Ukochany wróg

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Ukochany wróg
Ukochany wróg
Audiobook
Czyta Grzesław Krzyżanowski
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Dear Enemy

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik, Ewa Rudnicka

Fotografia wykorzystana na okładce

© The Faces/Shutterstock

Copyright © 2020. DEAR ENEMY by Kristen Callihan

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

© for the Polish translation by Ewa Skórska

ISBN 978-83-287-1622-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

Z łatwością wybaczyłabym mu jego dumę,

gdyby przy okazji nie uraził mojej[1].

Spis treści

PROLOG

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

PROLOG

Dziesięć lat wcześniej

Liceum Shermont, Karolina Północna

Ostatnia klasa, album, wywiad końcowy

Pytanie nr 1: Gdybyś mógł jeszcze raz chodzić do liceum, chciałbyś?

Macon Saint: Chyba kpisz. Nie.

Delilah Baker: To podchwytliwe pytanie? Nie.

Pytanie nr 2: Jak myślisz, kto z naszej klasy odniesie sukces?

Delilah Baker: Błagam. Przecież wszyscy wiedzą, że Macon. Chociaż wcale na to nie zasługuje.

Macon Saint: Ja. I Delilah Baker. To typ natręta, przyczepi się i nie puści, dopóki nie dotrze tam, dokąd chce.

Pytanie nr 3: Gdyby zaatakowali nas obcy, kogo chciałbyś mieć u swojego boku?

Macon Saint: Delilah Baker. Napyskowałaby im, tak że zawinęliby się i odlecieli.

Delilah Baker: Macona Sainta. Rzuciłabym go kosmitom na pożarcie i zyskała kilka cennych sekund na ucieczkę.

Pytanie nr 4: Najbardziej pamiętna chwila w liceum, to…? I czy dobrze ci się kojarzy?

Delilah Baker: Ostatni dzień szkoły. Bardzo.

Macon Saint: Bal. Ani k*rwa trochę.


Delilah

Macon Saint to diabeł. I każdy z odrobiną rozumu to wiedział. Niestety, wszyscy ludzie z mojej klasy w liceum Shermont nie mieli ani krzty tego daru bożego. Gorzej, płaszczyli się przed Maconem i traktowali jego samego jak boga. Po tym chyba poznajesz diabła: sprawia, że ludzie wpatrują się w niego cielęcym wzrokiem i zupełnie nie kumają, z czym mają do czynienia.

Ale trudno się dziwić. Piękno czyni głupców z nas wszystkich, a Macon miał twarz anioła – tak cudowną, jakby stworzoną dłonią Boga, jakby nad tymi czarnymi, lśniącymi włosami unosiła się aureola. Był niewiarygodnie piękny. Jedyną osobą, która mogła rywalizować z nim pod względem tej fizycznej doskonałości, była moja siostra Samantha.

Wchodziliśmy w wiek dojrzewania z chropawą gracją brzydkich kaczątek: mieliśmy za duże stopy, krzywe zęby, byliśmy za chudzi albo nieproporcjonalnie zbudowani, tylko Macon i Sam pozostawali nieskazitelni.

Co to był za duet. Doskonałe proporcje i zero pryszczy – odcinali się ostro na tle nas, zwykłych nastolatków. Nic też dziwnego, że przez całe gimnazjum i szkołę średnią stanowili parę. Chodzące ideały…

…które uczyniły z mojego życia piekło.

Chłodny i raczej małomówny Macon zwykle gapił się na mnie tak, jakby nie mógł pojąć, czemu oddychamy tym samym powietrzem. Co do tego oboje byliśmy zgodni, we wszystkim innym żarliśmy się niemożliwie.

Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, stał na wielkim trawniku, który rozciągał się przed rezydencją należącą do rodziny jego mamy od wieków. Ściskał w ręku kij baseballowy i patrzył, jak jeżdżę na rowerze tam i z powrotem. Chudy jak szczapa, trochę niższy ode mnie. Wzbudził we mnie uczucia opiekuńcze. Wydawało mi się, że widzę w jego oczach bezbronność. Jak szybko się okazało, byłam w błędzie.

– Cześć – zagadałam, zatrzymując się przed nim. – Wprowadziłam się do domu przy tej ulicy. Może zostaniemy przyjaciółmi?

Spojrzał na mnie tymi swoimi ciemnymi, prawie czarnymi oczami, spod gęstych firanek rzęs. Dziewczyny wzdychały do tych oczu przez cały okres liceum. Dla mnie były zimne i wyrachowane. A wtedy zwęziły się w szparki.

– Głupia jesteś?

Jak gdyby mnie walnął.

– Słucham?

Wzruszył ramionami.

– No raczej.

Nie rozumiałam, o co mu chodzi. Przecież zachowałam się grzecznie, tak jak uczyła mnie mama.

– Dlaczego powiedziałeś do mnie „głupia”?

