Niepokorny mężczyzna

Tekst
Z serii: Dream Man
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szósty
Cofam to. To wcale nie wada

– Ja pierdolę – usłyszałam, otworzyłam oczy i zobaczyłam koszulkę Brocka.

Wciąż leżeliśmy spleceni na kanapie. Musieliśmy zasnąć, bo promienie porannego słońca wpadały przez zasłony. Byłam pewna, że jest już rano, bo w mojej sypialni Fiona Apple śpiewała Fast as You Can. Co znaczyło, że włączył się budzik.

– Cholera – szepnęłam, próbując się podnieść.

Zaparłam się kolanem, a dłoń położyłam na poduszce, gdy nagle zagarnęły mnie silne ramiona, a moje miękkie ciało zderzyło się z umięśnionym ciałem Brocka. Zanurzył palce w moich włosach i przyciągnął mnie do siebie. Nasze usta się spotkały. To był długi, słodki, namiętny pocałunek. Podwinęłam palce u nóg, w brzuchu poczułam falę ciepła, a moje ciało roztopiło się w jego objęciach. Objęłam go za szyję, po czym zanurzyłam dłonie w jego czuprynie. Kiedy się odsunął, podniosłam odrobinę głowę i powoli otworzyłam oczy. Fiona Apple śpiewała coraz głośniej, ale miałam to gdzieś.

– Odpadłaś, zanim zaczęliśmy się bawić na dobre, mała – szepnął Brock głębokim, namiętnym i zaspanym głosem.

– Naprawdę? – spytałam.

– No – odparł i widziałam, jak się uśmiechnął – w środku rozmowy, po prostu odpłynęłaś.

Cholera. Ale wstyd. Popatrzyłam w jego namiętne, zaspane oczy i przygryzłam wargę. Wzrok Brocka zatrzymał się na moich ustach. Sekundę później leżałam już na plecach, a Brock był na mnie i znów mnie całował. Jeszcze słodziej, namiętniej i czulej. A do tego cudownie mnie pieścił. Och. Przyjemnie się tak budzić. Fiona w końcu przestała śpiewać Fast as You Can, a mój nieugięty budzik zaczął wygrywać Get Gone. To był naprawdę wypasiony budzik, można było do niego wgrać własne MP3, zaczynał budzenie od ulubionych kawałków, ale im dłużej działał, tym głośniej grał.

Ignorowaliśmy go na tyle długo, że Fiona zmieniła tempo Get Gone ze słodkiego i melodyjnego na mocny wkurzony bit, który wypełniał cały dom tak, że nawet cudowne pocałunki Brocka nie były w stanie go przyćmić.

Najwyraźniej Brock był tego samego zdania, bo nagle się poderwał.

– Ja pierdolę, mała, sorry, muszę wyłączyć to gówno – szepnął.

– Fiona Apple to nie gówno – zauważyłam, a on rzucił mi przeszywające spojrzenie i ruszył zamaszystym krokiem do sypialni. – Nie podoba ci się?

Popatrzyłam za nim i pomyślałam, że niedobrze byłoby, gdyby nie lubił Fiony, bo ja ją uwielbiałam. Nie żebym musiała słuchać jej na okrągło, ale często leciała w domu Tess O’Hary. Myślałam o Fionie i Brocku, ale przede wszystkim podziwiałam jego tyłek, który świetnie wyglądał w wytartych dżinsach. Gdy już skończyłam się nad tym zastanawiać (mniej więcej w chwili, kiedy zniknął mi z oczu), rozejrzałam się za okularami. Brock musiał mi je zdjąć i położyć na stoliku przy sofie. Znalazłam je, wsadziłam na nos, wstałam i ruszyłam do kuchni.

Stałam właśnie przy zlewie i nalewałam wody do dzbanka na kawę, gdy Brock wszedł do kuchni.

Wymagało to ode mnie trochę wysiłku, ale udało mi się nie upuścić szklanego dzbanka do ceramicznego zlewu. Ten przystojniak w rozchełstanych ciuchach naprawdę robił wrażenie. Na co dzień był seksowny z tymi zmierzwionymi włosami, ale teraz, gdy włosy miał jeszcze bardziej potargane (przez sen i moje dłonie), był jeszcze ponętniejszy.

Nieźle! Nigdy wcześniej nie obudziłam się przy Brocku, ale samo przyglądanie mu się o poranku było niemal równie przyjemne jak jego pocałunki. Prawie.

Zakręciłam wodę i ruszyłam w stronę ekspresu do kawy. Odwróciłam się i przelałam wodę. Brock stanął przy drzwiach lodówki.

– Czyli nie – powiedziałam.

Stał przede mną, dłoń trzymał na klamce lodówki i spojrzał mi prosto w oczy.

