Tajemniczy mężczyzna

Tekst
Z serii: Dream Man
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szósty
Na ratunek

Zasiadłam do pracy. Udało mi się skupić na redakcji, mimo że po moim domu nadal kręciła się banda komandosów. Nagle poczułam, że ktoś odgarnia mi włosy z jednego ramienia na drugie.

Ustami muska to miejsce za uchem.

Cudowny dreszcz przeszył moje ciało. Nie byłam w stanie dłużej koncentrować się na tekście, nie widziałam już nic na ekranie komputera. Z podnieceniem czekałam, co będzie dalej. Przestał mnie całować, a ku mojemu zaskoczeniu na biurku przede mną, tuż obok komputera, stanęły dwie torby: papierowa i plastikowa. Spojrzałam na dolny prawy róg ekranu i zobaczyłam, że jest dwunasta czterdzieści siedem.

Idealna pora na lunch.

Obróciłam się na krześle i zobaczyłam przed sobą Hawka. Otwierał swoją torbę z jedzeniem.

Spełniało się właśnie jedno z moich marzeń i byłam tym tak zaskoczona, że nawet nie pisnęłam. Mówię poważnie, zdarzało mi się śnić na jawie dokładnie o takiej chwili. A teraz to się działo naprawdę.

To znaczy nie mam na myśli fantazjowania o tajskim jedzeniu, a o tym, jak to mój Tajemniczy Mężczyzna przychodzi do mnie w świetle dnia. Bezszelestnie podkrada się do mnie, gdy myję naczynia w kuchni, i obejmuje mnie od tyłu silnymi ramionami. Albo zjawia się, gdy biorę prysznic, i staje tuż obok mnie w strumieniach wody.

Albo zakrada się, gdy pracuję przy biurku, i całuje mnie w szyję.

Dokładnie w to miejsce za uchem. Tak jak lubię.

I on przed chwilą dokładnie tak się do mnie zakradł.

Zupełnie jak w moich snach. Nie, to było nawet lepsze i wcale nie chodziło o makaron, tylko o to, że to się działo naprawdę.

Kurde.

Zaczął rozpakowywać jedzenie, a ja próbowałam pozbierać myśli. Przyglądałam mu się, jak wyjmuje tekturowy pojemnik z zupą i kolejne opakowanie, w którym był makaron. Poznałam, że oba pochodziły z J’s, więc były dla mnie. Następnie wydobył pałeczki, po czym sięgnął po swoje jedzenie. Wyjął je z foliowej torebki. Z kolejnej znajomo wyglądającej reklamówki wyjął butelkę wody – założyłam, że to dla niego – i puszkę dietetycznego napoju o smaku winogronowym dla mnie.

– Czy ty mnie śledzisz? – spytałam.

– Czasami – odparł, a ja odruchowo zmrużyłam oczy. – Czasami śledzą cię moi chłopcy.

Odwrócił się i podszedł do kanapy. Usiadł, postawił butelkę z wodą na małym stoliku i zabrał się do swojego dania.

– To pewnie założyłeś mi w swojej bazie specjalną teczkę? – zasugerowałam, rozpakowując pałeczki. Sięgnęłam po kubek z zupą i podniosłam wieczko.

– Nie – odparł. – Zdawali mi tylko ustne raporty. „Była w J’s, zamówiła makaron i zupę. Pojechała do 7-Eleven i kupiła dietetyczny napój o smaku winogronowym”. Takie tam.

Nie mogłam w to uwierzyć.

– Ale czemu? – chciałam wiedzieć.

– Jak to czemu? – odpowiedział pytaniem.

– Czemu twoi chłopcy mnie śledzili?

– Mała – powiedział i zanurzył swoje pałeczki w makaronie jak gdyby nigdy nic. Jakby to było normalne, że mnie śledzi, że dostaje raporty o tym, co jadam i jakie napoje lubię. Przecież to jest naruszenie mojej prywatności. Spojrzałam na jego jedzenie, wyglądało na to, że je sam makaron z warzywami. Żadnego sosu, orzechów nerkowca, pokruszonych fistaszków czy choćby jednej smakowitej krewetki. Nic dobrego. Sam makaron i warzywa.

