Córka gliniarza

Tekst
Z serii: Rock Chick
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Córka gliniarza
Córka gliniarza
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6
Strefa „Kinky” Friedmana

Postanowiłam wciągnąć Jane w nasze poszukiwania. I w sumie wszystkich innych.

Cały ranek spędziłyśmy na obsługiwaniu klientów, którzy pragnęli kawy, jednej osoby, która przyszła po książkę oraz na obdzwanianiu wszystkich znajomych i rozsyłaniu listów gończych za Rosim i Dukiem.

Jane co prawda przeżyła szok na widok mojej twarzy (wciąż miałam podbite oko, duży sinik zmieniający kolor na żółty), ale ogólnie była podekscytowana. Uważała chyba, że to świetna zabawa. W końcu to nie wobec niej (na razie) użyto broni palnej i paralizatora. Czytała głównie romanse, ale również kryminały i powieści grozy i należała do wielbicieli Richarda „Kinky” Friedmana[4].

Po porannych godzinach szczytu pojechała do Evergreen i wsunęła pod drzwi Duke’a kartkę z prośbą, żeby zadzwonił od razu, jak tylko zjawi się w domu. W postscriptum zaprosiła Dolores na kobiecy wieczorek w przyszłą środę.

Ja uznałam, że moja poranna słabość w relacji z Lee to przejściowe zaćmienie oraz skutek uboczny sake. I utwierdzałam się w przekonaniu, że bycie z nim nie jest dobrym pomysłem, między innymi dlatego, że mógł (i robił to) zostawić mnie rozpaloną, a dodatkowo zaangażowaną w te gówniane sprawy, które składają się na jego życie. Zdawałam sobie sprawę, że tracę kontrolę, dlatego musiałam ułożyć plan działania. Po prostu nie mogę znaleźć się z nim sam na sam w jego wozie, towarzystwie, mieszkaniu, a już – nie daj Boże – w łóżku. Wystarczy się tego trzymać, a będzie dobrze.

Po wyjściu Jane zadzwoniłam do rodziców Rosiego, którzy mieszkają w Dakocie Północnej; zaraz po przyjaciołach znajdowali się następni na liście osób do powiadomienia w razie wypadku. Żeby ich nie przerazić, postanowiłam udawać koleżankę z czasów liceum, która pragnie odświeżyć kontakt.

– Co za niesamowity zbieg okoliczności! – ucieszyła się jego mama. – Właśnie wczoraj zjawiło się tu dwóch miłych panów, którzy powiedzieli to samo!

Spojrzałam na Ally z miną „ale numer”; uniosła brew.

To mógł być albo Lee, albo Terry Wilcox. Jeden był moim przekleństwem, drugi Rosiego.

Zostawiłam kobiecie swój numer telefonu i nazwisko, rozłączyłam się i opowiedziałam całą rozmowę Ally.

– To pewnie Lee, on ma swoje sposoby – uznała.

Jasne.

– Przypomnij mi, dlaczego my to w ogóle robimy? – spytała.

– Założyłam się z twoim bratem i nie chcę przegrać. – To nawet nie do końca było kłamstwo. Jeśli Lee znajdzie mojego baristę, stracę bardzo dużo: spokój ducha, poczucie rzeczywistości i takie tam.

– Czyli założyłaś się z nim, że znajdziesz Rosiego przed nim i oddasz torbę brylantów tamtym typom? – Przyjaciółka spojrzała na mnie, jakbym straciła rozum.

– No tak.

– Dziewczyno, przegrasz z kretesem.

Co za szczęście, że Ally zawsze kibicuje słabszym.

Drzwi do księgarni otworzyły się i do środka wpadła Andrea Cocetti.

Chodziła z nami do szkoły i należała do paczki. Podobno obściskiwała się z Richim Samborą za kulisami po koncercie Bon Jovi, ale ta plotka nigdy nie została ani oficjalnie potwierdzona, ani zdementowana. Nam dwóm Andrea wyznała w tajemnicy, że nic takiego się nie wydarzyło, więc, również w tajemnicy, nadal miałam przewagę dzięki kontaktowi z Joe Perrym.

