Teraz twój ruch

Tekst
Z serii: Game On #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Teraz twój ruch
Teraz twój ruch
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Teraz twój ruch
Teraz twój ruch
Audiobook
Czyta Grzesław Krzyżanowski
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

Fiona

– Zastanawiam się, o czym myślisz – mówi Dex, który siedzi na ławce naprzeciw mnie. Zabrał mnie do ogrodu japońskiego, tak pięknego i spokojnego, że musiałam powstrzymywać łzy wzruszenia, gdy weszliśmy.

W tej chwili siedzimy w Tea House, ja na poręczy, patrząc na lustro stawu wokół nas, a Dex na ławce, ze szkicownikiem i ołówkiem w ręku. Jest odprężony, w orzechowych oczach ma uśmiech.

Ja też się uśmiecham.

– Myślę sobie, że jesteś bardzo dzielnym mężczyzną, Ethanie Dexterze.

Śmieje się cicho.

– I czemuż to? – Nie patrzy na malucha ulokowanego w nosidełku na jego piersi.

– W sumie to nie wiem – mówię przeciągle.

Gdy zobaczyłam go na dole z fotelikiem samochodowym i małym Leo, poczułam zniechęcenie. Kocham mojego siostrzeńca ogromnie, ale nie mam zielonego pojęcia o dzieciach. Nigdy się żadnym nie zajmowałam, moi znajomi jeszcze się ich nie dorobili. Zdrętwiałam na samą myśl o tym, że Leo z nami jedzie.

Za to Dex był oazą spokoju. Wiem, że nie podjąłby się tego, gdyby nie miał absolutnej pewności, że sobie poradzi. Nie każdy facet poświęciłby popołudnie na zajmowanie się miesięcznym niemowlęciem. Znowu poczułam ciepło w środku.

A gdy wyjął nosidełko, wpakował do niego mojego siostrzeńca i umieścił na swojej masywnej piersi, zupełnie się rozpłynęłam.

Nie tylko ja. Nie dało się przejść kilku kroków, żeby jakaś kobieta nie zawołała: „Jakie to słodkie!”, „Jaki śliczny bobas!”, „Co za mężczyzna!”. To ostatnie od osiemdziesięciolatki, która w dodatku klepnęła Dexa w tyłek. A on się spłonił.

A teraz ja piłam zieloną herbatę, Leo drzemał w nosidle, a Dex mnie rysował.

– Słowo daję, nieźle masz obcykane to uwodzenie – mówię, walcząc z chęcią poruszenia się. Początkowo nie załapałam, że mnie rysuje, a teraz czułam się naga. Wyeksponowana. I trochę nakręcona, gdy studiował każdy centymetr mojego ciała tymi pięknymi oczami.

Dex uśmiecha się lekko, ale ołówek nie przestaje przesuwać się po papierze.

– Uwodzenie?

– Niemowlak na piersi, piękny ogród, rysowanie. Jaki będzie kolejny punkt? Wyjmiesz gitarę i zaśpiewasz mi serenadę?

Śmieje się.

– Nie mam gitary. Może znajdę w kieszeni harmonijkę przewidzianą na później, ale tymczasem będę trzymał cię w niepewności.

– Ach, harmonijkę. A już myślałam, że cieszysz się na mój widok. Dobrze wiedzieć.

– Słodkie.

– Słabe i kiczowate. – Nachylam się. – Tak naprawdę wcale mnie nie rysujesz, co? Na kartce jest zwykły patyczak, który pokazuje mi fucka?

Znów się śmieje tym niskim głosem, a mój brzuch mruczy z przyjemności. Podoba mi się, że umiem go rozbawić. Nie śmieje się zbyt często, więc za każdym razem traktuję to jak nagrodę.

Odwraca do mnie szkicownik i pokazuje. A mnie zatyka.

Rysunek nie jest słodki ani sentymentalny. Przechylam na nim głowę i uśmiecham się tajemniczo.

Nie upiększył mnie. Moje włosy nadal sterczą we wszystkie strony, niewielki, odziedziczony po ojcu wzgórek na nosie też jest obecny. Tak samo jak mała blizna na szczęce, pamiątka po skakaniu z Ivy na łóżku rodziców. Miałam wtedy sześć lat, ona osiem, i wyrżnęłam w komodę.