– Mieszkam tutaj od zawsze. Chyba zauważyłem, że jest ktoś nowy na mojej ulicy, nie? Myślisz, że potrzebuję mieć więcej przyjaciół?

– Chciałam być tylko taktowna. Mój błąd.

– Taktowna? Wyrażasz się jak staruszka.

Grzeczność wyraźnie była tu dla frajerów.

– Ale z ciebie dupek.

Zadarł głowę, ukazując siniak i rozcięcie biegnące wzdłuż podbródka.

– A ty jesteś wkurzająca.

Cokolwiek mogłam wtedy odpowiedzieć, przepadło, ponieważ na horyzoncie pojawiła się Sam.

Jest ode mnie młodsza o dziesięć miesięcy. Czasem nazywano nas bliźniaczkami – to dość nietrafione, bo każdy, kogo nie dotknęła ślepota, widział wyraźnie, jak bardzo się różnię od reszty swojej rodziny.

Jej jasne włosy, splecione we francuski warkocz, lśniły w słońcu. Uśmiechnęła się do Macona, figlarny uśmiech upodabniał ją do wesołego chochlika.

– Nie przejmuj się moją siostrą. Nasza babcia Belle mówi, że Delilah jest gderliwa.

Dlatego zawsze wolałam babcię Maeve.

– A według mnie ona zwyczajnie lubi się kłócić – dodała Sam, marszcząc śliczny nosek.

Wstrętny chłopak spojrzał na mnie spod czarnej grzywy i odpowiedział:

– Też tak myślę.

Zaczerwieniłam się jak burak.

– Jeśli ktoś wygłasza inną opinię niż rozmówca, nie znaczy, że jest kłótliwy. To oznacza jedynie, że potrafi myśleć. Wielka szkoda, że żadne z was nie ma o tym pojęcia.

Sam zaśmiała się przesadnie głośno i klepnęła mnie mocno w ramię.

– Żartownisia… – Ścisnęła mnie ostrzegawczo i obdarzyła chłopaka promiennym uśmiechem. – Jestem Samantha Baker. A ty?

– Macon Saint.

– Macon? To się rymuje z bekon. Uwielbiam bekon! A Saint brzmi odlotowo, wręcz bosko. I wyglądasz trochę jak anioł, ale nie po dziewczyńsku, tylko taki anioł chłopak. Mogę mówić do ciebie Saint? Mieszkasz w tym wielkim starym domu? Prześliczny. Lubisz ciasteczka z masłem orzechowym? Mama właśnie upiekła.

Macon zamrugał pod tym szkwałem słów. Spodziewałam się, że odpali mojej siostrze tak samo jak chwilę temu mnie; nawet ja miałam chęć jej powiedzieć, żeby się zamknęła. On jednak tylko posłał nam ten krzywy uśmieszek, który wkrótce miałam lepiej poznać i znienawidzić.

– Ty pewnie nigdy się nie kłócisz, co?

Tonem wyraźnie dał do zrozumienia, że Sam jest idiotką i że to mu odpowiada. Ale ona nie zwróciła nawet uwagi na taki niuans.

– Nigdy – potwierdziła rozpromieniona. – Ja jestem wyluzowana.

Przewróciłam oczami, ale żadne z nich tego nie zobaczyło. Było po wszystkim: Macon poszedł z Sam na ciastka, a ja oficjalnie zostałam „tą na doczepkę”. Straciłam sojusznika, którego czasem miałam w siostrze, pojawił się za to szyderca, który siedział we mnie jak zadra.

 

Dwa lata później Macon wystrzelił w górę, stając się obiektem westchnień wszystkich dziewczyn w szkole. I, rzecz jasna, zaczął chodzić z Sam.

Prawie nie wyłaził z naszego domu. Wylegiwał się na kanapie, podkradał pilota od telewizora i oglądał sport, jadł z nami kolację, a gdy rodzice nie patrzyli, rzucał we mnie kawałkami jedzenia. Ale najgorsze było to, jak się przy nim – przy nich – zawsze czułam. Ta gorsza.

Nie miałam chłopaka i nie chodziłam na randki; nikt mnie nigdzie nie zapraszał, a ja nie wiedziałam, jak zaprosić kogoś. Wiecznie sama Delilah. Moi przyjaciele, onieśmieleni przez Sam i Macona, nie odwiedzali mnie w domu, żeby na nich nie wpaść. Dlatego albo ja wychodziłam, albo stawiałam czoło tej pięknej parce w pojedynkę.

Przez całe liceum Macon i ja ścieraliśmy się za każdym razem, jak tylko znaleźliśmy się blisko siebie. Ale dopiero pod koniec ostatniego roku moja niechęć przerodziła się w jawną nienawiść.

– Saint i ja idziemy razem na bal – oznajmiła Sam z triumfującym uśmiechem, otwierając szafkę tuż obok mojej.

Włożyłam do swojej futerał ze skrzypcami.