– Mała, moja muza to Credence, Eagles, Santana, Stevie Ray Vaughan i podobne klimaty, może być też country, pod warunkiem że nie śpiewa laska. Czy pasuje do tego Fiona Apple?

– Nie – przyznałam. – Ale wydaje mi się, że przydałby ci się przyspieszony kurs tego, co się wydarzyło w muzyce przez ostatnie trzy dekady. Nasi żołnierze już wrócili z Wietnamu, Brock, wejdź ze mną w nowe milenium.

Uśmiechnął się.

– Mądrala – szepnął, zanim otworzył drzwi lodówki i zajrzał do środka.

Jego uśmiech sprawił, że poczułam falę ciepła w brzuchu. Wtedy zadzwoniła moja komórka.

Wstawiłam dzbanek na kawę do ekspresu i ruszyłam w stronę leżącej na blacie torebki, zastanawiając się, kto może do mnie dzwonić o tak nieprzyzwoitej porze. Wyciągnęłam telefon, spojrzałam na ekran. To była Martha. A niech to. Odebrałam.

– Cześć, skarbie – przywitałam się. – Co tam?

– Jego obrzydliwa, przerdzewiała, poobijana ciężarówka, która aż się prosi, żeby ją na coś wymienić, ciągle stoi pod twoim domem – powiedziała Martha na powitanie, a ja spojrzałam w stronę drzwi kuchennych i okna przy drzwiach wejściowych, które ciągle było zasłonięte roletą.

– Skąd wiesz? – spytałam.

– Bo przejechałam koło ciebie w drodze do pracy, żeby sprawdzić, czy zupełnie oszalałaś i zgłupiałaś przez tego potwornie przystojnego kolesia, i okazuje się, że tak.

– Martha! – krzyknęłam na nią.

– Czy mi się wydaje, czy ta ciężarówka nie odjechała wczoraj, tylko została u ciebie na noc?

Moje spojrzenie powędrowało w stronę mikrofali i dalej w stronę blatu.

– Nie mogę w to uwierzyć. Ty chyba żartujesz. Po pierwsze, do wyjścia do pracy masz jeszcze godzinę, a mój dom wcale nie jest ci po drodze.

– Postanowiłam, że nie pozwolę ci popełnić kolejnego strasznego błędu – wypaliła w odpowiedzi.

Usłyszałam, jak zamykają się drzwi lodówki i doskonale wiedziałam, że Brock stoi tuż obok mnie i słyszy każde słowo.

– Nie mogę teraz rozmawiać – powiedziałam. – Wpadnij po pracy do cukierni, to zjemy sobie babeczki i pogadamy.

– Dziewczyno, jestem singielką, a moja najlepsza przyjaciółka właśnie zrzuciła pięć kilo i wydała trzysta dolarów na fryzjera. Nie mam mowy, nie dam się namówić na twoje babeczki, zjedzenie jednej oznacza zjedzenie czterech, a ja ich naprawdę nie potrzebuję na moim grubym tyłku, jak pójdziemy razem na podryw. I tak nikt wcześniej na mnie nie patrzył, gdy wychodziłyśmy razem, przez ciebie i twoje wylewne pożegnania, i to twoje spojrzenie, jakbyś chciała wszystkim powiedzieć: „Czy to nie wspaniałe, że cały świat jest Disneylandem!”. Jeśli zjem choćby jedną z twoich babeczek, które zawsze muszą odłożyć mi się akurat na tyłku, stanę się zupełnie niewidoczna.

– To nieprawda – stwierdziłam.

– Co jest nieprawdą?

– Wszystko – odparłam bez namysłu.

– Dziewczyno, obudź się wreszcie!

Westchnęłam. Spojrzałam na Brocka. Opierał się biodrami o blat, w ręku trzymał otwarty karton z mlekiem. Jestem pewna, że przegapiłam, jak pił prosto z pudełka. To jednak wada. Uśmiechnął się do mnie i poczułam słodki szum. Zobaczyłam, jak ogniki zatańczyły w jego oczach, i wiedziałam, że powstrzymuje się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Cofam to. To wcale nie wada. Niech sobie pije z kartonu, ile mu się podoba, o ile będzie wypełniał moją kuchnię takim cudownym nastrojem i uśmiechał się do mnie o poranku.

– Halo! – krzyknęła mi w ucho Martha, a ja odwróciłam wzrok od Brocka.

– Jestem, jestem.

– O Boże. On stoi obok i miesza ci w głowie, prawda? – wymamrotała.

Cóż, w tej kwestii się nie myliła. No dobrze, ale bądźmy poważni.

– Kochana, musimy porozmawiać – ogłosiłam.

– Cholera – szepnęła.

– To ważne – odparłam również szeptem i poczułam, jak rozbawienie Brocka znika, a kuchnię wypełnia ciepło.