Kumplowałyśmy się, ale rzadko widywałyśmy. Andrea wyszła za mąż dwadzieścia minut po skończeniu szkoły (teraz nazywała się Moran) i miała czworo dzieci. Gromadka maluchów, zwłaszcza takich diabłów jak Andrea, była niezłym powodem, żeby nie widywać się zbyt często.

Weszła do księgarni, pchając wózek i trzymając drugie dziecko za rękę, trzecie szło samo. Na ramieniu duża torba à la sportowa i druga – wypchana pieluchami. Wyglądało to tak, jakby wszystko było tylko akcesoriami, nie wyłączając dzieci.

– Jesteś z Lee Nightingale’em! – zawołała. Kilkoro klientów, którzy siedzieli opodal, czytając i sącząc kawę w spokoju, podskoczyło i spojrzało na nią. – Czemu nic nie mówiłaś?!

Andreę również wciągnęłam w kilka moich sercowych akcji, więc wiedziała o wszystkim. A że widniała na liście Kitty Sue do wysyłania kartek bożonarodzeniowych, to znalazła się też na liście osób do obdzwonienia. Najwyraźniej jednak w drugiej fali telefonów, skoro przyszła dopiero dziś.

– To się stało wczoraj – wyjaśniła Ally.

Andrea ją zignorowała.

– Zrobiliście to już? – spytała, nadal mocnym, donośnym głosem; klienci przenieśli wzrok na mnie.

Westchnęłam.

– Powoli się przymierzamy.

– Powoli? – Popatrzyła na Ally, potem na mnie, miałam wrażenie, że oczy wyskoczą jej z orbit. – Ja… ty… – zabrzmiało to tak, jakby się dusiła, zaczynałam się martwić. – To niemożliwe! Nie da się tego robić powoli! Zresztą Lee Nightingale nie działa „powoli”. W jednej chwili na ciebie patrzy, w drugiej znika z kokardką z twoich majtek, zabraną na pamiątkę.

Rany, miałam nadzieję, że to nie stanie się aż tak szybko.

O czym ja myślę? I tak nie miałam zamiaru się przekonać.

– Nieprawda – wtrąciła się Ally. – Mówi się, że zabierał satynowe kokardki ze staników. W końcu majtki rzadko mają kokardki, a staniki często, czasem inne ozdóbki. Podobno brał wszystkie.

– Chyba żartujesz – wymamrotałam po chwili milczenia. Nie chciałam skończyć jako satynowa kokardka pośród setek innych w szufladzie Lee.

Wzruszyła ramionami.

– Tak głosi plotka.

– Widziałaś? Ile ich jest? – zainteresowała się Andrea.

– Nie widziałam. To jedynie pogłoski, ja je tylko dementuję. Może jak Indy przestanie się przymierzać, to się dowiemy.

Ułagodziłam Andreę mrożoną orzechową latte bez kofeiny i obiecałam, że zadzwonię od razu, jak tylko zrobię to z Lee.

W tym tempie narastania żądań, wisiałabym na telefonie przez tydzień.

Moją uwagę zwrócił gość, który przyszedł zaraz po otwarciu księgarni. Jak dotąd zamówił trzy espresso. Każdą filiżankę wypijał jednym haustem i od trzech godzin czytał ten sam magazyn sportowy. Ciemnoblond włosy wymagały podcięcia, ale miał zabójcze umięśnione ciało bez grama tłuszczu; nosił dżinsy, białą koszulkę i buty do biegania.

Gdyby nie był za niski, gdybym nie miała obitej twarzy i wystarczająco dużo problemów z facetami, już bym z nim flirtowała. Ale nie uznaję mężczyzn mojego wzrostu, facet musi być wyższy niż ja w szpilkach. Kardynalna zasada.

Przyglądałam mu się przez kilka minut. To musiało być cholernie ciekawe pismo, skoro dało się czytać przez trzy godziny.

Lee powiedział, że ma wielu ludzi. Wystarczająco dużo, żeby skoczyli do Dakoty, obserwowali dom Rosiego – albo siedzieli w księgarni, żeby mieć na mnie oko.

Cholerny cwaniak.

Pokręciłam się między regałami i podeszłam do niego. Podniósł wzrok.

– Cześć – rzuciłam.

– Cześć – odparł z uśmiechem. Zdecydowanie sympatyczny gość i zdecydowanie nie z szajki napakowanych zbirów Terry’ego Wilcoxa. Wyglądał na człowieka, który nigdy nie uderzyłby kobiety. W każdym razie taką miałam nadzieję.

