Niepokorny mężczyzna

Tekst
Z serii: Dream Man
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Wild Man

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Copyright © 2011 by Kristen Ashley

All rights reserved.

For the cover illustration © iStockphoto.com/Geber86

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Anna Lisowska

ISBN 978-83-287-0874-7

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

Erice Ann Moutaw Wynne i „Gibowi” Royowi Gilbertowi Moutaw

starszej siostrze i młodszemu bratu.

Ukształtowała nas miłość, lojalność i wspólne przeżycia.

I dzięki Bogu.

Spis treści

Prolog Dziki mężczyzna

Rozdział pierwszy Niezła aktoreczka

Rozdział drugi Do wyjścia i po schodach

Rozdział trzeci Kentucky

Rozdział czwarty Oddany pracy

Rozdział piąty Ciepły, słoneczny dzień

Rozdział szósty Cofam to. To wcale nie wada

Rozdział siódmy Kaskady kolorowego lukru

Rozdział ósmy Dzika

Rozdział dziewiąty Kolacja u Brocka

Rozdział dziesiąty Upiekłeś ciasto?

Rozdział jedenasty Święto Dziękczynienia

Rozdział dwunasty Najfajniejszy podryw na świecie

Rozdział trzynasty Pieprzony Errol Flynn

Rozdział czternasty Jesteś tu ze mną

Rozdział piętnasty Nieoczekiwany gość

Rozdział szesnasty Była w natarciu

Rozdział siedemnasty Nuggets wygrali

Rozdział osiemnasty Przynajmniej to jakaś dobra wiadomość

Rozdział dziewiętnasty Dzień w cukierni Tessy

Rozdział dwudziesty Zakładam, że się wprowadzam

Rozdział dwudziesty pierwszy Musisz być bardzo cicho

Rozdział dwudziesty drugi Przekażcie Chudemu

Epilog Jego życzenie się spełniło

Prolog
Dziki mężczyzna

– O Boże – westchnęłam, dochodząc. W głowie mi szumiało, a moje ciało wyprężyło się jak struna. Doświadczyłam rozkoszy, jakiej nigdy wcześniej nie czułam.

Kiedy ta cudowna chwila minęła, powoli otworzyłam oczy. Wciąż był na mnie i we mnie. Falował. Boże. O Boże! Jaki on był przystojny! Naprawdę piękny. I tak wspaniale było czuć go w sobie.

Wpatrywał się w moją twarz tymi niesamowitymi srebrzystoszarymi oczami. Jego spojrzenie było takie gorące, takie płomienne. A przy tym intensywne i świdrujące. Nigdy wcześniej tak na mnie nie patrzył, choć byliśmy razem już cztery miesiące.

Czułam na sobie to palące spojrzenie i wiedziałam, że ten wspaniały, szalony, dziki mężczyzna jest mój.

Mój.

– Jake – szepnęłam, obejmując go jeszcze mocniej. Zanurzyłam dłoń w jego gęstych ciemnych włosach. Na dźwięk swojego imienia zamknął oczy. Sprawiłam mu ból?

Jak to?

Ukrył twarz w mojej szyi i zaczął poruszać się coraz szybciej. Wchodził we mnie energicznie, czułam jego oddech na skórze. Myślami wędrowałam po jego muskularnym ciele, palcami muskałam plecy, ścisnęłam go z całej siły udami, jeszcze mocniej przyjmując go w siebie.

– Ja pierdolę, Tess – westchnął. Wbił się we mnie po raz ostatni i dochodząc, wydał z siebie długi jęk.

Trzymałam go mocno.

Poczułam na sobie jego ciężar.

Objęłam go z całych sił.

Wysunął się ze mnie i przetoczył na łóżko. Leżał na plecach i patrzył w sufit. Palcami ścisnął skronie. Zamknął oczy.

Och. Niedobrze.

– Jake? – powiedziałam czule.

– Tak? – jęknął. W jego głosie nie było czułości.

Nie otworzył oczu, wciąż ściskając skronie.

Ej, co to ma znaczyć?

Nagle poczułam się odsłonięta i zagubiona. I to chwilę po tym, jak myślałam, że w końcu znalazłam mężczyznę swoich marzeń. Był tuż obok, w moim łóżku, a wcześniej we mnie, ale cała radość raptem wyparowała. Chwyciłam brzeg kołdry i okryłam się nią.

– Wszystko w porządku? – szepnęłam.

– Nie – odburknął.

Zamarłam.

Opuścił dłoń i odwrócił się do mnie. Jego wzrok już nie płonął, nie było ani namiętności, ani czułości. Wahał się… Nie chciałam wierzyć własnym oczom… w jego spojrzeniu był żal.

