Pozwól odejść

Tekst
Z serii: Seria Firefly Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pozwól odejść
Pozwól odejść
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Pozwól odejść
Pozwól odejść
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Teraz mu się przy­po­mniało. Zamknął oczy i odchy­lił się. Wie­dział, kiedy to się zaczęło sypać.

Na pogrze­bie Kate, nie­mal cztery lata temu. Paź­dzier­nik 2006. Sie­dzieli wszy­scy bli­sko sie­bie w pierw­szej ławce kościoła Świę­tej Cecy­lii…

…odrę­twiali, z pod­krą­żo­nymi oczami, bole­śnie świa­domi tego, dla­czego tu są. Byli w tym kościele wiele razy w ciągu ostat­nich lat, na bożo­na­ro­dze­nio­wej pasterce czy w Wiel­ka­noc, ale teraz było ina­czej. Zamiast zło­tych, lśnią­cych deko­ra­cji, wszę­dzie roz­sta­wiono białe lilie. Powie­trze w kościele wyda­wało się obrzy­dli­wie słod­kie.

Johnny sie­dział sztywno jak żoł­nierz, z mocno wypro­sto­wa­nymi ple­cami. Musiał być silny dla swo­ich dzieci, dla ich dzieci, jej dzieci. To była obiet­nica, którą zło­żył, kiedy umie­rała, ale już teraz trudno było jej dotrzy­mać. Czuł, że jest w środku suchy jak piach. Szes­na­sto­let­nia Marah sie­działa obok niego tak samo sztywna, z dłońmi zło­żo­nymi na udach. Nie spoj­rzała na ojca od wielu godzin, a może i dni. Wie­dział, że powi­nien zasy­pać tę prze­paść, zmu­sić córkę do kon­taktu, ale gdy na nią patrzył, tra­cił rezon. Ich wspólny żal two­rzył ciemny, głę­boki ocean. Sie­dział więc z pie­ką­cymi oczami i myślał: Nie płacz. Bądź silny.

Popeł­nił błąd, zer­ka­jąc w lewo, gdzie usta­wiono duże zdję­cie Kate. Przed­sta­wiało ją jako młodą matkę, sto­jącą na plaży przed ich domem na wyspie Bain­bridge, z wło­sami roz­wia­nymi przez wiatr i uśmie­chem pro­mien­nym niczym świa­tło latarni w nocy. Sze­roko roz­po­starła ramiona, by przy­jąć trójkę bie­gną­cych ku niej dzieci. Popro­siła, by zna­lazł dla niej to zdję­cie, pew­nej nocy, gdy leżeli razem w łóżku, objęci. Usły­szał tę prośbę i wie­dział, co ozna­cza. „Jesz­cze nie” – mruk­nął jej do ucha i pogła­skał po łysej gło­wie.

Wię­cej go nie popro­siła.

Oczy­wi­ście. Nawet pod koniec była tą sil­niej­szą, chro­niącą ich wszyst­kich swoim opty­mi­zmem. Ile słów skry­wała w sercu, by nie ranić go wła­snym lękiem? Jak bar­dzo czuła się samotna?

Boże. Ode­szła zale­d­wie dwa dni temu. Dwa dni, a on już pra­gnął to popra­wić. Chciałby przy­tu­lić ją raz jesz­cze i zapy­tać: „Powiedz mi, kocha­nie, czego się boisz?”.

Ksiądz Michael pod­szedł do pul­pitu i obecni w kościele – już bar­dzo cisi – cał­kiem umil­kli.

– Nic dziw­nego, że aż tyle osób przy­szło tu dzi­siaj poże­gnać Kate. Była kimś waż­nym dla wielu z nas…

Była.

