Niepokorny mężczyzna

Tekst
Z serii: Dream Man
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale ja nie miałam z tym nic wspólnego – zapewniłam wciąż szeptem.

Z kieszeni marynarki wyjął jakiś złożony dokument i rzucił go na stół.

– To nakaz rewizji. Moi ludzie właśnie przeszukują pani mieszkanie, auto, biuro i służbowe komputery. Potrzebujemy też próbki pani pisma, bo ktoś podpisał się w pani imieniu, otwierając te zagraniczne konta. To było właśnie mniej więcej sześć miesięcy temu.

Przez chwilę wpatrywałam się w niego zdziwiona, po czym zamknęłam oczy i poczułam, że zaczynam się trząść.

Damian.

Wszystko wskazywało na to, że jednak nigdy się od niego nie uwolnię.

– Ja nie… Nie mogę… – Wzięłam głęboki wdech, spojrzałam na agenta Calhouna i powiedziałam: – Trudno mi w to wszystko uwierzyć.

– Jeśli to, co pani powiedziała, okaże się prawdą, będzie to miało wpływ na nasze dochodzenie, ale obawiam się, że muszę panią prosić, pani O’Hara, żeby została tu pani aż do zakończenia rewizji. A to może potrwać – powiedział, jednocześnie wstając. – Może napije się pani kawy?

Odchyliłam głowę do tyłu, żeby na niego spojrzeć. Byłam tak zaskoczona tym, co usłyszałam, że nie byłam w stanie odpowiedzieć.

– Tess – powtórzył cicho. – Kawy?

Wciąż się w niego wpatrywałam, przytaknęłam.

– Chętnie, dziękuję – wymamrotałam i wbiłam wzrok w stół.

– Ktoś zaraz przyniesie ci kawy – powiedział w czubek mojej głowy.

– Dzięki – powtórzyłam w stronę stołu.

Nie widziałam go, ale jeszcze przez kilka chwil czułam jego obecność. Nagle usłyszałam kroki, po chwili drzwi się zatrzasnęły, a ja zostałam sama w pokoju, w którym był tylko stół, krzesła i lustro, i być może ktoś za nim.

Siedziałam bez ruchu i wpatrywałam się w blat.

Na szczęście, gdy wbrew woli uroniłam łzę, popłynęła po policzku, którego nie było widać od strony lustra.

Rozdział drugi
Do wyjścia i po schodach

Przez jakiś czas gapiłam się w stół. Potem przynieśli mi kawę i kazali podpisać się na czystej kartce. Wypiłam kawę i wróciłam do wpatrywania się w blat. W pamięci wciąż miałam odbicie swojej bladej twarzy. Boże, czy to naprawdę ja?

Drzwi się otworzyły, odwróciłam głowę i zobaczyłam agenta Calhouna.

– Możemy już panią wypuścić, pani O’Hara – powiedział cicho. – Obawiam się, że sprawdzenie pani komputerów zajmie nam jeszcze trochę czasu, musimy też panią prosić, żeby nie opuszczała pani miasta, na wypadek gdybyśmy mieli kolejne pytania. Ale może już pani wracać do domu.

Zanim wstałam, przyglądałam mu się przez chwilę. Złapałam torebkę, którą pozwolili mi wziąć ze sobą, ruszyłam w jego stronę, ale nie odsunął się od drzwi, więc stanęłam jakieś pół metra przed nim.

– Skontaktujemy się z panią, kiedy skończymy sprawdzać pani komputery, żeby uzgodnić sposób ich odbioru. To nie powinno potrwać dłużej niż dzień lub dwa – ciągnął ściszonym głosem, a ja przytaknęłam. – Czy chciałaby pani, żeby wezwać taksówkę, czy może powinniśmy zadzwonić po kogoś z pani przyjaciół?

Nie miałam najmniejszego zamiaru dzwonić do przyjaciół. Nie w takiej sprawie. Nie, gdy chodziło o Damiana. Mogliby zacząć zadawać pytania i oczekiwać odpowiedzi, a ja musiałabym skłamać.

W żadnym wypadku.

– Sama zadzwonię po taksówkę – powiedziałam. – Dziękuję, agencie Calhoun.

Żadne z nas się nie poruszyło.

– Tess, wiem, że to była długa noc, ale jeśli poczekasz dwadzieścia minut, spróbuję się zwolnić i odwiozę cię do domu – zaproponował po chwili.

Spojrzałam na niego badawczo i po raz pierwszy zauważyłam, jak wygląda. W jego czarnych włosach błyszczało kilka siwych kosmyków, ale niewiele. Był wysoki, miał szerokie ramiona i niewielki brzuszek. Miłe zmarszczki wokół oczu sugerowały, że albo powinien częściej nosić okulary przeciwsłoneczne, albo po prostu lubił się śmiać. Był ode mnie starszy może z pięć lat, może ciut więcej i dobrze to maskował, albo był młodszy, ale kiepsko o siebie dbał. Nie nosił obrączki.

