Zabójczy kusiciel

Tekst
Z serii: Rock Chick
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Zabójczy kusiciel
Zabójczy kusiciel
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roam mnie znał. Wiedział, jaka jestem, i słyszał, co się wyprawia na ulicy. Zorientował się, że za tym wszystkim muszę stać ja, i popełnił błąd: powiedział o tym Sniffowi. Sniff nigdy nie umiał milczeć i kochał Parka. Obaj go kochali, więc teraz obaj uważali, że to, co robię, jest super. Zanim powiedziałam Sniffowi, żeby trzymał gębę na kłódkę, było za późno. Zostałam Law i koniec.

Moje wystąpienie w spelunce Cordova potraktował jak wyzwanie. Nie chciał mnie zastrzelić, chciał ode mnie czegoś innego. Czegoś obrzydliwego, jeśli pomyśli się o tym w kontekście Sala (i całkiem fajnego, jeśli się to skojarzy z Crowe’em, ale nie zapędzałam się tak daleko). Dlatego zamiast po prostu dać mi wycisk, żebym przestała go nękać, Sal Cordova, nie uwierzycie, próbował mnie skłonić, żebym z nim poszła na randkę.

Mówiłam, że to debil.

Wszystko razem doprowadziło mnie do miejsca, w którym znalazłam się teraz.

Sal w końcu dopadł mnie i sprecyzował swoje zamiary. Ja powiedziałam, żeby poszedł się jebać. On się trochę wzburzył i mieliśmy niewielki pościg samochodowy. Skończyło się na tym, że mierzyliśmy do siebie z broni na zatłoczonej czteropasmowej ulicy, tuż przed księgarnią z używanymi książkami, znanej z tego, że często bywali tam Lee Nightingale i jego ludzie.

Resztę już znacie.

***

– Miau? – zaryzykował Boo, patrząc na mnie i chyba wyczuwając kocim instynktem, że życie mi się zjebało.

Pewnie zastanawiał się, kto mu da jeść, jeśli coś mi się stanie.

– Tak, Boo. Dokładnie tak. Miau – odparłam.

Rozdział drugi
Lewitacja

Zadzwonił telefon. Wstałam, przełożyłam Boo, który zareagował gniewnym „miau!”, i przeszłam przez pokój, żeby odebrać.

– Halo?

– Jesteś walnięta! Walnięta! – wrzeszczał mi Zip do ucha.

Plotki o starciu z Cordovą zdążyły się już rozejść.

– Zip… – zaczęłam.

– Wycofujesz się. Nie wychylasz. Co najmniej przez tydzień, może miesiąc, a może na zawsze – przerwał mi Zip.

– Nie wycofuję.

To dopiero go odpaliło.

– Nie chodzi o Cordovę! Z Cordovą byś sobie poradziła, przedszkolak by sobie z nim poradził! Mówię o Lee Nightingale’u. Lee Nightingale’u! Wiesz, kto był w księgarni Fortnum i patrzył, jak sobie urządzasz strzelaninę i niszczysz Cordovie opony jak w jakimś cholernym filmie?

Mruknęłam coś niezrozumiale.

– Nie wiesz? – Zip nie dał mi odpowiedzieć. – Po pierwsze, kurwa, Lee Nightingale. Po drugie, kurwa, Hank Nightingale. A jakby tego było mało, to jeszcze, kurwa, Eddie Chavez. Dwóch przedstawicieli cholernego prawa.

– Zip… – spróbowałam mu przerwać.

Nie pozwolił.

– I jakbyś już nie siedziała po uszy w gównie, był tam również Luke Stark, Kai Mason i Vance Crowe, kurwa ich mać.

– O tym ostatnim wiem – rzuciłam szybko.

A reszty się domyślałam.

Nie było dobrze, że ściągnęłam na siebie uwagę braci Nightingale’ów i Chaveza, ale Crowe powiedział, że z nimi porozmawia. To, że Stark i Mace byli świadkami konfrontacji z Cordovą, było krępujące. Jeśli w plotkach było choć trochę prawdy, Stark był twardym skurwielem. Podobnie Kai Mason, czyli Mace, który dodatkowo słynął z tego, że się szybko odpalał.

– Tak? Niby skąd? – spytał Zip, wyrywając mnie z tych rozmyślań.

– Bo tak jakby mnie dopadł – wyjaśniłam.

Cisza.

– Zip?

– Jest tam?

To mnie zaskoczyło.

– Słucham?

– Crowe! Jest tam z tobą?

– Oczywiście, że nie. Pogadaliśmy i mnie puścił.

– Nie ma go tam? – dopytywał się wyraźnie zaskoczony.

– Yy… nie – powiedziałam raz jeszcze. Czy on stracił ostatnie klepki?

– Jesteś pewna, że go tam nie ma?

Po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz, wyjrzałam przez okno.

Żadnego harleya w zasięgu wzroku. Odetchnęłam.

– Nie ma go, Zip. O co ci chodzi?