– Zapewne nie zasko­czy was, że prze­ka­zała mi ści­słe instruk­cje doty­czące tego nabo­żeń­stwa, a ja nie zamie­rzam jej zawieść. Chciała, żebym powie­dział wam, byście się wza­jem­nie wspie­rali. Chciała, byście zmie­nili swój smu­tek w radość życia. Chciała, żeby­ście zapa­mię­tali dźwięk jej śmie­chu i miłość, jaką darzyła swoją rodzinę. Chciała, żeby­ście żyli – głos mu się zała­mał. – Taka była Kath­leen Mular­key Ryan. Nawet na samym końcu myślała o innych.

Marah cicho jęk­nęła. Johnny się­gnął po jej dłoń. Wzdry­gnęła się pod doty­kiem i spoj­rzała na niego. Ujrzał w jej oczach nie­zgłę­biony żal, kiedy się odsu­wała.

Zagrała muzyka. Naj­pierw zda­wała się dobie­gać z daleka, a może po pro­stu huczało mu w gło­wie. Po chwili roz­po­znał pio­senkę.

– O, nie – powie­dział, czu­jąc wzbie­ra­jące na te dźwięki emo­cje.

To było Crazy for you.

Utwór, do któ­rego tań­czyli na swoim weselu. Zamknął oczy i poczuł ją przy sobie, jak wsuwa się w krąg jego ramion, gdy muzyka ich porywa. Touch me once and you’ll know it’s true.

Lucas – słodki ośmio­letni Lucas, który znów zaczął mieć w nocy kosz­mary i zała­my­wał się, gdy nie mógł zna­leźć kocyka, z któ­rego wyrósł dawno temu – pocią­gnął go za rękaw.

– Mamu­sia mówiła, że można pła­kać, tato. Kazała mnie i Wil­l­sowi obie­cać, że nie będziemy się bali pła­kać.

Johnny nawet nie miał świa­do­mo­ści, że pła­cze. Otarł oczy i ski­nął głową, szep­cząc:

– Słusz­nie, mło­dzień­cze.

Ale nie potra­fił spoj­rzeć na syna. Nie zniósłby widoku jego łez. Zamiast tego wbił wzrok przed sie­bie i wyłą­czył się. Zmie­niał słowa księ­dza w małe, twarde przed­mioty, kamyki rzu­cane o ceglaną ścianę. Stu­kały o nią i upa­dały, a pośród tego wszyst­kiego on sku­pił się na odde­chu i sta­rał nie myśleć o żonie. Pomy­śli o niej w samot­no­ści, w nocy, gdy nikogo wokół nie będzie.

Wresz­cie po upły­wie, jak się zda­wało, wielu godzin, nabo­żeń­stwo się skoń­czyło. Johnny zebrał swoją rodzinę i zeszli do pod­ziemi kościoła na przy­ję­cie. Tam się rozej­rzał i poczuł się jed­no­cze­śnie zdu­miony i zała­many, widząc dzie­siątki nie­zna­nych sobie lub led­wie zna­nych twa­rzy. Zro­zu­miał w tym momen­cie, że życie Kate skła­dało się też z frag­men­tów, o któ­rych on nie miał poję­cia, i przez to nagle wydała mu się odle­gła. Poczuł jakby jesz­cze więk­szy ból. Przy pierw­szej oka­zji wypro­wa­dził dzieci z kościel­nej sali.

Na par­kingu stało mnó­stwo samo­cho­dów, ale nie na to zwró­cił uwagę.

Była tam Tully. Twarz miała zwró­coną w kie­runku chy­lą­cego się ku zacho­dowi słońca. Roz­po­starła ramiona i poru­szała się, koły­sząc bio­drami, jakby sły­szała muzykę.

Tań­czyła. Stała pośrodku ulicy przed kościo­łem i tań­czyła.

Wypo­wie­dział jej imię tak suro­wym tonem, że Marah obok niego aż się wzdry­gnęła.

Tully odwró­ciła się i zoba­czyła, że pod­cho­dzą do samo­chodu. Wycią­gnęła słu­chawki z uszu i ruszyła ku nim.

– Jak było? – zapy­tała ostroż­nie.