Skojarzyło mi się to z naszym pierwszym spotkaniem. Wtedy w restauracji zamówił stek, pieczone ziemniaki i warzywa na parze. Zaskoczyło mnie, że nie wziął żadnego sosu, śmietany, bekonu czy sera na te ziemniaki. Nie posmarował ich nawet masłem.

– Co jesz? – spytałam.

– Makaron z warzywami – potwierdził moje przypuszczenia i wsadził sobie kolejną porcję do ust.

– I nic więcej?

Pogryzł i połknął.

– Nic – odparł, po czym nałożył sobie kolejną porcję.

– Nie byłoby lepsze z sosem? – naciskałam.

Znów przeżuł, zanim odpowiedział.

– Mała, gdybym jadł tak jak ty, nie utrzymałbym formy. A w moim zawodzie to kluczowe.

Poczułam, że skacze mi ciśnienie.

– Chcesz powiedzieć, że jestem gruba?

Na jego twarzy pojawiły się oba dołeczki, a on zatrzymał się w pół gestu, z makaronem zwisającym z pałeczek.

– Słodki Groszku, dzięki temu, jak jesz, masz tyłek i cycki. I dobrze, bo ja je bardzo lubię. Niestety podobają się również Śrubie i Lawsonowi – stwierdził i wpakował sporą porcję makaronu do ust. – Śrubie chyba nawet bardziej – dodał z pełnymi ustami.

– Muszę popracować – oznajmiłam.

Rozprostował swoje długie nogi i skrzyżował je w kostkach. Wyraźnie się nie spieszył.

– To pracuj – odparł.

Rzuciłam mu groźne spojrzenie. Sytuacja nie była łatwa, bo wyglądał naprawdę pociągająco, gdy tak siedział wyciągnięty w moim biurze. Razem z Tracy pomalowałyśmy je na biało, ale w sklepie poprosiłam, żeby do białej farby dodali nutkę pomarańczy, aby biel wydawała się cieplejsza. Miałam typowo dziewczęce biurko: długie, białe, wąskie i wymuskane. Na ścianie powiesiłam pasujące do niego półki, a po obu stronach kanapy postawiłam małe stoliczki – wszystko białe i kobiece. Zdecydowałam się na miękką łososiową kanapę, na której rozłożyłam kilka pstrokatych poduszek. Dobrałam do tego dodatki z białej wikliny i rozstawiłam białe ceramiczne lampy, by punktowo oświetlały różne części pokoju. Moje biuro nie było typowo dziewczyńskie – różowe i słodkie, ale starałam się mu nadać raczej kobiecy charakter.

Siedząc wygodnie na mojej kanapie, Hawk wyglądał jak zwycięski najeźdźca, który odpoczywa i zbiera siły, zanim ruszy znów plądrować i gwałcić. Choć akurat on nie musiałby nikogo gwałcić; kobiety z podbitej wioski same ustawiłyby się w kolejce.

Cholera.

Odwróciłam się do biurka i powąchałam zupę. Ach, trawa cytrynowa. Mniam! Zamieszałam zupę pałeczkami i spróbowałam, czy dobra.

– Zdradzisz mi swoje prawdziwe imię? – spytałam, patrząc w ekran komputera.

– Cabe, Cabe Delgado – odpowiedział bez chwili wahania, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.

– Cabe Delgado?

Nie odpowiedział, tylko nawinął na pałeczki kolejną porcję makaronu.

– Cabe, co to za imię? – spytałam.

Przełknął i nabrał kolejną porcję.

– Skąd mam wiedzieć, matka jest trochę walnięta – wymamrotał, żując.

Ciekawe.

– Delgado to meksykańskie nazwisko? – nie odpuszczałam.

– Portorykańskie – odpowiedział znów bez wahania.

– Jesteś z Portoryko?

– Mała, raczej nie wyglądam na Skandynawa, nie?

To akurat była prawda.

– Urodziłeś się w Portoryko?

– Nie, w Denver.