Martha, słysząc ton mojego głosu, od razu się poddała.

– Dobrze, ale nie w cukierni i nie na babeczki. Wpadnij do mnie, zrobię sałatkę.

Zamrugałam.

– Sałatkę?

– Tak, sałatkę.

– Kochana, ostatni raz, kiedy byłam u ciebie na kolacji, przypaliłaś seler naciowy.

Ciepło pozostało w pokoju, ale wrócił też szum rozbawienia. Brock wybuchnął śmiechem.

Spojrzałam na niego groźnie, ale zupełnie mnie zignorował i śmiał się w najlepsze, kręcąc przy tym głową.

– Słyszę, że dobrze się bawi – zauważyła zirytowana Martha.

Odwróciłam wzrok od Brocka.

– Martha, skarbie, przypalony seler. Każdego by to rozbawiło – zauważyłam.

– Jestem eksperymentalnym szefem kuchni – odparowała.

To była prawda. I wcale nie zawsze ponosiła porażkę. Znów westchnęłam.

– A może jednak ty wpadniesz do mnie, a ja zrobię sałatkę? – zaproponowałam.

– A ten potwornie przystojny koleś też będzie?

– Ma na imię Brock – szepnęłam.

– A ten potwornie przystojny koleś, na którego mówisz Brock, też będzie? – poprawiła się.

– Nie wiem – stwierdziłam z całą szczerością. – Ale to, co muszę ci powiedzieć, nie może czekać, a on i tak już o tym wie. Więc jeśli będzie, to i tak ty będziesz górą. A jeśli go nie będzie, to nic się nie stanie. Zgoda?

Cisza.

– Więc nie chodzi o niego?

– Nie, chodzi o coś, o czym powinnam była powiedzieć ci już dawno temu. Ale tego nie zrobiłam i teraz chcę to naprawić… – Spojrzałam na Brocka. Przyglądał mi się chwilę i zaczął iść w moją stronę. Stanął tuż obok. Objął mnie w talii i przytulił się do moich pleców. Poczułam ciepło jego ciała, wtulił twarz w moją szyję. Wtedy dokończyłam: – Muszę sobie z tym poradzić, więc chcę ci o tym powiedzieć.

– Damian – szepnęła bez zastanowienia.

Wtedy zrozumiałam, że ona wie. A jeśli nawet nie wiedziała wszystkiego, to domyślała się, że stało się coś bardzo trudnego, ale wycofała się i pozwoliła mi samej sobie z tym poradzić. A gdy ja postanowiłam walczyć o swoje i udało mi się pozbyć Damiana, nie popadając przy tym w otchłań rozpaczy, zgodziła się dalej udawać, że nic się nie stało.

 

– Tak – szepnęłam.

Brock mocniej mnie przytulił. Zamknęłam oczy.

– Dobrze, skarbie, będę u ciebie o siódmej.

– Martha?

– Słucham, Tess.

– Kocham cię, wiesz?

– Ja ciebie też, skarbie.

– Ale jeśli będziesz mnie śledzić, ta miłość może się skończyć – ostrzegłam ją, drocząc się jednocześnie.

– Dobra, dobra – wymamrotała, wiedząc, że tylko żartuję, i się rozłączyła.

Stuknęłam w ekran, żeby się rozłączyć, i rzuciłam telefon na blat. Brock odwrócił mnie do siebie i mocno przytulił.

– Nie przepada za mną, co? – wymamrotał, ale nie wydawał się tym szczególnie zmartwiony.

– Chcesz się ze mną spotykać, to lepiej nad tym popracuj – zasugerowałam.

– Dobra – odparł, ale po chwili dodał: – Ale nie będę owijał w bawełnę, nie lubi mnie, to mnie nie lubi, mam to w dupie.

Cóż. Kolejna wada.

– To moja najlepsza przyjaciółka – przypomniałam mu.

– Jeśli nią jest, to z czasem zrozumie, co jest dla ciebie dobre, i się ogarnie. Ale jeśli ma już taki charakter, to nic nie zrozumie. Zamiast tego będzie zionąć żółcią i nie przyjdzie jej do głowy, że faceci jak ognia unikają luksusowych kobiet kochających dramaty i jeśli choć trochę się nie zmieni, będzie sama. W przeciwieństwie do swojej przyjaciółki, która widząc swojego faceta pijącego mleko z kartonu, rozumie, że jest mało prawdopodobne, że go tego oduczy, zwłaszcza że koleś ma czterdzieści pięć lat i pije tak mleko od dziecka, więc ona to olewa i nie zajmuje się tym dłużej, zamiast się o to bezsensownie wykłócać, bo wie, że byłaby to tylko strata czasu i energii, a potem oboje czuliby się podle.