O nie. O Boże! Tylko nie to.

Otuliłam się szczelniej kołdrą i pomyślałam, że Martha miała rację.

Niech to szlag. Naprawdę miała rację.

Popatrzył na moją dłoń, przyciskającą materiał do piersi. Jego tęczówki znów przybrały kolor ciekłej rtęci, nasze oczy się spotkały, a jego twarz złagodniała. Wyciągał ku mnie dłoń i wtedy zadzwonił telefon.

Zatrzymał się w pół ruchu.

– Ja pierdolę – wymamrotał wkurzony.

Odwrócił się na drugi bok i z kieszeni dżinsów wyjął telefon. Przyglądałam się zarysowi jego pleców, gładkiej skórze, wyrzeźbionym mięśniom i myślałam, że to wszystko nie dla mnie. Nic nie było już moje. Nic.

Byłam tego pewna.

Zawsze to wiedziałam.

Wiedziałam to od tej chwili, cztery miesiące temu, gdy popatrzył na mnie swoimi srebrnymi oczami. I potem, gdy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się, tak leniwie i seksownie.

On był nie dla mnie. Na mnie nie czekał żaden mężczyzna ze snów. Ale był tak przystojny, że postanowiłam dać mu szansę.

– Co tam? – rzucił w słuchawkę, a ja poczułam, jak jego złość nagle wypełniła pokój, trąc o moją skórę niczym papier ścierny.

Przez te cztery wspólne miesiące nigdy nie ukrywał swoich nastrojów. Nawet na samym początku. Na kilometr było widać, kiedy był wściekły, ale było też od razu widać, jeśli coś sprawiło mu radość. Zawsze umiałam wyczytać, czy był w humorze do zabawy, czy coś go rozśmieszyło, czy raczej był zirytowany i rozkojarzony. Zawsze wiedziałam. Zupełnie jakby wpływał na atmosferę w całym pomieszczeniu.

Ktokolwiek właśnie do niego zadzwonił, z całą pewnością go wkurzył, i to porządnie.

– Daj mi godzinę – warknął do telefonu. Na chwilę zamilkł. – Nie, stary, mówię ci, że potrzebuję godziny – powiedział, po czym znów zrobił pauzę. – Ja pierdolę, chyba żartujesz. Dlaczego akurat teraz? – dodał i znów na chwilę zamilkł. – Kurwa, dlaczego? – przesunął się i usiadł na brzegu łóżka. Pochylił się, łokcie oparł na kolanach. – No, dobrze, niech ci będzie, dupku. Ale jeśli to spierdolisz, jeśli coś się jej stanie, to nie ręczę za siebie.

Po czym odłożył gwałtownie telefon i schylił się po dżinsy.

– Mała, muszę lecieć – powiedział, nawet się do mnie nie odwracając.

Zamknęłam oczy.

Tylko spokojnie. Jake miewał swoje humory, a gdy musiał lecieć, po prostu wychodził. Nie ma w tym nic niezwykłego.

Tylko spokojnie. Spotykamy się od czterech miesięcy i właśnie po raz pierwszy się kochaliśmy. Jasne, że trochę to dziwne. Zwłaszcza że był taki męski i dziki, ale wobec mnie zawsze był bardzo delikatny i czuły. Zupełnie jakby wiedział, że tego właśnie potrzebuję, spokojnych kolejnych kroków. Bardzo tego potrzebowałam, więc postanowiłam się tym nie przejmować.

Jasne, że się całowaliśmy i mizialiśmy. I to sporo. I często. I było bardzo przyjemnie. Było cudownie. Dłonią doprowadzał mnie do orgazmu, choć sam nie pozwolił mi na rewanż. Mówił, że lubi na mnie patrzeć, a sam chce dojść dopiero we mnie. Już samo to raz sprawiło, że niemal szczytowałam. Ale nigdy nie widział mnie nagiej, nawet częściowo. Dopiero teraz.

Każda dziewczyna mogłaby przecież oczekiwać, że po pierwszym razie z dzikim mężczyzną (zupełnie innym niż ci, których do tej pory znała, dzikusem, który dla niej potrafił okiełznać w sobie bestię i być wobec niej czuły i delikatny) ten mężczyzna zostanie przy niej, przynajmniej na trochę.

 

Ale nie Jake.

Na tyle go już poznałam.

Choć czułam też, że coś się zmieniło.

Byłam tego pewna.

– Tess – powiedział cicho, a ja otworzyłam oczy.

Trochę mi się rozmazywał, bo nie włożyłam okularów, ale i tak wiedziałam, że jest nieprawdopodobnie przystojny. Jego obraz wrył się już w moją pamięć i wiedziałam, że nie będę w stanie o nim zapomnieć.