To był mężczyzna dla mnie.

Taki mężczyzna pasował do bladej kobiety, którą zobaczyłam w lustrze, taki mężczyzna potrafiłby się nią zająć.

A nie jakiś Jake Knox.

Jake Knox zupełnie się do tego nie nadawał.

Agent Calhoun wyglądał na porządnego człowieka, pewnie był nawet dobrym i spokojnym mężczyzną, i, co znacznie ważniejsze, czułam się przy nim bezpiecznie.

Nie chciałam wybrzydzać, ale nie był to wymarzony mężczyzna. Już raz popełniłam błąd i dałam się oczarować mężczyźnie, który zaślepił mnie swoją charyzmą i urodą. Ale jeśli czegoś się nauczyłam tej nocy, to że warto rozsądnie wybierać, a wtedy będę bezpieczna.

Poczułam, że coś ciśnie mnie w brzuchu, to coś kręciło się, jakby się miało zaraz rozwinąć, a miałam już wystarczająco duże doświadczenie z tym jadowitym wężem i wiedziałam, że wcale tego nie chcę.

Ale wiedziałam też, że jest to nieuniknione.

– Dam sobie radę – powiedziałam miękko.

Przekrzywił głowę na jedną stronę, a w jego spojrzeniu coś się zmieniło. Pojawiło się rozczarowanie, czy może troska.

– Jesteś pewna? – zapytał, a ja pokiwałam głową.

Otworzył drzwi i odsunął się.

Wyszłam na korytarz, szukając w torebce telefonu. Na szczęście sieci taksówkarskie w Denver miały łatwe do zapamiętania numery telefonów, które reklamowali na każdym aucie.

Nigdy wcześniej nie dzwoniłam po taksówkę. Nigdy. Idąc wzdłuż korytarza, wybrałam jeden z numerów i przyłożyłam aparat do ucha. Wyszłam z wąskiego korytarza wprost do pomieszczenia pełnego ludzi, dzwoniących telefonów, palców śmigających po klawiaturach i ściszonych rozmów.

Błędnym wzrokiem rozejrzałam się po sali. Nagle zamarłam. W tej samej chwili usłyszałam, że ktoś z firmy taksówkarskiej odebrał telefon.

Zapatrzyłam się przez szybę biura na plecy mężczyzny, którego znałam. Od razu wiedziałam, czyje to plecy. O rany. Znałam ten stary T-shirt i dobrze zapamiętałam sobie ten tyłek w wytartych dżinsach. Tuliłam się do tych pleców, gdy jechaliśmy na motorze. Pieściłam skórę na tych plecach i na tym tyłku ostatniej nocy, po tym gdy ściągnęłam z niego tę koszulkę, a on zdjął te dżinsy. Ostatniej nocy zanurzałam też palce w tych rozwichrzonych ciemnobrązowych włosach, zresztą nie tylko ostatniej nocy, ale już wiele, wiele razy.

Odwrócił się do drzwi, ale nie widziałam jego twarzy. Nie. Zobaczyłam za to lśniącą odznakę przy pasku.

Sypiasz nago?

Nie.

To włóż coś na siebie.

O Boże!

Wyszedł z biura, a ja przeniosłam wzrok z odznaki na znajomą twarz. A potwór w moim brzuchu rozwijał się i pęczniał, wypełniał mój żołądek, podpełzał do gardła. Nie zauważyłam, jaki miał wyraz twarzy, nie poczułam też, by jego nastrój wypełnił nagle pokój.

Wiedziałam, że mężczyzna taki jak Jake Knox nigdy nie zwróciłby uwagi na taką bladą kobietę jak ja. Chyba że tego wymagała jego praca. Nasze spojrzenia wreszcie się spotkały i Jake stanął jak wryty. Podbiegłam do windy, nacisnęłam guzik i nerwowo skanowałam przestrzeń. Znalazłam to, czego szukałam. Wyjście awaryjne. Schody. Pchnęłam drzwi, ustąpiły, wypadłam przez nie i ruszyłam w dół. Słyszałam echo własnych obcasów, a potem jeszcze echo ciężkich butów. Jedno piętro, byłam od niego szybsza. Drugie. Zostały jeszcze trzy.

– Tess – usłyszałam jego głos i przyspieszyłam.

Kolejne piętro i w dół.

– Cholera, Tess – wołał, ale ja nie zwalniałam.

Jeszcze jedno piętro i w dół. Był coraz bliżej. Ostatnia kondygnacja. Zbiegłam po schodach i… już trzymałam dłoń na klamce, już otwierałam drzwi, gdy na nadgarstku poczułam żelazny uścisk. Odciągnął mnie od drzwi i popchnął na ścianę, do której przycisnął mnie całym swoim wysokim i szczupłym ciałem.

