Od pierwszego wejrzeniaTekst

Z serii: Rock Chick
Oznacz jako przeczytane
Od pierwszego wejrzenia
Od pierwszego wejrzenia
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Rock Chick Redemption

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Barbara Milanowska (Lingventa)


Zdjęcie na okładce: © sakkmesterke/Shutterstock


Copyright © 2013 by Kristen Ashley

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Agata Suchocka


ISBN 978-83-287-1438-0


Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2020

Książkę tę dedykuję

Kathleen „Danae” Den Bachlet

Mojej „Annette”.



Dziękuję bogini za to, że zesłała mi przyjaciółkę, która pozwala mi być sobą.



Część pierwsza

Rozdział pierwszy
Miłość od pierwszego wejrzenia

Miłość od pierwszego wejrzenia przytrafiła mi się dwa razy. Za pierwszym razem był to Billy Flynn. Za drugim Hank Nightingale. Z Billym nie wyszło i złamał mi serce. A jeśli chodzi o Hanka… No cóż, on też był łamaczem serc, ale nie zamierzałam zajmować się nim na tyle długo, by pozwolić mu skruszyć i moje. Odejście od niego nie było nawet świadomym wyborem, ale przecież to nie miało znaczenia i ostatecznie wyszło na dobre.

Przynajmniej Hankowi.

***

Billy i Hank są jak noc i dzień, ciemność i światło, zło i dobro.

Billy uosabia wszystko, co mroczne i złe, Hank zaś to, co jasne i dobre.

Bo wiecie, Billy to przestępca. Hank to dla odmiany gliniarz.

Billy wygląda jak młody Robert Redford, lecz zamiast uroku chłopaka z sąsiedztwa (którego posiada mnóstwo, to trzeba mu przyznać), ma w sobie raczej coś z Jamesa Deana w Buntowniku bez powodu. Byliśmy razem przez siedem lat, z czego przez trzy ostatnie próbowałam z nim zerwać. To też nie wyszło.

Hank zaś wygląda jak nikt inny. Jest piękny, tak po prostu: wysoki, ciemnowłosy, o bursztynowych oczach i muskulaturze lekkoatlety. Hank żyje dla sprawy. Dla sprawiedliwości. I ma więcej uroku, niż Billy mógłby sobie wymarzyć.

Nie pytajcie mnie, skąd to wiem, skoro znam Hanka dopiero od kilku dni. To się zaczęło w chwili, w której dowiedziałam się, że jest fanem Springsteena. A każdy, kto lubi Springsteena… No właśnie!

***

Opowiem wam trochę o sobie.

Mama nazwała mnie Roxanne Giselle Logan (ze znanych tylko jej, dziwacznych powodów), lecz wszyscy mówią do mnie Roxie. Mam starszego brata Gilberta – ma ksywkę Gil, bo Gilbert to dość gówniane imię – i młodszą siostrę Esmeraldę, na którą mówimy Mimi, bo tu również mama niezbyt się popisała. Właściwie to byłam szczęściarą, jeśli idzie o dobór imion w naszej rodzinie.

Tata pozwolił mamie na to szaleństwo. Myślę, że zrobił to z wyrachowania, żeby do końca życia móc jej to wypominać. Ale oni naprawdę się kochają. I okazują to, nawet zbyt często jak na mój gust. Dorastanie z rodzicami nieustannie obściskującymi się publicznie to była spora żenada. Mimo to ciągle sobie dogryzali i się kłócili, w myśl powiedzenia: „Kto się czubi, ten się lubi”.

***

Kilkanaście lat temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę musiała nieustannie uciekać z chłopakiem kryminalistą, nieważne, jak byłby przystojny. Dorastałam w przeświadczeniu, że zdobędę świetną pracę, zarobię mnóstwo kasy i nakupuję markowych ciuchów, a tłum lizusów będzie piał hymny na moją cześć i spełniał każdą zachciankę.

Zanim poznałam Billy’ego, naprawdę przymierzałam się do takiego życia.

Nie to, że byłam nadambitna, nic z tych rzeczy. Liceum i studia spędziłam na nieustannym imprezowaniu. Przeszłam przez college na czwórkach i piątkach, ale przecież tak naprawdę nie chodziło o żadną naukę, tylko o piwo, butelkę tequili od czasu do czasu i rock and roll! Tata twierdził, że jestem sprytna, więc może nie będę miała przesrane. Mama zaś mówiła, że jeśli nie zmądrzeję, to i owszem. Oczywiście nie używała takich dosadnych określeń jak tata, ale wiedziałam, o co jej chodzi.

Oboje mieli po części rację, ale to ona była bliżej prawdy.