– Tak? – odpowiedziałam.

Już kompletnie ubrany opierał się ręką o łóżko i właśnie pochylał się w moją stronę. Zamarłam. Przysunął się jeszcze odrobinę.

– Włóż okulary, skarbie – szepnął.

Musiałam chyba mrużyć oczy i domyślił się, że niewyraźnie widzę. Jemu mało co umykało.

Odwróciłam się i nie puszczając kołdry, znalazłam okulary na nocnej szafce.

W jego oczach nie było już wahania czy żalu. Patrzył na mnie z czułością. Miał minę, jaką sobie wyobrażałam, że powinien mieć, gdy myśli, że jestem słodka. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Podobało mu się, że noszę okulary. Powiedział mi bez ogródek, że nigdy nie był z okularnicą. Dodał, że to tak, jakby umawiał się ze słodką, seksowną nauczycielką.

Nigdy w życiu nie czułam się seksowna. Dopiero przy Jake’u.

– Później pogadamy, dobrze? – powiedział cicho.

– Jasne – odparłam, a w odpowiedzi na jego spojrzenie, ton głosu i słowa w moim sercu zaczęła kiełkować nadzieja.

– Tess, pogadamy później, dobrze? – powtórzył.

– No, tak – odparłam zaskoczona.

– Obiecaj mi to, mała.

Przyglądałam mu się przez chwilę, niepewna, czego właściwie oczekiwał. Zawsze byłam z nim szczera, choć Martha tyle razy mi mówiła, że nie powinnam. Graj trudną do zdobycia. Przetestuj go. Sprawdź, co się stanie. Nie pokazuj, jak bardzo ci zależy. Byłam już za stara na takie gierki, poza tym nigdy nie spotykałam się z mężczyzną takim jak Jake. Nie miałam najmniejszego zamiaru spieprzyć tego, podpuszczając go bez powodu. A teraz nie rozumiałam, o co mu chodzi i czemu potrzebował takiej obietnicy. Z drugiej strony, w końcu poprosił mnie o coś, a ja oddałabym mu wszystko. Naprawdę wszystko. I to już od samego początku.

– Obiecuję – szepnęłam.

Pokiwał głową.

– Sypiasz nago? – spytał.

Przebiegł mnie dreszcz, choć właściwie nie wiedziałam czemu. To nie było nic złego, ale nie było też miłe.

– Nie – odpowiedziałam.

– To włóż coś na siebie – polecił.

Rzuciłam mu zdziwione spojrzenie. Przyglądał mi się przez chwilę. Po czym pochylił się, wyciągnął rękę i ujął mnie za kark. Przyciągnął mnie do siebie i mocno pocałował. Uwolnił moje usta z pocałunku i odsunął się, ale tylko odrobinę. Wciąż unieruchamiając mnie swoim uściskiem, popatrzył mi głęboko w oczy.

– Później pogadamy – szepnął.

Nagle jego dłoni już nie było, nie było też Jake’a.

Zniknął.

Usłyszałam, jak zamykają się frontowe drzwi. Osunęłam się na łóżko i zapatrzyłam w sufit.

Niełatwo rozgryźć Jake’a Knoxa. I choć zdążyłam go już trochę poznać, nie miałam pojęcia, co się dzieje. Wszystko razem było jakieś takie… niepokorne.

Z drugiej strony, przecież sam Jake był niepokorny. Z tym swoim motocyklem i wysłużoną furgonetką, w motocyklowych butach, spranych T-shirtach i wytartych spodniach, które podkreślały jego figurę, a do tego wiecznie rozwichrzone, ciemnobrązowe przydługie włosy. I te jego srebrzystoszare oczy, z których można było wyczytać milion historii, choć jednocześnie przecież niczego nie zdradzały. I to, jak pił piwo i wychylał kolejne szoty, jak jadł ze smakiem, wył do księżyca i całował tak mocno, jakby wiedział, że to jego ostatnia chwila na ziemi, i chciał przeżyć każdy moment, jakby był ostatnim. Tak – Jake był dziki i niepokorny.

Życie z nim było jak jazda na mechanicznym byku, na którego kiedyś nierozważnie wsiadłam. Nie było sposobu, żeby przewidzieć, w którą stronę go zarzuci. Można było tylko się trzymać z całych sił i cieszyć z jazdy, póki trwała.

Musiałam się uspokoić.

Wszystko będzie dobrze.

Będzie dobrze.

Wstałam, włożyłam bieliznę i koszulę nocną, wróciłam do łóżka i zgasiłam światło. Nawet po takim cudownym, wspaniałym seksie długo nie mogłam zasnąć.