Poczuł, że ogar­nia go wście­kły gniew i chwy­cił się go. Wszystko było lep­sze niż ten bez­denny żal. Oczy­wi­ście Tully posta­wiła sie­bie na pierw­szym miej­scu. Pójść na pogrzeb Kate byłoby bole­sne, więc Tully nie poszła. Stała na par­kingu i tań­czyła. Tań­czyła.

Naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Kate może była w sta­nie wyba­czyć Tully jej samo­lub­ność. Dla Johnny’ego to nie było takie łatwe.

Zwró­cił się do swo­jej rodziny:

– Wsia­daj­cie do samo­chodu. Wszy­scy.

– Johnny… – Tully się­gnęła ku niemu, ale on się odsu­nął. Nie chciał być teraz doty­kany, przez nikogo. – Nie mogłam tam wejść – wyznała.

– Taa. A któżby mógł? – odparł gorzko. Spoj­rzał na nią i od razu wie­dział, że popeł­nił błąd. Nie­obec­ność Kate wyda­wała się przy Tully jesz­cze bar­dziej doj­mu­jąca. Te dwie kobiety zawsze były razem, śmiały się, gadały, śpie­wały dys­ko­te­kowe hity.

Tul­ly­iKate. Przez ponad trzy­dzie­ści lat były naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami i teraz, gdy patrzył na Tully, ból był nie do znie­sie­nia. To ona powinna była umrzeć. Kate była warta wię­cej niż pięt­na­ście Tully.

– Zbie­ramy się u nas w domu – powie­dział. – Tego chciała. Mam nadzieję, że dasz radę.

Usły­szał świst wdy­cha­nego przez nią powie­trza i wie­dział, że ją zra­nił.

– Jesteś nie­spra­wie­dliwy – rzu­ciła.

Igno­ru­jąc to – igno­ru­jąc ją – zago­nił dzieci do SUV-a i poje­chali do domu wśród bole­snej ciszy.

Blade popo­łu­dniowe słońce oświe­tlało kar­me­lowy dom w stylu arts & cra­fts. Ogród, zapo­mniany przez rok cho­roby Katie, przed­sta­wiał opła­kany widok. Johnny zapar­ko­wał w garażu i pierw­szy ruszył do domu, w któ­rym deli­katny zapach cho­roby na­dal uno­sił się z zasłon i weł­nia­nego dywanu.

– Co teraz, tato?

Nie musiał się odwra­cać, by wie­dzieć, kto zadał to pyta­nie. Lucas, chło­piec, który opła­ki­wał śmierć każ­dej zło­tej rybki i codzien­nie przy­go­to­wy­wał rysu­nek dla swo­jej umie­ra­ją­cej matki; chło­piec, który znów zaczął pła­kać w szkole, który sie­dział cicho na swo­ich ostat­nich uro­dzi­nach i nie zdo­łał uśmiech­nąć się nawet wtedy, gdy roz­pa­ko­wy­wał pre­zenty. Wszystko tak żywo odczu­wał. „Zwłasz­cza Lucas – powie­działa Kate w swą ostat­nią, straszną noc. – Nie będzie wie­dział, jak pora­dzić sobie z tak wielką tęsk­notą. Przy­tu­laj go”.

Johnny się odwró­cił.

Wills i Lucas stali tam, tak bli­sko sie­bie, że doty­kali się ramio­nami. Mieli na sobie takie same czarne spodnie i szare swe­try w serek. Johnny zapo­mniał dziś rano wysłać ich pod prysz­nic, a przy­dłu­gie włosy mieli roz­czo­chrane i pood­gnia­tane od snu.

Oczy Lucasa były sze­roko otwarte i lśniące, a rzęsy mokre. Wie­dział, że jego mamy już nie ma, ale nie rozu­miał tak naprawdę, jak to moż­liwe.

Marah sta­nęła obok braci. Była szczu­pła i blada, w czar­nej sukience wyglą­dała jak duch.

