Niepokorny mężczyzna

Tekst
Z serii: Dream Man
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pocałował mnie, najpierw delikatnie i lekko, a potem coraz namiętniej. To był cudowny, mocny, słodki pocałunek. Podwinęłam palce u stóp i zacisnęłam dłonie na jego wytartej koszulce. No dobrze, dobrze. Przyznaję, tego mi najbardziej brakowało. Uniósł głowę, a jego dłoń zjechała na moją szyję, odgarnął mi palcami włosy, ale jego kciuk został pod moją brodą tak, żebym nie mogła opuścić głowy.

– Dokąd chcesz się wyprowadzić, kochanie?

– Do Kentucky.

Powoli zamrugał.

– Dokąd? – zapytał.

Wzruszyłam ramionami. Uśmiechnął się.

– Jeszcze o tym pogadamy, kochanie – powiedział cicho.

– Dobrze – zgodziłam się.

Popatrzył na mnie z czułością, przesunął dłoń i pogłaskał mnie kciukiem po policzku, a potem po ustach. Znów się pochylił i jego wargi musnęły mnie tam, gdzie właśnie mnie dotknął. Odsunął się.

– To do zobaczenia, mała – szepnął.

– Do zobaczenia, Chudy.

W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko, błysnął białymi zębami. Znów podwinęłam palce stóp. I już go nie było.

Rozdział czwarty
Oddany pracy

– Ten tort jest tak piękny, że aż szkoda go kroić! – krzyknęła Ada i zatopiła nóż w wielkim cieście, które dla niej przygotowałam.

Uśmiechnęłam się grzecznie, bo wokół mnie kłębił się tłum kobiet podekscytowanych perspektywą darmowego kawałka tortu Tessy O’Hary. Nie chciałabym się przechwalać, ale lokalne gazety rozpisywały się o moich ciastach i ciasteczkach, bo nie dość, że śliczne, to jeszcze pyszne. W mojej cukierni zawsze były kolejki od dziesiątej do dziewiętnastej, siedem dni w tygodniu.

Tym razem zrobiłam domowy żółty tort z waniliowo-maślanym lukrem. Prosty i dobry na każdą okazję. Nawet ja wiedziałam, że czeka je uczta.

Nagle rozmowy przycichły, bo Ada zaczęła odkrajać skrawki tortu, nakładać je na talerzyki i każdy ozdabiać niebieskim misiem. No ładnie. Cała Ada.

Powiedziała mi, ilu gości się spodziewa, dlatego zrobiłam trzydziestopięciocentymetrowy, czteropiętrowy tort, żeby każdy mógł dostać spory kawałek. Ale Ada najwyraźniej chciała zostawić połowę na później dla siebie i Vica.

Westchnęłam, zastanawiając się, po co tu w ogóle przyszłam. Trzy lata temu Ada spotkała Vica, a ponieważ skończyła już trzydzieści sześć lat i jej zegar biologiczny zaczął tykać tak głośno, że wykrywały go nawet bramki na lotniskach, natychmiast poświęciła się realizacji swojego wzniosłego marzenia, żeby Vic jak najszybciej stał się jej narzeczonym, a potem mężem i ojcem jej nienarodzonego jeszcze dziecka. Od tamtej pory Ada była właściwie nieobecna w moim życiu. Zadzwoniła do mnie z prośbą, żebym zrobiła tort na jej przyjęcie zaręczynowe, a potem na wieczór panieński i wesele, a teraz na bociankowe. Zapłaciła mi tylko za dwa z tych tortów i w obu przypadkach poprosiła o zniżkę, a ja w swojej naiwności oczywiście się zgodziłam. Tylko że za każdym razem sytuacja wymagała, żebym przyniosła prezent. Poza tym Ada nie zajmowała się niczym innym poza wykuwaniem z Vica swojego idealnego męża z przedmieścia (nie wahała się użyć dłuta i młotka, jeśli było trzeba), potem planowaniem ślubu, kupowaniem i meblowaniem domu, a potem staraniem się o dziecko. Nie miała czasu na przyjaźnie i dzwoniła do nas tylko, kiedy chciała, żebyśmy kupowały jej prezenty i świętowały z nią kolejne kamienie milowe jej życia prywatnego. W zeszłym roku chyba nawet nie przysłała mi życzeń na święta. Poza tym miałam swoje własne kamienie milowe, którymi wolałam się zająć, nie musiałam tu siedzieć.