Kiedy mi się to w końcu udało, obudził mnie hałas wyważanych drzwi. Do domu wpadł cały szwadron mężczyzn w kamizelkach kuloodpornych, a chwilę później już jechałam z nimi na posterunek policji, żeby złożyć zeznania.

Rozdział pierwszy
Niezła aktoreczka

Drzwi pokoju przesłuchań otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna w luźnych spodniach, koszuli z krawatem i za dużej sportowej marynarce. W ręku trzymał brązową aktówkę. Zmierzył mnie groźnym wzrokiem, rzucił teczkę na stół, przy którym siedziałam, i umościł się naprzeciwko.

Wbiłam w niego wzrok i nadal uparcie nie patrzyłam na ścianę z lustrem, choć trzymali mnie w tym pokoju już chyba od kilku godzin (tak naprawdę to straciłam poczucie czasu), ale naoglądałam się wystarczająco dużo seriali o gliniarzach, żeby wiedzieć, że po drugiej stronie zapewne umieszczono kamery, a może nawet obserwowało mnie kilku policjantów.

– Pani Heller – powiedział mężczyzna, a ja aż podskoczyłam na dźwięk tego nazwiska.

– O’Hara – poprawiłam go, a on przyjrzał mi się uważnie.

– Przepraszam, co pani powiedziała? – zapytał, choć wyraźnie nie było mu przykro i dobrze o tym wiedziałam.

– Mam na nazwisko O’Hara – odparłam, a on przytaknął.

Wciąż patrzył na mnie tak, że bałam się odwrócić wzrok.

– Ale kiedyś nosiła pani nazwisko Heller – stwierdził. – Chyba się nie mylę?

– Nie – przyznałam. – Nie myli się pan.

– Przez całe dziesięć lat – ciągnął.

Nic na to nie odpowiedziałam, podniosłam tylko do góry brodę, zastanawiając się, o co tu, do cholery, chodzi.

– Pani mężem był Damian Heller, tak?

Ups.

Byłam pewna, że to nie wróży nic dobrego.

– Tak byłam jego żoną – potwierdziłam. – Ale co ja tu robię?

– Zabawne – powiedział cicho.

Dla mnie w tej sytuacji nie było zupełnie nic zabawnego, łącznie z tonem głosu tego mężczyzny.

– Słucham? – spytałam.

– Zabawne, że nie spytała pani od razu – wyjaśnił. – Normalnie ludzie od razu chcą wiedzieć, czemu ich zamykamy w takim pokoju.

Popatrzyłam na niego zdziwiona.

– Cóż, widząc, że już na starcie wykazał się pan niewiedzą na temat mojego nazwiska, wydawało mi się istotne, żeby to wyjaśnić, zanim przejdziemy do tego, co ja tu w ogóle robię – odparowałam.

Widziałam, jak w jego oczach błysnęła irytacja. Zacisnął usta. Idiota.

– A więc – ciągnęłam – czy mógłby mi pan wyjaśnić, po co mnie tu przywieziono?

– Mamy do pani kilka pytań.

Uniosłam wysoko brwi.

– Na przykład?

– Czy kontaktowała się pani ostatnio ze swoim mężem? – spytał.

Niech to wszystko szlag. Cholerny Damian. Mój były mąż. Skaranie boskie. Czy ja się kiedyś wreszcie uwolnię od tego mężczyzny?

– Tak, proszę pana, rozmawiałam niedawno z moim byłym mężem – odparłam.

– A o czym pani z nim rozmawiała? – chciał wiedzieć.

– O niczym szczególnym, prosiłam go, już wielokrotnie, żeby dał mi wreszcie spokój – wyjaśniłam.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Rozmawialiście przez telefon czy osobiście? – spytał w końcu.

– Przez telefon.

– I nie widziała go pani ostatnio? – naciskał.

– Nie.

Otworzył brązową teczkę, która leżała przed nim, wyjął z niej jakieś dokumenty i zaczął je przeglądać. W końcu znalazł czarno-białą fotografię, odwrócił ją i przesunął w moją stronę. Byłam na niej z Damianem, jedliśmy razem lunch. Szlag. To nie wróżyło nic dobrego. Dlaczego ktoś robił nam zdjęcia? Hm, muszę przestać nosić tę bluzkę. Nie dodawała mi uroku, co było widać nawet na czarno-białym zdjęciu.

– Czy chciałaby pani zmienić swoją ostatnią odpowiedź? – zapytał mężczyzna, a ja podniosłam na niego wzrok.

– Nie – odparłam, a on spojrzał na mnie zdziwiony, po czym zerknął w stronę ściany z lustrem.

Aha. Ktoś nas obserwował.

Cholera.

– Pani Heller – zaczął, ale mu przerwałam.