– Powiedz mi coś, o czym nie wiem. Do balu jeszcze ponad miesiąc. Czemu teraz mi o tym mówisz?

Przewróciła oczami.

– Nie mogłabyś po prostu cieszyć się ze mną?

– Z czego? Że chodzisz z diabłem? Że opuściłaś poprzeczkę tak nisko? Że twój związek jest jednym wielkim sukcesem na wieki wieków, amen? – Wzruszyłam ramionami. – Super.

– Po prostu mi zazdrościsz, bo sama nie masz chłopaka.

– Chłopaka! – żachnęłam się. – Twój chłopak jest plastikowy jak Ken i ma równie sztuczną osobowość. Wolę pójść na bal sama, niż znosić towarzystwo kogoś takiego.

– Już to widzę. Gdyby Matty Hayes cię zaprosił, to poleciałabyś z nim w podskokach – wypaliła. Nie znosiłam, gdy Sam widziała to, czego nie powinna. Tak, durzyłam się w Mattym. Odrobinę. Uśmiechnęła się, czytając mnie jak tani tabloid. – Zresztą pewnie by to zrobił, gdybyś włożyła choć trochę wysiłku i zadbała o swój wygląd.

– Już się rozpędził – usłyszałam znajomy głos nad swoją głową; po moim zdrętwiałym ciele przetoczyła się fala strachu.

Macon opierał się ramieniem o brzeg szafki, a czarne oczy spoglądały drwiąco spod grzywy włosów w tym głupim stylu Zaca Efrona. Za każdym razem, gdy Macon Saint na mnie patrzył, czułam się jak kiełbasa na grillu. Fakt, wyglądał bosko, ale tak naprawdę chodziło o jego oczy. Przewiercał mnie tym spojrzeniem, wnikał pod skórę i dostawał się wprost do serca.

Mama zawsze mówiła, że mam wyszukany sposób wysławiania się, no ale cóż, właśnie tak postrzegałam Macona. Mierzenie się z nim wzrokiem było niczym stawianie czoła szalejącej burzy: człowiek wychodził z tego bez tchu, poobijany i osłabiony.

– Nie przypominam sobie, żebym zapraszała cię do tej rozmowy.

– Nie potrzebuję zaproszenia – prychnął kpiąco. – A ty nie masz żadnej szansy z Hayesem. On lubi chude słodkie idiotki. Wiesz, stylówka Barbie.

Czyli słyszał mój komentarz o Kenie. Jednak miałam to gdzieś i właśnie chciałam mu to powiedzieć, ale on jeszcze nie skończył. Stał tuż obok i sunął po mnie tym mrocznym, dzikim wzrokiem; nozdrza falowały.

– W tej sukience wyglądasz jak ziemniak, Baker.

Cholera! To straszne, od razu pożałowałam, że mam na sobie beżową dzianinową kieckę, a do niej kozaki do kolan w tym samym kolorze. I wkurzyło mnie, że pod tym taksującym spojrzeniem naprawdę poczułam się jak ziemniak.

Ale nie miałam zamiaru pokazać tego Maconowi Saintowi.

– Niektórzy z nas wiedzą, że wygląd to nie wszystko, Con Manie[2]. – Bo tym właśnie był, oszustem doskonałym, który wmówił wszystkim, że mają go uwielbiać. – Piękno przemija i twoja brzydota wewnętrzna w końcu wyjdzie na jaw.

Wyprostował się, patrząc na mnie z uśmieszkiem.

– Rozumiem, że jesteś z tych, co nie zwracają uwagi na wygląd i kochają kogoś wyłącznie za osobowość?

Czułam, że to pułapka – nie wiedziałam tylko jaka ani jak jej uniknąć. Uniosłam jednak brodę i odparłam spokojnie:

– Właśnie tak.

Skinął głową, jak gdybym mu coś potwierdziła, i się nachylił. Większość chłopaków pachniała dezodorantem z supermarketu, a Macon cedrowym mydłem i feromonami „zerżnij mnie”.

– Powiedz mi wobec tego, Ziemniaczku, czy to właśnie owo wewnętrzne piękno przemawia do ciebie z kalendarza pełnego zdjęć roznegliżowanych strażaków, który masz w swoim pokoju?

Z twarzy odpłynęła mi cała krew, zostały tylko bolesne ukłucia. Macon uśmiechnął się okrutnie.

– Nie wierzę, że lecisz na Hayesa z powodu jego porywającej osobowości. Zadzierasz nosa, chociaż ładny wygląd przemawia do ciebie tak samo jak do nas wszystkich. Ja przynajmniej mam jaja, żeby to przyznać.

Co gorsza, miał rację. Trzasnęłam drzwiczkami szafki i odeszłam.

– Dzięki za rozmowę, Ziemniaczku! – zawołał za mną prześmiewczo. I cholernie głośno. A gdy Macon Saint coś mówił, ludzie słuchali.