– Crowe umie omotać kobietę. Ty wyglądasz, jak wyglądasz, więc jeśli wpadłaś mu w oko, wyrwie cię, nim się obejrzysz.

Wzniosłam oczy do sufitu. Litości.

– Nie przypuszczam – odparłam.

– Dziewczyno, jesteś rąbnięta. Kompletnie rąbnięta. Co Crowe powiedział, jak gadaliście?

– Niewiele – skłamałam.

Już i tak byłam wystraszona, a Zip był wściekły, nie chciałam, żeby wściekł się bardziej, bo wtedy ja bym się jeszcze mocniej wystraszyła.

– Przyjrzał ci się?

Chyba tak, skoro centymetry dzieliły jego twarz od mojej i prawie na mnie leżał.

Poczułam motyle w brzuchu na samo wspomnienie i znów je zignorowałam.

– Zip, spoko, nie przejmuj się.

– Ci goście działają szybko, Jules. Bez opieprzania. Widzą coś, chcą tego i biorą. Są z tego znani. Kobieta nie ma żadnych szans. Wyglądał, jakbyś mu się spodobała?

Nie znałam odpowiedzi i lałam na to (może nie do końca, ale miałam teraz większe problemy).

– Słuchaj, Zip, serio, nie przejmuj się. Każde z nas poszło w swoją stronę. Będę teraz mądrzejsza, będę działać ostrożniej. Będę…

– Wycofana. Crowe ci się przyjrzał, czyli już jesteś jego. Masz przejebane i zostaniesz zerżnięta.

– Zip! – krzyknęłam zszokowana.

– Ale w sumie to może nie być takie złe. Crowe nie pozwoli, żeby jego kobieta szlajała się po mieście, rzucała świece dymne, przebijała opony i generalnie się narażała. Zauważyli cię. Ściągnęłaś na siebie uwagę. To mnie martwi, rozumiesz? Miałaś być niewidzialna, ale nie byłaś. Wszyscy już wiedzą o słynnej Law. Ciężki, Frank i ja mieliśmy rozmowę…

O kurde. Tylko nie rozmowę. To nie wróżyło dobrze.

Co jakiś czas się o mnie martwili, ostatnio częściej. Do tej pory umiałam ich uspokoić, ale wiedziałam, że to nie potrwa wiecznie. A przecież ich potrzebowałam. Musiałam się jeszcze dużo nauczyć, a oni byli w tym dobrzy. Poza tym polubiłam ich i nie chciałam stracić. Uważałam ich niemal za przyjaciół. Może to żałosne, że dwudziestosześcioletnia pracowniczka socjalna kumpluje się ze starym, łysym właścicielem sklepu z bronią, gościem o ksywce Ciężki, która mówi sama za siebie, i Frankiem, który wyglądał, jakby mógł się zamknąć w drewnianym domku z prowiantem na pół wieku i kierować stamtąd przejęciem świata online.

Ale wisiało mi, czy to żałosne, czy nie, byli moimi kumplami i tylko to się liczyło.

– Zip, przestań gadać i słuchaj. Vance Crowe dał mi spokój. Czuję się dobrze i nie odpuszczam.

– Jules.

– Zip – odpowiedziałam spokojnie i dodałam z mocą: – Nie.

Zapadła cisza. Wiedział, co oznacza ten spokój w moim głosie. Moje słowo było jak prawo.

– Zip, obiecuję, że się poprawię.

Nic nie mówił jeszcze przez chwilę, w końcu się poddał.

– Jules, masz na siebie uważać, jasne? Miej oczy i uszy otwarte i nie wychylaj się. I chcę, żebyś jutro tu przyjechała, zrozumiano?

Uśmiechnęłam się. Kryzys zażegnany.

– Zrozumiano.

– Skończona wariatka – wymruczał i rozłączył się bez pożegnania.

***

Szykowałam się do wyjścia, żeby znów pouprzykrzać życie przestępcom, gdy usłyszałam pukanie do tylnych drzwi i wszedł Nick.

– Jules? Jesteś w domu?

– Tak! – zawołałam z łazienki.

Zebrałam włosy w kucyk i weszłam do kuchni.

Boo opowiadał właśnie Nickowi, co słychać, kablując na mnie w kocim języku. Na szczęście Nick nie znał kociego. Popatrzyłam na niego: wysoki, włosy przyprószone siwizną, niebieskie oczy, okulary i mocna budowa ciała. Był tylko szesnaście lat starszy i siwiznę zawdzięczał chyba wyłącznie mnie. Pracował jako dyspozytor w firmie przewozowej, a z miłości do muzyki zajmował się didżejką w piątkowe i sobotnie wieczory. To dzięki niemu pokochałam muzykę, głównie rocka.

Spojrzał na mój czarny golf, czarne dżinsy, czarne adidasy i mruknął coś pod nosem.

– Nick… – zaczęłam.