Ale moją uwagę zwraca wyraz twarzy. Na rysunku patrzę uwodzicielsko, zalotnie, jakbym była głodna. Żar zalewa policzki. Naprawdę w taki sposób gapię się na Dexa?

Zerkam na niego. Cierpliwie czeka na reakcję.

– No dobra – mówię odrobinę schrypniętym głosem. – Faktycznie umiesz to robić.

Przesuwa dłonią po brodzie, patrząc na mnie, a potem kładzie szkicownik na zgiętym kolanie i wraca do rysowania.

– Mówiłem ci. – Znów podnosi na mnie wzrok. – Nie potrafisz zaufać mężczyźnie, prawda?

– Często się kryjesz za eksponowaniem niepewności innych?

Zastyga. Ściąga brwi. Nie chcę patrzeć na jego usta. I za każdym razem to robię.

Przez chwilę jesteśmy cicho, mały Leo mruczy przez sen. Dex wraca do szkicowania.

– Touché – mówi niskim głosem, nadal spięty.

Upijam łyk zimnej już herbaty.

– Ogólnie nie ufam facetom.

Przesuwa dłonią po kartce, ale widzę, jak rozluźnia ramiona.

– Gdy analizuję innych, łatwiej mi się rozeznać we własnym gównie – wyjaśnia.

– Czyli siedzisz tu, rozkminiasz moje słabości i równolegle myślisz o swoich?

– Coś w tym rodzaju.

Dopijam herbatę, wstaję.

– Dobra, Ethanie. Przejdźmy się.

ROZDZIAŁ 5

Dex

Co takiego jest w Fionie Mackenzie, że mówię i robię to, czego nie powinienem? Przeszywa mnie na wylot tymi zielonymi oczami.

Metr sześćdziesiąt jeden, a onieśmiela jak diabli. I podnieca do granic możliwości.

Idziemy między klonami, po jesiennemu rdzawymi i szkarłatnymi. Fi ledwie sięga mi do ramienia. Czuję się przy niej jak gigant, moje stopy dudnią na drodze. Leo wisi przytulony do mojej piersi, ciepły i lekki. Ręką podtrzymuję mu pupę, przechodzimy przez mostek.

– Czemu grasz w futbol? – pyta Fiona, jej głos brzmi delikatnie w ciszy ogrodu.

– Ból – odpowiadam bez namysłu i od razu się krzywię. Cholera, znów to samo, znów zmusiła mnie do wyznania.

Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Agresja. Uwolnienie – dodaję szybko. Wystarczy, że na mnie spojrzy, a paplam jak najęty. – Sposób, żeby wyjść poza sobie. Funkcjonować na poziomie fizycznym.

Wyciągam do niej rękę, gdy idzie po kamiennych stopniach przez staw. Bierze moją dłoń, choć wiem, że nie potrzebuje pomocy, i już jej nie puszczam, gdy znów jesteśmy na ścieżce.

– Środkowy nie tylko osłania rozgrywającego i tworzy linię ataku. Dobry środkowy czuwa nad grą, widzi, co planuje każdy gracz, czy napastnik, czy obrońca. Przewiduje, dostosowuje się, chroni.

– W sam raz dla ciebie – mruczy.

Ciepło zalewa mi serce.

– Tak.

Większość znanych mi dziewczyn dzieliła się na dwie grupy. Jedne pragnęły mnie dlatego, że jestem graczem. Mógłbym być brzydki jak noc i zachowywać się jak ostatni palant, a one i tak chciałyby mi wskoczyć do łóżka. Inne, a na takiej akurat mogłoby mi zależeć, w ogóle nie łapały, co robię, i nie chciały się dowiadywać.

Tak jak Amy. Zakochałem się w niej na wydziale sztuk pięknych, od razu na pierwszym roku i kompletnie bez wzajemności. Uważała mnie za wielkiego przygłupa z obsesją na punkcie brutalnego sportu.

Fi powiedziała jasno, że nie umawia się ze sportowcami. Ale jednak tu ze mną była. Lubię ją. Zawsze lubiłem. Jej szczerość nie jest okrutna, raczej czysta, nieskażona złoś­liwością. A to takie odświeżające. Łatwiej mi się przy niej oddycha.

Ma taką szczupłą dłoń, delikatne kości. Trzymam ją ostrożnie, kciukiem gładzę nadgarstek. I chociaż to ja ją głaszczę, dreszcz biegnie aż do mojego fiuta. Bo jej dotykam. Bo ona na to pozwala.