Na moje szczęście rodzice, a także przodkowie mamy ukończyli Uniwersytet Purdue. Mój pradziadek był nawet upamiętniony na tablicy wiszącej w szkole jako bohater pierwszej wojny światowej. Można powiedzieć, że indeks tej uczelni niejako mi się należał – z taką rodzinną historią i tyloma członkami Stowarzyszenia Absolwentów w drzewie genealogicznym. Zdobyłam dyplom, choć większość czasu spędzałam w Czekoladziarni Harry’ego, w którym to przybytku balowali zapewne również moi rodzice, dziadek i pradziadek.

***

Poznałam Billy’ego tuż po ukończeniu studiów. Miałam już niezłą pracę. Stażowałam trochę podczas wakacji w firmach projektujących strony internetowe i jedna z nich, w Indianapolis, zatrudniła mnie na stałe. Chyba tylko dlatego, że traktowali mnie jak biurową maskotkę. Bywałam szurnięta, i to nieźle, a ci dwaj kolesie, którzy zarządzali w filii, też nie grzeszyli powagą. Nosili T-shirty z głupawymi sloganami i podarte jeansy. Chyba mieli jakieś udziały w lokalnej kawiarni, bo żłopali kawę non stop.

Jedna z moich koleżanek, Annette, powiedziała, że dostałam robotę za wygląd. Coś musiało być na rzeczy, w końcu wygrałam Wybory Miss Nastolatek w naszym hrabstwie. Nie przeszłam do finału stanowego, bo posprzeczałam się z inną uczestniczką. No i w sumie uważałam, że te konkursy piękności są do kitu.

Wdałam się w rodzinę mamy: wysoka, ale „korpulentna”, jak mawiał tata. To chyba znaczyło, że mam czym oddychać i na czym usiąść, ale nigdy mi tego nie wyjaśnił. Wszyscy wyglądamy jak MacMillanowie: wysocy, jasnowłosi i niebieskoocy. Oczywiście tylko mój brat ma zarost jak Grizzly Adams, no i nasz wujek Tex.

***

Nigdy osobiście nie poznałam wujka Texa. Był w Wietnamie i zawinął się (serio, tak po prostu zniknął), jak tylko stamtąd wrócił. Cała rodzina przestała się do niego odzywać. Za wyjątkiem mnie. Pisałam do niego i te listy nie zostawały bez odpowiedzi.

Sztuką epistolarną zajęłam się za młodu. Wkręciłam się, ot tak. Pisałam do każdego, czyj adres wpadł mi w ręce. Uwielbiałam przyklejać znaczki i gnać na pocztę. Gryzmoliłam tak dużo, że mama sprezentowała mi papeterię z monogramem na dwunaste urodziny. Do tej pory dostaję od niej dwa duże zestawy co roku: fioletowe, z moimi inicjałami „RGL” wytłoczonymi na górze strony i na skrzydełku koperty.

Zabroniła mi napisać do wujka Texa, twierdząc, że to strata czasu, bo on nigdy nie odpisuje.

Mama nieczęsto robiła się smutna, ale działo się tak za każdym razem, gdy o nim mówiła. Były tylko dwa tematy, które ją dołowały: wujek i moje ignorowanie uwag dotyczących szlajania się z Billym.

Mama i wujek byli bardzo blisko, gdy dorastali, ale gdy tylko skończył osiemnastkę, Tex zaciągnął się do wojska i pojechał do Wietnamu, to było już pod koniec konfliktu. I więcej o nim nie słyszano.

To znaczy do czasu słyszano, gdy zadziwiając wszystkich, przysłał do mnie list. Nie odpisywał nikomu innemu: ani mamie, ani dziadkom, ani ich dwóm siostrom. Nawet wtedy, gdy siedział w więzieniu za pobicie dealera, ciągle do mnie pisał.

Gdy miałam czternaście lat, przyłapałam mamę płaczącą nad jego listami, które znalazła w moich rzeczach. Nigdy się nie wygadałam, że widziałam ją myszkującą w moich rzeczach. Mam wrażenie, że robiła to dość często.

Z listów wynikało, że wujek Tex jest cholernie zabawnym gościem, istnym wariatem (może nawet większym ode mnie). Pokochałam go dzięki tej korespondencji i zrozumiałam, dlaczego mama darzy go takim głębokim uczuciem.

***

Billy’ego poznałam, gdy miałam dwadzieścia cztery lata. Zakochałam się w nim natychmiast, i to na zabój.

Był zabójczo przystojny. I miał w sobie tyle energii, więcej niż ktokolwiek inny! Potrafił mnie rozśmieszyć i traktował jak księżniczkę. Do tego był wyszczekany. No i ustami umiał wyczyniać różne inne cuda.