– Nazywam się O’Hara. Ale i tak wszyscy mówią do mnie Tess. Zaraz panu wyjaśnię, co widać na tych zdjęciach – powiedziałam i nie dając mu dojść do słowa, zaczęłam: – Spytał pan, czy kontaktowałam się ostatnio z moim byłym mężem. Odpowiedź brzmi „tak”, bo on często do mnie dzwoni. Czasem odbieram i proszę go, żeby wreszcie dał mi spokój. Czasem nie odbieram, ale dość rzadko. Przez dziesięć lat byłam jego żoną, on bardzo nie lubi, gdy się go ignoruje, i zupełnie nie rozumie delikatnych aluzji. Dużo lepiej działają bezpośrednie komunikaty, choć niestety takie podejście wymaga czasu, bo on powoli reaguje, gdy mówi mu się coś, czego nie ma ochoty usłyszeć. Miałam nadzieję, że jeśli będę odpowiednio często powtarzać mu, żeby mnie zostawił w spokoju, to w końcu to do niego dotrze. A te zdjęcia – wskazałam na leżące na stole fotografie – musiały zostać zrobione jakieś pół roku temu, gdy byliśmy razem na lunchu. Dla mnie pół roku to nie jest ostatnio. Jeśli pan zna jakąś inną definicję tego słowa, to bardzo przepraszam, że moja odpowiedź nie była kompletna, ale starałam się po prostu być szczera.

– A czy może mi pani powiedzieć, o czym rozmawialiście w czasie tego lunchu sprzed pół roku? – zapytał bez chwili wahania.

– A czy pan może mi powiedzieć, co ja tu robię? – odparowałam.

– Lepiej, żebym to ja zadawał pytania, pani O’Hara.

Przyjrzałam mu się uważnie, po czym nabrałam powietrza.

– Damian chciał porozmawiać o możliwym pojednaniu – wyjaśniłam.

– Chciał, żeby pani do niego wróciła – stwierdził.

– Mniej więcej to znaczy pojednanie – zauważyłam, a on znów zacisnął usta.

– Wnioskuję, że nie przyjęła pani jego oferty.

– Dobrze pan wnioskuje.

– I to już wszystko? O niczym więcej nie rozmawialiście?

– Pytał również o naszego psa, którym zajęłam się po rozwodzie. Pies niestety zdechł. To tyle. To mniej więcej wszystko, o czym rozmawialiśmy.

– Mniej więcej?

– Tak, proszę pana, to było pół roku temu, wcześniej nie widziałam go cztery lata. Zaskoczył mnie, dzwoniąc, i muszę przyznać, że to nie była miła niespodzianka. A jego chęć pojednania się była kolejnym niemiłym zaskoczeniem. Bardzo mi przykro, ale nie robiłam notatek w czasie tego spotkania. Najwyraźniej jego chęć powrotu tak mnie zszokowała, że wyparłam wszystko inne.

– Nie widzieliście się przez cztery lata – zauważył.

– Tak, właśnie to powiedziałam – potwierdziłam.

– Skoro nie miała pani ochoty do niego wracać, to czemu zgodziła się pani na lunch?

Wzięłam głęboki wdech.

– Bo zdążyłam już zapomnieć… – wyszeptałam.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Zdążyła pani zapomnieć? – powtórzył.

– Zdążyłam już zapomnieć, jaki był. Gdy do mnie zadzwonił i zaproponował lunch, a jednocześnie powiedział, że jego ojciec choruje, nie pamiętałam już, że Damian… no cóż – rozłożyłam ręce – to Damian. A może wcale nie zapomniałam, może po prostu wyparłam to, jaki był, bo przez te lata próbowałam wyprzeć wszystko, co się z nim wiązało. Wiedziałam, że jego ojciec był dla niego bardzo ważny, ja też się z nim zaprzyjaźniłam i choć nie widziałam go od czterech lat, chciałam wiedzieć, w jakim jest stanie. Damian nie chciał powiedzieć mi nic więcej przez telefon, więc zgodziłam się na spotkanie. A potem okazało się, że jego ojcu nic nie jest, a Damian wszystko zmyślił, żeby namówić mnie na lunch.

Mężczyzna znów zmierzył mnie wzrokiem, najwyraźniej dał sobie chwilę, żeby przetrawić informację, że mój mąż był zwykłym dupkiem. Po czym zmienił taktykę.

– To pani wniosła o rozwód.

O rany, naprawdę wszystko posprawdzali. Dobry Boże. O co im chodziło?

– Tak – przytaknęłam.

Uznałam, że cokolwiek się działo, szczerość była najlepszą drogą. Zamierzałam trzymać się faktów.

– Zdradził panią?

Pokiwałam głową.