No dobrze, może nie były to przełomowe chwile, ale cokolwiek to było, działo się coś cholernie ważnego, bo niemożliwe, żeby ta scena w mojej kuchni z Chudym nie była czymś cholernie ważnym. Byłam tego pewna.

Rozdając talerzyki ze skrawkami tortu i niebieskie plastikowe widelczyki, zaczęłam się zastanawiać, jak i kiedy mogłabym się stąd wymknąć. Gdy podałam talerzyk kobiecie siedzącej tuż obok mnie, usłyszałam zirytowane „Ja pierdolę”. Trochę mnie to zaskoczyło, spojrzałam na nią, jak przyglądała się niemal przezroczystemu kawałeczkowi tortu i uznałam, że chyba faktycznie ją to zdenerwowało.

Nie znałyśmy się wcześniej, dopiero tutaj nas sobie przedstawiono. Miała na imię Elvira, skórę w kolorze mokki, włosy modnie przycięte, z blond pasemkami w dłuższej części. Miała na sobie cudowną bluzeczkę w kolorze mandarynki, która podkreślała jej jeszcze cudowniejszy biust, i obcisłą spódniczkę, która pokazywała, że z tyłu też ma się czym pochwalić. Byłaby niższa ode mnie, gdyby nie genialne sandały z dwunastocentymetrową szpilką. Przyszła na imprezę razem z całą bandą ślicznotek, które spotykałam na kolejnych imprezach dla uczczenia szczęścia w życiu Ady. Była wśród nich przepiękna blondynka o imieniu Gwen, wysoka i smukła, wyglądająca na modelkę Tracy i równie zjawiskowa Afroamerykanka Camille. Ale wcześniej nigdy nie poznałam Elviry.

– Skąd znasz Adę? – zagadnęłam, a ona podniosła na mnie wzrok.

– Nie znam tej laski i nie mam najmniejszej ochoty poznawać kogoś, kto stawia na stole miskę pełną orzeszków bez żadnych dodatków, bez miodowej panierki, nawet bez soli. Ja pierdolę, orzeszki sauté. Ja pierdolę, nawet ich nie obrała z łupin, do tego tylko chipsy kukurydziane, a teraz dostałam jeszcze ten skrawek tortu. To jakieś wariactwo – wyrzuciła z siebie.

Gapiłam się na nią zaskoczona. Jej odpowiedź wydała mi się szczera, ale jednak trochę walnięta.

– Wbiłaś się na bociankowe? – zapytałam.

– Nie, Tyczka mnie tu zaciągnęła. – Ruchem głowy wskazała na wysoką i smukłą Tracy. – Nie chciała przyjść tu sama. Gwen i Cam w ogóle nie miały ochoty się pojawiać i zaczynam rozumieć dlaczego. Tracy ma serce ze złota, ale zupełnie nie widzi, gdy ludzie po niej depczą, nawet jeśli robią to w szpilkach. Zaciągnęła nas tutaj, obiecując pracowniczą zniżkę w swoim butiku. Pracuje w Neiman’s.

– Aha – westchnęłam.

Mam już dość. Kiedyś też dałabym się zaciągnąć na beznadziejne bociankowe w zamian za zniżkę w Neiman’s. Ale ten etap miałam za sobą. Odkąd skończyłam sześć lat, dość często wkraczałam w nowe etapy swojego życia. Teraz byłam na takim, w którym Christian Louboutin się nie liczył, ważny był Harley Davidson.

– Dobra, dość tego. Czas na drinki – wyrwała mnie z zamyślenia tą zaskakującą propozycją.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, gwałtownie wstała, złapała swoją ogromną torebkę, pobrzękującą przy każdym ruchu, wsadziła ją sobie pod pachę, złapała mnie za rękę i ściągnęła z kanapy.

– Przerwa na fajki! – krzyknęła na cały pokój, a wszystkie spojrzenia zwróciły się w naszą stronę, bo w dzisiejszych czasach w miejscu publicznym można było zapalić skręta i nikt by nawet nie mrugnął, ale proponowanie papierosa groziło ukamienowaniem. Jednak większość kobiet spojrzała na nas z zazdrością, i to chyba nie dlatego, że też paliły, ale jak ja i najwyraźniej również Elvira, bardzo chciały stąd uciec.

– Przerwa na papierosa? – powtórzyła Ada, krzywiąc się z obrzydzeniem.

– No. Może być za domem? – spytała Elvira i nie czekając na odpowiedź, pociągnęła mnie w stronę przesuwanych drzwi z tyłu tego idealnego domu, dając przy tym znaki swojej ekipie.