Moja rodzina go jednak nie znosiła. Rodzice, Gil, Mimi i wszyscy moi przyjaciele nie cierpieli go. Oczywiście ignorowałam ich. Puszczałam im piosenkę Cowboy Junkies Misguided Angel i kazałam pogodzić się z sytuacją.

Po roku znajomości mieszkaliśmy razem w moim mieszkaniu i przeżywaliśmy bal naszego życia, na który składały się świetny seks, imprezy i różne wariactwa. Byłam nim tak zafascynowana, że nie obchodziło mnie, jak zarabiał na życie.

Któregoś dnia powiedział, że w Saint Louis czeka na niego robota, której nie może przegapić. Stwierdził, że za pół roku przejdzie na emeryturę; przeprowadzimy się do Saint-Tropez i będę mogła całymi dniami opalać się topless, podczas gdy on będzie polewał mi szampana do wykwintnych kolacyjek. Obiecał, że da mi życie, na jakie zasługuję: markowe ciuchy, diamenty i perły, bąbelki na śniadanie i wszystko, co zechcę.

Uwierzyłam mu, bo choć miałam dwadzieścia pięć lat, to wciąż byłam głupia. A przecież wszyscy odradzali mi ten związek, nawet wujek Tex. Zrezygnowałam z pracy i przeniosłam się do Saint Louis. Rozpakowałam graty, znalazłam robotę i zaczęłam wszystko od początku.

Po pół roku Billy oznajmił, że jeszcze większa gratka czeka go w Pensacoli. A potem w Charleston. I w Atlancie.

Powinnam była to przewidzieć. Zanim mnie poznał, Billy przeprowadzał się co chwilę: z Bostonu (gdzie dorastał) do Filadelfii, Cincinnati, potem do Louisville i Indianapolis. Za to, że przesiedzieliśmy rok w tym ostatnim miejscu, powinnam mu w zasadzie podziękować.

 

Gdy po trzech latach nieustannych przeprowadzek wylądowaliśmy w Chicago, miałam dosyć. Podobało mi się w Saint Louis, w Charleston i Atlancie. Znalazłam we wszystkich tych miejscach fajną pracę i przyjaciół. Każdorazowy wyjazd to była męka. Nie cierpiałam pakowania i życia na walizkach. Czasem już po tygodniu, nim zdążyłam się rozpakować, Billy oznajmiał, że węszy za nowym miejscem. Cały wolny czas poświęcałam na pisanie listów do porzuconych znajomych i naprawdę miałam już dość bycia koczowniczką.

No i zaczęłam podejrzewać, dlaczego Billy jest tak powściągliwy w informowaniu mnie, co robi całymi dniami i gdzie trzyma pieniądze. To była zawsze gotówka, nigdy nie dostał za robotę czeku. Czasami przynosił spore sumy, ale potem przez długi czas nic.

Na początku mu ufałam, wierzyłam w wizje, które przede mną roztaczał, w tę gładką gadkę o tym, że życie, na które „zasługiwałam”, jest na wyciągnięcie ręki. Potem już tylko chciałam w to wierzyć, więc nie zadawałam zbędnych pytań. W końcu wściekłam się na siebie za własną głupotę i nieustanne zaprzeczanie, zaklinanie rzeczywistości. To działało tylko przez chwilę.

„Do diabła z nim, Złotko!”, napisał mi wujek Tex ze zwykłą sobie brutalną szczerością. „Nie wygląda to dobrze. Spuść go na drzewo i znajdź sobie prawdziwego faceta!”

***

Nasz pobyt w Chicago byłby najkrótszy ze wszystkich, gdyby tylko Billy postawił na swoim. Gotów był się zwijać po trzech miesiącach. Ja tymczasem projektowałam strony internetowe, byłam niezależną freelancerką. Annette przeprowadziła się również, więc miałam sprawdzoną przyjaciółkę na miejscu. No i znalazłam kilku dobrych klientów. Mieszkaliśmy w lofcie, który bardzo mi się podobał, w pobliżu stadionu Wrigley (byłam fanką Cubsów, nie ukrywam!), a do rodzinnego domu miałam tylko cztery godziny jazdy.

Nigdzie się nie wybierałam. Powiedziałam Billy’emu, że może wyjechać, jeśli chce, ale ja zamierzałam zostać. Cholernie się pokłóciliśmy i skończyło się łzami. Moimi, oczywiście, bo byłam nieustannie chlipiącą beksą. Potrafiłam rozryczeć się nad zdjęciem małego kociaka.

Koniec końców – zostaliśmy.

Schemat się powtarzał: Billy chciał się przeprowadzać, ja chciałam zostać, kłóciliśmy się, ja zalewałam się łzami i stawiałam na swoim.