Nie chciałam na niego patrzeć.

– Puść mnie – szepnęłam.

– Obiecałaś, że porozmawiamy – warknął.

Pokręciłam głową, wciąż patrząc w bok.

– Puść mnie – zażądałam.

– Tess, kochanie. – Jego głos stał się czuły, delikatnie objął mnie za szyję. – Obie…

Spojrzałam mu prosto w oczy. To, co zobaczył w moim spojrzeniu, sprawiło, że umilkł w pół słowa.

– Puść mnie – wysyczałam.

Posłuchał i odsunął się.

Ruszyłam prosto do drzwi i otworzyłam je z impetem. Już w nich stojąc, odwróciłam się i zobaczyłam, że wciąż na mnie patrzy. Nie byłam w stanie nic wyczytać z jego kamiennej twarzy, z całej siły zaciskał szczęki.

– Jake to twoje prawdziwe imię? – spytałam cicho.

Patrzył na mnie tymi srebrnoszarymi oczami, teraz nie błyskał w nich kolor ciekłej rtęci, nie było w nich czułości, ale biła z nich jakaś powaga.

Wstrzymałam oddech, a on w końcu pokręcił głową.

Bez słowa, nie oglądając się za siebie, wypadłam z budynku.

Rozdział trzeci
Kentucky

TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ…

Krzątałam się po kuchni, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Spojrzałam na mikrofalówkę. Jasna cholera. Martha przyszła wcześniej. Dziwne, to nie w jej stylu. Specjalnie umówiłam się z nią na trzecią, bo chciałam, żeby dotarła do mnie nie wcześniej niż wpół do czwartej. Martha prawie zawsze się spóźniała – średnio około pół godziny. (Znałyśmy się z Marthą wystarczająco długo, żebym była w stanie dokładnie wyliczyć czas przeciętnego spóźnienia). A zdarzyło się też kilka razy, że wpadała z całą masą wymówek na ustach, tłumacząc, czemu spóźniła się czterdzieści pięć minut albo nawet godzinę.

Była dopiero za dziesięć trzecia, ciasto nie było jeszcze gotowe. Kurde. To mogło oznaczać dwie rzeczy: problemy sercowe albo z garderobą. Żadna z tych opcji nie była dobra, bo znaczyła, że Martha będzie znacznie bardziej podenerwowana niż zwykle. A zwyczajna nerwowość Marthy, która wiodła szalone, zupełnie nieprzewidywalne życie, była już wystarczająco trudna do zniesienia. Ja pierdolę.

 

– Skarbie, jestem po łokcie w lukrze – krzyknęłam w stronę drzwi, pochylając się nad ciastem z rękawem lukru. – Jest otwarte, wejdź, proszę! – dokończyłam, ozdabiając co trzecią puszystą gwiazdkę z białego śmietankowego kremu żółtą kropką lukru. Usłyszałam otwierające się drzwi. Stałam w swojej wyspowej kuchni, pochylona nad tortem, ale wyczułam jej obecność. – Troszkę się nie wyrobiłam – powiedziałam w stronę tortu. – Weź sobie coś do picia. Możesz wyjąć też coś dla mnie. Może być Cherryade. Z lodem – poprosiłam, robiąc kolejne kropki na gwiazdkach, najpierw na tych w środku i przesuwając się w stronę brzegu ciasta.

Martha nawet nie drgnęła. Podniosłam wzrok i już chciałam coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mi w gardle, bo przed sobą zobaczyłam… Jake’a Knoxa. Z rękami skrzyżowanymi na szerokiej klacie nonszalancko opierał się o framugę. Nie byłam w stanie się poruszyć ani wydobyć z siebie słowa, próbując ogarnąć jego postać.

Wytarty czarny T-shirt, a na nim wyblakłe litery układające się w napis „Charlie Daniel’s Band” na równie wyblaklej amerykańskiej fladze, wszystko razem idealnie dopasowane do szerokości jego klaty. Okulary lustrzanki zaczepione o dekolt. Jego dżinsy były tak wytarte, że zyskały własny, unikalny odcień błękitu, postrzępione przy kieszeniach, tu luźne, tam dopasowane, podkreślały jego wąskie biodra i długie nogi. Potargane ciemnobrązowe włosy, nieco dłuższe, niż zapamiętałam, zaczęły mu się lekko kręcić na karku i za uszami. Wyraziste kości policzkowe i co najmniej trzydniowy zarost. Srebrnoszare oczy patrzyły prosto na mnie.

Ja pierdolę.

Wyprostowałam się, przełożyłam rękaw z lukrem z ręki do ręki i spojrzałam na niego pytająco. Rzucił mi podobne spojrzenie.