Nie miałam wyboru, musiałam z nią wyjść. Zdążyłam tylko wyłowić spojrzenie Marthy i dać jej niedwuznacznie do zrozumienia, że ma się tu do mnie ruszyć, i to natychmiast. Znałyśmy się z Marthą od piątej klasy. Przeprowadziłam się do Denver, żeby być z Marthą. Zanim wyszłam za Damiana, mieszkałam z Marthą. Po rozwodzie z Damianem znów z nią zamieszkałam. Dlatego Martha bezbłędnie odczytała moje niewerbalne zaproszenie i ruszyła w naszą stronę.

– Lód – zażądała Elvira.

Tracy przytaknęła i zniknęła. Gdy wyszłyśmy na zewnątrz, Elvira wreszcie mnie puściła i wkroczyła posuwistym krokiem na idealnie utrzymaną werandę. Złożyła swój kawałek tortu na pół i pochłonęła go jednym kęsem (faktycznie, był tak mały, że nie było to trudne). Odłożyła talerz na ogrodowy stolik i rzuciła obok swoją wielką pobrzękującą torebkę. Ku mojemu nieukrywanemu zdziwieniu wyjęła z niej składniki potrzebne do przygotowania cosmopolitana (łącznie z shakerem ze stali nierdzewnej). Wtedy dołączyły do nas Martha, Gwen i Camille.

– O Boże, zamorduję Tracy. Nie lubiłam Ady, jeszcze zanim ta laska i Vic zaczęli być parą. Ale ta impreza jest taka beznadziejna, że gdyby przyszli na nią byli jeńcy wojenni, to podejrzewam, że z nostalgią zaczęliby wspominać czasy, gdy wyrywano im paznokcie – westchnęła Camille.

– A widziałaś Vica? – rzuciła Gwen w stronę Camille, która od razu przytaknęła. – Cień dawnego człowieka. Kiedyś żył tylko dla Broncos, Nuggets i Rockies i stylowych chevy chevelle. Teraz nosi zapinane sweterki zamiast koszulek z Elwayem i jeździ minivanem, choć Ada przecież jeszcze nie urodziła tego bachora.

– Biedny Vic – westchnęła Martha.

– Gówno, a nie biedny. – Elvira zaczęła nalewać wódkę do shakera. – Trzeba być facetem, żeby się postawić swojej kobiecie. – Spojrzała wymownie na Camille i Gwen, po czym dorzuciła: – Te laski wiedzą, o czym mówię.

Obie „laski” przytaknęły, co wydało mi się ciekawe, bo najwyraźniej wiedziały, o czym ona mówi, a ja chętnie bym posłuchała. Ale zanim zdążyłam o cokolwiek spytać, usłyszałam, jak ktoś otwiera przesuwane drzwi. Odwróciłam się i zobaczyłam olśniewającą Tracy, która niosła dwie duże szklanki wypełnione lodem. Sunęła w naszą stronę, jakby paradowała po wybiegu.

– Dobrze, że tu wyszłyśmy, bo chciałabym wiedzieć, co cię dziś ugryzło – usłyszałam głos Marthy, spojrzałam na nią i wiedziałam, że to pytanie było do mnie.

To nie wróżyło nic dobrego. Martha była wzrostu Elviry, mierzyła tak mniej więcej metr sześćdziesiąt, ale była teraz wyższa ode mnie, bo ja miałam na sobie baleriny, a ona pięciocentymetrowe platformy z piętnastocentymetrową szpilką. Była zaokrąglona w odpowiednich miejscach, miała burzę ciemnobrązowych loków, które pięknie kontrastowały z jej jasną cerą i niebieskimi oczami. Znała mnie jak nikt na świecie (przynajmniej w tych kwestiach, do których ją dopuściłam). Poza tym była wiecznie spóźniona, wiecznie zdenerwowana, bo jej życie było serią niekończących się dramatów, ale kochałam ją, a ona kochała mnie i nic nie mogło nas rozdzielić. Przeżyłyśmy razem dobre i złe chwile, było ich naprawdę dużo, gdy przeżywała załamania, trzymałam ją za rękę, a ona była mi za to wdzięczna i w dodatku umiała to okazać. Choć potrafiła być bardzo delikatna, domyślna i taktowna, to kiedy miała coś do powiedzenia, po prostu to mówiła, nawet jeżeli mogłoby się to wydać niemiłe. Obawiałam się, że właśnie się do tego zabierała.