Cóż, musiałam przyznać, że wszystko to było bardzo ciekawe i zadziwiająco dojrzałe. Ale nie mogłam się powstrzymać.

– Cóż… skoro już o tym mówimy, nie uważasz, że to trochę niehigieniczne pić prosto z kartonu?

– Mała, dziś rano twój język był w moich ustach przez dziesięć minut. Co za różnica?

Przekrzywiłam głowę na bok, zastanawiając się nad tym.

– Przyjmuję taką argumentację – oznajmiłam.

Zaczął się śmiać i jednocześnie wtulił twarz w moją szyję. Gdy spoważniał, zaczął mnie całować. To było miłe. Nawet bardzo. Kiedyś ciągle tak robił. Tego też mi brakowało. Podniósł głowę i nasze spojrzenia się spotkały.

– Mogę wskoczyć pod prysznic, zanim się zbiorę?

Nagi Brock pod prysznicem i wszelkie z tym związane rozkoszne wizje – mogłam to mieć i w dowolnym momencie sobie przypomnieć? Och… O tak!

– Spoko – powiedziałam.

Uniósł kącik ust. To też mi się podobało. Gdy ten połowiczny uśmiech zniknął, przytulił mnie mocniej.

– Chcesz, żebym wpadł na sałatkę? – spytał.

– A ty chcesz wpaść? – odpowiedziałam pytaniem.

– Chcę, żebyś ty mi powiedziała, czego potrzebujesz – odparł.

Zastanowiłam się przez chwilę.

– Wolę być sama z Marthą – powiedziałam z wahaniem.

– Jasne – wymamrotał.

– Nie chodzi o ciebie… – pospieszyłam z wyjaśnieniami, ale przerwał mi mocnym uściskiem.

– Mała, spoko. – Pochylił się do mnie. – Wpadnę dziś o podobnej porze co wczoraj. Dobra?

Pokiwałam głową.

– Ale jutro żadnych spotkań z dziewczynami, jutro jesteś moja – zarządził.

Poczułam falę ciepła. Znów przytaknęłam.

– Dobra – wymamrotał i znów się uśmiechnął.

Pochylił się jeszcze bardziej, nasze usta się musnęły.

– Idę pod prysznic – szepnął.

Przeszył mnie cudowny dreszcz. Brock leniwym krokiem wyszedł z pokoju. Zagapiłam się na ekspres do kawy. Uśmiechnęłam się, gdy usłyszałam, że odkręcił wodę w łazience.

***

Półtorej godziny później jechałam do cukierni. W ręku trzymałam komórkę i zastanawiałam się, co zrobić. Nigdy nie prowadziłam żadnych gierek z Brockiem. Nigdy. Nawet na samym początku. Od razu mi się spodobał, a gdy tylko wykazał zainteresowanie, odpowiedziałam tym samym i nigdy nie zmieniłam taktyki. Zrobiłam tak głównie dlatego, że widziałam to kiedyś na filmie. Uwielbiałam oglądać Moje wielkie greckie wesele i tę scenę, gdy Ian proponuje Touli randkę, a ona od razu odpowiada „tak”, bez namysłu, wykrętów, od razu pokazuje, że perspektywa spotkania z nim wydaje się jej kusząca i że po prostu się na to cieszy. Ten moment zawsze wydawał mi się najsłodszy na świecie. Poza tym to było dla mnie naturalne, taki miałam charakter.

A teraz siedziałam w aucie, trzymając w ręku komórkę i pomyślałam, że Brock miał rację. Nasz związek był popieprzony i przez trzy miesiące nieźle mi to namieszało w głowie. Ale siedem miesięcy temu, gdy odwiózł mnie do domu po naszej pierwszej randce i pocałował mnie w swojej furgonetce, a potem całowaliśmy się tak przez godzinę (wcale nie żartuję) i gdy w końcu oderwał swoje usta od moich, wtulił się w moją szyję i jęknął „Ja pierdolę”, wciąż obejmując mnie swoimi silnymi ramionami, wiedziałam, że między nami coś się dzieje naprawdę, że dobrze się zaczęło i będzie tylko lepiej. Zupełnie jak w Moim wielkim greckim weselu. To o tym mówił wczoraj Brock. O to mu chodziło, gdy powiedział, że wiem dokładnie, w którym momencie przestałam być dla niego tylko podejrzaną w sprawie, a zaczęłam być kimś, kto mógł stać się dla niego ważny. I naprawdę to wiedziałam, od razu. I wczoraj w nocy udowodnił, że to, co wtedy czułam, było prawdziwe. I to nie gierki mi to dały. I to nie gierki sprawiły, że do mnie wrócił. To się stało i trwa, dzięki szczerości.