Wszy­scy patrzyli na niego.

To był odpo­wiedni moment, by prze­mó­wić, zaofe­ro­wać słowa pocie­sze­nia, udzie­lić im rady, którą zapa­mię­tają. Jako ich ojciec powi­nien zmie­nić naj­bliż­sze kilka godzin w cele­bro­wa­nie życia swo­jej żony. Tylko jak?

– Chodź­cie, chłopcy – powie­działa Marah z wes­tchnie­niem. – Włą­czę wam Gdzie jest Nemo.

– Nie – jęk­nął Lucas. – Tylko nie Nemo.

Wills pod­niósł wzrok i wziął brata za rękę.

– W tym fil­mie umiera mama.

– Och. – Marah poki­wała głową. – To może Inie­ma­mocni?

Lucas przy­tak­nął ponuro.

Johnny wciąż się zasta­na­wiał, co ma, do cho­lery, powie­dzieć swoim zdru­zgo­ta­nym dzie­ciom, gdy roz­legł się pierw­szy dzwo­nek u drzwi.

Wzdry­gnął się, sły­sząc ten dźwięk. Póź­niej czas mijał, ludzie tło­czyli się wokół niego, a drzwi otwie­rały się i zamy­kały. Słońce zaszło i noc naparła na szyby. Johnny cały czas myślał: Rusz się, podejdź, przy­wi­taj się, ale nie potra­fił się do tego zmu­sić.

Ktoś dotknął jego ramie­nia.

– Tak mi przy­kro, Johnny – usły­szał kobiecy głos i odwró­cił się.

Stała obok niego ubrana na czarno, z przy­kry­tym folią naczy­niem do zapie­ka­nek w dło­niach. Za nic nie mógł sobie przy­po­mnieć, kim ona jest.

 

– Gdy Arthur zosta­wił mnie dla tej baristki, myśla­łam, że moje życie się skoń­czyło. Ale czło­wiek wstaje co rano i pew­nego dnia uświa­da­mia sobie, że jest okej. Jesz­cze znaj­dziesz znowu miłość.

Potrze­bo­wał całych pokła­dów samo­kon­troli, żeby nie wark­nąć na tę kobietę, że śmierć to co innego niż zdrada, ale zanim zdo­łał sobie przy­po­mnieć jej imię, poja­wiła się kolejna żałob­niczka. Ona też uwa­żała, że teraz jego naj­więk­szym pro­ble­mem jest głód, sądząc po roz­mia­rze owi­nię­tej folią tacy w jej pulch­nych dło­niach.

Usły­szał tylko: „…w lep­szym miej­scu…” i odszedł.

Prze­pchnął się przez tłum i ruszył do baru, który zor­ga­ni­zo­wano w kuchni. Po dro­dze minął parę osób, które wymam­ro­tały do niego te same kom­bi­na­cje bez­u­ży­tecz­nych słów – „tak przy­kro”, „już nie cierpi”, „w lep­szym miej­scu”. Nie zatrzy­my­wał się ani nie odpo­wia­dał. Szedł przed sie­bie. Nie patrzył na foto­gra­fie, które poroz­sta­wiano w pokoju na szta­lu­gach, na oknach i pod lam­pami. W kuchni natknął się na grupkę kobiet o smut­nych oczach, które krzą­tały się spraw­nie, zdej­mu­jąc folię z zapie­ka­nek i prze­szu­ku­jąc szu­flady. Gdy wszedł, zamarły jak ptaki na widok lisa, i pod­nio­sły wzrok. Ich współ­czu­cie – i strach, że to może się kie­dyś przy­da­rzyć im – były nie­mal nama­calne.

Przy zle­wie jego teściowa Mar­gie odsta­wiła dzba­nek, który napeł­niała wodą. Z brzę­kiem stuk­nął o blat. Odsu­wa­jąc włosy z zatro­ska­nej twa­rzy, ruszyła ku niemu. Kobiety roz­stę­po­wały się, by ją prze­pu­ścić. Zatrzy­mała się przy barze, nalała szkoc­kiej z wodą i lodem i podała mu.