Chciałbym sunąć palcami po całym jej ciele. Wnętrzności skręca pożądanie, serce wali mi w piersi. Mam przerąbane. I nie wiem, co się robi z kobietami, bo przez całe lata się do nich nie zbliżałem.

A teraz wraca to do mnie rykoszetem.

Fi widzi, że umilkłem, zerka na mnie.

– Wyłaź ze swojej głowy, Ethanie.

– Mieszkam tam – mówię żartobliwie. – Niełatwo tak sobie uciec.

Zna mnie już na tyle, żeby to rozumieć, ale na szczęście nie wie, czemu w niej tkwię.

– Zeszłej nocy – mówi tonem konwersacyjnym – zasnęłam, zastanawiając się, jak by to było poczuć twoją brodę między nogami.

Potykam się na chodniku, malec mamrocze, prostuję się szybko.

Fi idzie dwa kroki przede mną i kontynuuje.

– Czy czułabym łaskotanie, gdybyś ssał moje sutki?

Żar zalewa mi płuca, nie oddycham, twardy kutas pulsuje. Chyba wyrywa mi się jakiś dźwięk, bo Fi odwraca się, zerka przez ramię. Nie wiem, co widzi na mojej twarzy, ale przestaje się uśmiechać, jej policzki pokrywają się różem.

Zwalnia kroku, ja nie. Podchodzę, patrząc jej w oczy. Cofa się, nadal spłoniona, ja się chyba uśmiecham, nie jestem pewien. Oboje wiemy, co chcę zrobić.

Prowadzę ją do ławki pod osłoną wierzby płaczącej, obejmuję w talii, podnoszę bez wysiłku. Teraz stoi przede mną na ławce, szybciej oddycha; mam jej piersi na wysokości oczu.

Nie mówi ani słowa, gdy wsuwam ręce pod jej sweter. Czuję satynowo gładką skórę. Sunę wyżej, po płaskim brzuchu, po żebrach, przez cały czas patrząc jej w oczy. Podoba mi się, jak się rozszerzają, jak pojawiają się w nich szok, potem żar.

Nie mówi ani słowa, gdy przesuwam palcami po jej piersi, gdy łapię zapięcie koronkowego stanika i ściągam go w dół. Wydaje tylko cichy dźwięk, gdy delikatnie unoszę sweter z jednej strony.

– Ale mały…

– Śpi. Nie budź go. – Jestem tak blisko niej, że widzę puls na jej szyi. Czuję jej zapach, słodki i kobiecy, z domieszką zielonej herbaty. Miękki kaszmir przesuwa się po piersi, uwalniając ją; mój kutas wbija się w dżinsy, tłumię jęk. Boże, jaka ona piękna: kremowa skóra i różowobrązowa brodawka wielkości monety.

– Przytrzymaj bluzkę – mówię niskim głosem.

Robi to, o co proszę, jej piersi drżą lekko przy każdym szybkim oddechu.

Moje ręce również drżą, gdy ujmuję jej ciepłą pierś, a potem całuję sutek, gryzę czubek, trącam go wargami i brodą.

– Ethan… – Kładzie mi wolną rękę na ramieniu, trzyma mnie mocno.

Jestem taki rozgrzany, pali mnie skóra. Całuję jej piersi, jakbym całował usta, liżąc i ssąc, trącając sterczący sutek, przesuwając po nim wargami raz po raz. Zatracam się w tym, wielbiąc jej piersi tak, jak na to zasługują.

 

Cichy, spragniony jęk wydobywa się z jej ust, trzyma się mnie teraz obiema rękami, brzeg swetra opada mi na twarz. To nieważne. Przejeżdżam językiem po jej sutku, kosztując go. Fi wydaje z siebie jęk, głośny, przeciągły, a ja czuję go jak mocne szarpnięcie za fiuta.

Wolną ręką szukam jej bioder, przyciągam je mocno do siebie.

I wtedy budzi się Leo, protestując płaczliwie.

Już po wszystkim. Wysuwam głowę spod jej swetra, cofam się odrobinę, nadal trzymając ręce na jej biodrach, żeby nie spadła.

Zamykam oczy, biorę wdech, potem jeszcze jeden. Jezu, jeszcze nigdy tak nie robiłem, nie działałem tak bez zastanowienia, żeby po prostu wziąć, czego pragnę. I chcę zrobić to jeszcze raz, i jeszcze, zapamiętać się w dawaniu rozkoszy Fionie Mackenzie.