Stuknęłam więc w ekran mojego telefonu, przeszłam do „ulubionych” i opuszką dotknęłam słowa „Chudy” (oczywiście zmieniłam mu nazwę).

Przyłożyłam aparat do ucha.

Dwa sygnały i odebrał.

– Co tam, mała?

– Cześć – powiedziałam.

– Wszystko w porządku? – spytał.

– No… muszę ci coś powiedzieć.

Chwila ciszy.

– Słucham, Tess.

Przygryzłam wargę.

– Wiesz, nie przeszkadza mi, że pijesz mleko z kartonu, wcale nie dlatego, że to niepodważalnie głupie. Mnie to nie przeszkadza, bo lubię, jak jesteś w mojej kuchni – wyznałam.

W odpowiedzi usłyszałam ciszę. Wstrzymałam oddech. Ale on dalej milczał. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, że może niepotrzebnie byłam taka wyluzowana.

– Niepodważalnie głupie? – zapytał w końcu Brock.

Poczułam, jak napięcie gromadzące się w mojej klatce piersiowej nagle zniknęło. Zamknęłam oczy i moje usta ułożyły się w uśmiech.

– Umówmy się, że samo picie z kartonu nie jest takie złe – powiedziałam. – Ale nie ma mowy, że będziesz tak pił, zajadając na przykład ciasteczka, i naplujesz do środka okruszków. To obrzydliwe. Nikt nie będzie pił potem mleka z czyimiś okruszkami w środku, nawet po ciasteczkach. To już jest szara strefa.

Parsknął niskim, rozbrajającym śmiechem.

– Mała – powiedział.

– Chciałam tylko, żebyś to wiedział.

– Zapamiętam to sobie – odparł.

– Dobra, muszę zająć się ciastami.

– Jasne, skarbie, załapałem, że twoja przyjaciółka unika babeczek, ale twój facet nie musi się ich wystrzegać, więc przynieś kilka do domu, a na pewno znajdą amatora.

– A będziesz popijał je mlekiem ze szklanki?

Usłyszałam kolejne niskie, rozbrajające parsknięcie.

– Jeszcze zobaczymy – powiedział.

– Dobra – szepnęłam.

– Idź piec ciasta.

– Na razie, skarbie.

– Pa, mała.

Rozłączyłam się.

Poczułam, że się uśmiecham.

Wysiadłam z auta, weszłam do cukierni i zajęłam się pieczeniem.

Rozdział siódmy
Kaskady kolorowego lukru

Stałam w progu i czekałam. I się wreszcie doczekałam. Martha przestała mościć się za kierownicą, przez otwarty dach w aucie spojrzała w stronę mojego stromego podjazdu i czterech schodków prowadzących do drzwi wejściowych, w których właśnie tkwiłam. Przycisnęła palce do ust i wyciągając rękę, wysłała mi pocałunek. Gardło mi się zacisnęło, ale w odpowiedzi posłałam jej taki sam pocałunek. Umościła swoje filigranowe ciało za kierownicą, włączyła silnik i ruszyła.

Patrzyłam za nią, aż zniknęły tylne światła auta. A potem stałam jeszcze chwilę. Może ujmę to tak: moja najlepsza przyjaciółka Martha Shockley nie przyjęła najlepiej informacji, że mój były mąż bił mnie i zgwałcił, mimo że zdarzyło się to już sześć lat temu. Nie była na mnie zła. Była przerażona, że mnie to spotkało. Przygniotło ją to i zupełnie się rozsypała. Gdy widziałam, jak przejmuje ode mnie ciężar tej świadomości, przypomniało mi się, czemu nie chciałam jej o tym mówić. Otuliła mnie ramionami i zmusiła do złożenia obietnicy, że już nigdy, przenigdy nie będę czegoś takiego przed nią ukrywać.

– Ty zawsze byłaś dla mnie wsparciem, Tess, nie mogę znieść myśli, że ja ciebie nie wspierałam – szepnęła. – Już więcej nie będę dawać ci przestrzeni, żebyś sama sobie poradziła, kochanie. Chcę, żebyś mogła zawsze na mnie liczyć. Jak wyczuję, że coś jest nie tak, zmuszę cię, żebyś pozwoliła sobie pomóc.

Przytuliłam się do niej i złożyłam obietnicę. Co innego mogłam zrobić? Nie muszę chyba dodawać, że sałatka nie pasowała do takich zwierzeń, więc Martha pochłonęła cztery z tuzina babeczek, które przyniosłam dla Brocka.

Te wiadomości nie miały jednak wpływu na podejście Marthy do Brocka i gdy się pojawił, Martha przyglądała się mu jak jastrząb, czekając na jakąś wpadkę, żeby móc się na niego rzucić i go rozszarpać. Wodziła za nim wzrokiem spod przymkniętych powiek i zaczęłam się bać, że nabawi się migreny.