Aż któregoś razu Billy wrócił bardzo późno i powiedział, że musimy wyjechać. Po jego zachowaniu wnioskowałam, że wszystko to, na co przymykałam oczy, czego nie rozumiałam, spieprzyło się. Coś poszło bardzo nie tak.

Miałam to gdzieś, stanęłam okoniem. Między nami też wszystko się spieprzyło, a od czasu mojej pierwszej odmowy wyjazdu było coraz gorzej i miałam tego wszystkiego serdecznie dość. Chciałam, by Billy sporządniał, dla mnie i dla siebie samego, ale zdałam sobie sprawę, że to niemożliwe. Pękało mi serce, bo przecież przeżyliśmy mnóstwo dobrych, a nawet świetnych chwil. Wiedziałam, że będę za nim tęsknić. Ale każda dziewczyna ma swoją granicę wytrzymałości. Wkurzało mnie to, że wszyscy mieli rację co do niego. Ale jeśli da się ciała, to trzeba to przyznać, jakoś przez to przejść i ruszyć do przodu.

Nadeszła pora na wzięcie sobie rady wujka Texa do serca i odprawienie Billy’ego.

Gdy mu to oznajmiłam, pchnął mnie na ścianę, dociskając przedramieniem moje gardło, a jego ładną chłopięcą twarz wykrzywiła furia, jakiej nigdy przedtem nie widziałam.

– Pojedziesz wszędzie tam, gdzie ja! – zasyczał. – Należysz do mnie i nigdy się nie rozstaniemy. Jesteś moja na zawsze, do kurwy nędzy!

Przestraszyłam się nie na żarty. Nigdy wcześniej się tak nie zachowywał. Nie lubiłam się bać. Nawet nie oglądałam horrorów. Strach to nie moja bajka.

To był koniec, właśnie w tamtej chwili. Nadzieja na przyszłość dla mnie i Billy’ego ulotniła się w gwałtownym rozbłysku. Po pierwsze – ręka na gardle sprawiała mi ból. Po drugie – wyraz jego twarzy mnie przerażał. Po trzecie – należałam tylko i wyłącznie do siebie samej. Innymi słowy – pieprzyć to!

Ostatecznie zostaliśmy w Chicago, a cokolwiek tak bardzo przeraziło Billy’ego, stopniowo zgasło. Ale nie mój gniew. Spakowałam jego graty, wystawiłam je za drzwi i wymieniłam zamki.

Nie poszło tak gładko, jak się spodziewałam. Billy rozwalił drzwi kowalskim młotem. Znowu się pożarliśmy, ale jakimś cudem namówił mnie, żebym przyjęła go z powrotem.

Może to była oznaka głupoty albo słabości? Tak naprawdę nie chciałam się z nim pogodzić, bo już wiedziałam, jaki jest naprawdę, i nie zamierzałam tego tolerować. Kochałam go, ale okazał się kimś zupełnie innym, niż to sobie pierwotnie wyobrażałam. Obawiałam się, że smród, który się wokół niego unosił, przylega i do mnie.

W końcu młot kowalski to już nie przelewki. Musiałam mądrze to rozegrać. Ułożyłam swój własny plan jak żywcem wyjęty z Sypiając z wrogiem. Założyłam tajne konto oszczędnościowe. Nowe ciuchy, których Billy nigdy nie widział, schowałam u Annette.

Uciekłam do rodziców, ale przyjechał, żeby mnie stamtąd zabrać. Spodziewałam się tego. Przez cały czas oszczędzałam i chowałam kolejne ubrania u Annette, grając na czas.

Potem zwiałam do przyjaciółki w Atlancie, ale i tam mnie odnalazł. Więc przyczaiłam się po raz kolejny. Czmychnęłam do hotelu w Dallas, ale i tam dotarł za mną.

Strasznie długo to trwało, a ja nie nawykłam do długofalowych przedsięwzięć. Czułam jednak, że przy nim życie przesącza mi się przez palce, każdego dnia, miesiąca, każdego roku. I choć byłam niecierpliwa, to cechowałam się również uporem i chciałam doprowadzić ten plan do końca.

Nadeszła pora na ostatnią ucieczkę, do miejsca, w którym miał przecież mnie odnaleźć, jak za każdym poprzednim razem, gdy umyślnie zostawiałam za sobą tropy. Gdy i tam mnie znalazł, wróciłam w to samo miejsce, by dokończyć plan, który przygotowałam zawczasu. Wszystko się jednak spieprzyło, bo smród Billy’ego już zdążył do mnie przylgnąć.

Ostatnim punktem planu był wyjazd do Denver. Do wujka Texa.

Nie wszystko poszło po mojej myśli, bo właśnie wtedy, na szczęście lub raczej „o zgrozo!”, zależy, jak na to spojrzeć, poznałam Hanka. To była dziwna znajomość.