No proszę, rdzenny mieszkaniec Denver. Bardzo ciekawe.

Ja nie byłam stąd. Gdy miałam dziesięć lat, razem z ojcem, Meredith i Ginger przeprowadziliśmy się do Denver z Południowej Dakoty. Nie odezwałam się; Hawk pewnie i tak już to wiedział.

– Twoi rodzice pochodzą z Portoryko?

– Ojciec, a matka jest pół Włoszką, pół Kubanką.

Wszystko się zgadzało. Portoryko, Włochy, Kuba – idealne pochodzenie dla przystojnego, lubiącego dominować twardziela.

– Miałaś pracować – zauważył.

Najwyraźniej ktoś tu ma dość zwierzeń.

Odwróciłam się do komputera i szybko pochłaniałam zupę, zostawiwszy sobie na koniec wielką krewetkę. Była świeża i mocno przyprawiona, idealna.

Popiłam resztką zupy i spróbowałam skupić się na pracy. Cabe „Hawk” Delgado ciągle rozpierał się na mojej kanapie. Nic dziwnego, że zupełnie nie byłam w stanie pracować. Miałam tylko nadzieję, że przynajmniej dobrze to maskuję.

Dokończyłam zupę, zostawiając na dnie kubka dziwne kawałki. Uwielbiałam tę zupę, ale te dodatki zawsze mnie niepokoiły i nigdy nie odważyłam się ich spróbować. Wzięłam łyk napoju winogronowego i już szykowałam się na kolejną kulinarną ucztę, gdy Hawk podszedł do mojego biurka. Pochylił się, żeby podnieść z podłogi torebkę.

Wrzucił do niej swoje opakowanie po makaronie i sięgnął po moje po zupie, a ja przez cały czas udawałam, że go nie zauważam.

– Hawk – usłyszeliśmy nagle.

Odwróciłam się i zobaczyłam kolesia, który, jak podejrzewałam, był jego Numero Dos. To był ten sam szczupły mężczyzna, z którym Hawk rozmawiał wcześniej. Z wyglądu tego faceta można było sądzić, że w jego żyłach płynie podobna mieszanka krwi, choć był od Hawka niższy i drobniejszy. Mówili na niego Zadymiarz. Miał bliznę, która przecinała mu czoło i niknęła w ciemnych włosach. Uznałam, że to typ, z którym nie ma żartów.

– Mamy gości – powiedział do Hawka, ignorując moją obecność. A potem nagle zniknął, zupełnie jak… dym.

Hawk wyrzucił opakowania do kosza i wyszedł. Odstawiłam swój makaron i ruszyłam za nim.

Gdy dogoniłam go w hallu, odwrócił się tak gwałtownie, że na niego wpadłam. Zrobiłam krok w tył, przyglądając mu się uważnie.

– Czy jest choć cień szansy, że nie zrobisz mi awantury, jeśli powiem ci, żebyś została na górze? – spytał, zanim zdążyłam się odezwać.

– Nie – odpowiedziałam szczerze.

Rzucił mi znaczące spojrzenie i pokręcił głową, jakbym to ja narzucała się mu w jego domu, a nie szła do własnych drzwi zobaczyć, kto do mnie przyszedł. Hawk odwrócił się i ruszył schodami w dół.

Zanim zobaczyłam, kto jest przy drzwiach, usłyszałam znajomy głos.

Nagle przypomniało mi się, że jest środa, a w środowe popołudnia zawsze wpadał Troy. Przychodził na kawę albo na piwo, czy też po prostu pogadać. Odbierał sobie wtedy wolne, bo musiał być w pracy w soboty rano.

Cholera.

– Kim wy jesteście? Gdzie jest Gwen? – Troy próbował się zorientować w sytuacji.

 

Spostrzegł mnie schodzącą po schodach, ale w tym samym momencie zauważył też Hawka i zapatrzył się na niego. Nic w tym dziwnego, w końcu Hawk to Hawk. Nagle Troy wzdrygnął się, jakby wyrwany ze snu, i ponownie spojrzał na mnie.