A Brock był jak zawsze sobą (choć wcześniej nazywałam go Jakiem). Zachowywał się jak Brock. Widząc, że nie wpadnie w pierwszą lepszą pułapkę i nie ujawni, jakiego dupka skrywa w środku, Martha w końcu się poddała i wyszła.

Właśnie zamknęłam za nią drzwi, przekręciłam klucz w zamku i przeszłam do salonu. Miałam szczęście. Cztery lata temu, gdy cukiernia zaczęła się rozkręcać, a życie przestało być takie przerażające, zaczęłam szukać dla siebie lokum i drugi dom, który oglądałam, to był właśnie ten. Para, która w nim wcześniej mieszkała, latami urządzała go i dopieszczała. Wtedy mąż dowiedział się, że zostanie przeniesiony. I to dosłownie kilka tygodni przed ostatecznym wykończeniem tej wizji pełnej miłości (i wartej kupę forsy) – miała zostać przywieziona zupełnie nowa kuchnia.

Byli zdruzgotani, że muszą się przeprowadzić. A ja przeszczęśliwa (choć im tego nie powiedziałam).

Odświeżyli dębowe podłogi i wszystkie ściany. Odnowili przepiękne łazienki. Piwnicę przerobili na pokój rodzinny, gdzie obecnie trzymałam telewizor. Urządzili też tam pralnię i pokój dla gości z własną łazienką i toaletą. Wstawili nowe meble. Wymienili dach. Urządzili ogród. I zainstalowali klimatyzację.

Ale dopiero kuchnia mnie przekonała. Była fenomenalna. Pełno było w niej białych szafeczek, wiszące miały przeszklone fronty, a stojące były odpowiednio dopasowane do wszystkich kątów i niewygodnych miejsc. Do tego łupkowe podłogi. Cudowne, czarno-białe kafelki. Wielka wyspa na środku. Lśniące marmurowe blaty. Wszystko jak w najlepszej restauracji, urządzenia ze stali nierdzewnej. Cudowna szafeczka na wino. Wbudowana podstawka na książkę kucharską. Zabudowana mikrofala i podwójny piekarnik z wyciągiem.

Marzenie cukiernika.

Moje marzenie.

Dom był o jakieś pięćdziesiąt tysięcy dolarów za drogi, ale kupiłam go, bo uznałam, że jest tego wart. Nigdy nie żałowałam, choć pierwszy rok nie był łatwy.

Po jednej stronie salonu mieściły się dwie sypialnie i łazienka z wanną, a po drugiej podwójne drzwi prowadziły do kuchni.

Tam zobaczyłam Brocka. Zajadał się babeczkami, biodrami w wytartych spodniach opierał się o mój czarny blat. W jego ustach właśnie znikała olbrzymia serpentyna liliowego lukru ze srebrnym wykończeniem i cukierkowym konfetti. Wiedziałam już, że muszę znaleźć w papierach datę, kiedy podpisałam się w odpowiednim miejscu i kupiłam ten dom, żeby co roku urządzać z tej okazji szaloną imprezę.

– Już poszła – powiedziałam, przystając po drugiej stronie wyspy i opierając się dłońmi o blat.

Z naprawdę ogromnym przejęciem przyglądałam się, jak zlizał lukier z ust.

– Ile czasu zajmie jej jazda do domu? – spytał, gdy przełknął.

– Dwadzieścia minut – odparłam.

Spojrzał mi poważnie w oczy.

– To musisz zadzwonić do niej za dwadzieścia pięć minut, mała – powiedział cicho.

 

Zajrzałam mu w oczy i poczułam kolejną falę ciepła. Byłam pewna, że wiedział, że rozumiał jej nastrój. Rozumiał, że ją to zabolało, i chciał, żebym sprawdziła, czy dojechała bezpiecznie.

– Dobrze – szepnęłam.

Przyglądał mi się przed chwilę. Nie protestowałam.

– Trzymasz się? – spytał cicho.

– Opowiadanie o tym nie było zbyt miłe – przyznałam.

– Domyślam się, Tess – powiedział wciąż ściszonym głosem.

Pokiwałam głową i nabrałam powietrza.

– Ale cieszę się, że to zrobiłam, i żałuję, że nie powiedziałam jej o tym wcześniej. Dobrze, że to już za mną i że już więcej nie będę musiała tego robić. Tyle dałam radę.

– Dobrze – szepnął.

Po czym wpakował sobie resztę babeczki do ust. Przyglądałam się, jak żuje i przełyka.

– Czy bardzo się wkurwisz, jeżeli powiem, że właśnie się zastanawiam, czy przyszedłem tu wczoraj, bo tak bardzo brakowało mi Tess, czy może raczej jej babeczek? – spytał.

Uśmiechnęłam się.