– Nie mogłem zna­leźć szklanki – powie­dział. Głu­pio, bo szklanki stały tuż obok. – Gdzie Bud?

– Ogląda tele­wi­zję z Seanem i chłop­cami. Chyba nie bar­dzo mu to wycho­dzi. To zna­czy prze­ży­wa­nie śmierci córki z tymi wszyst­kimi nie­zna­jo­mymi.

Johnny poki­wał głową. Jego teść zawsze był cichym czło­wie­kiem, a śmierć jedy­nej córki go zała­mała. Nawet Mar­gie, któ­rej żywot­ność, ciemne włosy i śmiech zupeł­nie nie odpo­wia­dały metryce, bar­dzo się posta­rzała od czasu dia­gnozy Kate. Przy­gar­biła się, jakby w każ­dej chwili spo­dzie­wała się kolej­nego ciosu od Boga. Prze­stała far­bo­wać włosy i siwi­zna pokryła jej prze­dzia­łek niczym lód rzekę. Oku­lary bez opra­wek powięk­szały jej załza­wione oczy.

– Idź do dzieci – zde­cy­do­wała, zaci­ska­jąc bladą, pokrytą nie­bie­skimi żył­kami dłoń na jego ramie­niu.

– Powi­nie­nem zostać tutaj i ci pomóc.

– Daję sobie radę – odparła. – Ale mar­twię się o Marah. Szes­na­ście lat to trudny wiek na stratę matki i myślę, że ona teraz żałuje, że tak bar­dzo się kłó­ciły, zanim Kate zacho­ro­wała. Słowa pozo­stają w czło­wieku na długo, zwłasz­cza te wypo­wie­dziane w gnie­wie.

Johnny wypił spory łyk drinka, a potem zapa­trzył się w grze­cho­czący lód w szklance, gdy ją odsta­wiał.

– Nie wiem, co im powie­dzieć.

– To nie słowa są ważne. – Mar­gie moc­niej zaci­snęła dłoń na jego ramie­niu i wypro­wa­dziła go z kuchni.

Dom był pełen ludzi, lecz nawet w tłu­mie żałob­ni­ków od razu zauwa­żało się Tully. Przy­cią­gała uwagę. W czar­nej, obci­słej sukience, która zapewne kosz­to­wała tyle co nie­je­den samo­chód zapar­ko­wany na pod­jeź­dzie, udało jej się w żało­bie wyglą­dać pięk­nie. Się­ga­jące ramion włosy far­bo­wała ostat­nio na kolor kasz­ta­nowy i naj­wy­raź­niej zdą­żyła popra­wić maki­jaż od pogrzebu. Oto­czona ludźmi w salo­nie gesty­ku­lo­wała ener­gicz­nie, opo­wia­da­jąc zapewne jakąś aneg­dotę, a gdy skoń­czyła, wszy­scy wokół się roze­śmiali.

– Jak ona może się uśmie­chać?

– Nie zapo­mi­naj, że Tully wie, co to zła­mane serce. Całe życie ukry­wała swój ból. Pamię­tam, kiedy ją pierw­szy raz zoba­czy­łam. Poszłam na drugą stronę Fire­fly Lane do jej domu, bo zaprzy­jaź­niła się z Kate, a ja chcia­łam ją spraw­dzić. W tym zanie­dba­nym, sta­rym domu pozna­łam jej matkę, Chmurę. Cóż, wła­ści­wie jej nie pozna­łam. Chmura leżała roz­wa­lona na sofie, z por­cją mari­hu­any na brzu­chu. Pró­bo­wała usiąść, ale nie udało się jej. Powie­działa: „Ożeż kurwa, uja­ra­łam się” i opa­dła z powro­tem. Gdy spoj­rza­łam na Tully, która miała wtedy z czter­na­ście lat, zoba­czy­łam ten rodzaj wstydu, który zna­czy czło­wieka na zawsze.