Gdy siadam na ławce i sprawdzam, czego domaga się młody, oddech wraca do normy.

Obok mnie Fiona wygładza ubranie, zeskakuje z ławki. Stoi tyłem, poprawia włosy. Gdy się w końcu odwraca, nie wygląda, jakby była zmieszana czy żałowała. Po prostu pomaga zmienić Leo pieluszkę.

Nie wiem, czy powinienem czuć wdzięczność, czy może rozczarowanie. W tej chwili skłaniam się ku temu drugiemu.

ROZDZIAŁ 6

Fiona

– Czy to bardzo źle, że wzięłam pomoc do dziecka? – Ivy bierze flakonik perfum, rozpyla, krzywi się i odstawia.

– Powiem tak: źle, że dopiero teraz – mówię.

Wzdycha i przesuwa palcami po ciemnych włosach. Po raz pierwszy są takie długie, opadają jej na ramiona, grzywka okala twarz.

– Poczucie winy jest słabe. Czuję się nie w porządku, że potrzebuję czasu dla siebie. I dla Graya.

– Ivy Weed, jestem u was dwie doby i jak na ciebie patrzę, chce mi się płakać. Opieka nad niemowlęciem to ciężka praca. Masz możliwość, żeby wynająć kogoś do pomocy, więc zrób to. Szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dziecko.

Nie przypominam jej naszego dzieciństwa, nie muszę. Nasza mama była w domu i nie chciała szukać żadnej pomocy, choć i ona miała środki i możliwości. Była kłębkiem nerwów, a dzieci to wyczuwają. To strasznie słabe.

Zerkam w małe lusterko ustawione na szklanym blacie i oceniam czerwoną szminkę na ustach. Odcień jest mocny, za ostro kontrastuje z moją jasną karnacją.

– Tobie bardziej pasuje. – Uśmiecham się do Ivy.

Gdy wróciliśmy do domu, Ivy rzuca się, żeby wyściskać Dexa z wdzięczności. Po kilku godzinach bez dziecka zapragnęła wyjść z domu, więc zadzwoniła po opiekunkę. I proszę bardzo, robimy sobie właśnie siostrzane zakupy. A ja bardzo się staram nie myśleć o tym, co się wydarzyło w ogrodzie japońskim.

Ivy kręci głową.

– Gray nie lubi pomadek. Mówi, że psują smak.

Prycham i idę dalej.

– À propos pracy – mówi, gdy wychodzimy ze sklepu. – Co u ciebie? Bob Sugar nadal ci dokucza?

Śmieję się z tego przezwiska, które Ivy i Gray nadali Elenie Ford, mojej cholernej współpracowniczce. Bob Sugar był przynajmniej szczery, odbierając klientów Jerry’emu Maguire’owi, Elena Ford jest znacznie bardziej podstępna.

Dwa miesiące temu zaczęła pracować w nowojorskiej firmie projektowania wnętrz, tam gdzie ja.

Początkowo myślałam, że znalazłam przyjaciółkę. Elena była słodka, lekko zdezorientowana i od razu przeszła pod moje skrzydła.

„Jesteś tu już pół roku – mówiła tym swoim słodkim, błagalnym głosem. – I masz talent! A ja się tak strasznie boję, że coś pochrzanię i wylecę z hukiem”.

Wiem, jak to jest bać się porażki, sama jestem zakałą rodziny, miotam się od jednego pomysłu do drugiego. Dlatego pomogłam Elenie, pokazałam moje projekty, mówiłam, co mnie inspiruje, czego według mnie klient szuka.

Czy mogłam podejrzewać, że Elena wparuje na spotkanie dotyczące makiet mieszkania Greenberg z projektem identycznym z moim?

Nie no, były pewne różnice, żeby zachować pozory przyzwoitości, ale cały styl i motywy przewodnie okazały się takie same. Zrobiło mi się niedobrze. Ale okej, załóżmy, że to przypadek. W dodatku Elena wciąż była taka miła, tak mi dziękowała za pomoc. Żartowałyśmy sobie w strefie wypoczynkowej.

Tylko że Felix, nasz szef, wybrał Elenę, to ona miała pracować z nim przy tym mieszkaniu. Jej projekt wygrał. W porządku, to się zdarza. A potem cała sytuacja się powtórzyła.