– Nie chcę o tym gadać. Jak zacznę, dostanę szału, więc nie chcę nawet zaczynać. Jesteś dorosła i podejmujesz własne decyzje, a ja nic nie poradzę na to, że nie są dobre. Trenowałem minę, jaką zrobię w kostnicy, gdy będę musiał zidentyfikować twoje zwłoki. Pokazać ci? – Na jego twarzy pojawił się udawany smutek i szok; potem powoli pokręcił głową, jakby świat, w którym pracownicy socjalni zostają mścicielami, nie mieścił mu się w głowie. – Podoba ci się? – zapytał.

Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.

– Nie będziesz musiał oglądać moich zwłok.

– Mam nadzieję. Znając ciebie, stanie się to w połowie meczu Broncos. A to mnie wkurzy.

Uśmiechnęłam się.

– Dobra, postaram się, żeby nie zabili mnie w czasie meczu.

Obrzucił mnie jednym z tych spojrzeń, które posyłał mi od czterech miesięcy. To, od którego ściskał mi się żołądek. Trwało zaledwie chwilę i szybko odwracał wzrok, ale i tak widziałam, że się martwił.

Postanowiłam się tym nie przejmować.

– Zrobię kolację, chcesz?

Otworzył szeroko oczy.

– Chcesz mnie zabić?

No dobra, powiedzmy, że nie byłam najlepszą kucharką świata.

Ciocia Reba była mistrzynią szybkiego gotowania: w piętnaście minut miała gotową trzydaniową ucztę dla trzydziestu osób. Kulinarna bogini.

Niestety, kiedy ona gotowała, Nick i ja słuchaliśmy Steviego Wondera, Eltona Johna, The Marshall Tucker Band czy na co nam przyszła ochota. Innymi słowy, nigdy nie nauczyłam się pichcić.

– Myślałam o quesadillach – podsunęłam.

Chyba każdy umie rozpuścić ser w tortilli, prawda? Co może być w tym trudnego?

– Jadłaś już?

– Nie.

– Wychodzisz dzisiaj?

– Tak.

– Ja zrobię kolację – zdecydował.

Oboje wiedzieliśmy, że tak będzie lepiej.

Tak czy inaczej, zwykle to właśnie Nick robił kolację.

***

Siedziałam przy stoliku w rogu baru, plecami do ściany i obserwowałam Dariusa Tuckera.

Był wysoki, szczupły, czarny i miał kręcone włosy. Był cholernie przystojny, zachowywał się tak, żeby zwrócić na siebie uwagę, i do tego niestety był przestępcą. Tyle wiedziałam na pewno, dlatego zaskoczyło mnie, że podobno jest blisko Lee Nightingale’a i Eddiego Chaveza. Nightingale pracował dla hajsu i z tego, co wiedziałam, działał po obu stronach prawa. Ale Chavez był gliną. Ich relacja mnie zaintrygowała.

 

Śledziłam jednego z chłopaków Dariusa, dilera, on doprowadził mnie do Dariusa i teraz mogłam go sobie obserwować.

Było późno. Byłam zmęczona. Miałam ciężki dzień i jeszcze się nie pozbierałam po tej całej sytuacji z Parkiem. Czułam, że nie jestem w nastroju do rozróby, więc uznałam, że dzisiejszy wieczór poświęcę na rekonesans. Poznaj swojego wroga.

Rozglądałam się, czy nie widać gdzieś Crowe’a czy innego człowieka Nightingale’a. Co prawda, jak dotąd widziałam tylko Vance’a, ale słyszałam o nich tak dużo, że bez trudu rozpoznam ich w tłumie.

I wtedy poczułam wibracje telefonu, który miałam w tylnej kieszeni.

Nie odrywając wzroku od sali, wyjęłam komórkę, odebrałam i przycisnęłam telefon do ucha.

– Tak?

– Law? – spytał Sniff dziwnym głosem.

Wyprostowałam się.

– No?

– Law… Kurde, on mnie zabije, jak się dowie, że ci mówiłem, ale… Roam…

Teraz już stałam, cała w napięciu.

– Mów, Sniff – zażądałam, przerzucając przez ramię pasek czarnej torebki.

– Powiedział mi, że chce ci pomóc – wykrztusił Sniff.

Kurwa mać. Tego się właśnie obawiałam.

– Jesteś z nim? – zapytałam, idąc przez bar i uważając, żeby od Tuckera i jego dilera oddzielali mnie ludzie.

– Pilnuję. Kurde, Law… On mnie zabije.

– Gdzie jesteś?

– Szedł za kimś. Ja idę za nim. Speer Boulvard, ścieżka rowerowa blisko Logan.

– Po której stronie jesteś?

– Południowej.

– W jakim kierunku idziesz?

– Na zachód. Kurde, Law…

Był wystraszony.

– Będę za dziesięć minut. Obserwuj go, Sniff, ale nie podchodź blisko. Słyszysz mnie? Jeśli coś się stanie, nie dzwoń do mnie, tylko po gliny. Rozumiesz?

– Law, nie mogę dzwonić na gliny.

– Jeżeli poczujesz, że coś się zjebało, wyrywasz stamtąd i dzwonisz na dziewięćset jedenaście. Obiecaj mi.