– Gwen, skarbie, co tu się dzieje? Nie mówiłaś mi, że coś jeszcze remontujesz.

– Cześć, Troy – przywitałam go, stając w pewnej odległości od Hawka, który zatrzymał się kilka kroków przed Troyem.

Widziałam, że to się nie spodobało Hawkowi. Pociągnął mnie za rękę, tak że się przechyliłam i wpadłam na niego. Wtedy puścił moją dłoń i objął mocno za ramiona.

– Cholera, dziś środa, zapomniałem – wymamrotał, gdy zakończył swoje manewry.

Troy zmierzył go wzrokiem, potem przyjrzał się mnie. Gapił się tak na nas z ustami otwartymi ze zdziwienia. Podejrzewam, że w ostatnich dniach co najmniej kilka razy sama wyglądałam na równie zaskoczoną.

Nie zaprotestowałam, gdy Hawk przyciągnął mnie do siebie, bo przypomniało mi się od razu, że jego zdaniem Troy chciałby mnie przelecieć. Stałam więc tak, przyglądając się jasnym włosom Troya, jego niebieskim oczom i służbowemu garniturowi. Robiłam małe porównanie. Troy był doradcą kredytowym w banku. Nie był ani szczególnie niski, ani wysoki, ale wyższy ode mnie. Nie był najgorzej zbudowany, ale nie miał w sobie cienia fantazji i nic z twardziela.

– Kim ty jesteś? – wydusił z siebie w końcu Troy, przyglądając się Hawkowi.

– To… – zaczęłam, ale Hawk nie dał mi skończyć.

– Hawk, facet Gwen.

Cholera, chciałabym, żeby przestał to robić.

– Facet Gwen? – szepnął Troy i zbladł.

Cholera!

– Troy, to nie tak… – zaczęłam.

Blady jak ściana Troy spojrzał teraz na mnie.

– Masz faceta?

– No, wiesz…

– Gwennie! – usłyszeliśmy, a w drzwiach stanęła Tracy.

Troy odwrócił się w stronę drzwi, a komandosi zamarli. Tracy często miała takie wejścia, więc nie zdziwiłam się, że nawet komandosi byli pod wrażeniem.

Tracy wyglądała jak modelka. Mówię poważnie. Była wysoka, wyższa ode mnie o kilka dobrych centymetrów. Miała naturalne blond włosy, długie, lśniące i zupełnie proste. Do tego zielone skrzące się oczy. Była też pięknie zbudowana: harmonijne rysy twarzy, baaardzo długie, szczupłe nogi i wąskie, piękne ramiona. Nie miała cycków i tyłka, ale była chodzącym wcieleniem ideału piękna. Każdy ze światowych projektantów mody podskoczyłby z radości na jej widok. Dlatego też butiki w Denver ochoczo dawały jej pracę, mimo że była kapryśna i rzadko zostawała w jednym miejscu pracy dłużej niż kilkanaście miesięcy. Gdy mówiła, że w czymś ci ładnie, natychmiast wyobrażałaś sobie, że wyglądasz w tym tak jak ona, bo każdy chciałby mieć takie ciało jak Tracy. Taka mała fantazja wystarczyła, żeby sprzedać dowolny ciuszek.

– Dzwoniła Cam i mówiła, że Leo powiedział, że ktoś się do ciebie włamał – powiedziała Tracy, stając koło Troya. Wtedy zauważyła Hawka. Jej oczy zrobiły się okrągłe, gdy tak gapiła się na niego z otwartymi ustami. Zanim zdążyłam cokolwiek wytłumaczyć, jej twarz rozbłysła szczerą radością.

– O mój Boże! – zapiszczała.

Zaczęła skakać, klaszcząc przy tym w dłonie, a komandosi spokojnie przyglądali się przedstawieniu. Nie przestając skakać z radości, złapała mnie z ręce.

– Gwennie! To cudowne! – krzyczała.

Cholera.

– Tracy, to nie tak… – Wzięłam ją za rękę i mocno ścisnęłam.

Nie dała mi skończyć, puściła moją rękę i spojrzała na Hawka.