Przez to, że napatoczył się Hank, cały mój misterny plan wziął w łeb.

***

No i właśnie teraz siedzę na zasyfionej podłodze śmierdzącego motelu, przykuta do zlewu. A Hank za moment pozostanie już tylko wspomnieniem.

Choć przecież zasługuje na lepszy los niż ja.

Muszę tylko mu to wmówić.

Rozdział drugi
Whisky

Opowiem wam, jak to wszystko się zaczęło.

***

Kilka miesięcy temu wujek Tex napisał mi, że nawiązał nowe znajomości i znalazł robotę, pierwszą od czasu powrotu z Wietnamu. Nie było mu łatwo się przystosować. Siedział w więzieniu przez jakiś czas, a potem żył z marnego spadku po bezdzietnym wujku, który bardzo go lubił, w domu, który również odziedziczył po nim. Dorabiał, niańcząc cudze koty. Wierzcie lub nie, praca polegała na obsłudze ekspresu w klubokawiarni literackiej połączonej z antykwariatem. Miejsce zwało się Fortnum.

Wujka wsadzili do pierdla za pobicie dealera. A tymczasem teraz robił wzorki na cappuccino. Dziwaczne, nie?

Jego listy przepełnione były historyjkami o pracownikach i stałych bywalcach. Lubił opisywać właścicielkę, Indię Savage.

Biło z tych listów jakieś ciepło, więc wujek musiał darzyć ich wszystkich sympatią, szczególnie Indy i jeszcze jedną dziewczynę, Jet. Pisał, że „Indy ma jaja”, oczywiście to była przenośnia. Wujek lubił silne osobowości. Jet za to „miała power”, choć nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Lubił też tupet, a ten posiadała aż w nadmiarze Ally, kolejna kelnerka. Indy wzięła wujka pod swoje skrzydła i wyraźnie mu to służyło.

Wpisałam więc Denver do mojego planu, mając nadzieję, że Indy rzuciła na Texa jakiś urok, który sprawi, że nie trzaśnie mi drzwiami przed nosem. Zrobił już tak z moją mamą, babcią i ciotkami, robił tak za każdym razem, gdy usiłowały złożyć mu wizytę. Postanowiłam więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: pozbyć się Billy’ego, a wujka Texa sprowadzić na łono rodziny.

***

Przyjechałam na początku października, w niedzielę. Po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy niekończące się błękitne niebo nad Denver, okiełznane przez łańcuch Gór Skalistych na zachodzie. Mówiono o nich „purpurowi arystokraci” i dopiero, podziwiając widok, zrozumiałam, o co chodziło.

Było słonecznie, ale rześko. Z samego rana zameldowałam się w hotelu; za pokój zapłaciłam gotówką. Nie chciałam, żeby Billy tak od razu mnie znalazł. Wzięłam prysznic i się wystroiłam, w końcu spotkanie z wujkiem Texem to była wyjątkowa okazja. No i kochałam ciuchy, szczególnie od uznanych projektantów. Mama mawiała, że noszę je jak zbroje, ale tata uważał, że kiepska to zbroja, która działa jak magnes. Do rzeczy. Wydawałam majątek na włosy, ale dzięki temu moje sięgające ramion pukle był miękkie i pięknie się układały. Umalowałam się i założyłam ciemnoszarą spódnicę z dzianiny, która podkreślała moje pośladki. Czarny obcisły golf i kozaki na obcasach, za które zapłaciłam majątek, dopełniały całości. Billy omal zawału nie dostał, gdy zobaczył ich cenę na pudełku. W uszach błyszczały diamenty, które kupił mi za brudne pieniądze. Ale w końcu brylanty to brylanty, a że nie dokładał się do czynszu… zatrzymałam je. Zegarek z tarczą z masy perłowej od Raymonda Weila. Czarny szklany pierścień od Lalique. I gotowe!

Nie było mnie stać na te wszystkie rzeczy, bo musiałam utrzymywać nas oboje. Karmiłam swą żądzę metek, oszczędzając, na czym się dało, polowałam na przeceny i okazje w nowo otwieranych butikach. Na aukcjach internetowych wyszukiwałam spektakularne ciuchy, których inni chcieli się pozbyć. Najpierw to było hobby. Uwielbiałam ładne rzeczy, a ostatnimi czasy tylko one przypominały mi o życiu, z którego zrezygnowałam, wiążąc się z Billym. Chciałam przypomnieć sobie, dlaczego postanowiłam wyrzucić go z mojego życia.

Spryskałam się perfumami Boucheron, przerzuciłam przez ramię torebeczkę Fendi (kupioną za jedną trzecią wartości na garażowej wyprzedaży jakiejś rozwodzącej się damulki), wbiłam koordynaty w nawigację i ruszyłam do domu wujka Texa.