Jemu wyszło to lepiej.

Zamrugałam gwałtownie i gdy już chciałam coś powiedzieć, coś zrobić, a może coś wykrzyczeć, sam się odezwał.

– Jesteś już gotowa porozmawiać?

Znów zamrugałam.

– Słucham? – szepnęłam.

– Mieliśmy pogadać, Tess. – Jego głos odbił się echem w mojej kuchni. – Obiecałaś mi to. Chciałem tylko wiedzieć, czy jesteś już gotowa.

Oparłam się o blat, wciąż patrząc na niego zdziwiona.

– Czyś ty oszalał? – spytałam.

Zignorował moje pytanie.

– Nazywam się Brock Lucas – oznajmił.

Zamknęłam oczy i zwiesiłam głowę, bo wreszcie dowiedziałam się tego, nad czym tyle nocy myślałam, a czego niedane mi było się wcześniej dowiedzieć, bo zakochałam się w oszuście.

– Tess, mała, spójrz na mnie – warknął. – No już.

Otworzyłam oczy i podniosłam głowę. Fala jego nastroju wypełniła wreszcie pokój i przebiła się do mnie przez kokon zaskoczenia, który mnie wcześniej chronił. Poczułam to napięcie na skórze.

– O Boże – szepnęłam. – Ty jesteś na mnie zły?

– Nie – uciął. – To prawda, byłem wściekły, bo po raz pierwszy kochałem się z moją kobietą, ona mi coś obiecała, a zaledwie kilka godzin później złamała tę obietnicę. Bo na jej trawniku stoi jakaś cholerna tablica z napisem „Na sprzedaż”, bo wszedłem do środka i widzę ją w takim stanie, i muszę przyznać, mała, że już nie jestem wściekły, jestem wkurwiony.

Czy on…?

Czy on…?

Czy on naprawdę to powiedział, czy może się przesłyszałam?

– Słucham? – szepnęłam, ale teraz ten szept był już inny.

Nie zamierzał się powtarzać.

– Gdzie masz okulary? – spytał.

– Słucham?

– Okulary, Tess. Gdzie masz swoje cholerne okulary? Nigdy wcześniej nie dekorowałaś tortu bez okularów.

– Kupiłam sobie szkła kontaktowe – warknęłam.

Przechylił głowę na bok.

– Jezu – westchnął, wznosząc oczy do nieba i zacisnął zęby.

Dlaczego, do jasnej cholery, pytał mnie o okulary? Miałam to gdzieś. Nie. Niestety nie. Zależało mi tylko na jednym.

– Wynoś się – zażądałam, a on pochylił głowę i posłał mi groźne spojrzenie.

– Nie.

Spojrzałam na niego zdziwiona.

– Nie?

– Tak, dobrze słyszałaś, Tess, nie.

– Czyś ty… – zaczęłam. – Czyś ty oszalał?

Znów zignorował moje pytanie.

– Co ty w ogóle masz na sobie? – spytał.

– Słucham?

– Mała, pytam, co ty, kurwa, masz na sobie?

Spojrzałam na siebie, a potem znów na niego.

– T-shirt i dżinsy… – Zawahałam się, po czym syknęłam: – Brock.

– Nikt tak do mnie nie mówi, wszyscy mówią Chudy.

Ta sytuacja była surrealistyczna.

– Co?

Odsunął się od framugi.

– Wszyscy mówią na mnie Chudy: moja matka, ojciec, brat, siostry i przyjaciele – wyjaśnił.

– Ale ty nie jesteś chudy – zauważyłam, może i był szczupły, ale nie przyszłoby mi do głowy nazywać go chudym.

– Nie, jak się urodziłem, ważyłem cztery i pół kilo. To miał być taki żart, bo byłem dużym dzieciakiem. Moja rodzina ma takie porąbane poczucie humoru.

Nieźle. Ważył cztery i pół kilo. Musiał być z niego kawał bobasa.

Jest wysoki, jakieś metr osiemdziesiąt pięć, albo może nawet metr dziewięćdziesiąt. Umięśniony. Ale nie chudy! Trudno było mi sobie wyobrazić, że był „dużym dzieckiem”. Zauważyłam, że ominął wyspę kuchenną i skierował się w moją stronę. Natychmiast przestałam analizować jego wagę kiedyś i dziś i zaczęłam się wycofywać. Błyskawicznie wróciłam do tu i teraz.

– Powinieneś już iść – powiedziałam stanowczo.

– Ta – odparł, zbliżając się do mnie. – Już się domyśliłem, ale coś ci powiem, Tess, nigdzie się nie wybieram.

Stanął tuż obok. Poczułam ciepło jego ciała, musiałam podnieść głowę do góry, żeby na niego spojrzeć – byłam od niego piętnaście centymetrów niższa.