– Wiem, kim jesteś. I wiedziałam, że tak to się skończy! Cam do mnie wczoraj dzwoniła i mówiła, że się pojawiłeś. A gdy włamano się do Gwennie, ty przybyłeś na ratunek! Cudownie!

Cholera! Jasna cholera!

– Tracy…

– A nie mówiłam, że tak będzie?! – Tracy znów spojrzała na mnie, po czym zwróciła się do Hawka: – Mówiłam jej tysiąc razy, że to się tak skończy!

– Ktoś się włamał do twojego domu? – Troy przerwał tę paplaninę. Spojrzałam mu w oczy.

– Tak, ale to nic takiego – skłamałam.

– Ktoś się tu włamał? – Troy nie mógł uwierzyć.

– To dlatego są tu ci wszyscy kolesie? – spytała Tracy, obrzuciła wzrokiem pokój i wszystkich komandosów, po czym znów spojrzała na mnie. – Co oni robią? Budują twierdzę?

– Montują system alarmowy – odpowiedział Hawk, a Tracy spojrzała na mnie przerażona.

– Kochanie, czy to znaczy, że jednak nie kupisz tych pantofli od Jimmy’ego Choo, tych, które miałaś od tak dawna na oku? Nie mogę ich odkładać dla ciebie w nieskończoność. W końcu ktoś zauważy.

Cała Tracy. Wygląd zawsze na pierwszym miejscu. Co tam bezpieczeństwo.

– To nie Gwen płaci za te zabezpieczenia – odparł Hawk, a twarz Tracy znów rozbłysła uśmiechem. Spojrzała uradowana na Hawka, a Troy zmierzył go ponurym wzrokiem.

– Cudownie! – ucieszyła się Tracy.

– Słuchaj, skończ z tymi krzykami. To wszystko nie jest tak, jak myślisz – udało mi się wreszcie dojść do słowa. Jednocześnie poczułam, że Hawk ścisnął mnie mocnej.

– Co tu się dzieje? – chciał wiedzieć Troy, ale nie zaczekał na odpowiedź. – Co to właściwie za koleś? I kto się włamał? Nic ci się nie stało? Była tu policja? Złapali tego drania?

Już otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale Hawk znów mnie ubiegł.

– Jak już mówiłem, jestem Hawk, facet Gwen. Nie wiemy, kto się włamał, a Gwen nic się nie stało. Teraz pilnuję jej ze swoimi chłopakami i już rozmawialiśmy z policją.

– Hawk – powtórzyła Tracy z błyszczącymi oczami. – Fajne imię, naprawdę fajne. Mega! Megafajne.

O Boże.

– Kochana, musimy pogadać, ale teraz naprawdę nie mogę, bo mam mnóstwo pracy – powiedziałam Tracy, po czym zwróciłam się do Troya: – Strasznie mi przykro, Troy, wiem, że się martwisz, ale tyle się dzieje, a ja muszę skończyć kilka zleceń. Musimy przełożyć nasze spotkanie na inny dzień. Ale nie martw się, wszystko u mnie w porządku. Jutro do ciebie zadzwonię i wszystko ci wytłumaczę. A ty – zwróciłam się do Hawka – raz na zawsze przestań za mnie odpowiadać, dobrze?

– Super – rzuciła Tracy, zanim Hawk zdążył się odezwać. – Chciałam ci tylko powiedzieć, że cudownie ci w tych kręconych włosach.

Troy nie zamierzał tak łatwo odpuścić.

– Czy to ma jakiś związek z Ginger? – zapytał, wpatrując się we mnie.

Tracy spojrzała na mnie oczami wielkimi z przerażenia.

– O mój Boże, nie pomyślałam o tym – westchnęła.

Troy nie potrzebował odpowiedzi, sam się domyślił. Znał mnie już dość długo i wiedział, że nigdy nie wpakowałabym się w sytuację, która wymagałaby systemu alarmowego i bandy komandosów.

– Co zrobiła? – chciał wiedzieć.

– Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Wyrzekłam się jej – odparłam.

