary, jed­nak zie­lone oczy za szkłami są tak podobne do oczu Katie, że mocno go przy­tu­lam.

Potem cofam się i cze­kam, aż coś powie. Nie odzywa się i ja też mil­czę. Ni­gdy nie mie­li­śmy sobie wiele do powie­dze­nia, a dzi­siej­szy dzień ewi­dent­nie nie sprzyja nawią­zy­wa­niu kon­wer­sa­cji. Jutro Sean wróci do swo­jej pracy w fir­mie tech­no­lo­gicz­nej w Doli­nie Krze­mo­wej, gdzie, jak przy­pusz­czam, mieszka sam, gra w nocy w gry i żywi się kanap­kami. Nie wiem, czy ten obraz ma cokol­wiek wspól­nego z jego rze­czy­wi­stym życiem, ale tak je sobie wyobra­żam.

Odcho­dzi, a ja zostaję sama przy samo­cho­dzie i wpa­truję się w dom, który był też moim domem.

Nie mogę tam wejść.

Nie potra­fię.

Jed­nak muszę.

Wcią­gam głę­boko powie­trze. Jeśli coś umiem, to wła­śnie przeć do przodu. Prze­cież wyćwi­czy­łam wypar­cie do per­fek­cji. Zawsze potra­fi­łam igno­ro­wać swój ból, uśmie­chać się i iść dalej. I wła­śnie to muszę zro­bić teraz.

Dla Kate.

Wcho­dzę do środka i dołą­czam do Mar­gie w kuchni. Razem zaj­mu­jemy się przy­go­to­wa­niem przy­ję­cia. Poru­szam się szybko, staję się jedną z tych krzą­ta­ją­cych się kobiet, które śmi­gają jak koli­bry. To jedyny spo­sób, by jakoś funk­cjo­no­wać. Nie myśl o niej. Nie wspo­mi­naj. Two­rzymy z Mar­gie zgrany zespół, bez słowa przy­go­to­wu­jąc dom na spo­tka­nie, w któ­rym żadna z nas nie chce uczest­ni­czyć. Roz­sta­wiam tu i tam szta­lugi i opie­ram na nich foto­gra­fie, zdję­cia, które Kate wybrała jako obrazy jej życia. Na żadne z nich nie mogę patrzeć.

Trzy­mam się jakoś od jed­nego wde­chu do kolej­nego, gdy nagle sły­szę dzwo­nek do drzwi. Za moimi ple­cami roz­le­gają się kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze.

Już czas.

Odwra­cam się i bar­dzo się sta­ram uśmiech­nąć, ale mój uśmiech jest blady i nie­trwały. Cho­dzę wśród gości, nale­wa­jąc wina i odbie­ra­jąc tale­rze. Każda upły­wa­jąca minuta jest trium­fem mej woli. Prze­miesz­cza­jąc się, chwy­tam urywki roz­mów. Ludzie mówią o Kate, dzielą się wspo­mnie­niami. Nie słu­cham – to za bar­dzo boli, a ja już jestem na gra­nicy – ale te histo­rie są wszę­dzie. Gdy sły­szę: „Pamię­ta­cie, jak prze­biła na licy­ta­cji klubu Rotary?”, uświa­da­miam sobie, że ludzie wokół mówią o Kate, jakiej nie zna­łam, i mój smu­tek jesz­cze się pogłę­bia. Poja­wia się też coś nowego. Zazdrość.

Kobieta w źle dopa­so­wa­nej i nie­mod­nej czar­nej sukience pod­cho­dzi do mnie i zaczyna roz­mowę:

– Dużo o tobie mówiła.

Uśmie­cham się z wdzięcz­no­ścią.

– Były­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami przez ponad trzy­dzie­ści lat.

– Była taka dzielna pod­czas che­mio­te­ra­pii, prawda?

Nie potra­fię odpo­wie­dzieć. Nie byłam przy niej, nie wtedy. Przez trzy dekady naszej przy­jaźni mia­ły­śmy dwu­let­nią prze­rwę z powodu pew­nej kłótni. Zorien­to­wa­łam się wtedy, że Kate ma depre­sję i sta­ra­łam się jej pomóc, ale jak to zwy­kle ze mną, wszystko zro­bi­łam źle. We efek­cie mocno ją zra­ni­łam i nie prze­pro­si­łam.