Nie zastałam go. Dziwne, nie siedział w domu w niedzielę? Latami nie ruszał się z tej dzielnicy, no i nie był przecież typem faceta, który w wolnym czasie szlaja się po Denver.

Choć z ostatnich listów wynikało, że jednak się trochę szlajał.

Czekałam, ale się nie pojawił. W budce telefonicznej znalazłam adres Fortnum i zaprogramowałam GPS.

Zaparkowałam na Broadway i podeszłam do drzwi frontowych, na skrzyżowaniu z Bayaud. Lokal wyglądał zachęcająco, nieco hipsterski, ale w taki nienachalny sposób. Miał aurę właściwą miejscom z renomą, których status jest już niepodważalny.

Weszłam do środka i natychmiast się zakochałam! Zapach starego papieru dobiegał z regałów pokrywających wszystkie ściany aż po tyły lokalu.

Uwielbiałam czytać. Kochałam książki, biblioteki i księgarnie, a ta na pierwszy rzut oka wyglądała na najfajniejszą z tych, które widziałam.

Po lewej stała księgarska lada, a po prawej stoisko baristy. Między nimi rozstawiono niskie stoliki, krzesła, a nawet kanapy, na których można było wygodnie rozłożyć się z książką i kawą.

Zamurowało mnie, gdy tylko przekroczyłam próg. Stado samców, jakby wprost wyjętych z okładek magazynów modowych, siorbało kawki, rozłożywszy się na kanapach. Jakbym trafiła na zlot przystojniaków, którzy wpadli do Fortnum na kawę tylko po to, żeby omówić zagadnienia sympozjum „Jak radzić sobie z byciem zajebiście przystojnym?” Pięciu. Dwaj byli podobni jak bracia, ale to ten o bursztynowych oczach przykuł moją uwagę. Wszyscy na mnie patrzyli, ale gdy skrzyżowałam spojrzenie z nim, poczułam, że jeśli choć drgnę, to chyba zjadę na podłogę i stracę przytomność.

Znałam to już. Fatalne zauroczenie, które wcześniej przytrafiło mi się z Billym. Nie pamiętałam, jak bardzo jest intensywne; czułam, jakby przejechał mnie pociąg.

By zamaskować zmieszanie, odwróciłam wzrok i podeszłam do lady zamówić kawę, a tam, jak na złość, stała również złotooka piękność. Rzuciła okiem na mężczyzn, potem na mnie, z grymasem sugerującym, że sytuacja niezmiernie ją bawi.

– Co podać? – spytała.

Zapomniałam, po co w ogóle tu przyszłam, więc zrobiłam to, co zrobiłby każdy, stojąc przed ekspresem wielkim jak limuzyna: zamówiłam latte na odtłuszczonym mleku z syropem karmelowym.

– Robi się! – Odfrunęła przyrządzić moją kawę, a ja przytrzymywałam się lady i zbierałam wszystkie siły, by nie odwrócić się w celu sprawdzenia, czy bursztynowe oczy wciąż mnie obserwują.

Proszę, Boże, niech on wciąż się na mnie gapi!, myślałam, ale po chwili potrząsnęłam głową, by pozbyć się tych niedorzeczności. Jego uwaga była ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam!

 

Za ladą pojawiła się piękna rudowłosa kobieta, a z opisów wujka wywnioskowałam, że to Indy. Uśmiechnęła się do mnie.

Odwzajemniłam uśmiech; przystojniak zniknął z mojego pola widzenia, ale czułam, że wciąż jest w pomieszczeniu. Nagle przypomniałam sobie, po co przyszłam, i już miałam się odezwać, gdy rozległ się dzwoneczek potrącony skrzydłem otwieranych drzwi.

– Nie odzywam się do ciebie! – Usłyszałam kobiecy głos; ton był wściekły i naburmuszony, więc odwróciłam się, żeby zobaczyć, kto przyszedł.

Czy Fortnum było lokalem zarezerwowanym wyłącznie dla pięknych? Powinni wywiesić znak, który przestrzegałby normalnych ludzi przed wejściem i nabawieniem się kompleksu niższości.

Wysoki i zabójczo przystojny Meksykanin oraz towarzysząca mu zjawiskowa blondynka najwyraźniej bawili się w jakieś połajanki. Znałam to z tysiąca sprzeczek moich rodziców, których byłam świadkiem.

– Jesteś beznadziejna! – rzekł mężczyzna, uśmiechając się tak, jakby to był komplement.

– Co on tam buczy? – zapytała brunetka zza lady.

– Powiem ci, co nie gra i nie buczy! – odparła blondynka. – Nie wprowadzam się do Eddiego! – Skinęła brodą w stronę towarzysza.