 

– Słucham? – zapytałam możliwie niewinnie.

– To ja słucham – odbiła piłeczkę, nie dając się nabrać na moją udawaną beztroskę. Wiedziałam to, gdy tylko na mnie spojrzała.

– Dziewczyno, gdy po ciebie dziś przyjechałam i weszłam do twojego domu, wyglądałaś, jakbyś… jakbyś – pokręciła głową – nawet nie umiem tego nazwać, ale ciągle masz coś dziwnego wypisane na twarzy. – Po czym zupełnie jakbym nie wiedziała, co to jest twarz, podniosła palec i pokazała prosto na mnie. – Wiem tylko tyle – ciągnęła – że od trzech miesięcy byłaś nie do zniesienia, nikt nie wiedział, o co ci chodzi, a teraz masz takie maślane spojrzenie, jakbyś bujała w obłokach.

Niech to. Nie powinnam była zapominać, że choć Martha zawsze przeżywała jakiś swój własny dramat, potrafiła być też bardzo uważnym obserwatorem.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – skłamałam.

– Akurat – wtrąciła Elvira, wrzucając lód do shakera.

– Ja… – wymamrotałam zaskoczona w stronę Elviry, bo przecież nie mogła mieć pojęcia, o co chodzi, dopiero co się poznałyśmy.

– Mam taki dar – wyznała Elvira, odpowiadając na pytanie, którego nie zadałam. – Potrafię wszystko wyczytać z twarzy. – Zamknęła shaker i zaczęła mieszać drinki. – A na twojej wyraźnie widzę, że doskonale wiesz, o czym mówi twoja psiapsiółka.

Ożeż ty! Poczułam na sobie zainteresowane spojrzenie, ale to Martha pierwsza się odezwała.

– Zaczęła spotykać się z tym kolesiem… takim przystojniakiem, i gdy mówię przystojniakiem, mam na myśli – oblizała palec i syknęła – że był naprawdę gorący. Ale wszystko źle się skończyło.

Mogłabym po prostu stwierdzić, że nie mam ochoty o tym rozmawiać, ale prawda była taka, że nie miałam ochoty o tym rozmawiać, ukradkiem popijając cosmo na idealnym tarasie Ady z bandą dziewczyn, których nawet nie znałam, i to na bardzo źle zorganizowanej imprezie, na której nawet nie miałam ochoty być, bo wolałam wrócić do domu i zacząć się przygotowywać na wizytę Brocka, z którym miałam ochotę o tym wreszcie porozmawiać.

– Martha… – zaczęłam.

– Nic z tego! – Przerwała mi, podnosząc do góry rękę.

– O kurde, poważna sprawa, patrzcie na rękę – szepnęła Elvira.

Martha opuściła dłoń, ale ciągnęła dalej w stronę ślicznotek.

– Ten facet miał wszystko: radiowy głos, piękne włosy, niezły tyłek, nie żartuję. Sprzedałabym duszę diabłu, żeby objął mnie tymi ramionami. – Pochyliła się i ciągnęła teatralnym szeptem. – Ma takie żyły, które mu wyskakują na ramionach i dłoniach. Mówię wam, niezłe ciacho.

O Jezu. Widać, że była spostrzegawcza.

– No, dobra, dobra, kumam – Elvira i Tracy przytaknęły jednocześnie.

Wpatrywały się w Marthę, a Gwen i Camille zaczęły mi się przyglądać.

– Ale czy on zabrał ją do siebie? – ciągnęła Martha. – Nie. Czy wiedziała, gdzie pracuje? Nie. Poznała jego rodzinę i przyjaciół? Nic z tego. Spotykali się u niej albo na szybko na mieście. Ale nigdy na poważnej kolacji. Nigdy się nie wystroił i nie zabrał swojej dziewczyny na miasto. On poznał jej przyjaciół. Wpadał do jej cukierni. Ale ona o nim wiedziała tylko tyle, że jest samotnikiem, który żyje z jakiejś rodzinnej fortuny, choć nie wydaje się, żeby mogła być zbyt wielka. Jeśli dzwonił, zawsze odbierała. Jak nie mogła odebrać, zostawiał wiadomość, a ona od razu oddzwaniała. Chciał się spotkać, pytała tylko, gdzie i kiedy, i zawsze tam była.

– O rany – szepnęła Gwen, najwyraźniej zasmucona, że zawiodłam naszą płeć.