Do obiadu wszyscy nazywali mnie Ziemniak. Kiedy następnego dnia kuchnia serwowała smażony ser i opiekane ziemniaczane kulki, w moją stronę pomknęły dziesiątki brązowych pocisków. Król Shermont nadał mi przezwisko, wszyscy pokornie je stosowali.

Skutek tego był taki, że prawie zrezygnowałam z balu. W końcu wtrąciła się Sam. Wparowała do mojego pokoju i zaczęła gadać.

– Nie daj mu się. To przecież tylko jego kolejny wygłup. – Patrzyła na mnie szaroniebieskimi oczami, w których malowała się szczerość. Wzięła mnie za rękę. – Poza tym super, że Saint nadał ci ksywkę. Nikomu innemu jej nie nadał. Nawet mnie.

Zmarszczyła brwi, tak jakby nagle poczuła się pominięta i świadomość tego wykluczenia jej się nie spodobała.

– Ziemniak to nie ksywka – warknęłam. – To obraźliwe przezwisko, i proszę bardzo, możesz je sobie zabrać w każdej chwili.

– Nie. – Mocno pokręciła głową; jej proste włosy spływały teraz po plecach jak lśniąca fala. – Ja potrzebuję czegoś innego. Symbolu naszej głębokiej więzi, duchowego pokrewieństwa.

– To może Zwierciadełko? – palnęłam bez namysłu. – Skoro oboje tak uwielbiacie się w nim przeglądać.

Owszem, to nie było miłe. Policzki siostry pokryły się różem; wstała z mojego łóżka.

– Sam, nie chciałam…

– Nie – przerwała mi ostro. – Przecież tak myślisz. Saint ma rację: ty po prostu musisz dzielić ludzi.

– I kto to mówi? – odpaliłam.

– Zawsze wszystko zbywasz żartem – stwierdziła Sam, choć wcale nie żartowałam, i skrzyżowała ręce na piersi. – Wiesz, na czym polega twój problem? Że nie umiesz grać w tę grę.

– Grę? Życie to nie gra.

– Gówno prawda. Życie to gra, tak było i zawsze będzie. Uśmiechaj się, nawet jeśli nie masz ochoty, zabiegaj o sympatię ludzi na stanowiskach, żeby ci pomagali albo trzymali twoją stronę – wyliczała, odginając palce. – Gdy już uznają cię za miłą, uczciwą i pomocną, dostaniesz wszystko, co chcesz.

– To właśnie powinnam robić? Udawać kogoś innego i knuć?

Wzruszyła ramionami.

– Tak właśnie postępują ludzie sukcesu. Snują intrygi, zawierają sojusze, realizują plany.

– Jeśli to nazywasz sukcesem, to ja dziękuję. Wolę porażkę; przynajmniej będę żyła w zgodzie ze sobą.

Sapnęła.

– Możesz sobie być arogancka, ale i tak wiem, że po prostu boisz się pójść na bal bez pary – oznajmiła i wyszła.

To przeważyło: nie chciałam, żeby ktoś nazwał mnie tchórzem.

Wybrałam się z mamą na zakupy. Zdecydowałam się na klasyczną sukienkę, wąską, do ziemi, z zielonej satyny, z króciutkimi rękawkami. Wydawało mi się, że moja figura jest zbyt wyeksponowana, i czułam się śmiesznie, ale mama zapewniała, że wyglądam prześlicznie.

Poszłam sama. Oczywiście nie tylko ja byłam bez pary, ale i tak strasznie się denerwowałam, gdy kroczyłam głównym korytarzem do hotelowej sali, w której odbywał się bal.

Tam go zobaczyłam.

Macon stał znudzony obok grupki przyjaciół, sam pośród nich. Nie wiem, jak wyczuł moją obecność, ale gdy weszłam, odwrócił głowę. Nasze spojrzenia się spotkały; zwolniłam kroku.

W idealnie skrojonym smokingu wyglądał… Wyglądał tak, jakby pojawił się tu zupełnie z innego świata. Jego miejsce było wśród eleganckich elit, imprezujących na jachtach, przechadzających się bulwarami w Paryżu. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie zauważyłam? Nie pasował do tego miasta tak samo jak ja, tylko z innych powodów. Różnica między nami polegała na tym, że odmienność Macona nikomu nie przeszkadzała, po prostu ludzie cieszyli się, że mogą być obok niego.

Nie pamiętam, jak udało mi się przebyć te ostatnie metry, ale znaleźliśmy się twarzą w twarz. Przesunął po mnie tymi ciemnymi oczami, ściągnął brwi.

– Przyszłaś.

– Miało mnie nie być?

Teraz zmarszczył brwi jeszcze bardziej, uciekał wzrokiem, jak gdyby moja obecność go niepokoiła.

– Myślałem, że zrezygnujesz.