– Proszę, idź sobie – powiedziałam, ale już nie tak stanowczo.

Pochylił się nade mną, opierając się o blat z obu moich stron. Żeby się zasłonić, podniosłam ręce (i rękaw z lukrem).

Znów zignorował moje słowa.

– Nie zadzwoniłaś – powiedział ze złością.

Spojrzałam na niego zdziwiona.

– Ja nie zadzwoniłam?

Łypnął na mnie.

– No właśnie, mała, nie zadzwoniłaś.

– Ja nie zadzwoniłam – szepnęłam, a moje serce, które i tak biło już dość szybko, zaczęło walić jak młotem.

– Przez trzy miesiące – dorzucił i zamilkł.

Wpatrywałam się w jego błyszczące, srebrne oczy.

Po czym nagle otrzeźwiałam.

– Czyś ty zgłupiał? – zapiszczałam.

– Tess…

– Pierdol się! – krzyknęłam i pchnęłam go z całej siły, przy okazji strumyczek żółtego lukru prysnął na podłogę tuż obok nas i ozdobił jego koszulkę z Charliem Danielsem. Wyrwał mi rękaw z lukrem, rzucił go na blat obok tortu i wrócił do mnie. Położyłam dłonie na jego silnej piersi i znów go pchnęłam.

– Pierdol się! – powtórzyłam.

Odchylił się odrobinę do tyłu, po czym zaraz przysunął się jeszcze bliżej. Jego twarz była tuż obok mojej.

– Może dasz mi coś powiedzieć? – ryknął.

– Nie! – zapiszczałam. – Nie ma mowy. Mam cię gdzieś. Wykorzystałeś mnie.

– Taką mam pracę – rzucił.

– A co mnie to obchodzi? – spytałam.

– Może gdybyś się, do cholery, trochę uspokoiła i przez chwilę mnie posłuchała, dowiedziałabyś się, czemu powinno cię to, kurwa, obchodzić.

– Jestem święcie przekonana, Brocku Lucasie, że cokolwiek masz mi do powiedzenia, niczego to nie zmieni.

– Tess, twój były to naprawdę niezły skurwysyn, musieliśmy go dorwać. Był groźny.

Zupełnie zamarłam.

– To akurat wiem, Brock. Naprawdę – powiedziałam drżącym głosem, wciąż patrząc mu w oczy.

Jego tęczówki zmieniły barwę i przybrały teraz kolor ciekłej rtęci. Zapatrzyłam się w nie zachwycona. Podniósł ręce i położył mi dłonie na karku, palce zanurzył w moich włosach. Jego twarz była tuż przy mojej.

– Kochanie – szepnął jakby ze smutkiem i bólem. Poczułam się, jakby dźgnął mnie wyszczerbionym nożem.

O Boże. On wiedział. No tak. Oczywiście, że wiedział.

To coś dziwnego w moim brzuchu znów zaczęło pęcznieć i mnie wypełniać, podpełzało do gardła, ale teraz nie było w nim paraliżującej trucizny czy rozpaczy. Było coś innego.

Panika.

Chciałam mu się wyrwać, ale trzymał mnie mocno. Popchnął mnie wzdłuż blatu, w stronę rogu.

Nie miałam jak uciec, poczułam, że ciało mi sztywnieje, z całej siły napierałam dłońmi na jego tors.

– Puść mnie i idź już – szepnęłam.

– Nikt nie wie, że tak cię skrzywdził, prawda? – powiedział z czułością.

– Puść mnie i idź już.

– Nawet twoje przyjaciółki o niczym nie wiedzą.

– Brock, powiedziałam, żebyś mnie puścił i spadał – zażądałam.

– Zakopałaś to bardzo głęboko – wymamrotał.

– Wynoś się! – zapiszczałam i spojrzałam mu prosto w oczy.

Przytulił mnie mocniej ramieniem, a drugą dłonią pogłaskał delikatnie mój policzek.

– To mnie pierwszego wpuściłaś do środka od tego czasu, prawda, kochanie?

O Boże.

– Wynoś się już – szepnęłam.

– Tess – odpowiedział również szeptem.

Zamilkłam.

– Musisz przestać to ukrywać – poradził mi, a ja wbiłam wzrok w jego ucho. – Spójrz na mnie – zażądał, więc popatrzyłam mu w oczy.

Nic nie powiedziałam.

Wpatrywał się we mnie.

– Tak długo się powstrzymywałem, Tess – powiedział z czułością. – Chciałem, żeby to się między nami wydarzyło, ale jak już dorwiemy Hellera i ty zostaniesz oczyszczona z podejrzeń. Ale te twoje cholerne okulary i tak słodko zawsze wyglądasz, gdy cię całuję, jakbyś doświadczała jakiegoś cudu, ja pierdolę, Tess. – Jego dłoń zacisnęła się mocniej na mojej szyi. – Kurde, kochanie, tak na mnie działałaś, że nie mogłem już dłużej czekać. – Pogładził mnie kciukiem po policzku, jego spojrzenie stało się gorące, a głos głęboki tak jak zawsze, gdy mówił mi coś, ale tak naprawdę zdawał się mówić do siebie. – A jeszcze dużo piękniej wyglądałaś, gdy szczytowałaś.