– No nieźle, nie? – zgodziła się Martha. – A czy mnie posłuchała, jak prosiłam ją, żeby grała trudną do zdobycia? Nie. Czy słuchała, gdy przekonywałam, że przez cztery miesiące powinna chociaż zobaczyć jego mieszkanie albo poznać przynajmniej jakiegoś przyjaciela? Nie. Rozumiem. Zawrócił jej w głowie. Kurde, mógłby nawet zawrócić w głowie takiej gwieździe jak Melissa Etheridge. Jest chodzącym i gadającym wcieleniem wszystkiego, co męskie, każda z was by na niego poleciała. Ale dziewczyny nie można zdobyć zbyt łatwo, nie może być na każde zawołanie.

– Martha… – spróbowałam jeszcze raz.

Spojrzała na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami.

– O nie, Tess. Latałaś za nim, sama widziałam, a nagle przez ostatnie trzy miesiące ani słowa o Jake’u Knoxie, żadnych westchnień, zwierzeń, zupełnie jakby się zapadł pod ziemię. – Przechyliła się w moją stronę. – Wiem, co się stało – powiedziała i z powrotem się odchyliła. – Wszystko się skończyło. A ty rzuciłaś się na łeb na szyję, byle tylko się czymś zająć. – Odwróciła się do dziewczyn. – Nagle, po dwudziestu pięciu latach namawiania jej, kupiła sobie szkła kontaktowe. Nagle trzy razy w tygodniu chodzi na kick-boxing. Nagle szuka lokalizacji, żeby otworzyć nowe cukiernie i rozwijać biznes, a jednocześnie wystawia na sprzedaż swój ukochany dom i zaczyna marudzić o przeprowadzce do Kentucky. Nagle znajduje sobie nową fryzjerkę, wydaje trzysta dolarów na jakąś pieprzoną fryzurę. Nagle już nie chodzi na zakupy do Nordstromu, ale przeczesuje jakieś nory dla lasek motocyklistów. Wszystkie wiemy, że dziewczyna, którą zostawił naprawdę przystojny koleś, ma tylko dwie opcje. Może albo zainstalować się w najbliższym LaMar i powoli, a konsekwentnie wyjeść im cały zapas pączków, aż przytyje ze dwadzieścia kilo, zrezygnuje z fajnych kolesi i znajdzie sobie jakiegoś nieudacznika z piwnym brzuszkiem, który będzie całował ziemię, po której ona stąpa. Albo zrobić sobie nową fryzurę, wyćwiczyć nowy tyłeczek i rzucić się w wir pracy, a to znaczy, że wyczekuje tylko momentu, kiedy go znowu spotka i będzie mogła mu powiedzieć: „Zobacz, co straciłeś, durniu”. – Martha znów spojrzała na mnie. – I wiem dobrze, którą opcję ty wybrałaś.

Wcale tak nie było. No, może niezupełnie.

– Kochana…

Znów mi przerwała.

– A dzisiaj, widzę to w twoich oczach, coś się stało i domyślam się, że ten koleś wrócił. Znów bujasz w obłokach i zaczynasz marzyć, że będzie tym, kim ty byś chciała, żeby był, choć absolutnie wszystko temu przeczy.

– Dobrze jej powiedziałaś, siostro. – Pochwaliła ją Elvira.

– Ja… nie chciałabym być niemiła… – zaczęłam i spojrzałam na dziewczyny. – Ale my się właściwie nie znamy i…

Tym razem odezwała się Elvira.

– Nie, nie znamy się, to prawda. Ale z tego, co tu usłyszałam, najwyższy czas na interwencję, wszystkie tu mamy cycki i tyłki, oprócz Camille, bo ona ma szczęście i ma tylko tyłek, tego akurat Bóg jej nie poskąpił, wszystkie jesteśmy z tej samej gliny i jeśli którakolwiek z nas znajdzie się w sytuacji, która wymaga interwencji, naszym świętym obowiązkiem jest się wtrącać, nawet jeśli się nie znamy. – Elvira rzuciła pytające spojrzenie dziewczynom. – Nie mam racji?

Przyglądałam się Elvirze, mając ochotę wytknąć, że wszystko, co właśnie powiedziała, to czyste szaleństwo, ale niestety miała też sporo racji. Kobiety potrafią to jakoś łączyć. Wszystkie jej obserwacje były słuszne, łącznie z tą, że Camille miała niewiele z przodu, ale za to nadrabiała tym, co miała z tyłu.

– Masz rację, Elvira – wtrąciła Tracy.

– Moim zdaniem… – próbowała wtrącić Camille, ale Elvira jej przerwała.