– Law, jeśli zadzwonię na gliny, Roam więcej się do mnie nie odezwie.

– Obiecaj, Sniff.

Już stałam przy camaro, Sniff się wahał. W końcu powiedział.

– Kurwa. Obiecuję.

– Zaraz tam będę. I nie przeklinaj.

Wskoczyłam za kierownicę, odpaliłam i ruszyłam jak szalona. Zaparkowałam przy Fox TV, wyjęłam gaz i wsunęłam go do przedniej kieszeni. Wcisnęłam pistolet z tyłu za pasek dżinsów, w ręku trzymałam paralizator. Wysiadłam, zamknęłam wóz i schowałam kluczyki.

Przecięłam Speer, co wcale nie było łatwe, trzy pasy i pełno samochodów, nawet w nocy. Szłam do ścieżki rowerowej, rozglądając się czujnie.

Poruszałam się szybko i cicho.

Dochodziła północ; wprawdzie na ulicy było jasno od latarni, ale ścieżka rowerowa była słabo oświetlona.

Nikogo nie widziałam, ale szłam dalej, mając nadzieję, że obaj nadal są na tej ścieżce. Nie mogłam dzwonić do Sniffa, bo nie wiedziałam, czy Roam albo ten, kogo Roam śledził, tego nie usłyszy. Dlatego tylko szłam tak szybko, jak potrafiłam, bez robienia hałasu.

Całą wieczność, czyli jakieś pięć minut, później zobaczyłam szarą podkoszulkę Sniffa. Ścieżka doszła już prawie do Broadwayu, gdy się z nim zrównałam.

Stał, usiłując się kryć, ale widziałam podkoszulkę. Podeszłam od tyłu i dotknęłam jego ramienia. Podskoczył i obrócił się, upuszczając telefon.

– Kurde, Law! – wysyczał.

Schyliłam się, podniosłam komórkę, podałam mu ją.

– Roam nadal tam jest? – wyszeptałam.

– Tak, gdzieś tam – odszepnął.

Podałam mu kluczyki.

– Camaro stoi na parkingu przy Fox. Idź tam, wejdź do środka, zablokuj drzwi i czekaj na mnie.

– Law… – zawahał się.

Przysunęłam się do niego i warknęłam:

– Ruchy!

Wyrwał z kopyta.

Mówiłam, że moje słowo to prawo.

Podeszłam bliżej i zobaczyłam jakichś ludzi, lansowali się w najlepsze pod latarnią – diler sprzedawał towar. Przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że po prostu jacyś znajomi sobie stoją i gadają na ścieżce rowerowej w środku nocy. Ja wiedziałam, że robią interes, bo naoglądałam się takich scen przez te cztery miesiące. Roama nigdzie nie było. Weszłam w cień, przyglądając się i czekając.

Skończyli. Klient poszedł na zachód, diler w moją stronę. Cholera. Gdy podszedł bliżej, poznałam go. Nazywał się Shard; zwykły bolek, wkręcony w tryby wielkiej machiny narkobiznesu.

Zdecydowałam się: wyszłam na ścieżkę i zaczęłam iść w jego stronę, niczym zwykły przechodzień. Pomyślałam, że po prostu go minę, znajdę Roama i wyniesiemy się stąd do wszystkich diabłów.

Shard spostrzegł mnie, zawahał się, a potem bez żadnego widocznego powodu szarpnął się i obrócił dookoła. Wytrzeszczyłam na niego oczy, nie rozumiejąc, co się dzieje; może cierpiał na epilepsję?

Szarpnęło go znowu, potem jeszcze raz; wtedy zauważył coś i zaczął biec w tym kierunku. Gdy biegł, znów nim zarzuciło i wtedy z kolei ja zobaczyłam Roama: stał kawałek dalej i ciskał w Sharda kamieniami.

Niech to szlag.

Pobiegłam za dilerem, Roam zobaczył nas, wyskoczył ze swojej kryjówki i rzucił się do ucieczki.

Wyrwaliśmy do przodu jak szaleni, ale spanikowana pojęłam, że nie dogonię ani Sharda, ani Roama. Chłopak biegł szybko. Diler jeszcze szybciej. Udało mi się jednak – wyłącznie dzięki temu, że Shard dopadł Roama, wyciągnął się w długim susie i spadł na niego. Rozgorzała walka, diler przewrócił Roama na plecy i chciał go uderzyć, ale ja złapałam go za nadgarstek i wykręciłam mu rękę, ściągając z Roama.

Shard zaatakował z kolei mnie, padłam na ziemię, paralizator poleciał na bok.

– Roam, uciekaj! – krzyknęłam, gdy Shard siadł na mnie.

Szarpaliśmy się, on trzymał mnie mocno za nadgarstki. Był silny, dużo silniejszy ode mnie. Szukałam chwili, żeby kopnąć go w jaja, gdy Roam zaatakował go z boku.