– Wreszcie – szepnęła Tracy.

– Ale mnie to obchodzi, zwłaszcza jeśli w związku z tym z dnia na dzień znalazłaś sobie tego rambo – powiedział Troy, wskazując głową na Hawka.

Hawk parsknął tym swoim niskim męskim śmiechem, a Tracy pośpieszyła z wyjaśnieniami.

– No co ty, oni spotykają się już od półtora roku – wypaplała i dopiero gdy zobaczyła reakcję Troya, zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła.

Ups!

– Półtora roku? – powtórzył cicho Troy, a ja poczułam skurcz w żołądku. Wyglądał, jakbym go kopnęła, i to w bardzo czułe miejsce.

Cholera, więc jednak Hawk miał rację. Podobam się Troyowi.

– Troy – zaczęłam, ale znów przerwał mi Hawk.

– Coś ci powiem, stary, następnym razem szybciej się ogarnij i pokaż, że ci zależy – wypalił.

– Hawk! – krzyknęłam, czując, jak moje ciało sztywnieje z oburzenia.

– Skarbie, faceci tak rozmawiają. Troy jest facetem i to rozumie, ale musi wiedzieć, że spieprzył sprawę.

Po raz pierwszy w życiu naprawdę miałam ochotę kogoś rozszarpać.

– Zdaję sobie sprawę, że to może nie najlepszy moment – zaczęła delikatnie Tracy – ale wiesz, Troy, on ma trochę racji.

Teraz to mnie opadła szczęka, bo oto moja słodka Tracy, która podobno nie umiałaby nikogo skrzywdzić, powiedziała coś, co z całą pewnością musiało zaboleć.

Wystarczyło spojrzeć na Troya. Zabolało. Bardzo.

Tego już było za wiele. Troy odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia.

Wyrwałam się Hawkowi i ruszyłam za nim. Złapałam go za rękę.

– Troy – szepnęłam.

– Nawet nie próbuj – odpowiedział, wyrywając się i patrząc na mnie wściekłym wzrokiem.

– Troy…

– Ale następnym razem jak ci się zepsuje zmywarka albo będziesz odmrażać sobie tyłek, bo wysiądzie ogrzewanie, to bądź tak miła, Gwen, i nie dzwoń do mnie. Poproś o pomoc swojego rambo – warknął, ruchem głowy wskazując na Hawka. – Mam nadzieję, że umie wbijać gwoździe.

Odwrócił się i wyszedł, a ja wróciłam do Hawka i Tracy.

– Czy wam odbiło? – wrzasnęłam.

– Mała – powiedział Hawk.

– Wiem, że byłam niemiła, kochanie – zaczęła spokojnie Tracy – ale że akurat nie było Cam, ktoś inny musiał to wreszcie powiedzieć. Już dawno o tym rozmawiałyśmy. Powinien był powiedzieć ci, co czuje, albo wreszcie dać sobie spokój. Ale on nie potrafił. Teraz, gdy ty jesteś z Hawkiem, może będzie umiał o tobie zapomnieć i związać się z kimś innym.

Od dawna rozmawiały o tym z Cam? Czemu nikt nie porozmawiał ze mną? – przemknęło mi przez myśl, ale nie chciałam mówić tego głośno.

– Przecież on ma dziewczynę, już jest z kimś innym! – powiedziałam zamiast tego.

Tracy machnęła tylko ręką.

– Akurat. Przecież zawsze spotykał się z dziewczynami, które mógłby w każdej chwili rzucić, jeżeli tylko dałabyś mu szasnę. Ja jej nie lubię. Cam jej nie lubi. Ty też jej nie lubisz. Przecież to straszna beksa. Nikt nie lubi ciągłego marudzenia. Nawet Troy. Dlatego z nią jest, bo łatwo ją zostawić.

Spojrzałam uważnie na Tracy, na Hawka, a potem na gapiących się na nas komandosów. Po czym postanowiłam zostawić to w cholerę.

– Wiecie co, ja nie mam teraz na to czasu – ogłosiłam. – Mój makaron już wystygł i muszę wracać do pracy. Teraz nie ma mnie dla nikogo. Nie ma mnie, wyszłam.