– Gadaj – zażądała. – Ten Jake wrócił?

– Tak jakby – powiedziałam wbrew własnej woli, a Elvira groźnie zmarszczyła brwi.

– Jakby? A jak koleś może tak jakby wrócić?

– No… – jęknęłam, unikając wzroku Marthy, bo miała rację, nie mówiłam jej nic o tym, co zdarzyło się z Brockiem i z Damianem, że przesłuchiwała mnie międzyagencyjna grupa operacyjna, która próbowała rozbić imperium narkotykowe mojego byłego męża, i wtedy do mnie dotarło, że przyjaciółki chyba sobie opowiadają o takich sprawach.

Elvira zdjęła pokrywkę z shakera i wyciągnęła rękę nad stołem w moim kierunku.

– Golnij sobie, laska, i wyluzuj.

Ku swojemu zaskoczeniu wzięłam od niej shaker i zgodnie z radą tej ciut onieśmielającej dziewczyny faktycznie sobie golnęłam. Umiała robić drinki. Przekazałam shaker stojącej obok mnie Tracy, żeby też mogła się napić. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam.

– Widzisz, ja nic ci nie mówiłam… – zwróciłam się do Marthy – bo… sama… sama nie wiedziałam, co o tym myśleć.

– O rany – jęknęła znowu Gwen.

– Zamieniam się w słuch – powiedziała cicho Martha, wpatrując się we mnie w napięciu. Wiedziałam, że już się martwi.

A niech to.

– On nie nazywa się Jake Knox, tylko Brock Lucas – szepnęłam i nagle poczułam coś dziwnego, jakby od stołu zaczęło promieniować napięcie, ale ponieważ Martha się we mnie wpatrywała i widziałam, że się martwi, czym prędzej ciągnęłam dalej. – On jest w porządku. Problem leży gdzie indziej. Okazało się, że Damian jest bossem narkotykowym i zadzwonił do mnie niecały rok temu i skłamał, że jego ojciec jest chory. Umówiłam się z nim na lunch, a on stwierdził, że chce, żebym do niego wróciła. – Przerwałam, bo Martha naprawdę głośno zapiszczała „Co?”. – Kochana, to… nic takiego – powiedziałam cicho, kładąc jej rękę na ramieniu.

– Jak ten dupek do ciebie wydzwania, to jest poważna sprawa, Tess – warknęła z błyszczącymi oczami.

Miała rację. Nie wiedziała najgorszego, ale i tak od początku go nie lubiła. Zawsze uważała, że będą z nim kłopoty. Przymierzając sukienkę druhny, oświadczyła, że wykona swój obowiązek, ale jest przeciw. Nie znosiła Damiana. Dlatego też nigdy jej nie mówiłam, że mnie bił i zgwałcił. Straciłaby głowę, a ja potrzebowałam jej na wolności, a nie za kratkami odsiadującej wyrok za zabójstwo.

– Masz rację – zgodziłam się.

– Jasne, że mam – wypaliła.

Znów nabrałam powietrza.

– Oczywiście powiedziałam mu, że to nie wchodzi w grę, ale sama wiesz, jaki jest Damian.

Pokręciła głową i zwróciła się do dziewczyn z wyjaśnieniami.

– Ten dupek nigdy się nie poddaje. Wbija swoje jadowite kły i trzyma, aż wpuści cały swój jad.

– O Jezusie, wygląda na to, że niezbyt rozsądnie dobierasz sobie kolesi – bąknęła Elvira pod nosem.

– Niezbyt rozsądnie to mało powiedziane, jej rozsądek nawet nie to, że zawodzi, on chyba w ogóle się wyłączył – potwierdziła Martha, a ja zaczęłam się obawiać, że te dwie dziewczyny razem to nie jest najlepsza kombinacja.

Denver było dość spokojnym miastem. Nigdy nie słyszałam o bójkach, walkach ulicznych czy walce gangów o jakiś teren, ale przeczuwałam, że mogą się zacząć, jeśli te dwie połączą swoje siły i zaczną podburzać damską populację Denver, ucząc kobiety, jak bronić się przed męskimi świniami.

– I co było dalej? – chciała wiedzieć Camille. Odwróciłam się do niej i zdałam sobie sprawę, że ona, Gwen i Tracy wpatrują się we mnie z troską.

– Później było tylko gorzej – wyznałam.

– O rany – szepnęła Gwen.

– Masakra – jęknęła Martha.

– Co ty nie powiesz – wymamrotała Elvira.