Wzruszyłam ramionami. Byłam bardzo świadoma swojego wyglądu: elegancka suknia, makijaż, włosy skręcone w luźne loki. Czułam się nienaturalnie, ale wiedziałam, że tworzę ładny obrazek.

– Przykro mi zatem, że cię rozczarowałam.

Milczał. Gdy w końcu odpowiedział, jego głos brzmiał prawie jak szept.

– Nie jestem rozczarowany.

Żadne z nas już się nie odezwało, oboje byliśmy zbici z pantałyku. Nawet jeśli moja obecność nie rozczarowała Macona, to nie wyglądał na uradowanego. Mnie też daleko było do szczęścia, nie ufałam Saintowi. Jak gdyby za milczącym porozumieniem oboje odwróciliśmy się i udaliśmy w innych kierunkach.

Roztrzęsiona, z dudniącym sercem, weszłam do sali balowej. Większość ludzi z naszego rocznika już tańczyła albo gromadziła się w grupkach przy długim stole z jedzeniem.

Nie zwracałam większej uwagi na kulinarne specjały, bo i tak nie dałabym rady nic przełknąć, ale przez salę przetoczyła się fala tłumionego śmiechu. Tak jakby karmiąc się sam sobą, dźwięk narastał, coraz mniej stłumiony, coraz bardziej złośliwy.

Jego źródłem był bufet; spojrzałam w tamtą stronę, gapiło się na mnie kilkanaście osób. Poczułam żar na policzkach i rozejrzałam się: teraz wszyscy wlepiali we mnie gały.

Stres ścisnął mi krtań, powoli podeszłam do stołu. Śmiech potężniał, powietrze wypełniały szepty: „Ziemniaczki, ziemniaczki”. Zrozumiałam: chodziło o jedzenie.

Opiekane ziemniaczane kuleczki na każdej przeklętej tacy. Leżały dosłownie wszędzie.

Nie mogłam oddychać. Zesztywniały mi mięśnie. Ktoś gwizdnął, kilka osób zgarnęło kulki, jedna z nich trafiła w sukienkę, znacząc satynę tłustą smugą. Wzdrygnęłam się, czułam, że płonę. Na drugim końcu sali zobaczyłam Sam, w wielkich oczach miała panikę, ale nie zrobiła nic, żeby stanąć w mojej obronie. Tkwiła nieruchomo jak sparaliżowana.

W sali znalazł się Macon. Stał kilka metrów dalej, wpatrzony w stół.

– Świetny kawał, Saint! – zawołał jego przyjaciel Emmet.

Głośny wybuch śmiechu. Wciągnęłam głęboko powietrze. Zabolało.

Macon nie odpowiedział. Spojrzał na mnie szybko; w jego oczach dostrzegłam błysk niepewności, jakąś dziwną kombinację emocji, których nie umiałam rozszyfrować. Przez jedną krótką sekundę pomyślałam, że to żal, ale on szybko się wyprostował, jak gdyby gotów do konfrontacji.

Wściekłość huczała mi w głowie, dodała sił.

Podeszłam do osłupiałego Macona; w sali zapanowała cisza.

– Ty… ty złamasie – wysyczałam. – Mogłeś oszukać wszystkich, ale ja znam prawdę: jesteś ohydny w środku. Twoja nikczemna dusza nigdy nie zazna odkupienia.

Na pięknej twarzy zapłonął gniew, jednak Macon nie odezwał się ani słowem; zacisnął zęby, jak gdyby się powstrzymał, żeby się nie odgryźć. Ale dla mnie to nie miało już znaczenia; koniec.

– Nienawidzę cię z głębi serca – wyszeptałam, potem wyszłam z sali.

Resztę wieczoru przeleżałam przytulona do mamy; nie płakałam, trzęsłam się ze złości i z upokorzenia. Godzinę później wróciła Sam, zapłakana, tusz do rzęs spływał ciemnymi strugami po jej policzkach.

Macon z nią zerwał.

– Powiedział, że skończył z siostrami Baker – wyszlochała, przytulając się do mnie. – Że nie jestem warta zachodu.

Chciałam jej okazać współczucie, nie mogłam. Objęłam ją tylko.

– Lepiej ci będzie bez niego. – I chyba nigdy nie powiedziałam nic bardziej prawdziwego.

Ścisnęła mnie mocno, gwałtownie.

– Przepraszam, Delilah. Przepraszam, że wybrałam jego, nie ciebie. Przepraszam za wszystko.

To prawda, żart Macona Sainta mnie zranił – ale też doprowadził do pojednania sióstr Baker. Wkrótce potem nasza rodzina wyprowadziła się i nigdy więcej go nie widziałam. Jednak rany, jakie zadał mojej psychice, goiły się bardzo długo.