Pod­czas mojej nie­obec­no­ści Kate wal­czyła z rakiem i prze­szła podwójną mastek­to­mię. Nie było mnie przy niej wtedy, gdy wypa­dały jej włosy, ani wtedy, gdy przy­cho­dziły złe wyniki badań, ani wtedy, gdy posta­no­wiła prze­rwać lecze­nie. Będę tego żało­wać do ostat­niej sekundy życia.

– Druga seria była straszna – infor­muje mnie inna kobieta, która wygląda tak, jakby wła­śnie przy­szła z zajęć jogi: ma na sobie czarne leg­ginsy, bale­riny i za duży czarny kar­di­gan.

– Byłam przy niej, gdy zgo­liła sobie głowę – odzywa się inna. – Śmiała się i mówiła o sobie G.I. Kate. Ni­gdy nie widzia­łam, żeby pła­kała.

Z tru­dem prze­ły­kam ślinę.

– Przy­nio­sła cia­steczka cytry­nowe na przed­sta­wie­nie Marah, pamię­ta­cie? – dodaje jesz­cze ktoś. – Tylko Katie przy­nio­słaby poczę­stu­nek, gdy sama…

– Umie­rała – koń­czy ktoś inny cicho i wszyst­kie te kobiety wresz­cie prze­stają mówić.

Nie zniosę tego dłu­żej. Kate popro­siła mnie, żebym zadbała, by ludzie się uśmie­chali. „Nikt nie umie tak oży­wić imprezy jak ty, Tul. Posta­raj się dla mnie”.

Zawsze, przy­ja­ciółko.

Uwal­niam się od tych kobiet i pod­cho­dzę do odtwa­rza­cza CD. Ten jazz dla zgre­dów nie pomaga.

– To dla cie­bie, Katie Scar­lett – mówię i wsu­wam płytę do środka. Gdy roz­brzmiewa muzyka, pogła­śniam.

Dostrze­gam Johnny’ego po dru­giej stro­nie pokoju. Miłość jej życia i nie­stety, jedyny męż­czy­zna w moim życiu. Jedyny męż­czy­zna, na któ­rego mogłam liczyć. Gdy na niego patrzę, widzę, jaki jest zdru­zgo­tany, zała­many. Może gdy­bym go nie znała, nie dostrze­gła­bym tego – opusz­czo­nych ramion, miej­sca, w któ­rym nie dogo­lił rano zaro­stu, zmarsz­czek pod oczami, które poja­wiły się tam po ciągu nie­prze­spa­nych nocy. Wiem, że on mnie nie pocie­szy, że nie zostało w nim nic prócz żalu.

Znam go nie­mal od zawsze, naj­pierw jako szefa, potem jako męża mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Bra­li­śmy razem udział we wszyst­kich naj­waż­niej­szych wyda­rze­niach w naszym życiu, co jest dla mnie pocie­chą. Sam widok Johnny’ego spra­wia, że czuję się odro­binę mniej samotna. A potrze­buję tego, by poczuć się mniej samotna w dniu, w któ­rym tracę moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Zanim zdążę do niego podejść, odwraca się.

Muzyka, nasza muzyka, wlewa się do mojego krwio­biegu niczym elik­sir, wypeł­nia mnie. Nawet o tym nie myśląc, zaczy­nam koły­sać się do rytmu. Wiem, że powin­nam się uśmie­chać, ale mój smu­tek znów się budzi i rośnie. Widzę, jak inni goście na mnie patrzą. Gapią się. Jakby to, co robię, było nie­sto­sowne. Ale to są ludzie, któ­rzy jej nie znali. To ja byłam jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Muzyka, nasza muzyka spro­wa­dza ją do mnie z powro­tem w taki spo­sób, w jaki żadne słowa nie potra­fią.

– Katie – mru­czę, jakby była obok.

Widzę, że ludzie odsu­wają się ode mnie.

Nie obcho­dzi mnie, co myślą. Odwra­cam się i ona tu jest.

Kate.