Ivy otacza ręką moje ramiona i wracam do teraźniejszości.

– Nic nie mówisz.

Wzdycham i tulę się do niej, gdy idziemy do Embarcadero.

– Nie lubię kogoś nie lubić, ale zaczynam nienawidzić tej laski.

– Co ona znowu zrobiła?

– To moja wina – mówię i czuję ucisk w żołądku. – Powiedziałam jej, co planuję w tym mieszkaniu przy Park czterdzieści cztery…

– Fi! – woła Ivy. – Nie zrobiłaś tego!

– Odpuść. To było, jeszcze zanim zdałam sobie sprawę, że jest wredną małą złodziejką…

– Kreatywną pijawką – podsuwa usłużnie Ivy; określeń dla Eleny nigdy nam nie brakuje. – Szlag, ta suka cię wykorzystuje!

– Wiem. – Wzdycham. – Czuję się jak idiotka. – I jest mi źle. Bardzo. – Tym razem było jeszcze gorzej. To samo zastosowanie elementów art déco plus surowe drewno i industrialne wykończenie. Ta sama jebana paleta barw.

– Jak, do ciężkiej cholery, Felix może tego nie widzieć? – Ivy ściąga brwi tak mocno, że niemal się stykają.

– Gdy wspomniał coś o podobieństwie, Elena uśmiechnęła się słodko i rzuciła jakiś banał, jak to wielkie umysły myślą podobnie.

– Jakie to błyskotliwe. – Ivy prycha.

– Prawda? Jej mama jest redaktorką kreatywną w „Elle Decor”, ma mnóstwo potężnych kontaktów. Jaka to dla Felixa różnica, czyj projekt robi, skoro firma na tym korzysta?

Jak zawsze czuję furię i równocześnie żal. Praca z Felixem była ucieleśnieniem moich marzeń, on jest jednym z większych graczy w nowojorskim światku projektowania wnętrz. A ja byłam jego najważniejszą praktykantką – do czasu przybycia Eleny.

Teraz jestem w jej cieniu i patrzę, jak ona wspina się po szczeblach kariery, używając do tego moich prac. Nie znoszę tego. Zwłaszcza gdy podchodzi do mojego biurka, żeby poopowiadać, ileż to świetnych rzeczy robią razem z Felixem. Co za małpa.

– No dobrze – mówi Ivy – ale teraz już wiesz. Nie dziel się z nią już niczym i zobaczymy, jak jej pójdzie działanie na własną rękę.

– Niby racja. Tylko ciągle myślę, że ja jestem tu, a ona tam i odprawia swoją czarną magię. – Trochę nie chciałam wyjeżdżać na te wakacje. Ale już wzięłam urlop i miałam zabukowany lot.

– Myślisz o powrocie? – pyta Ivy ze współczuciem.

– Nieee. – Ściskam jej dłoń. – Potrzebuję odpoczynku. I stęskniłam się za tobą, Gray-Grayem i małym Leo.

– My za tobą też. – Całuje mnie w policzek.

– No i mogło być gorzej – dodaję z uśmiechem. – Mogłam pracować z tatą. – Ivy odbywa staż jako jego partner.

– Ha, ha, ha. – Przewraca oczami. – On nie jest taki zły.

– Mieszkanie na innym wybrzeżu pewnie pomaga.

– Żebyś wiedziała. Chodźmy coś zjeść, umieram z głodu.

Siadamy w hiszpańskiej restauracyjce na Embarcadero i zamawiamy tonę jedzenia. Wrzucam do ust kosteczkę sera manchego i wzdycham.

– Może powinnam się przenieść do San Francisco – mówię. – Kocham to miejsce.

Marszczy nos.

– Nie drażnij się. To nie jest miłe.

– Mówię serio. Mieszkam w apartamencie taty jak pasożyt, poza tym Nowy Jork jest męczący. Może powinnam przenieść się tutaj.

Mówię to, mając całkowitą świadomość, co właśnie robię: chcę uciec. Gdy robi się trudno, znikam. Nie jestem z tego dumna. Ale nie umiem przestać.

Ivy uśmiecha się do mnie smutno, jakby wiedziała, o czym myślę. Ale nic nie mówi, jej uwagę odwraca ktoś za mną, macha do niego.