– Tak – potwierdziłam jeszcze.

– I to nie raz – dodał.

– Najwyraźniej czytał pan sprawozdanie z rozprawy, więc wie pan, że Damian zdradził mnie wielokrotnie. Ale jeśli to jest panu do czegoś potrzebne, to mogę to jeszcze raz potwierdzić.

– Tak, pani O’Hara, czytałem te sprawozdania, ale to, że złożyła pani tyle dokumentów, świadczy o tym, że pani mąż nie chciał przyjąć na siebie winy, nie chciał rozwodu. Sprawę musiał rozstrzygnąć sąd.

 

– Zgadza się.

– Więc pani mąż nie chciał rozwodu.

– Nie, nie chciał.

– Ale w końcu do niego dotarło.

Westchnęłam.

– Tak.

– A pani została niemal z niczym, on opłacił tylko koszty sądowe. Dobrze pamiętam?

W tym momencie zaczęłam się bać. To znaczy, poczułam nową falę przerażenia, bo już wcześniej bardzo się bałam, nie mówiąc już o uczuciu paniki, jakie mnie ogarnęło, gdy do mojego domu wtargnęły ze trzy oddziały jakieś specjalnej grupy operacyjnej (niektórzy mieli na kamizelkach napis „POLICJA”, inni „FBI”, a paru jeszcze coś innego), wywleczono mnie z łóżka i zaciągnięto na przesłuchanie.

– Proszę, niech mi pan powie, co tu się dzieje? – szepnęłam, bo cała moja odwaga zupełnie już wyparowała.

Nie zamierzał odpowiedzieć.

– Nie żałowała pani tego, pani O’Hara?

– Czego? – spytałam.

– Że nie chciała pani od męża nic poza pokryciem kosztów sądowych? Nie żałowała pani?

Pokręciłam głową.

– Nie… nie żałowałam. Chciałam zacząć wszystko od nowa. Chciałam…

– Dlaczego?

– Co dlaczego?

– Dlaczego chciała pani zacząć od nowa? Dziesięć lat małżeństwa, nieraz panią zdradził, a zarabiał krocie, żyła pani wygodnie. Mogła pani go wydoić. Ale zabrała pani tylko psa i zniknęła. Nie uważała pani, że mąż jest pani coś winien? Że powinna mieć pani jakieś prawo do części życia, jakie razem zbudowaliście?

– Nie. – Znów pokręciłam głową. – Po prostu chciałam być wolna… wolna – odparłam. – Czy Damianowi coś się stało?

Nie odpowiedział.

– Dziesięć lat to szmat czasu – zauważył. – Wiele pani zainwestowała we wspólne życie, małżeństwo, dom. A odeszła pani, zabierając tylko psa. To dziwne, że nie chciała pani zupełnie nic innego. Choćby ślubnej porcelany. Zestawu mebli do jadalni. Nie wzięła pani nawet auta.

– To Damian kupił wszystkie auta – szepnęłam.

– A pani nie chciała mieć z nim więcej do czynienia – zauważył. – Nic, co by pani o nim przypominało. Czy tak?

Przytaknęłam, próbując jednocześnie wyczytać coś z jego twarzy, ale nie byłam w stanie.

– Wiele kobiet myśli inaczej. Wiele kobiet na pani miejscu, które zdążyłyby już przyzwyczaić się do pieniędzy, do takiego stylu życia, podeszłoby do sprawy inaczej – dodał.

– Ale ja nie jestem jak inne kobiety – skwitowałam jego wypowiedź.

– Nie, nie jest pani. Zostawiła pani wszystko i zabrała tylko psa. Wygląda na to, że pani nie odeszła, ale raczej przed nim uciekła. Czy tak właśnie było, pani O’Hara? Uciekła pani od męża?

Poczułam, jak straszny ciężar przygniata mi klatkę piersiową.

– Nie – westchnęłam.

To było pierwsze kłamstwo. Mężczyzna przyglądał mi się spod przymkniętych powiek. Wiedział, że kłamię.

– Nasi ludzie zrobili wam zdjęcia w czasie tego lunchu. Wiemy, jak to się skończyło. Nie zjadła pani swojej porcji, pani O’Hara. Wyszła pani wcześniej i wyglądała na wzburzoną. Śpieszyła się pani. Jakby przed czymś pani uciekała. Czy mąż powiedział pani coś, co sprawiło, że chciała pani uciec?

– Wcale nie uciekłam – zaprzeczyłam, choć to było kolejne kłamstwo. – Po prostu… gdy powiedział, że skłamał o stanie zdrowia ojca i że chciał, żebym do niego wróciła, a wiedziałam, że nie mogę się na to zgodzić, uznałam, że nie ma sensu dłużej z nim siedzieć.