Rozdział 1

Delilah

Babcia Maeve zawsze mówiła, żeby nie piec niczego w gniewie, że dobre ciasta udają się tylko wtedy, gdy je robisz z miłością. Co do gniewu, to nie wiem, ale stres na pewno przesączył się do bułeczek: ciasto wyszło ciepłe i kleiste, a powinno być chłodne i gładkie. Zdekoncentrowana za długo je wyrabiałam.

 

Na następny dzień zaplanowałyśmy urodzinowy obiad dla mamy, a od kilku dni nie miałam wiadomości od Sam. Ustaliłyśmy, że ja zajmę się gotowaniem, ona prezentem, i to takim, który wprawi mamę w zachwyt i do którego już nie będę musiała się dokładać. Tak czy inaczej bym się dorzuciła, bo Sam wiecznie narzekała na brak kasy, a nagły przypływ gotówki w jej przypadku wróżył kłopoty.

Ciasto lepi mi się do ręki; sapię ze złością, zgarniam je, wrzucam do kosza i zaczynam od nowa. Jestem profesjonalnym szefem kuchni, ale nie piekarzem i niestety to widać. Nie zamierzam się jednak poddać.

Odpakowuję drożdże i wtedy brzdąka telefon. Wiadomość z nieznanego numeru.

Sam, jeśli nie wrócisz w ciągu pół godziny, dzwonię na policję.

Marszczę brwi i wbijam wzrok w komórkę. Dziwne. Numer nieznany, ale to „Sam” jest zastanawiające, zwłaszcza że przed chwilą o niej myślałam. Choć równie dobrze mogło chodzić o jakiegoś faceta, to popularne imię.

Ekran podświetla się nową wiadomością.

Serio. Nie dam się więcej nabrać na słodką panienkę z Południa. Wiem, że zabrałaś zegarek i masz go oddać.

Całkiem już baranieję. Mnóstwo razy Sam miała pretensje, że mówię o niej „panienka z Południa”. Mój wzrok pada na datę w rogu wyświetlacza: pierwszy kwietnia. Czyli wszystko jasne.

Przewracam oczami, otrzepuję dłonie i biorę komórkę do ręki.

Sam, to wyjątkowo słaby żart primaaprilisowy. Spróbuj chociaż podać się za kogoś innego.

Odpowiedź przychodzi od razu.

Jaja sobie robisz? Fałszujesz tożsamość? Nie odwracaj kota ogonem i wracaj tu.

Wkurzona, odpisuję szybko.

To nawet nie jest numer „Sam”, więc co najwyżej ty robisz sobie jaja. Przestań się zgrywać, jestem zajęta, szykuję urodzinowy obiad dla mamy.

Błagam cię. Przecież wiem, jak gotujesz, bezpieczniej będzie zjeść z puszki.

Oo, ależ to było niskie i żałosne. Odpisuję.

Wiesz co, Sam? Zachowujesz się jak… dupek.

Chwila przerwy, prawie czuję, jak Sam główkuje nad tą szaradą. W końcu mam odpowiedź.

Czy właśnie zacytowałaś Szesnaście świeczek?

No chyba. W końcu to mój ulubiony film, nawet jeśli ty w nim „grasz”.

Uśmiecham się. Nadal nie mogę przeboleć, że główna bohaterka nosi imię siostry, nie moje. Sam wiecznie mnie tym drażniła.

Brzdąka telefon.

To ulubiony film Delilah, ty nie byłaś w stanie obejrzeć żadnego do końca. Dobra, wystarczy tego gadania, oddaj zegarek.

Marszczę brwi. Ta odpowiedź jest wyjątkowo dziwaczna. Sam nigdy by tak siebie nie skrytykowała. Rzeczywiście nie potrafiła wysiedzieć na całym seansie, ale mało osób o tym wiedziało. Moja siostra świetnie ukrywa cechy, które uznaje za wady; dla mnie możliwość koncentracji uwagi na krótko nie jest wadą, dla niej, owszem, jest. Sztywnieją mi kark i ramiona; nie podobają mi się te SMS-y. Nie są zabawne, czai się w nich coś złego.

Dość tych wygłupów. Piekę teraz ciasto. Wymyśl lepszy kawał.

Gdy Sam nie odpisuje, uznaję to za koniec rozmowy. Biorę mąkę, odmierzam i wtedy dostaję odpowiedź.

To Delilah piecze i gotuje, nie ty.

Cały czas byłam pewna, że po prostu Sam usiłuje mnie wkurzyć: kłamie jak zawodowiec, osiągając poziom mistrzowski, podczas gdy ja drepczę w lidze amatorów. Jednak ta wiadomość, jej ton, budzą dreszcze.

Prawie drżą mi ręce, gdy odpisuję.

No właśnie ja gotuję, bo to ja jestem Delilah (co za sensacja).

Kolejna przedłużająca się pauza przeszywa mnie lękiem do szpiku kości. Czekam ze ściśniętym żołądkiem. To już nie wygląda na żart – a przecież musi nim być! Żart całkiem w stylu Sam.