Przeturlaliśmy się, Shard nadal ściskał moje nadgarstki, walka trwała. Diler próbował uwolnić się od Roama – gdy nagle uniósł się do góry, jakby lewitował, wymachując w powietrzu rękami i nogami.

Nie wiedziałam, co się dzieje, Roam znieruchomiał, a Shard rąbnął o ziemię tuż obok mnie.

I wtedy zobaczyłam Vance’a Crowe’a. Pochylił się, przycisnął kolanem plecy Sharda, wykręcił mu ręce do tyłu i skuł kajdankami, zupełnie jakby Shard nie miotał się jak dziki, co właśnie robił.

A potem wyprostował się, podrywając do góry Sharda, i zmusił go do uklęknięcia.

Leżałam na plecach, zagapiona, i nie byłam w stanie się ruszyć. Roam leżał obok mnie na boku i właśnie się podnosił na łokciu. Oboje (trzeba to przyznać) trwaliśmy w zachwycie.

Nie musiałam się zastanawiać, co Crowe tu robił. Na pewno mnie śledził, żeby wreszcie, zgodnie z obietnicą, „zdjąć”.

Kurde.

Crowe wyjął broń z kabury na pasie i wycelował w Sharda.

– Nie ruszaj się – rozkazał, a jego głęboki głos zabrzmiał przerażająco.

Potem odwrócił głowę i nawet w tym słabym świetle zobaczyłam, że patrzy na mnie. Po prostu to wiedziałam, czułam, jak wzrok wypala we mnie dziury.

– Wstań – polecił.

Tak zrobiłam; szczerze mówiąc, byłam zbyt przerażona, żeby zrobić cokolwiek innego. W końcu miał w ręku broń, wyglądał na wkurzonego i przed chwilą podniósł do góry dorosłego faceta. Nawet ja nie byłam na tyle głupia, żeby zadzierać z kimś takim. Odwróciłam się i pomogłam wstać Roamowi.

Crowe wyjął telefon z tylnej kieszeni.

Oddychałam ciężko, patrząc na niego.

– Ale z ciebie gość – szepnął Roam.

On też wpatrywał się w Crowe’a oczami pełnymi uwielbienia.

– Jack? Mam tu coś do odbioru – odezwał się Crowe do swojego rozmówcy. – Ścieżka rowerowa Speer, południowa strona, blisko Broadway. – Słuchał przez chwilę, potem rzucił szybko: – Tak. Kończę.

Wyłączył się i znów spojrzał na mnie.

– Chciałabyś mi powiedzieć, co się tu, kurwa, dzieje? – spytał, nadal wkurzony.

Nie, absolutnie tego nie chciałam. Dlatego nic nie mówiłam.

– Jak to zrobiłeś? – dopytywał się Roam, wcinając się w tę jednostronną konwersację, jaką Crowe próbował ze mną prowadzić.

Spojrzałam na chłopaka. Nadal wpatrywał się w Crowe’a, jakby ujrzał boga wśród ludzi. Wtedy przypomniało mi się, że przecież byłam na niego zła.

– Co ty sobie w ogóle myślałeś? – wrzasnęłam na niego znienacka.

Roam oderwał oczy od Crowe’a i spojrzał na mnie.

– Law…

– Nawet nie próbuj. Powinnam ci wklepać, żebyś wreszcie zrozumiał. Mogło ci się coś stać! Czemu rzucałeś kamieniami w dilera, powaliło cię?!

– Też to robiłaś – burknął Roam.

Wysunął wargę i przygarbił się, przybierając pozę wkurzonego i nadętego nastolatka.

– Ja nie rzucam kamieniami w dilerów. To było głupie. Serio, Roam, co ja mam z tobą zrobić?

– Ty jesteś Law? – odezwał się Shard, przerywając moją tyradę i spoglądając na mnie.

Pochwyciłam jego wzrok i wzdrygnęłam się.

– Milcz – rzucił mu Crowe, ale on nadal się gapił, jakby próbował mnie zapamiętać.

Wiedziałam, że to niedobrze, zaczęłam się w środku trząść.

– Oczy w ziemię – polecił Crowe dilerowi, a gdy ten nie posłuchał, błyskawicznym ruchem wyciągnął rękę i nachylił mu głowę.

Czując, jak strach pełznie po mojej skórze, wróciłam do opieprzania Roama.

– Jeszcze nie skończyliśmy. Poszukaj mojego paralizatora, gdzieś tu upadł. Teraz zabieram cię do azylu, jutro pogadamy.

– No serio, Law, chciałem tylko… – zaczął Roam, ale przerwałam mu.

– Paralizator. Już. Gadamy jutro. Ruchy – warknęłam.

Mamrotał coś o „cholernych białych sukach, które się rządzą” i poszedł szukać.

Spiorunowałam wzrokiem jego plecy.

– Co mówiłam o nazywaniu mnie suką?! – krzyknęłam za nim.

– Law – odezwał się Crowe.

Odwróciłam się do niego, miałam dość.