– Proszę cię, puść mnie i idź już – szepnęłam.

Pokręcił głową.

– Taką mam pracę i wiem, że to cholernie trudne. Ale uwierz mi, Tess, gdybym wiedział, co on ci zrobił, nigdy bym cię tak nie wykorzystał. Mówię poważnie, Tess. – Jego głos stał się jeszcze niższy i przysunął się odrobinę bliżej. – Musisz mi uwierzyć, mała. Gdybym wiedział, nigdy bym tego nie zrobił.

– Ale zrobiłeś – powiedziałam cicho.

– Nie wiedziałem. – Jego dłoń znów zacisnęła się na moim karku.

– Ale i tak to zrobiłeś. – Odgięłam się do tyłu, żeby się od niego odsunąć. – Ja nigdy nie grałam z tobą w żadne gierki, nigdy, a ty oszukiwałeś mnie od samego początku.

Zabłysły mu oczy, a dłoń znów zacisnęła się na moim karku.

– To nieprawda, Tess, i dobrze o tym wiesz.

– Miałeś rację, gdy powiedziałeś, że byłeś pierwszym, którego do siebie dopuściłam, a okazało się, że nie znałam nawet twojego prawdziwego imienia.

– Musieliśmy dorwać tego drania – jęknął.

– Może i tak, ale jakoś nie dodaje mi otuchy to, że pierwszy mężczyzna, któremu zaufałam po wyjątkowo nieudanym małżeństwie, okazał się detektywem sprawdzającym moje potencjalne powiązania z przestępczą działalnością mojego byłego męża.

– Od tego się zaczęło, to prawda, i taki stan rzeczy trwał może z godzinę. Nie powiesz mi chyba, że nie wiedziałaś od razu, gdy tylko wszystko się zmieniło. Nie jesteś przecież wstrętną kłamczuchą.

Nie mylił się. Wiedziałam. I to od razu. Spędziłam kiedyś całą noc, rozmyślając o tym.

Dlatego nic nie odpowiedziałam.

– Miałem zadanie do wykonania – ciągnął. – Plan był taki, żeby załatwić wszystko za jednym zamachem. Wiedziałem, że ciebie nie będziemy musieli aresztować, ale chciałem ich najpierw przekonać, że jesteś niewinna, żeby cię w to nie wciągali i żebyś nie musiała się sama bronić.

– Chcesz powiedzieć, że to wszystko było po to, żeby mnie chronić?

– Nie, mówię tylko, że wykonywałem swoją pracę, nie miałaś nic na sumieniu, więc nie musiałem cię chronić, ale przez te cztery miesiące bardzo lubiłem swoje obowiązki.

Na chwilę zabrakło mi tchu. Nie byłam w stanie wydusić słowa. Brock najwyraźniej nie miał takich problemów.

– Może i nie znałaś mojego imienia, Tess, ale przez cały ten czas byłem twój i dobrze o tym wiesz.

 

Uparcie wpatrywałam się w jego szyję.

– Mała, spójrz mi w oczy – zażądał, a ja podniosłam na niego wzrok.

– Dlaczego tu przyszedłeś? – zapytałam cicho, a on westchnął.

– Jeszcze się pytasz? – odpowiedział pytaniem. Wydawał się zniecierpliwiony.

– Powiedz mi, czego oczekujesz po tej rozmowie? – naciskałam.

Pokręcił głową, przyglądając mi się uważnie. W jego oczach pojawił się blask i poczułam, jak iskrzące napięcie zaczyna znikać, a pokój pomału wypełnia słodki szum rozbawienia.

– Jak myślisz, jak często ucinam sobie pogawędki z kobietami, przyciskając je do blatu i próbując obejmować, a wszystko w mojej ulubionej koszulce wymazanej lukrem? – zapytał.

O Boże. Musiałam, jak najszybciej zamienić tego seksownego i żartobliwego Brocka na Brocka, który zniknął z mojego życia. Robiłam, co mogłam.

– Nie mam pojęcia. Jak się okazuje, nie wiem o tobie zbyt wiele.

Wpatrywał mi się w oczy.

– Cóż, w takim razie wyjawię ci sekret, odpowiedź na to pytanie brzmi: nigdy. Jeśli jakaś dupa zaczęłaby się na mnie wydzierać, stroiła fochy, wymazała mi koszulkę Charliego Danielsa lukrem, więcej by mnie nie zobaczyła. No, chyba że byłabyś to ty.