Ciszę kuchni rozdziera sygnał SMS-a.

Ziemniaczek?

Wciągam gwałtownie powietrze, czując ból w płucach, tak jakby nagle coś wyssało z kuchni cały tlen. Przez długą chwilę po prostu stoję sztywna, osłupiała, huczy mi w uszach, mrowi w palcach.

Oprócz mojej siostry tylko jeden człowiek wiedział, że Szesnaście świeczek to mój ulubiony film z czasów dorastania. I tylko on mógł tak bezczelnie przywołać tamto przezwisko.

Nie. Nie będę myślała o Maconie Saincie. Przysięgam, zrobiłam wszystko, żeby wymazać go z pamięci, ale on był jak opryszczka, niespodziewanie wyskakiwał to tu, to tam, za każdym razem boleśnie irytujący; wdzierał się w moje życie, czy tego chciałam, czy nie.

Zrobiło się jeszcze gorzej, gdy zaczął grać w Dark Castle, serialu, na którego punkcie oszaleli wszyscy na tej planecie – z wyjątkiem mnie. Nie miałam pojęcia, że jest aktorem, i raczej bym umarła, niż obejrzała choćby pięć minut tego dzieła. Jednak w każdy niedzielny wieczór media społecznościowe nie dudniły o niczym innym, a ja mogłam co najwyżej udawać, że jestem ponad takie tematy.

Sam na tę wiadomość omal nie wyskoczyła z siebie.

– Pomyśl tylko, Dee! Znamy kogoś sławnego!

– Uważaj, bo zaraz zemdleję z wrażenia.

– Sarkazm wykrzywia ci twarz i brzydko wyglądasz.

– To może pokażę język? Nie patrz tak na mnie. Działam w cateringu w Los Angeles, spotykam dziesiątki sław. Większość z nich jakoś nie powala.

– Ale to nie są twoi znajomi. A my znałyśmy Sainta, jeszcze zanim stał się popularny. Ludzie prędzej ujawniają swoje prawdziwe oblicze, gdy się nie martwią o wizerunek.

– Prawdziwe oblicze Macona to arogancki dupek.

– Daj spokój, za długo nosisz w sobie tę urazę.

– Doprawdy? Zachowywał się wobec mnie podle przez całe lata!

– Ale już go nie ma. Odpuść sobie. Ja tak zrobiłam.

Jasne. Ale to nie ją psychofani Macona przezywali „Ziemniak”. To nie w nią rzucali tłustymi kuleczkami na balu. Do dziś nienawidzę opiekanych ziemniaków.

– W dwóch odcinkach pokazał tyłek – paplała dalej. – I powiem ci, jest cholernie seksowny. Zajebisty tyłek ekstraklasy. Musiał nad nim nieźle popracować od czasów liceum.

Nie chciałam gadać ani o dupie Macona, ani o tym, czy moja siostra ją widziała i jak dawno temu, dlatego zmieniłam temat.

Cholera, przecież wie, jak nie cierpię kolesia. Wykorzystanie go do tego żartu to już gruba przesada. Gniew przepływa przeze mnie gorącą falą; wpisuję odpowiedź szybko, dwoma kciukami.

Jak śmiesz wciągać w to tego zasrańca?!

Zasrańca? Tylko jedna osoba użyłaby takiego określenia wobec mnie. Rany, Delilah, to naprawdę ty!

Mam ochotę wrzasnąć. Rzucić telefon w diabły i uciec z kuchni. Ale najbardziej chcę strzelić swoją siostrę.

Pieprz się, Sam. I nie przychodź na obiad.

Tu Macon. Naprawdę aż tak mnie nienawidzisz, Ziemniaczku? Po tych wszystkich latach?

Nie, nie, nie. Nie! To nie może być Macon Saint, nie może do mnie pisać!

Sam nie rozmawiała z nim od czasu zerwania na balu; uniosła się honorem i tyle. Poza tym pamiętajmy, że jest sławny. Na pewno jacyś asystenci prowadzą za niego korespondencję.

To tylko sen, zły sen. Koszmar.

Osłupiała, gapię się w telefon, na który przychodzą kolejne wiadomości.

Ziemniaczku?

Halo?

Delilah?

Jesteś tam?

Odbierz telefon, Delilah.

Chwila. Co?

Prawie wyskakuję ze skóry, gdy komórka zaczyna dzwonić.

Rany boskie! Nie! Nie! To nie może być Macon.

Włącza się poczta głosowa, ale on po prostu dzwoni raz jeszcze.

Nigdy nie odpuszczał, zawsze wpijał się jak kleszcz. Będzie szturmował, aż tu zwariuję. Muszę to zdławić w zarodku. Biorę wdech i odbieram.

– Czego!

– Miła jak zawsze. – Jego głos jest teraz głębszy, czuje się w nim dym i popiół.

– Skąd masz mój numer i dlaczego mnie nękasz?

Śmiech.