Ruszyłam na górę do swojego biura.

Złapałam makaron, a gdy się odwróciłam, Hawk stał już w drzwiach.

– Mała.

– Nie ma mnie – poinformowałam go.

– Gwen, ktoś musiał mu to powiedzieć.

– Wcale nie. A jeśli nawet już musiał to usłyszeć, to na pewno nie od ciebie – wypaliłam.

– Zrobiłem to dla niego.

– Naprawdę? Dla niego? To może teraz zadzwonimy do Troya i spytamy, czy jest ci wdzięczny, że powiedziałeś mu to wszystko, gdy ja byłam obok, a wszystko słyszała też Tracy i banda jakichś komandosów.

– Następnym razem może się ogarnie.

Czułam, że moja głowa naprawdę zaraz eksploduje.

– Idź sobie i nie pokazuj mi się na oczy przez… najbliższe sto milionów lat! Wtedy może mi przejdzie! Za sto milionów lat może nie będę już tak potwornie na ciebie zła! – wykrzyczałam mu w twarz.

Uśmiechnął się.

– Mała – powtórzył.

– Dzięki za jedzenie – burknęłam bez cienia wdzięczności w głosie. – Do zobaczenia za sto milionów lat!

Próbowałam go obejść, ale złapał mnie w talii. Postanowiłam się nie wyrywać, żeby nie upuścić makaronu. Poza tym wiedziałam, że i tak przegram.

– No co? – rzuciłam i spojrzałam mu wyzywająco w oczy.

– Jemy dziś razem kolację – oświadczył.

– Nic z tych rzeczy – odpowiedziałam. – Dziś jem kolację z ojcem i Meredith, będę musiała im jakoś wyjaśnić całe to zamieszanie z tobą i z Ginger. A potem zamierzam pracować, aż zasnę na klawiaturze.

– Tak bardzo jesteś do tyłu z pracą? – zapytał, marszcząc brwi.

– Tak! – krzyknęłam. – Byłam już wczoraj, gdy pojawiła się tu Darla i gdy jak idiotka pojechałam do tego cholernego Ride. A teraz jestem jeszcze bardziej do tyłu, a całe to zamieszanie naprawdę nie ułatwia mi pracy.

– Muszę dać ci więcej czasu – szepnął.

– No co ty? – warknęłam.

Objął mnie ramionami i przyciągnął do siebie, tak że musiałam nieźle manewrować, żeby nie wysypać swojego pad thaia.

– Hawk – powiedziałam z groźbą w głosie, gdy przysunął głowę do mojej szyi. Próbowałam się odsunąć, ale on tylko mocniej mnie przyciągnął, a jego usta musnęły moją szyję.

– Rozumiem, że masz dużo pracy, ale proszę, znajdź też trochę czasu dla mnie – wymruczał prosto w moją szyję. Już miałam powiedzieć coś złośliwego, gdy jego język musnął to miejsce za uchem. Natychmiast zapomniałam, że byłam na niego zła.

– Coś mi się chyba należy?

 

– Należy? – szepnęłam, bo ciągle czułam jego język za uchem.

Podniósł głowę i spojrzał na mnie.

– No tak.

– Ale co?

Spojrzał mi głęboko w oczy, uśmiechnął się tak szeroko, że pojawiły się te jego dołeczki, i przyciągnął mnie jeszcze mocniej do siebie.

Och. A więc o to chodziło.

Gdy tak patrzyłam w jego ciepłe, ciemne oczy i czułam jego silne ciało tuż przy swoim, zupełnie zapomniałam, jak bardzo chciałam z nim skończyć.

– Mała – powiedział, a ja zamrugałam.

– Tak?

Uśmiechnął się szeroko, jego białe zęby pięknie kontrastowały z opalenizną. Pochylił się i dał mi szybkiego buziaka.

– Wracaj do pracy.

I już go nie było.

Stałam tak ze swoim pad thaiem w ręku, gapiąc się w pusty korytarz. Cholera.