– Ty mia­łaś ojca alko­ho­lika i pora­dzi­łaś sobie z tym.

– Zako­cha­łam się i uro­dzi­łam dzieci. Mam rodzinę. Tully uważa, że nikt poza Kate nie umie jej kochać. Wydaje mi się, że ta strata jesz­cze do niej tak naprawdę nie dotarła, a gdy to się sta­nie, będzie bar­dzo źle.

Tully wło­żyła CD do wieży i pogło­śniła dźwięk. Zagrzmiało Born to be wiiiiild. Goście w salo­nie odsu­nęli się od niej. Spra­wiali wra­że­nie zaże­no­wa­nych.

– Chodź­cie – zawo­łała. – Kto chce strze­lić sobie lufę?

Johnny wie­dział, że powi­nien ją powstrzy­mać, ale nie mógł się do niej zbli­żyć. Jesz­cze nie teraz. Za każ­dym razem, gdy spoj­rzał na Tully, myślał: Kate nie ma i rana znów się otwie­rała. Odwró­cił się i poszedł pocie­szać dzieci.

Wej­ście po scho­dach wyma­gało ogrom­nego wysiłku.

Zatrzy­mał się przed poko­jem bliź­nia­ków, żeby zebrać siły.

Dasz radę.

Da. Musi. Dzieci za tymi drzwiami wła­śnie się prze­ko­nały, że życie jest nie­spra­wie­dliwe i że śmierć roz­rywa serca i nisz­czy rodzinę. To on musiał nauczyć je rozu­mieć, utrzy­mać je razem i ule­czyć.

Wziął głę­boki wdech i otwo­rzył drzwi.

Naj­pierw zoba­czył łóżka – nie­za­słane, w nie­ła­dzie, z pościelą z moty­wami z Gwiezd­nych Wojen zwi­niętą w kłąb. Gra­na­towe ściany – poma­lo­wane przez Kate w chmury, gwiazdy i księ­życ – pokryły się z upły­wem lat arty­stycz­nymi dzie­łami chłop­ców i pla­ka­tami z ich ulu­bio­nych fil­mów. Złote puchary z zawo­dów w T-ball i piłkę nożną zdo­biły komodę.

Teść Johnny’ego, Bud, sie­dział w dużym, okrą­głym rata­no­wym fotelu, który mie­ścił obu chłop­ców, gdy grali w gry wideo, a Sean, młod­szy brat Kate, spał na łóżku Wil­lsa.

Marah umo­ściła się na dywa­niku przed tele­wi­zo­rem. Lucas przy­cup­nął obok niej. Wills tkwił w kącie ze skrzy­żo­wa­nymi rękoma. Oglą­dał film, ale wyda­wał się roz­gnie­wany i samotny.

– Hej – powie­dział cicho Johnny, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

– Tata! – Lucas zerwał się z pod­łogi.

Johnny objął synka i przy­tu­lił go mocno.

Bud z tru­dem wygrze­bał się z poduch fotela i wstał. Miał na sobie wymięty, sta­ro­modny czarny gar­ni­tur, białą koszulę i sze­roki kra­wat z polie­stru. Na jego bla­dej, pozna­czo­nej pla­mami wątro­bo­wymi twa­rzy przy­było w ostat­nich tygo­dniach zmarsz­czek. Oczy pod krza­cza­stymi, siwymi brwiami wypeł­niał smu­tek.

– Zosta­wię was samych.

Pod­szedł do łóżka, szturch­nął Seana w ramię i powie­dział:

– Wsta­waj.

Sean wzdry­gnął się, obu­dził i gwał­tow­nie usiadł. Wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego, dopóki nie dostrzegł Johnny’ego.

– Och, racja.

Wyszedł za ojcem z pokoju.