Rozłożył się wygodnie na krześle i wykonał szeroki gest ręką.

– Dziesięć lat razem, zdradzał panią na prawo i lewo, ciężka sprawa, ale przecież pani za niego wyszła, spędziła z nim dziesięć lat. To nieprzyjemne, że skłamał o ojcu, ale przecież po prostu chciał panią odzyskać, nie mogła pani z nim pogadać nad sałatką? Powspominać dawnych czasów? Czas leczy rany.

– Proszę, niech mi pan powie, o co w tym wszystkim chodzi – zaczęłam błagać.

– Chciałbym zrozumieć, dlaczego odeszła pani od męża i czemu w takim pośpiechu wyszła pani z restauracji, gdzie spotkaliście się na lunch.

– Już wszystko wyjaśniłam, wszystko jest też w aktach sądowych. Zdradzał mnie, a na lunch przeszła mi ochota, gdy dowiedziałam się, o co mu chodzi.

Pochylił się do przodu.

– Nie wierzę pani – powiedział powoli.

O Boże. Damianowi coś się stało.

– Coś mu się stało? – szepnęłam, a on się uśmiechnął.

Nie spodobał mi się ten uśmiech, bo to nie był uśmiech, który miał się podobać.

– Skąd taki pomysł?

Rozłożyłam ręce i znów zaczęłam tracić nad sobą kontrolę.

– Nie wiem, może dlatego, że rozmawiamy o nim na posterunku policji w środku nocy?

– Zna pani kogoś, kto chciałby skrzywdzić Damiana Hellera? – spytał.

– Nie – odparłam zgodnie z prawdą.

– Jest pani pewna? – naciskał.

Pokiwałam głową.

– Tak, jestem pewna.

– Nie zna pani nikogo takiego? – Nie dawał za wygraną.

Pokręciłam głową.

– Nikogo.

– A czemu chciała pani zacząć wszystko od nowa, pani O’Hara?

– Mój mąż mnie zdradzał…

– Dlaczego chciała pani zacząć od nowa?

– Mówiłam już, mój mąż…

Walnął ręką w blat. Tym nagłym ruchem tak mnie przestraszył, że aż podskoczyłam.

– Dlaczego chciała pani zacząć od nowa? – podniósł głos.

– Bo mnie zgwałcił! – krzyknęłam.

Te słowa jakoś same się wykrzyczały, nie wiem, jak to się stało. Po raz pierwszy komuś o tym mówiłam. Usiadł z impetem na krzesło, a ja usłyszałam jakiś hałas zza ściany i odruchowo odwróciłam głowę.

Serce waliło mi jak młotem, a klatka piersiowa falowała z każdym ciężkim oddechem. Zapatrzyłam się w odbicie swojej bladej twarzy. Przez dłuższą chwilę przyglądałam się sobie. Boże, od tak dawna nie patrzyłam w lustro. Nie tak naprawdę. Już od lat. Czy naprawdę tak wyglądałam?

– Pani O’Hara – powiedział, jego głos się zmienił. Mówił teraz ciszej, dziwnie miękko, ale ja wciąż gapiłam się w lustro, zaskoczona tym, co zobaczyłam. – Tess – szepnął, a ja odwróciłam głowę i spojrzałam mu w oczy. – Twój mąż cię zgwałcił? – spytał miękkim głosem.

– Wiem, że to brzmi głupio – szeptałam ku swojemu zaskoczeniu. – Był moim mężem, ale to się naprawdę zdarzyło. – Patrzyłam mu w oczy i szeptałam. – Naprawdę.

– To wcale nie brzmi głupio – odparł równie cicho. – Ani trochę.

Patrzyłam mu w oczy i milczałam.

– I uciekłaś od niego – stwierdził.

– Tak.

Uciekłam. Tak, kurwa mać, uciekałam, i to jak.

– Już wcześniej cię skrzywdził?

Pokiwałam głową.

– Zaczął się zmieniać. Coś się z nim działo – zawahałam się i powtórzyłam. – Zaczął się zmieniać.

– Jak się zmieniał?

Pokręciłam głową.

– Nie wiem. Próbowałam z nim rozmawiać… zaczęliśmy… się kłócić. A on… – przerwałam na chwilę. – To się nigdy wcześniej nie zdarzyło, ale pewnego razu, gdy zaczęliśmy się kłócić, on mnie uderzył. Już więcej nie próbowałam rozmawiać.

– Nie chciał rozwodu.

– Damian nie lubi tracić kontroli nad czymś, co uważa za swoje.

Przyglądał mi się teraz łagodnie.

– Ale zostawił panią w spokoju na cztery i pół roku – powiedział cicho.