– Nie – odparłam – bo moje babeczki to ja.

I wtedy to zrozumiałam. Mogłam wkładać T-shirty, dżinsy i japonki albo ołówkowe spódnice, wyrafinowane bluzki i sandałki na szpilce, albo, jak to ja, cokolwiek, ale w środku zawsze chodziło o kaskady kolorowego lukru przysypanego landrynkowym konfetti i jadalny zaczarowany pył na szczycie wielkiego, pysznego tortu. Kiedy to do mnie dotarło, poczułam kolejne fale ciepła.

– Chodź tu do mnie, kochanie – zamruczał pod nosem.

Poczułam, jak cudowny nastrój wypełnia pokój. Zobaczyłam wyraz jego twarzy i czym prędzej ruszyłam na drugą stronę wyspy. Podeszłam do niego, a on wziął mnie w ramiona i mocno przytulił. Pochylił głowę i obdarował mnie słodkim, długim i smakującym babeczkami pocałunkiem.

– Smaczny jesteś – powiedziałam, gdy ciut się odsunął.

– Wiem – odparł.

Uśmiechnęłam się w jego usta, a on zrobił to samo. Uniósł ciut głowę.

– Chcę dziś zostać na noc – powiedział czule i mnie przytulił.

Żołądek mi się ścisnął, a między nogami poczułam przyjemny dreszcz.

– Dobrze – odparłam.

Jego powieki stały się ciężkie, a ramiona objęły mnie mocniej. Przylgnęłam do niego. Pochylił głowę i znów mnie pocałował. To był jeszcze dłuższy, głębszy i jeszcze słodszy pocałunek. Chwilę to trwało. Wystarczająco długo, żebym zanurzyła palce w jego włosach, a jego dłoń zawędrowała pod moją bluzkę. Drugą mocno złapał mnie za tyłek. Wystarczająco długo, żeby moje sutki nabrzmiały, a między nogami zrobiło się wilgotno. Wystarczająco długo, żebym zdążyła pomyśleć, że moja sypialnia jest zdecydowanie za daleko i dobrze, że umyłam podłogę w kuchni, bo chciałam, żeby to właśnie tu mnie wziął.

Niestety, nie trwało to na tyle długo, żebyśmy byli już w sypialni nadzy, albo przynajmniej półnadzy, i żeby nie było już odwrotu. Gdy usłyszałam pukanie do drzwi, wciąż całowaliśmy się w kuchni.

Brock podniósł głowę i wydał z siebie krótkie, zniecierpliwione stęknięcie. Jego spojrzenie powędrowało nad moją głową prosto do drzwi wejściowych. Zamrugałam na ten nieoczekiwany zwrot akcji i odwróciłam głowę w tę samą stronę. Była już prawie dziesiąta. Za późno na wizyty. Chyba że to była Martha, która czegoś zapomniała. A Martha była dziewczyną, która wiecznie coś gubiła. Bez względu na to, gdzie była, potrafiła zapomnieć portfela, torebki, karty kredytowej czy czegoś równie niezbędnego do życia.

Znowu pukanie do drzwi. Poczułam, jak ramiona Brocka się na mnie zaciskają, a jego dłoń jeszcze mocniej ściska mój tyłek. To było takie miłe, że niemal zapomniałam, że ktoś stoi przed moim domem. Spojrzałam na niego. Wpatrywał się we mnie.

O rany. On też był ciągle nakręcony. I powiem tylko, że było mu z tym bardzo do twarzy.

– Proszę, nie zgub tej myśli. Ja pierdolę, nie wiem, o czym myślałaś, ale nie zmieniaj tego wyrazu twarzy – mruknął, zanim mnie puścił.

Lekko się zatoczyłam, ale utrzymałam w pionie. Odwróciłam się i patrzyłam za nim, jak szedł do drzwi. Stanęłam przy wyspie i oparłam ręce na blacie, a Brock przekręcił klucz w zamku.

Spojrzałam na białą ceramiczną paterę na torty ze szklaną pokrywką. Prosta i elegancka. W zamaszyste linie. Kosztowała fortunę, ale i tak ją kupiłam. Piekłam ciasta. Potrzebowałam pięknych pater. W tym konkretnym momencie posiadałam ich siedem (w domu, w cukierni miałam ich tuziny). Wszystkie były piękne, większość bardzo droga. Zależnie od nastroju stawiałam odpowiednią na blacie.

Na obecnej leżało teraz sześć babeczek ozdobionych kaskadami kolorowego lukru, posypanych błyszczącym, jadalnym magicznym pyłem i landrynkowym konfetti. Dwie były miętowe, dwie bladoróżowe, a dwie błękitne. Co znaczy, że Brock zjadł babeczkę, kiedy żegnałam się z Marthą, i gdy wróciłam do kuchni, pożerał już drugą.