– Nie teraz. Miałam parszywy dzień. Zabieram te dzieciaki do łóżka i wracam do domu. Wezmę gorącą kąpiel, a potem zamierzam spać jak zabita. Muszę odpocząć przed jutrem, bo jutro mam zamiar skopać pewien czarny tyłek pewnemu nastolatkowi.

Crowe nie skomentował. Bo i co miałby powiedzieć?

Spojrzałam na Sharda.

– To masz już ogarnięte? – zapytałam, jakby potrzebował mojej pomocy w „ogarnianiu”.

– Myślę, że tak – usłyszałam.

– Dobrze. Świetnie. Cudownie. Wspaniałego wieczoru.

A potem ruszyłam do ścieżki rowerowej, gdzie czekał na mnie Roam, z moim paralizatorem. Wyrwałam mu go z ręki.

– Idziemy do Hazel. Rusz się. Sniff pewnie umiera tam ze strachu. Słowo honoru, nie wiem, co ci powiedzieć. Wyjmij telefon i zadzwoń do niego, powiedz, że wszystko w porządku.

Szliśmy ścieżką, a ja nie przestawałam się ciskać, nawet gdy rozmawiał przez telefon.

I chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy, Vance słyszał większość tego, co mówiłam.

Rozdział trzeci
Przesłuchanie

Zawiozłam chłopaków do King’s i wpakowałam do łóżek.

Azyl ma sześć sypialni, w każdej stoją trzy piętrowe łóżka. Trzy sypialnie dla chłopaków, trzy dla dziewczyn. Niewiele dzieciaków tutaj nocuje, zwykle przychodzą w ciągu dnia, żeby trochę ze sobą pobyć, pograć, zjeść coś i, jeśli mamy szczęście, pogadać z pracownikami socjalnymi albo podziałać z nauczycielami.

Przekonałam Parka, Roama i Sniffa, żeby spędzali tu większość nocy. Mieli swoje stałe łóżka, Roam spał na górze pod oknem, Sniff na dole.

Park też zajmował górną półkę, obok Roama, i choć upłynęło kilka miesięcy, żaden dzieciak nie spał na tym miejscu. Głównie dlatego, że Roam każdego odstraszał.

Gdy już się położyli, stanęłam obok ich łóżka i patrzyłam na Roama. Leżał na plecach z rękami pod głową, gapił się w sufit i ignorował mnie.

Wiedziałam, że jest zły. Trochę dlatego, że Sniff go wydał i że ja wcięłam się w jego akcję, a trochę, bo upokorzyłam go przed macho Crowe’em.

– Możesz się na mnie wściekać, Roam – powiedziałam łagodnie. – Ale nie wkurzaj się na Sniffa. Zrobił dobrze.

Bez odpowiedzi.

Nigdy nie dotykałam chłopaków, to byłoby niewłaściwe. Mogłam ich trzepnąć w ramię, żartem kuksnąć w żebra, zwykle po miesiącach znajomości. Raz tylko dotknęłam Roama, wtedy, gdy go pchnęłam, gdy znaleźliśmy Parka.

Teraz po chwili wahania położyłam Roamowi dłoń na piersi.

– Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało. Straciliśmy Parka. Nie chcę już stracić żadnego z was – szepnęłam.

Poczułam, że oddycha ciężko, jakby walczył ze sobą, ale nadal nic nie powiedział.

Dałam mu spokój i kucnęłam obok Sniffa. On też leżał na plecach, z rękami wzdłuż ciała. Widziałam, że wpatruje się w łóżko nad sobą.

– Postąpiłeś właściwie, Sniff – powiedziałam.

Odwrócił się do mnie plecami. Dobrze. Niech i tak będzie. Na razie.

 

Zostawiłam ich samych i wróciłam do domu.

Weszłam i ustawiłam alarm. Wzięłam długą gorącą kąpiel z pianą i pozwoliłam, żeby napięcie zeszło z ciała. Potem owinęłam się ręcznikiem i podeszłam do garderoby pod łóżkiem.

Stały tu dwie komody. W ciągu dnia noszę zwykle proste ubrania, stawiając na wygodę z odrobiną stylu.

Ale w nocy to już zupełnie inna sprawa.

Poza urządzaniem domu moją jedyną ekstrawagancją były seksowne koszulki nocne. Dwie szuflady pełne takiego dobra.

Wybrałam bladoróżową satynę na cieniutkich ramiączkach, która miała szarą koronkę przy trójkątnym dekolcie i sięgała do połowy uda.

Wdrapałam się na łóżko, Boo umościł się obok mnie.

Udało mi się wyłączyć mózg i tak jak powiedziałam Crowe’owi, zasnęłam i spałam jak zabita.

***

Obudziłam się mało przytomna i z dziwnym wrażeniem. Kołdra przylegała mocno do moich pleców, czułam płynące stamtąd ciepło. Boo, choć nigdy tego nie robił, leżał na mojej talii.