– No więc Damian okazał się narkotykowym bossem – ciągnęłam – i jest w areszcie albo raczej był. Teraz wyszedł za kaucją i czeka na proces.

Martha posłała mi poważnie spojrzenie. Oczywiście wiedziała o tym. Wszyscy wiedzieli. Przecież było o tym w gazetach. Tylko raz o tym wspomniała, ale powiedziałam jej, że już dawno zniknął z mojego życia, więc mnie to nie obchodzi. Więcej do tego nie wracała.

– Ale ponieważ się ze mną skontaktował i ciągle do mnie wydzwaniał – ciągnęłam – służby specjalne uznały, że mogę mu jakoś pomagać.

– O rany – szepnęła Gwen.

– Masakra – jęknęła Martha.

– Co ty nie powiesz – wymamrotała Elvira.

– No więc… wysłali kogoś pod przykrywką, kto miał się do mnie zbliżyć, i ten ktoś to był Jake, czyli Brock.

– Ja pierdolę! – nie wytrzymała Martha.

– Skarbie, nie krzycz tak – szepnęłam, cała sztywniejąc.

A ona pochyliła się nad stołem, zabrała Camille shaker i wzięła kilka szybkich łyków, jakby to była oranżada, po czym odstawiła shaker i znów na mnie spojrzała. Uznałam, że to zachęta, żebym mówiła dalej.

 

– No… i to mniej więcej tyle. Zgarnęli wszystkich. Sprawdzili też mnie. Przeszukali mi dom, auto, cukiernię, sprawdzili moje komputery i moje finanse, przywieźli mnie na posterunek na przesłuchanie. Wtedy dowiedziałam się, kim naprawdę jest Jake, zamieniliśmy kilka słów i sobie poszłam.

Przerwałam, a Martha od razu zaczęła mówić.

– Coś ci powiem, Tess. Zawsze wiedziałam, że z Damianem będą kłopoty. Nie byłam zaskoczona, gdy przeczytałam o nim w gazetach.

Spojrzałam na nią i czekałam, aż padnie nieuchronne „A nie mówiłam”.

Martha mnie nie zawiodła.

– Coś ci jeszcze powiem, wiedziałam, że coś jest nie tak z tym Jakiem czy Brockiem, czy cholera wie kim.

Zacisnęłam usta.

– I powiem ci jeszcze, że nie mogę uwierzyć, że o niczym nawet nie wspomniałaś.

Przygryzłam wargę.

– A teraz wyjaśnij mi może, co to znaczy, że wrócił?

Puściłam wargę i się skrzywiłam. Martha zaczęła mi się uważnie przyglądać.

Postanowiłam, że skoro tyle przed nią ukrywałam, choć nie powinnam, lepiej, żebym teraz jej wszystko opowiedziała.

– Wpadł dziś do mnie, żeby wszystko wyjaśnić – powiedziałam cicho.

– Tak? I co ci powiedział?

– No… on, no wiesz… – Urwałam.

– O rany – szepnęła Gwen.

Zaczęłam mówić, ale Martha zrobiła minę, jakby jej głowa miała zaraz wybuchnąć.

– Chce, żebyśmy spokojnie pogadali i zobaczyli, co da się zrobić.

– Co da się zrobić? – szepnęła Martha, a ja wzruszyłam ramionami, mimo że wiedziałam, że nie wypadnie to najlepiej. – A co da się zrobić?

– Wpadnie dziś do mnie o dziewiątej – oznajmiłam, a Martha wzniosła oczy do nieba.

– O rany – szepnęły równocześnie Gwen i Camille.

Wzięłam kolejny głęboki wdech. Martha spojrzała mi prosto w oczy.

– Nie rób tego – powiedziała miękko.

– Martha…

Pokręciła głową.

– Mówię ci, Tess, nie rób tego.

– Ja…

Złapała mnie za rękę.

– Posłuchaj mnie, ale naprawdę, tym razem po raz pierwszy w życiu naprawdę mnie posłuchaj. Ten koleś oznacza kłopoty. Kłopoty. Może nie jest aż takim cholernym nadętym dupkiem, za jakiego go miałam. Ale za to jest nadętym dupkiem z policji, który cię wykorzystał. To, że gra po dobrej stronie, mimo że myślałam, że jest po drugiej, nie znaczy, że się dla ciebie nadaje.

– Kochana…

Pokręciła głową i ścisnęła mnie za rękę.