Odwracam się i widzę wielkiego przystojniaka, który idzie prosto do nas. Ma na sobie luźne szare spodnie i bladoróżowy sweter z kaszmiru, który wyglądałby koszmarnie na każdym innym facecie, ale świetnie pasuje do ciemnej skóry i wielkich mięśni przybysza.

– Witam panią Grayson! Tak myślałem, że to ty. – Nachyla się i całuje Ivy w policzek.

– Cześć, Jaden. – Ivy zerka na mnie. – To Fiona, moja siostra. Fi, to Jaden Willingam.

Facet szeroko się uśmiecha.

– Najlepszy liniowy w tym biznesie – dopowiada.

– I na pewno najskromniejszy – komentuję, znam przecież ego sportowców. I chociaż nie siedzę w sporcie, nie mogę pewnych rzeczy nie wiedzieć, skoro mam w rodzinie dwie osoby zaangażowane w ten biznes. Jestem świadoma, że Jaden gra w jednej drużynie z Grayem.

– Jakbyś zgadła. – Teraz uśmiecha się do mnie.

– Zjedz z nami lunch – mówi Ivy, wskazując niezajęte krzesło pomiędzy nami.

– Super! – Siada i odwraca się w moją stronę. – A więc Fiona… siostra Ivy.

– Czekaj. – Unoszę dłoń. – Nic nie mów. Wiedziałeś o tym, jak tylko nas zobaczyłeś. Jesteśmy niczym bliźniaczki.

Śmieje się i posyła mi przeciągłe spojrzenie.

– Identyczne!

Ivy i ja jesteśmy podobne jak yin i yang, ale nie zaszkodzi się powygłupiać.

Jaden bierze talerz, na który Ivy nałożyła mu sporą porcję.

– A gdzie twoja leniwa połówka?

– Trenuje. – Prycha.

Po przyjeździe opiekunki Gray i Dex poszli trenować. Dla przyjemności. Chryste. Ja wskakuję na bieżnię trzy razy w tygodniu, ale to, co oni robią… Dziękuję, postoję. Choć przyznaję, że efekty robią wrażenie.

Upijam łyk sangrii i staram się nie myśleć o Dexie. Ciężko mi idzie. Cholera, nadal czuję jego usta na mojej piersi.

Czy czułam jego brodę, gdy ssał mój sutek? Tak. Jak diabli. Aż po koniuszki palców u stóp.

Nawet teraz moja pochwa zaciska się na samą myśl.

Kurwa. Ten facet jest zbyt seksowny.

– Co planujesz w ten wolny tydzień? – pyta Ivy Jadena. – Trening?

On popija wodę, którą kelnerka postawiła między nami, nachyla się w moją stronę.

– To właśnie kocham w twojej siostrze: jest niczym kwoka i trenerka w jednym.

Wiem, o czym mówi, Ivy ma podejście do facetów, zawsze zakochują się w niej po uszy.

Moja siostra się śmieje, gdy Jaden obejmuje ją po kumpelsku i demonstracyjnie cmoka w policzek, ale po chwili marsz­czy brwi, zerkając przez salę.

– Cholera – mruczy.

Jaden patrzy w tę samą stronę.

– Co, ten z aparatem? – Kręci głową. – Nieszkodliwi natręci.

Paparazzi. Ivy i ja dorastałyśmy wśród nich i wiemy, jak to jest, choć znacznie mniej prześladują sportowców (przynajmniej większość z nich) niż aktorów albo muzyków. Ale i tak zawsze postrzegałyśmy ich jako wrogów.

Nie jestem nikim ważnym, więc przestałam ich zauważać, ale Gray to dla nich wielka gwiazda. Jeden z najlepszych końcowych w NFL, w dodatku cholernie seksowny, ściąga uwagę. Ivy – jako agentka, córka swojego ojca i żona Graya – również.

– Chyba uwiecznił to cmoknięcie – zauważa Ivy i wzdycha.

– A jutro wszyscy będą opowiadać o naszym szalonym romansie. – Zirytowany Jaden kręci głową. – Nie przejmuj się aż tak, dziewczyno.

– Nie przejmuję się. – Wzrusza ramionami. – Tylko się wkurzam. Gray na to nie zasługuje.

– Dobra. – Rzucam serwetkę i odwracam się do Jadena. – Dajmy im więcej tematów do gadania. Cmoknij mnie, liniowy.

Oczy mu błyszczą.

– Podoba mi się twój styl, Fiona.