Poczułam, że łagodnieją mi rysy. Tego też mi brakowało. Brock miał świetne ciało, na takie ciało niezależnie od wieku, a już na pewno po czterdziestce, trzeba sobie zapracować. A on nie stronił od jedzenia, lubił piwo i bourbona. Żył, ciesząc się przyjemnościami. Ale jednocześnie dbał o siebie. Wiedziałam o tym, bo często jak dzwoniłam, był na siłowni albo właśnie wrócił z joggingu.

Jednak miał też słabość do moich babeczek. I moich ciast. I ciasteczek. Właściwie uwielbiał wszystko, co wyjmowałam z piekarnika, nie kręcił nosem i wyraźnie moje wypieki smakowały mu bardziej niż cokolwiek innego. Wiedziałam o tym nie dlatego, że zasypywał mnie kwiecistymi komplementami, ale dlatego, że zajadał się moimi wypiekami z prawdziwą rozkoszą. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo to lubię. Nagle usłyszałam głos Brocka.

– Chyba sobie, kurwa, żartujesz – warknął, a ja gwałtownie się odwróciłam.

– A ty kto?

Na dźwięk znajomego głosu moje dłonie ześliznęły się po blacie. Chwyciłam jego brzeg i oparłam się o niego tak mocno, że o mało nie wbiłam go sobie w klatkę piersiową.

Damian.

– Wszystko jedno, kim jestem. Ważne, że ty tu przyszedłeś. Nigdy więcej się tu nie pokazuj. Nigdy. Trzymaj się, kurwa, z daleka od tego domu, od cukierni Tess, od samej Tess. Jeżeli cię tu zobaczę albo usłyszę, że tu byłeś, ja pierdolę, jak Boga kocham, będziesz miał ze mną do czynienia, a gwarantuję ci, że tego pożałujesz – grzmiał dalej Brock.

Był agresywny, wściekły. Czułam jego napięcie aż w kuchni. Wypełniało cały dom, to było coś więcej niż naelektryzowane wściekłością powietrze. To było twarde i szorstkie, paliło mi skórę.

– Słucham? – spytał Damian.

O nie. Boże. Tylko nie to. Damian był z osiem centymetrów niższy od Brocka. Był też pewnie z dziesięć kilo lżejszy. Szczupły, ale nie umięśniony, wysportowany, ale nie tak silny jak Brock. W fizycznym starciu Chudy mógł sobie z nim łatwo poradzić. Ale Damian miał to głęboko w dupie. Przez większość czasu znaczył teren. Damian nie reagował na takie groźby.

O nie.

Zaczęłam wychodzić zza wyspy, żeby zapanować jakoś nad sytuacją, patrzyłam na plecy Brocka, który stał w drzwiach, zasłaniając mnie przed Damianem i nie pozwalając mu zajrzeć do środka. Machnął do mnie ręką, zupełnie jakby miał oczy z tyłu głowy i wiedział, że ruszyłam w ich stronę.

– Ja pierdolę, Tess, nie ruszaj się.

Zatrzymałam się przy wyspie.

– Jeśli Tess jest w domu, chciałbym z nią porozmawiać – zażądał Damian ostro.

– Czy ty mnie, kurwa, w ogóle nie słuchasz? – spytał Brock.

– Kim ty jesteś? – chciał wiedzieć Damian.

– Ty mnie, kurwa, w ogóle nie słuchasz – stwierdził Brock.

– Grzecznie cię proszę, żebyś się odsunął i dał mi porozmawiać z Tess – powiedział Damian.

– Za pięć sekund zamknę te drzwi – odparł na to Brock. – Jeśli minutę później nie odjedziesz swoją furą, wezwę policję. Nie żartuję, nie będę czekał. Kumasz?

Po czym dokładnie jak zapowiedział, zrobił krok w tył, zatrzasnął drzwi przed nosem Damiana i przekręcił klucz. Wciąż stałam obok wyspy. Brock ruszył do okna, pociągnął mocno za sznurek i zwinął roletę. Stał tak ze skrzyżowanymi ramionami, stopy miał jak wrośnięte w ziemię. Przełknęłam ślinę. Żaden mięsień mu nie drgnął. Położyłam rękę na blacie, a właściwie się go złapałam. Brock stał jak skamieniały. Policzyłam do dziesięciu. Potem do dwudziestu. Brock przechylił się, pociągnął za sznurek i roleta rozwinęła się z trzaskiem. Odwrócił się i wolnym krokiem ruszył do mnie. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni. Wyjął telefon. Wzięłam głęboki wdech i zobaczyłam go tuż przed sobą.

– Kochanie – szepnęłam, ale umilkłam, gdy gwałtownie uniósł dłoń.