No niech mnie! Nie mogłam przestać się gapić. Tex opowiadał mi o Jet, o tym, że podkochiwała się w Eddiem, jak również o tym, że on zabiegał o jej względy, a ona udawała, że jej nie zależy. To był jeden z ostatnich listów sprzed kilku tygodni. A teraz miałam ich przed sobą, rozmawiających o zamieszkaniu razem. Szybki Lopez z tego Eddiego, nie ma co!

– Jesteś beznadziejna! – powtórzył Eddie, patrząc na blondynkę.

– Eddie nie pozwala mi pracować u Smithiego! A przynajmniej wydaje mu się, że ma coś do powiedzenia w tej kwestii! – zrelacjonowała.

– Pozwól jej pracować! – doszło od strony kanapy.

Zerknęłam tam, zastanawiając się, na czym polega praca u Smithiego. To odezwał się Indianin o włosach gładko zaczesanych w kucyk, rzęsach, za które mogłabym zabić, i wydatnych kościach policzkowych. Uśmiechał się głupkowato.

Złotooki przystojniak stracił zainteresowanie moją osobą; teraz uśmiechał się i strzelał oczami do Jet. Serce mi zamarło. Tymczasem Eddie uniósł brwi, a jego spojrzenie mówiło więcej niż tysiąc słów. Dziwnie było wiedzieć, kim są ci ludzie, a przecież jednocześnie wcale ich nie znać.

– Nie wprowadziłaś się do Eddiego? – spytała Indy, a ja ponownie spojrzałam na nią.

– To był chwilowy kaprys! – odpowiedziała Jet.

Moje spojrzenie prześlizgnęło się na nią; uśmiechnęła się nieznacznie, paradując w stronę lady jak rasowa klacz na wybiegu. Niezła w tym była. Moja mama pochwaliłaby ją za ten spacerek.

A ja tymczasem skrzyżowałam spojrzenie z Eddiem, którego czarne oczy zlustrowały mnie od stóp do głowy. Ewidentnie nie spodobało mu się to, co zobaczył, a ja poczułam się niechciana, jakbym była intruzem, którego nikt nie zapraszał na swoje terytorium.

Miałam takie wrażenie dlatego, że jego spojrzenie z ciepłego i rozmarzonego, zarezerwowanego dla Jet, stało się zupełnie pozbawione wyrazu, gdy przeniósł wzrok na mnie. A przecież nie był jakimś tępakiem, to mogłam wyczuć od razu.

Po chwili zignorował mnie i odszedł w stronę kanap. Ja również się odwróciłam, poruszona jego reakcją. Oparłam się wygodnie o ladę; musiałam się skupić, a jedno spojrzenie na Whisky wybiłoby mnie zupełnie z rytmu, to nie ulegało wątpliwości. Tak samo jak to, że moim ulubionym projektantem był Armani.

Ruda, brunetka i blondynka gawędziły za wielkim ekspresem i wyglądały przy tym jak czarownice z Eastwick, były jednak ładniejsze i w niewytłumaczalny sposób straszniejsze. Skoro zidentyfikowałam już Indy i Jet, brunetką musiała być Ally. Z pewnością była spokrewniona z braćmi na kanapie. To by znaczyło, że bursztynowooki przystojniak to Lee (wielka szkoda, bo tak miał na imię facet Indy) bądź Hank. To byłoby chyba gorsze, bo z listów wujka wynikało, że Hank to gliniarz, więc z pewnością nie zainteresowałby się kimś takim jak ja, czyli laską gangstera, bo w końcu nie byłam nikim więcej.

– Powinnaś na stałe zamieszkać z Eddiem – zawyrokowała Ally, kończąc przygotowywanie mojej kawy.

– Właśnie próbuję z nim zerwać! – odpaliła Jet.

Westchnęłam, bo choć potraktował mnie tak obcesowo, był boski! Kto chciałby zrywać z takim facetem? Wszystkie trzy spojrzały na mnie.

– Nie bój nic. – Jet ponownie się uśmiechnęła, a gdy to robiła, stawała się zjawiskowa. – Już tego próbowałam, ale nie wyszło.

Skinęłam głową.

– Znam ten ból – mruknęłam, bardziej do siebie niż do niej.

Miałam nadzieję, że Eddie nie był takim dupkiem jak Billy, bo już wiedziałam, że polubiłabym Jet. Miała zapał, miała odwagę, a przynajmniej tak opisywał ją Tex.

Zainteresowały się moim komentarzem.

– Twoja kawusia. – Ally wręczyła mi papierowy kubek.

Postawiłam go na stoliku, pytając o cenę; rozliczyłyśmy się, po czym pochyliła się w moją stronę.