Jaden rozumie, że tylko się wygłupiamy, żeby pomóc Ivy. Zawsze lubiłam flirt i udawanie, że całuję jakiegoś gościa, to dla mnie drobiazg. Ale gdzieś w środku już żałuję, że to zaproponowałam, czuję, że to niedobrze.

Ale nie mogę się już wycofać: Jaden kładzie mi rękę na szyi i nachyla się. Całuje mnie lekko, przelotnie – i oczy ma przy tym roześmiane – jednak na tyle długo, by reporter zdążył zrobić zdjęcie. I choć ten liniowy jest naprawdę przystojny, nie czuję nic poza satysfakcją, że odciągnęliśmy uwagę od Ivy i Graya.

Jaden odsuwa się z szerokim uśmiechem, Ivy chichocze i kręci głową. Ale na jej twarzy nagle pojawia się niepokój – dostrzega coś ponad moim ramieniem.

A ja czuję chłód w żołądku. Bo już wiem. Odwracam się i zderzam spojrzeniem ze wzrokiem Dexa. Chłód przemienia się w rozgrzany ołów. Dex ma nieprzeniknioną twarz, za to Gray jest wyraźnie wkurzony.

Podchodzą do nas.

– Ivy Mac – mówi czule Gray, gdy się nachyla, żeby pocałować swoją żonę. Bierze krzesło stojące przy pustym stoliku i stawia obok jej krzesła, Dex zajmuje wolne miejsce obok mnie.

Jasna cholera.

Zaciska mi się krtań, ale urażony dzieciak w środku mnie już się buntuje. Tylko raz się całowaliśmy, nie licząc akcji w parku, i nie jesteśmy razem. Mieszkamy w dwóch różnych miastach! A potem myślę, jak bym zareagowała, gdybym zobaczyła, że Dex całuje jakąś kobietę. Dostałby w jaja.

 

– Siemasz, Gray. – Jaden i Grayson ściskają sobie dłonie, potem Jaden patrzy na Dexa. – Dexter! Ostatnim razem, jak się widzieliśmy, powaliłem waszego rozgrywającego.

Dex krzywi wargi w nikłym uśmiechu.

– Tak, to dwupunktowe podwyższenie i wygrana w następnym meczu musiały boleć.

– Tamta przegrana była do dupy, J. – mówi Gray. – Czas to poprawić. – Klepie Jadena w plecy.

Śmieją się wszyscy trzej.

– Zapomniałem o tym – przyznaje Jaden, kręcąc głową.

– To się ciągle zdarza obrońcom liniowym – mówi Dex z udawanym współczuciem. – Łatwo ich skołować.

A we mnie narasta gniew. Ja tu siedzę w poczuciu winy, że obcy facet udawał, że mnie całuje, a on się zachowuje, jakby się nic nie stało. No dobra, bo się nie stało, ale on tego nie wie. A teraz jeszcze mnie ignoruje.

Jakby usłyszał moje myśli, patrzy na mnie orzechowymi oczami. I nadal nie ma w nich nic, żadnych emocji poza zdawkową uprzejmością.

– Czyli jesz sobie lunch z moją dziewczyną – odzywa się Gray do Jadena.

– Nie – odpowiada swobodnie Jaden, obejmuje mnie za ramiona i ściska po przyjacielsku. – Jem lunch z moją dziewczyną Fioną.

Coraz lepiej. Wspaniale.

Gdyby wzrok mógł zabijać, już byłabym martwa, przeszyta ostrym spojrzeniem Graya.

Śmieję się z przymusem i klepię Jadena w ramię.

– W takim razie ty płacisz.

Ale on już rozmawia z Grayem i Dexem, więc skupiam się na swoich patatas bravas.

– Gramy w pokera dziś wieczorem – mówi Jaden do Greya. – Będą Dean, Jamal i Monroe. Nawet ten piękniś James. Przyjdziesz?

Gray odpowiada od razu.

– Nie ma opcji. Zostaję w domu i śpię, ile się da.

– Słusznie, zapomniałem o małym. Jak on się miewa?

Przestaję słuchać i zerkam na Dexa. Siedzi zwrócony do mnie bokiem, patrzy na Graya i Jadena. Z tym mocnym nosem i wysuniętym podbródkiem przypomina podobiznę na rzymskiej monecie, centuriona, który zmiata w pył armię wroga.