Rozchyliłam powieki i zobaczyłam kocura obok siebie, obserwował mnie i chyba czekał, aż wstanę i nałożę mu porcję jedzonka; najlepsza część kociego dnia. Zamknęłam oczy. Skoro budzik nie dzwonił, mogłam jeszcze pospać. I wtedy otworzyłam szeroko oczy i spojrzałam na Boo. Jeśli on leżał obok mnie, co leżało na mojej talii?

Mój umysł zaczął pracować. O jasny gwint. Poruszyłam się szybko, zrzucając z siebie to coś i chcąc wstać. Mój nagły ruch Boo skwitował gniewnym „miau!”. A ja, złapana w połowie ruchu i rzucona na łóżko, wylądowałam głową na poduszkach.

Vance Crowe położył się na mnie.

Zastygłam, patrząc prosto w jego ciemne, ocienione rzęsami oczy.

– O rany boskie – wykrztusiłam.

– Witaj – odezwał się Crowe, jakbyśmy budzili się obok siebie każdego dnia.

– Rany boskie – powtórzyłam.

Włosy, zwykle zebrane na karku, teraz miał rozpuszczone; spadały mu na twarz i ramiona. Przysięgam: wyglądał jak indiański bóg wojowników.

– Czy udało mi się zwrócić twoją uwagę? – zapytał.

Tak. Udało. Udało się jak cholera.

– Jak wszedłeś do środka? Przecież alarm…

– Wyłączyłem go.

– Rany boskie – powiedziałam raz jeszcze.

Miałam naprawdę dobry alarm, jeden z najlepszych, Nick go zainstalował. Mogłam go ustawić na bycie w domu i bycie poza nim. Czujniki ruchu zostały tak rozlokowane, żeby nie reagowały na Boo, nawet gdy wchodził przez klapkę w drzwiach wejściowych. W razie włamania alarm się uruchamiał, powiadamiając ochronę i policję. Żadna tandeta, kosztował kupę hajsu, miesięczne opłaty też były spore.

– Jak to zrobiłeś?

Nie odpowiedział, obdarował mnie tylko swoim zadowolonym uśmiechem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że leży na mnie, i spróbowałam go zrzucić. Nie zadziałało.

– Złaź ze mnie! – wrzasnęłam.

– Musimy porozmawiać – odparł.

– Nie musimy. Złaź! – Użyłam głosu „Law opieprza dzieciaki w azylu”, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

– Nie zmuszaj mnie, żebym zrobiła ci krzywdę – ostrzegłam, głównie na pokaz.

Zadowolony uśmiech przeszedł w rozbawienie, co mnie jeszcze bardziej wkurzyło.

– Chcę to zobaczyć – powiedział takim tonem, jakby faktycznie o niczym innym nie marzył.

To było wyzwanie, a ponieważ jestem debilem, przyjęłam je.

Ciężki i Frank pokazali mi sporo chwytów i kazali trenować do bólu w mięśniach. Wprawdzie większość z nich zakładała pozycję stojącą, ale i tak ich użyłam.

Gdy się mocowaliśmy, zrozumiałam, że Crowe zna wszystkie moje chwyty, umie je neutralizować i że ma w swoim arsenale wiele innych, nie mówiąc o tym, że był o niebo silniejszy.

I mimo wszystko udało mi się go zepchnąć. Korzystając z tego, zerwałam się, żeby uciec, co nie było szczególnie mądre: platforma, na której stało łóżko, miała sufit na wysokości półtora metra.

Wyrżnęłam głową w sufit i zobaczyłam gwiazdy. Przycisnęłam prawą rękę do czubka głowy, lewa, którą wyciągnęłam, żeby złapać równowagę, spoczęła na piersi Crowe’a. Przysiadłam na łydkach.

– Jezu, Law, nic ci nie jest? – spytał Crowe, podnosząc się.

Zamrugałam szybko, żeby pozbyć się gwiazd; nie pomogło, zamrugałam znowu.

– Jules? – odezwał się Crowe, po raz pierwszy używając mojego imienia.

Jedną rękę położył mi na biodrze, drugą przesuwał po ręce, którą przyciskałam do głowy.

Z dużym wysiłkiem zdołałam skupić wzrok na nim.

– Tak, spoko.

Siedziałam na łydkach, nadal trzymając dłoń na jego piersi. On też usiadł, przysuwając się i nie odrywając ode mnie oczu. Na jego twarzy malował się teraz niepokój, co, nie wiem czemu, przyspieszyło bicie mojego serca.

Przyjrzałam mu się. Miał na sobie wczorajsze ciuchy; czarny podkoszulek z Hanleyem wyciągnięty z dżinsów i bose stopy.

Nie wiem, czemu to właśnie one zwróciły moją uwagę. Zwykle stopy są mało atrakcyjne, ale te były seksowne. Nie wiem, jak człowiek może mieć seksowne stopy, ale wiedziałam już, że jeśli ktoś takie miał, to właśnie Crowe. Wszechświat, który wszystko w Vansie Crowe uczynił seksownym, w swej niesprawiedliwości obdarzył go również seksownymi stopami. To mi przypomniało, że przecież jestem wkurzona. Poruszyłam się szybko w nadziei, że go zaskoczę. Niestety, nic mi z tego nie wyszło.