Johnny usły­szał, że zamknęli za sobą drzwi. Boha­te­ro­wie kolo­ro­wej kre­skówki pędzili wła­śnie przez dżun­glę. Lucas wyśli­zgnął się z ramion ojca i sta­nął obok niego.

Johnny popa­trzył na pogrą­żone w żało­bie dzieci, a one na niego. Ich reak­cje na śmierć matki były tak odmienne, jak różne i wyjąt­kowe były one same. Lucas o czu­łym ser­duszku był przy­bity tęsk­notą za matką i nie do końca rozu­miał, dokąd wła­ści­wie ode­szła. Jego bliź­niak Wills był typem towa­rzy­skiego spor­towca. Już teraz był w szkole bar­dzo lubiany. Ten cios od losu spra­wił, że poczuł się ura­żony i prze­stra­szony. Nie lubił się bać, więc wolał się zło­ścić.

No i Marah. Piękna szes­na­sto­let­nia Marah, któ­rej wszystko zawsze przy­cho­dziło z łatwo­ścią. Przez rok cho­roby matki zamknęła się w sobie, stała się zdy­stan­so­wana i cicha, jakby myślała, że jeśli nie będzie robić hałasu ani zamie­sza­nia, to uda się unik­nąć nie­unik­nio­nego i ten dzień ni­gdy nie nastąpi. Johnny wie­dział, że głę­boko żało­wała tego, jak trak­to­wała Kate przed cho­robą.

Jed­nak w oczach wszyst­kich trojga była ta sama prośba. Spo­glą­dali na niego, by poskła­dał z powro­tem ich roz­bity świat, by zła­go­dził nie­wy­obra­żalny ból.

Tyle że to Kate była ser­cem i duszą tej rodziny, spo­iwem, które trzy­mało ich wszyst­kich razem. To ona zawsze wie­działa, co powie­dzieć. To, co powie on, będzie kłam­stwem. Co mia­łoby ich uzdro­wić? Od czego mia­łoby się zro­bić lepiej? Jak upły­wa­jący bez Kate czas miałby ich pocie­szyć?

Marah wstała nagle i zro­biła to z gra­cją obcą więk­szo­ści dziew­cząt. W żało­bie przy­po­mi­nała nimfę. Z czar­nymi, dłu­gimi wło­sami i w czar­nej sukience była blada, nie­mal ete­ryczna. Jej skóra wyda­wała się prze­zro­czy­sta. Johnny sły­szał, że oddy­cha z tru­dem, jakby zmu­szała się do wcią­ga­nia powie­trza.

– Położę chłop­ców spać – posta­no­wiła, bio­rąc Lucasa za rękę. – Chodź, szkra­bie. Poczy­tam wam coś.

– Wcale nie poczu­li­śmy się lepiej, tato – oznaj­mił Wills i zaci­snął usta.

Ośmio­la­tek o smut­nym wyra­zie twa­rzy doro­słej osoby.

– Z cza­sem będzie lepiej – odpo­wie­dział Johnny. Nie cier­piał swo­jej sła­bo­ści.

– Naprawdę? – zapy­tał Wills. – Niby jak?

Lucas spoj­rzał na ojca.

– Wła­śnie, tato, jak?

Johnny popa­trzył na Marah, która wyda­wała się tak zimna i blada, jakby była wyrzeź­biona z lodu.

– Sen wam pomoże – powie­działa obo­jęt­nym gło­sem, a Johnny poczuł wdzięcz­ność.

To było żało­sne. Wie­dział, że wszystko traci, że zawo­dzi, że powi­nien zapew­nić wspar­cie, a nie je przyj­mo­wać, ale w środku był pusty.

Po pro­stu pusty.

Jutro poczuje się lepiej. I sprawi się lepiej.

Lecz gdy zoba­czył smu­tek i roz­cza­ro­wa­nie na twa­rzach dzieci, wie­dział, że to jest wiel­kie kłam­stwo.

Prze­pra­szam, Katie.

– Dobra­noc – powie­dział ochry­płym gło­sem.