– Nie lubię, jak się o mnie mówi „dupa” – warknęłam.

Przysunął się jeszcze bliżej i dostrzegłam w jego oczach rozbawione ogniki.

– Teraz, skarbie, upierasz się już tylko po to, żeby się upierać, i oboje o tym wiemy.

A niech to. Miał rację. Ale nie odwróciłam wzroku. Postanowiłam działać inaczej.

– Nie mam teraz czasu na takie rozmowy. Muszę dokończyć ciasto, muszę się przebrać, bo umazałam też swoją bluzkę, a za chwilę muszę lecieć na bociankowe – oznajmiłam, a on wydął wargi. Zanurzył palce w moich włosach, przeczesał je i objął mnie mocno.

A niech to, brakowało mi tego. Gdy miał dobry nastrój, był cudowny. Potrafił być taki słodki. Potrafił być też wrażliwy. Potrafił tak mocno mnie tulić. I przy tym tak delikatnie. Tulił mnie, kiedy się śmiał i kiedy ja się śmiałam. Tulił mnie, kiedy mnie całował. I tulił mnie też czasem tak po prostu. Tęskniłam za tym. A niech to.

– O której wrócisz do domu? – zapytał.

– Późno – odparłam.

– Czyli kiedy? – naciskał.

– Czyli późno – zrobiłam unik.

Przytulił mnie mocno.

– Tess – powiedział niskim głosem.

Cholera.

– Nie wiem, o siódmej, może o ósmej?

– Wpadnę do ciebie o dziewiątej – oznajmił.

A niech to.

– To może od razu umówimy się na kawę? – zaproponowałam.

– Nie ma mowy, nie jestem głupi.

A niech to! Z całą pewnością wymigałabym się od tej kawy i dobrze o tym wiedział.

– Ale teraz musisz mi jedno wyjaśnić. Czemu wystawiłaś swój dom na sprzedaż?

– Potrzebuję odmiany – odparłam.

– Ta – znów mnie przytulił – to widzę. Straciłaś z pięć kilo, które dodawały uroku twojemu tyłeczkowi i cyckom. Nosisz dżinsy i koszulki zamiast swoich eleganckich strojów i szpilek. Okulary wymieniłaś na szkła kontaktowe. Jedyne, co mi się podoba, mała, to twoje włosy. Wydają się takie dłuższe i lżejsze.

Podobały mu się moje włosy! Starałam się nie dopuścić do siebie tego cudownego mrowienia. Ale wyszło bardziej, jakbym udawała, że nie czuję tych cudownych dreszczyków, które przebiegły po moim ciele.

– Brock, proszę cię, możemy porozmawiać o tym później?

– Dokąd chcesz się wyprowadzić? – zapytał, najwyraźniej informując mnie tym samym, że nie możemy przełożyć tej rozmowy.

– Jeszcze nie zdecydowałam – skłamałam.

Pulsujący szum jego dobrego nastroju nagle przycichł i Brock spojrzał na mnie spod przymkniętych powiek.

– Jezu, Tess, czy te trzy miesiące, które spędziłaś, liżąc rany, wymazują te cztery, które spędziliśmy razem, i zapomniałaś już, że mnie tak łatwo nie nabierzesz?

Ja też przymknęłam oczy.

– To cios poniżej pasa – stwierdziłam.

– Wiesz, co było ciosem poniżej pasa? To, że potrzebowałaś cholernych trzech miesięcy, żeby się nad sobą użalać, i sprawiłaś, że musiałem się tu do ciebie przywlec. Ale jeszcze o tym pogadamy.

Cała zesztywniałam.

– Jeśli to po to chcesz wpaść, to możesz sobie darować.

– A właśnie, że nie – zagrzmiał. – Widzę, że przez to wszystko będziesz teraz ciągle pyskować, mała, a Tess, którą znałem, była słodka jak miód od pierwszej chwili poranka, aż do momentu, gdy całowałem ją na dobranoc. Wiem, że cała ta sytuacja była nieźle porąbana. Mnie też to porządnie namieszało w głowie, ale chcę spróbować to ogarnąć. Z tym że musisz wiedzieć jedno, Tess, że jak już sobie z tym poradzimy, to nie chcę, żebyś potem bez przerwy do tego wracała i żebyśmy musieli to ciągle przegadywać. Jak to ogarniemy, to idziemy dalej. Ustaliliśmy, że będę u ciebie dzisiaj o dziewiątej, pogadamy tak, jak powinniśmy byli już trzy miesiące temu, i zobaczymy, na czym stoimy. Tak czy siak, powiedz mi teraz, dokąd chcesz się przeprowadzić.

– Niczego nie ustalaliśmy, Brock. To ty stwierdziłeś, że do mnie wpadniesz. Ja wolę się umówić na kawę.