Zdjął rękę z mojego biodra i złapał mnie za nogi; ponownie wylądowałam na poduszkach.

Usiadł na mnie okrakiem i znów się szamotaliśmy. Szukałam okazji, żeby kopnąć go w jaja, ale siedział na mnie i mogłam tylko wierzgać nogami, próbując go zrzucić. Chwycił mnie za nadgarstki, podniósł mi ręce nad głowę i nachylił się. Próbowałam się wyrywać, podrzucać biodrami. Ani drgnął.

– Złaź ze mnie! – krzyknęłam.

– Nie. Przegrałaś i teraz mówisz.

– Złaź.

– Co wczoraj robiliście? – spytał, ignorując moje żądanie.

Zagapiłam się na niego. Przestałam walczyć, nie odzywałam się.

– Co to był za dzieciak?

Cisza.

– Jest z King’s?

Serce zabiło mi mocniej, ale moja twarz pozostała obojętna, a przynajmniej taką miałam nadzieję.

– To jeden z twoich ulicznych dzieciaków? – zadawał kolejne pytania, ja milczałam.

– To ma coś wspólnego z Parkiem? – Nie ustępował.

Nie zdołałam pozostać obojętna, zesztywniałam. I odwróciłam głowę, usiłując ukryć reakcję. Skąd miał informacje o Parku, King’s i „ulicznych dzieciakach”, nie wiedziałam i nie chciałam wiedzieć. Ale i tak mi powiedział.

– Znalazłaś jego ciało i jesteś w aktach policji. Złożyłaś zeznania, powiedziałaś, że pracowałaś z nim w King’s. W ostatnich latach życia Park miał akta długie na kilometr. Występuje w nich twoje nazwisko. – Chwila przerwy. – Jules, twoje nazwisko pojawia się tam wiele razy.

Spojrzałam na niego, marszcząc brwi, ale się nie odezwałam.

Zmienił taktykę.

– Powiedz mi o Cordovie.

Zacisnęłam zęby i tylko na niego patrzyłam. Wtedy on też się na mnie zapatrzył. Coś się zmieniło. Zobaczyłam to, wyczułam i znów byłam jak zahipnotyzowana.

Patrzyłam, jak się pochyla, moje serce waliło jak szalone, żołądek wszedł w dzikie wibracje. Gdy znalazł się centymetry od mojej twarzy, powiedział głębokim, jedwabistym głosem:

– Zmuszę cię do mówienia.

– Nie – przemówiłam w końcu, ale było za późno.

Jego usta spoczęły na moich, a mój żołądek wyszedł poza skalę Richtera. Bo musicie dowiedzieć się czegoś, o czym wcześniej nie wspominałam. Otóż nie miałam wielkiego doświadczenia w kwestii facetów. Chodziłam czasem na jakieś randki, całowaliśmy się, obściskiwaliśmy, ale nic poza tym. Tak, właśnie to chcę powiedzieć: byłam dwudziestosześcioletnią dziewicą.

Są kobiety, które czułyby się z tym nieswojo – ja nie. Nie interesował mnie seks, związek ani romans, nie miałam na to czasu. Chciałam uratować świat, a przynajmniej kilkoro dzieciaków. Poza tym ważni dla mnie ludzie mieli przykry zwyczaj umierania, jak ostatnio Park. Dlatego pilnowałam swojego serca, działałam jak dobrze wytresowany rottweiler. Spięłam się i naprawdę chciałam nie reagować, ale pocałunek Crowe’a był przyjemny. Chciałam czuć na sobie jego dłonie, nawet jeśli mnie przytrzymywał, chciałam czuć jego ciepło.

A gdy jego język dotknął moich warg, poczułam mocne, przyjemne mrowienie między nogami. Rozchyliłam usta, żeby coś powiedzieć, żeby zrzucić go z siebie, ale wtedy wsunął mi język, przechylił głowę i zaczął całować na poważnie.

Nie mam zbyt dużego porównania, ale czułam, że był w tym dobry – głównie dlatego, że się rozpływałam. Moje usta dopasowały się do jego ust, oddałam pocałunek. Jego wargi oderwały się od moich, ale wciąż mnie całował, delikatnie, leciutko.

– Powiedz mi o Cordovie – powiedział.

Pokręciłam głową; trochę, żeby zaprzeczyć, a trochę, żeby rozjaśnić umysł, a Crowe pocałował mnie znowu. Mrowienie między nogami nabrało mocy, rozchodziło się po całym ciele, umysł znów mi się zaćmił, skupiony wyłącznie na pocałunku. Wcisnęłam nadgarstki w jego dłonie, nie żeby się wyrwać, ale żeby móc go jeszcze bardziej poczuć.

Musiałam go dotknąć, potrzebowałam tego. Ścisnął mniej mocniej, jakby myślał, że próbuję się szarpać, choć przecież oddawałam pocałunki. Odsunął usta na milimetr i powiedział w moje wargi:

– Kto nauczył cię strzelać?