– Posłuchaj mnie, Tess – zasyczała. – Nie wiem, dlaczego zdecydowałaś się żyć, chowając głowę w piasek, ale kocham cię i taka już jesteś, trudno, nie ma sprawy. Ale ponieważ tak jest, moim zadaniem jest o ciebie dbać, kiedy ty nie uważasz, i teraz właśnie to robię, próbuję o ciebie zadbać. Jesteś naprawdę piękna. Kochana i dobra, za dobra. Uwielbiam to w tobie. I każdy to w tobie uwielbia. Masz czterdzieści trzy lata, za sobą paskudne małżeństwo z królem debili, któremu wreszcie udowodniono, że nim jest, a ty ciągle jesteś równie naiwna i słodka. To nawet urocze. Wierz mi, facetom to się podoba. Ale sprawia też, że jesteś łatwym celem, udało ci się do tej pory przetrwać, bo życie jako takie cię przeraża, ale kiedy już postanawiasz zaryzykować, robisz to zwykle dla niewłaściwego kolesia. Dla kolesi, którzy nie byliby dobrzy dla żadnej kobiety. Każdej dziewczynie, która nie chowa głowy w piasek, wystarczyłoby jedno spojrzenie na takiego gościa i wiedziałaby, że fajnie się z nim zabawić, ale potem trzeba iść dalej. Ale nie ty. Ty od razu marzysz o ogródku z białym płotem i o pieczeniu mu ekstrawaganckich tortów urodzinowych aż do śmierci. On zaczął to wszystko, bo byłaś łatwym celem. I wiem, dlaczego wrócił, bo jesteś naiwna i słodka, a jemu się to spodobało. Ale on cię zniszczy, Tess, przeżuje i wypluje. Już to zrobił, a ty, moja kochana dziewczyno, wystaw wreszcie głowę nad piasek i zrozum wreszcie, kim on jest, bo inaczej to się powtórzy.

– Aha – szepnęła Elvira, a ja spojrzałam na nią.

– Przecież wy go nawet nie znacie – stwierdziłam, choć wiedziałam, że to głupio zabrzmi.

– No… przykro mi to mówić, ale to nieprawda – powiedziała cicho Gwen, a ja spojrzałam na nią zdziwiona.

– Znacie go? – spytałam.

– Ja tak. To było już jakiś czas temu… – Spojrzała na Elvirę, a potem znów na mnie. – On był… Mój facet pracuje w tej branży i doszło do sytuacji, w której brałam udział ja i również Lucas. Wtedy też działał pod przykrywką… – Przerwała, wzięła niewielki wdech i ciągnęła miękko. – Przykro mi, Tess, ale wtedy jego zadanie też wiązało się z pewną dziewczyną. Miała na imię Darla i była straszną zdzirą, poważnie, najgorszego rodzaju, ale on udawał, że z nią jest, a tak naprawdę był z nią tylko po to, żeby dorwać pewnego drania. To nawet fajne, że jest tak oddany swojej pracy, ale musisz wiedzieć, że Brock Lucas jest znany właśnie z tego, że potrafi się posunąć daleko.

Popatrzyłam na nią i zrozumiałam, co chce mi powiedzieć. Wszystko zrozumiałam. To coś w moim brzuchu znów zaczęło pęcznieć, syczeć, obnażyło kły, szykowało się do ataku. A niech to. Musiałam stamtąd uciec i jakoś to opanować, zanim mnie zaatakuje, albo gorzej, zanim wypuści truciznę.

– Muszę już iść – szepnęłam, odsuwając się od stołu.

Martha ścisnęła mnie za rękę.

– Zostań, skarbie.

Delikatnie się wyswobodziłam i zrobiłam krok w tył, czując na sobie ich zatroskane spojrzenia.

– Naprawdę muszę już iść – powtórzyłam.

– To chyba nie najlepszy pomysł, skarbie – powiedziała Elvira.

Spojrzałam na Marthę.

– Później do ciebie zadzwonię – szepnęłam.

– Tess, kochanie – zaczęła również szeptem, ale ja już się odwróciłam i zniknęłam za szklanymi drzwiami.

Znalazłam Adę, powiedziałam jej, że mam migrenę, wzięłam torebkę i pobiegłam do auta. Miałam nadzieję, że Elvira, Gwen, Camille albo Tracy podrzucą Marthę do mnie, żeby mogła odebrać swoje auto.

A po drodze do domu, jak kompletna idiotka, zajechałam do sklepu i kupiłam sześciopak budweiserów, bo Brock tak je lubił.