– Tak.

– A potem postanowił panią odzyskać.

– Tak.

– I nie wyjaśnił, czemu tego chce, mimo że minęło tyle czasu?

Pokręciłam głową.

– Powiedział, że… powiedział… – Wzięłam głęboki wdech i wydusiłam to z siebie: – Powiedział, że mnie kocha, że za mną tęskni, że wszystko zepsuł i chce mi to teraz wynagrodzić.

– I od czasu tego lunchu regularnie próbuje się z panią skontaktować.

– Tak.

Przechylił głowę na bok.

– I po tym wszystkim, co pani zrobił, odbierała pani od niego telefony? Umówiła się z nim pani na lunch?

Nagle poczułam, że muszę to wiedzieć. Jemu pierwszemu to powiedziałam, więc musiałam zapytać.

– Jak się pan nazywa?

– A przepraszam, jestem agent Calhoun.

– A więc, agencie Calhoun, odpowiedź na pańskie pytanie brzmi „tak”. Odbierałam telefony i umówiłam się na lunch. Damian jest, kim jest, i ja go znam. Nie chciałam, żeby przyszedł pod mój dom. Nie chciałam, żeby wysyłał mi prezenty czy kwiaty. Nie chciałam, żeby się do mnie zbliżał. Przez całe postępowanie rozwodowe był przekonany, że zmienię zdanie. Powiedział mi to i próbował mnie przekonać. Zostawił mnie w spokoju dopiero, gdy doprowadziłam je do końca. O cokolwiek mu teraz chodzi, czegokolwiek teraz chce, musiałam to doprowadzić do końca, zanim dotarło do niego, że ja nie wracam, i zostawił mnie w spokoju. Dlatego doprowadzałam to do końca.

Przyglądał mi się przez chwilę.

– To wymagało sporo odwagi – zauważył.

– On mnie zgwałcił, agencie Calhoun, uderzył mnie, ale mnie nie zabił. Dopóki oddycham, jestem gotowa walczyć, a na szczęście jeszcze oddycham.

– Pani naprawdę nie jest jak inne kobiety – szepnął.

– Jestem zupełnie zwyczajna – odparłam również szeptem. – Dokładnie taka sama jak inne kobiety. Pan widzi tylko kawałek mnie, ale jest coś jeszcze, coś, czego nie pozwolę zobaczyć ani panu, ani jemu, i to jest spustoszenie, jakie zostawił w moim sercu. Ale to jest tylko moje. Nikt nie ma do tego dostępu. Wszystko, co widzicie, on czy pan, to tylko maska. Gdy dzieje się coś takiego, jednej rzeczy człowiek uczy się naprawdę szybko: udawać. I ja też się nauczyłam, jak być niezłą aktoreczką. Nie miałam wyboru, bo gdy mężczyzna coś takiego zrobi, nagle znikają wszelkie inne możliwości. Mogłam już tylko grać rolę, którą sobie wymyśliłam. Ja wybrałam akurat taką i to… właśnie to pan teraz widzi, agencie Calhoun.

Widziałam, że nabrał powietrza, ale nic nie odpowiedział.

– A czy teraz powie mi pan, co ja tu właściwie robię? – spytałam.

Wciąż patrząc mi w oczy, zaczął:

– Dziś w nocy zgarnęliśmy cały biznes pani byłego męża. Jest głównym dystrybutorem narkotyków w Denver, a jego powiązania sięgają aż do Kolumbii.

Zamrugałam.

– Słucham? – Zaparło mi dech.

– Wyśledziliśmy, że znudziło go bycie tylko lokalnym dealerem dla zamożnej klienteli, głównie kolegów, i dziesięć lat temu postanowił grać o większą stawkę. Powoli dochrapał się najwyższej pozycji.

Poczułam, że z wrażenia otworzyłam usta.

– Wszystkie zagraniczne konta są na jego nazwisko i na panią. Na czterech z nich jest razem siedemdziesiąt pięć milionów dolarów amerykańskich.

– O Boże – szepnęłam.

– Pani pojawiła się na celowniku, gdy się spotkaliście. Podsłuchujemy też jego telefony. Wiedzieliśmy, że od pewnego czasu jest pani z nim w stałym kontakcie, choć nie słyszeliśmy, o czym rozmawiacie. Wiedzieliśmy, że konta są również na panią. Nie byliśmy tylko pewni, jaką rolę pełni pani w całej operacji. Ponieważ rozpad waszego małżeństwa i rozwód wydarzyły się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy on zdobywał nową pozycję na rynku, myśleliśmy, że może odkryła pani, czym się zajmował. Ale nie wiedzieliśmy też, czemu znów nawiązaliście kontakt.