– Co to znaczy, że znasz ten ból? Też nie możesz się pozbyć faceta? Wiem, że to wścibskie pytanie, ale mój brat gapi się na ciebie tak, jakby chciał zedrzeć te fatałaszki od chwili, gdy weszłaś. Badam teren w jego imieniu.

Przygryzłam wargę, z trudem powstrzymując się od zerknięcia w stronę sof. Miałam rację, to musiała być Ally. Nie powiedziałaby mi, że to Lee, chłopak Indy, rozbiera mnie wzrokiem, więc musiała mieć na myśli Hanka. Do wzięcia, z tego, co mi było wiadomo, ale wciąż gliniarz.

Nie zdziwiło mnie wcale, że Ally wypaliła do mnie coś takiego, w końcu wyglądała na dziewczynę, u której to, co w głowie, to na języku.

Pochyliłam się w ich stronę i powiedziałam coś, co było moim pierwszym błędem z wielu.

– Mowa o Whisky? – szepnęłam, nie mogąc się powstrzymać.

– Whisky? – wtrąciła się Indy.

– Facet o oczach koloru whisky – wyjaśniłam.

Indy rzuciła uśmieszek koleżankom, wszystkie trzy spojrzały na mnie.

– To nie może być żaden inny – potwierdziła Indy.

– Masz na imię Indy? – spytałam, żeby się upewnić.

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– Tak. Czy my się znamy?

– Szukam Texa MacMillana. Pracuje tutaj.

Coś zmieniło się w jej twarzy, przeszła w tryb matki kwoki. Ale to Jet mi odpowiedziała pytaniem, nagle tak samo nasrożona.

– A ty to kto?

Spojrzałam na Ally, szukając jakiegoś wsparcia, ale ona dla odmiany przeszła w tryb lwicy, która gotowa była mnie rozszarpać, jeśli miałabym czelność choć spojrzeć na jej młode. Musiałam szybko im wyjaśnić, że nie stanowiłam żadnego zagrożenia. Historyjka z Billym mogła zaczekać.

– Jestem Roxanne Logan. Tex to mój wujek.

Zniknęły kwoki i lwica, pojawiły się trzy zdziwione oblicza, szczęki im nieco opadły. Ally krzyknęła tak głośno, że z pewnością wszyscy faceci w lokalu to usłyszeli, bo spojrzeli w naszym kierunku.

– Chyba sobie jaja robisz! – Po czym odchyliła głowę i parsknęła gromkim śmiechem.

Pozostałe kobiety również zwijały się ze śmiechu, Jet chwyciła się za brzuch.

– Nie wierzę! – krzyknęła.

Co jest, kurwa?? Zachowywały się jak wariatki. Ally krzyknęła w stronę sof:

– Nie uwierzycie, kto to jest!

– Nie mów…! – zaczęłam.

Wszystkie oczy były skierowane na mnie, a te bursztynowe, należące do Hanka, wpatrywały się jednocześnie z rozleniwieniem i ciekawością. Zrobiło mi się słabo, więc odwróciłam wzrok.

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał akurat wtedy, gdy Ally oznajmiła:

– To jest Roxanne, pieprzona siostrzenica Texa!

Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech i oparłam się o ladę.

– Roxie?

To był łagodny pomruk. Nigdy nie słyszałam takiego głosu i tylko tak można było go opisać.

Otworzyłam oczy i spojrzałam na starszą wersję mojego brata Gila. Tylko broda na twarzy olbrzyma, który był prawie tak szeroki, jak wysoki, była bardziej szpanerska. Wielka klata, blond czupryna i ciemnoniebieskie oczy. Nasza krew, jak nic. Odziany był w jeansy i flanelową koszulę, a do jego boku kleiła się ładna starsza babka. Przytrzymywała się go jedną ręką, a druga zwisała bezwładnie.

– Wujek Tex? – spytałam, choć to przecież musiał być on.

Poczułam gulę w gardle, nie mogłam powstrzymać łez, choć bardzo się starałam, ale po chwili już płynęły po moich policzkach.

– Boże drogi, Roxie! – Tex wyswobodził się z uścisku kobiety, która bez jego oparcia chwiała się na nogach, lecz mimo to się uśmiechała, i w dwóch susach dopadł do mnie.

Spróbowałam go objąć, ale rąk mi zabrakło. Ku mojemu zdumieniu chwycił mnie w ramiona i zakręcił wokół.

– Roxanne Giselle Logan, największa ślicznotka na całym pieprzonym świecie! – huknął tak, by wszyscy słyszeli.

Już mnie nos szczypał od powstrzymywanego płaczu, beczałam na dobre.

– Wujku! – Śmiałam się przez łzy, przytrzymując się jego potężnych barków. – Postaw mnie!