– Nie zgrywaj się, Tess. Wiem, że z kawy się wymigasz.

– Nic nie rozumiesz! – krzyknęłam. – Nie przyszło ci do głowy, że wśród tych wszystkich zmian jest też plan zapomnienia o Jake’u Knoxie czy tam Brocku Lucasie?

To był błąd. I to duży błąd. Zrozumiałam to, gdy jego ramię nagle napięło się, druga dłoń musnęła moje plecy i ujął mnie za głowę, pochylił się nade mną, przyciskając do blatu. Jego twarz była tuż przy mojej.

– Widziałem cię – warknął. – Calhoun obiecał, że będzie się z tobą delikatnie obchodził, powiedziałem mu, że będę go obserwował i jeśli coś spieprzy, to porachuję mu kości. Chciałem mieć pewność, że nic ci nie zrobi, nie pozwoliłbym mu na to.

Zamarłam. Z wrażenia otworzyłam usta, a oczy zrobiły mi się okrągłe. Ale Brock jeszcze nie skończył.

– Naciskał i w końcu cię złamał. To, co wtedy powiedziałaś, mała, ja o tym nie wiedziałem. Calhoun też nie. Nikt o tym nie wiedział. Ale musisz wiedzieć jedno, nigdy nie zapomnę tego, co wtedy powiedziałaś. Nigdy. Te słowa wryły się we mnie i nigdy się już od nich nie uwolnię. Musieli mnie stamtąd wyciągnąć siłą, bo chciałem się tam do ciebie wbić. A ty uciekłaś i wiedziałem, że tego potrzebujesz, choć byłem wściekły, bo złamałaś daną mi obietnicę. Trudno, tego potrzebowałaś. Nie odzywałaś się i, jak widzę, przez ten czas zbudowałaś wokół siebie mur, ale mam to gdzieś. Tamtej nocy odkryłem, że ktoś skrzywdził moją kobietę, i przez następne trzy miesiące musiałem z tym żyć, ale mam już tego dość, nie mogę dłużej leżeć w nocy i zastanawiać się, co się z tobą dzieje. Mam dość, Tess. Widzimy się dziś o dziewiątej. Wróciłem, wszystko przegadamy i zobaczymy, co się da zrobić. Nie musisz się już obawiać Hellera, o niczym nie wiedziałaś, nie jesteś częścią dochodzenia. Możemy robić, co chcemy, i zobaczymy, co się da zrobić… A teraz, kochanie, powiedz mi, do jasnej cholery, dlaczego wystawiłaś tę tablicę z napisem „Na sprzedaż”, skoro mówiłaś mi, że tak bardzo kochasz ten dom i że najchętniej spędziłabyś w nim resztę życia.

– Ten łomot – szepnęłam, a on spojrzał na mnie zdziwiony.

– Co? – warknął.

– W czasie… gdy agent Calhoun… gdy ja… – Przerwałam i zwilżyłam wargi. – Usłyszałam taki łomot, gdzieś obok pokoju przesłuchań. To byłeś ty?

– Tak, mała, to byłem ja. Rzuciłem krzesłem o ścianę.

Rzucił krzesłem o ścianę. To był on. Rzucił krzesłem o ścianę. Zamknęłam oczy, wtuliłam twarz w jego klatkę piersiową i poczułam, jak się rozluźniam. Brock rzucił krzesłem o ścianę, gdy usłyszał, że zostałam zgwałcona. Gdy zalewała mnie ta świadomość, poczułam, jakby ciepły strumień czystej wody zmywał ze mnie ten obrzydliwy czas. Och.

– Tess – powiedział, jego dłoń mocniej objęła moją głowę i jednocześnie przytulił mnie ramieniem. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego koszulkę.

– To naprawdę twoja ulubiona koszulka? – szepnęłam w materiał.

Poczułam, jak jego ciało sztywnieje, a po chwili jego baczki zaczepiły o moje włosy, gdy przesunął twarz do mojego ucha.

– Tak – szepnął.

– Przecież jest taka stara i wytarta – zauważyłam.

– I o to chodzi – odparł.

Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się. Gdy je otworzyłam, znów byłam poważna, odchyliłam głowę do tyłu, a on pochylił się nade mną. Spojrzałam prosto w oczy koloru ciekłej rtęci.

– Chcesz, żebym w drodze powrotnej do domu kupiła kilka piw? – spytałam miękkim głosem.

Atmosfera w pokoju znów się zmieniła. Zrobiło się ciepło i duszno, namiętnie i słodko. To był mój ulubiony nastrój Brocka. Najlepszy ze wszystkich. Niech to, za tym też tęskniłam.

– Tak, kochanie, dzięki – odparł czule.

– Spoko – szepnęłam.

Teraz to on zamknął oczy, po czym znów je otworzył i pochylił się.