– I żadnego „ileż to czasu minęło, jak się miewasz?”? Przyznaj chociaż, że bardzo za mną tęskniłaś.

Och, świetnie pamiętam tę irytującą arogancję! Już sam fakt, że z nim rozmawiam, budzi we mnie niepokój. Drżą pode mną nogi, opieram się o blat.

Aż dziw, że mój głos brzmi normalnie.

– Odpowiedz na pytanie, bo się rozłączę.

– Zadzwonię znowu.

– Macon…

Słyszę suchy śmiech.

– Nikt nie mówi do mnie „Macon” w ten sposób. Tak jakby to było przekleństwo, jakbyś chciała splunąć. Wyłącznie ty.

Gdy byliśmy dzieciakami, jego mama nazywała go „mały Saint” – dla mnie to brzmiało dziwacznie; ojciec mówił „chłopcze”, a wszyscy inni zwracali się do niego „Saint”, na co nie zasługiwał w najmniejszym stopniu. Ludzie nadal tak mówią i wciąż go wielbią, jak gdyby naprawdę był jakimś świętym. Ale co poradzić? Pielęgnował swój wizerunek latami.

– Czemu mnie nękasz, Macon? – powtórzyłam.

Westchnął głośno.

– Po pierwsze, pisałem pod numer Samanthy. – Dyktuje mi jej numer, a ja ze zdziwieniem marszczę brwi, chociaż nie może tego widzieć. – Po drugie, adresowałem wiadomości do Sam, nie do ciebie. Nie mam pojęcia, czemu uznałaś, że ją udaję.

– Dziś jest prima aprilis – mruczę. – Myślałam, że to jakiś kretyński dowcip.

Śmieje się.

– Chciałbym.

No, ja również.

Chyba rzeczywiście mówił prawdę i pisał do Sam – bo niby z jakiej racji miałby kontaktować się ze mną? Pamiętam aż za dobrze, jak Sam przekierowała swoje SMS-y do mnie, gdy rzuciła wyjątkowego natręta Dave’a. Potem to ja miałam do czynienia z gościem, który na przemian wściekał się i płakał, zanim wreszcie odpuścił.

Czyli Macon nie kłamie.

Szlag.

– No dobra… – Rozpaczliwie próbuję zachować spokój. – Jak już się zorientowałeś, nie jestem Sam i to nie jej numer. Podejrzewam, że przekierowała wiadomości pod mój, o czym sobie z nią porozmawiam. Jednakże…

– Znowu mówisz jak własna babcia, Ziemniaczku.

– Nie nazywaj mnie tak.

Śmiech.

– Ale temu o babci nie zaprzeczasz?

Przestępuję z nogi na nogę i się krzywię. Tak, wypowiadałam się jak babcia Maeve, niech to diabli. Zdenerwowana, zaczynałam mówić dużo, rozwlekle i oficjalnie. Wkurzało mnie, że on to wychwytywał.

– Nie zmieniaj tematu i trzymajmy się faktów: nie rozmawiasz z Sam.

– Wiesz, gdzie ona jest? – Jego głos staje się twardy, powraca gniew.

– Nawet gdybym wiedziała, nie powiedziałabym ci na pewno.

– To dzwonię na policję.

Od razu przypominam sobie jego pierwszą wiadomość, w której domagał się zwrotu zegarka. Ściskam w ręku komórkę, zaczynam krążyć po kuchni.

– Co ona znowu zrobiła?

Mogłabym sformułować to pytanie inaczej, ale bez przerwy miałam do czynienia z jej wyskokami, więc szkoda czasu na owijanie w bawełnę. Wolę poznać wersję Macona. Siostrę opieprzę później.

– Zabrała zegarek mamy.

Wciągam gwałtownie powietrze. Ja pierdzielę.

Nawet jeśli nie znałam zbyt dobrze pani Saint, to, podobnie jak wszyscy, doskonale kojarzyłam jej zegarek. A właściwie nie tyle zegarek, ile elegancką bransoletkę z różowego złota, pokrytą brylancikami. Był przepiękny, choć nie nosiłabym czegoś takiego na co dzień, jak robiła to mama Macona.

Pamiętam ten widok: stylowy zegarek na jej szczupłym nadgarstku, migoczący w świetle. Robi mi się zimno. Sam zawsze zachwycała się tym cackiem. Co gorsza, matka Macona zmarła wiele lat temu, czyli zegarek stanowił również pamiątkę rodzinną, wiązały się z nim wspomnienia. Prócz wartości rynkowej miał też wartość sentymentalną.

Przyciskam zimną dłoń do płonącego policzka.

– Czy… Jezu… Kiedy miałaby to zrobić?

Macon sapie ze złością.

– Nic ci nie powiedziała, co?

Prawda boli.

– Czemu miałaby mi mówić o zegarku, który rzekomo ukradła?

– Myślałem, że wynajmuje u ciebie pokój.