Muszę przestać się w nim zakochiwać. Znam siebie, nie jestem dobra w przelotnych romansach. Potrafię wyjść cało z jednej nocy, ale jeśli zacznę faceta lubić, będę chciała więcej. A nie chcę niczego więcej z Dexem.

Jego głos wyrywa mnie z zamyślenia.

– Jasne, przyjdę – mówi do Jadena.

Czyli umawiają się na pokera.

– Super. – Jaden wstaje. – Zaczynamy za godzinę, to może od razu pójdziesz ze mną?

Spoko.

Czyli Dex sobie idzie. Nie zamieniając ze mną ani słowa. Wstaje, krzesło zgrzyta na deskach. A ja czuję, jak żołądek mi się zapada.

Chcę go przeprosić. Chcę na niego nawrzeszczeć, że mnie olewa.

Ale nie mówię nic; Dex i Jaden żegnają się z Ivy i Grayem.

Jaden znów całuje mnie w policzek.

– Miło było cię poznać, Fiono. – W jego czarnych oczach tańczą iskry. – Jakbyś chciała gdzieś razem wyjść, zadzwoń. Gray ma mój numer.

Uśmiecham się do niego, spięta i skupiona na Dexie.

– Miło z twojej strony, ale spędzam czas z Ivy, Grayem i Dexem.

Słysząc swoje imię, Dex w końcu patrzy w moją stronę.

– Na razie, Fi.

I tyle.

Kiwam głową. Nie pozwolę, żeby mnie to rozwaliło. I tak nie będziemy razem. Ale gdy przechodzi obok mnie, opuszkami palców muska mi szyję.

Czuję mrowienie, uśmiecham się. A ich już nie ma.


Fiona

Od razu po wyjściu Dexa Gray się na mnie rzuca.

– Do diabła, Fi, co to było?

– Możesz się wyluzować? – warczę. – To był żart.

– To musiałem przegapić puentę. – Gray patrzy na mnie, bierze moją szklankę z wodą i pije, ani na chwilę nie odrywając ode mnie gniewnego wzroku.

– Paparazzo zrobił zdjęcie, kiedy twój kumpel całował mnie w policzek – wyjaśnia Ivy. – Fi i Jaden po prostu chcieli dać mu więcej materiału do plotek.

– Ach tak. – Gray porusza ramionami, ale od razu rzuca mi kolejne ciężkie spojrzenie. – To i tak nie było w porządku. Dex cię lubi i… – Wzdryga się, gdy oliwka odbija mu się od czoła. – Czy ty właśnie rzuciłaś we mnie oliwką?

– Czyżbyś przegapił moment, gdy celowałam nią w twój zakuty łeb? – pytam słodko, a potem warczę. – Nie praw mi kazań, bo nie jestem idiotką, Gray. Przecież nie widziałam, że wchodzicie. – Patrzę z pretensją na Ivy, która mnie nie ostrzegła. – Czuję się wystarczająco chujowo.

– I mimo to… – zaczyna Gray.

– Ustalmy sobie, że Dex i ja nie jesteśmy… – Macham ręką. – Nie wiem, czym, do licha, jesteśmy. Byliśmy na jednej randce. Za tydzień stąd wyjeżdżam.

Wydyma wargi i krzyżuje ręce na szerokiej piersi.

– To może trzymaj się od niego z daleka.

Zabolało.

– Och. Dzięki. Fajnie, że uważasz, że powinnam odczepić się od Dexa.

Gray przestaje zaciskać usta.

– Nie to chciałem powiedzieć. No dobra. Może trochę. Szlag.

– Nie, nie. – Podnoszę rękę. – Spoko. I może nawet masz rację. Tylko że to nie twoja sprawa.

Przy stoliku zapada napięta cisza.

Ivy kładzie rękę na dłoni Graya.

– Została godzina, zanim opiekunka się zmyje. Nie traćmy czasu na kłótnie, pączusiu.

Patrzy na nią przez długą chwilę i kiwa głową. Gdy przenosi wzrok na mnie, jego niebieskie oczy są poważne.

– Przepraszam, Fi. Nie powinienem był na ciebie naskoczyć.

– Sorki za oliwkę. Na pewno zostawia plamy – mruczę. – Następnym razem rzucę w ciebie orzeszkiem.

Obrywam serwetką, oboje parskamy śmiechem, ale w środku czuję napięcie. I choć Gray wciąż mnie wkurza, wiem, że ma rację. I już to jest wystarczająco słabe.