Lucas spoj­rzał na niego.

– Kocham cię, tato.

Johnny powoli osu­nął się na kolana i wycią­gnął ramiona. Syno­wie wpa­dli mu w obję­cia, a on mocno ich przy­tu­lił.

– Ja też was kocham.

Ponad ich gło­wami popa­trzył na Marah, która wyda­wała się nie­po­ru­szona. Stała wysoka i wypro­sto­wana, ze ścią­gnię­tymi łopat­kami.

– Marah?

– Nie trzeba – odpo­wie­działa cicho.

– Mama kazała nam obie­cać, że będziemy silni. Razem.

– Taa – odparła, a jej dolna warga leciutko zadrżała. – Wiem.

– Damy radę – powie­dział, choć sły­szał nie­pew­ność w swoim gło­sie.

– Taa. Oczy­wi­ście. – Marah wes­tchnęła. A potem dodała: – Chodź­cie, chłopcy, szy­kuj­cie się do spa­nia.

Johnny wie­dział, że powi­nien zostać i pocie­szyć córkę, ale nie znaj­do­wał słów.

Wybrał więc drogę tchó­rza i wyszedł z pokoju. Zamknął za sobą drzwi.

Na dole, igno­ru­jąc wszyst­kich, prze­pchnął się przez tłum gości. Wziął płaszcz i wyszedł na zewnątrz.

W środku nocy niebo było zupeł­nie ciemne. Gwiazdy prze­sła­niała cienka war­stwa chmur. Drzewa ota­cza­jące pose­sję szu­miały w chłod­nej bry­zie, poru­sza­jąc gałę­ziami jak w tańcu.

Wysoko w kona­rach wisiały słoje wypeł­nione czar­nymi kamy­kami i świecz­kami. Ileż to razy sie­dzieli z Kate wie­czo­rem pod koroną zapa­lo­nych świec, wsłu­chu­jąc się w fale na plaży i roz­ma­wia­jąc o swo­ich marze­niach?

Zachwiał się i chwy­cił balu­strady ganku.

– Hej.

Jej głos zasko­czył go i ziry­to­wał. Chciał być sam.

– Zosta­wi­łeś mnie w tańcu samą – powie­działa Tully, pod­cho­dząc do niego. Otu­liła się nie­bie­skim weł­nia­nym kocem. Jego kra­niec cią­gnął się po ziemi za jej gołymi sto­pami.

– O, chyba mamy prze­rwę.

– Co masz na myśli?

Wyczuł tequ­ilę w jej odde­chu i pomy­ślał, że musi być mocno pijana.

– W show pod tytu­łem „Tully Hart w cen­trum uwagi”. To pew­nie prze­rwa.

– Kate popro­siła, żebym roz­ba­wiła dziś towa­rzy­stwo – odpo­wie­działa, cofa­jąc się. Drżała.

– Nie mogę uwie­rzyć, że nie przy­szłaś na jej pogrzeb – powie­dział. – To by ją zała­mało.

– Ona wie­działa, że nie przyjdę. Nawet…

– I to spra­wia, że jesteś w porządku? Nie uwa­żasz, że Marah wola­łaby cię tam widzieć? Nie obcho­dzi cię wła­sna chrze­śnica?

Zanim Tully zdą­żyła odpo­wie­dzieć – co zresztą mogła powie­dzieć? – odsu­nął się i wszedł do domu. Płaszcz rzu­cił na pralkę, prze­cho­dząc przez pral­nię.

 

Wie­dział, że nasko­czył na nią bez powodu. W innym cza­sie, w innym świe­cie, prze­jąłby się i prze­pro­sił ją. Kate by tego chciała, ale w tej chwili nie stać go było na taki wysi­łek. Potrze­bo­wał wszyst­kich sił, by utrzy­mać się na nogach. Jego żona ode­szła czter­dzie­ści osiem godzin temu, a on już był gor­szym czło­wie­kiem.