– Jeszcze jedno espresso? – spytałam, zalotnie przechylając głowę.

– Nie, dzięki, wystarczy – odparł i znów zagłębił się w lekturze.

Hm. Co teraz? Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś wrócił do czytania po tym, jak zaczęłam go kokietować. Nawet jeśli ktoś nie był zainteresowany, to i tak reagował na moje zalotne przechylenie głowy. Może chodziło o to podbite oko?

– Ciekawe pismo? – spytałam.

Ponownie na mnie spojrzał.

– Bardzo.

Skinęłam głową. Żałowałam, że nie mam na sobie topu czy kamizelki, wtedy mogłabym się pochylić i użyć siły swojego dekoltu. To zneutralizowałoby efekt siniaków.

Niestety, miałam na sobie dżinsy, brązowy pasek z dużą srebrną klamrą, która wyglądała jak lina, brązowe kowbojki i czekoladową podkoszulkę z żółto-czerwonym napisem: „Nie potrzebuję dublerów”.

– Nie interesuję się tak bardzo sportem – oznajmiłam i usiadłam na poręczy fotela, zaglądając do jego pisma. Spiął się, odwrócił do mnie głowę, a ja posłałam mu megawatowy uśmiech. – Ale lubię chodzić na mecze. Chodzi pan?

Oparłam się piersią o jego ramię – wciąż udawałam, że chcę tylko zajrzeć w tekst.

– Co pani robi?

Posłałam mu niewinne spojrzenie.

– Kto, ja? – zamrugałam.

Zbladł i wtedy zadzwonił jego telefon. Wstał, żeby wyjąć go ze spodni, a zrobił to tak gwałtownie, że omal nie spadłam z poręczy.

– Słucham.

Spojrzał szybko na mnie i podał mi telefon. Patrzyłam na jego komórkę osłupiała, ale wzięłam i przyłożyłam do ucha.

– Zostaw Matta w spokoju. On tylko wykonuje swoją robotę – usłyszałam głos Lee.

Oj tam, przecież chciałam go tylko trochę podenerwować… Ale skąd on…?

Niech go cholera.

– I na czym polega jego praca? – Czułam, jak mi skacze ciśnienie.

– Na pilnowaniu, żebyś nie została porwana i żeby nikt do ciebie nie strzelał.

– I żebym nie zrobiła nic głupiego?

– Również.

– A skąd wiesz, że próbowałam podrywu?

– Tajemnica zawodowa.

– Albo mi powiesz, albo wyjeżdżam do Wenezueli, zaszywam się w dżungli i tam nawiązuję romans z tubylcem.

Cisza, potem ciężkie westchnienie.

– Księgarnia jest na podsłuchu, zainstalowaliśmy kamery. Poprzedniej nocy.

– Co? Jak to?

– Pamiętasz naszą rozmowę wczoraj w kuchni?

Pamiętałam każdą rozmowę z Lee od czasu, gdy skończyłam pięć lat. A najlepiej te z ostatniej doby i wcale nie dlatego, że wydarzyły się niedawno.

– Tak.

– Terry Wilcox ma cię na swoim radarze… to niedobrze. Próbuję zapewnić ci bezpieczeństwo.

– Instalując pluskwy w księgarni?

– I robiąc wszystko inne, co mi przyjdzie do głowy.

Spojrzałam na Matta – sprawiał wrażenie rozbawionego.

– A czy ty pamiętasz rozmowę z dzisiejszego poranka, gdy wspomniałeś, że przyjedziesz, jak tylko skończysz? – zapytałam. Panowała cisza, ale nie potrzebowałam odpowiedzi. – Nie fatyguj się.

 

***

Ally i ja udałyśmy się pod dom Rosiego.

Matt jechał za nami; teraz siedział w SUV-ie i nas obserwował. Starałyśmy się nie zwracać na niego uwagi.

Jane wróciła z Evergreen. Ani śladu Duke’a albo Dolores, ale jak się wyraziła, miała okazję „popytać w sąsiedztwie”. Duke mieszkał w chacie z bali, otoczonej blisko dwoma hektarami świerków, więc nie wiem, jakie sąsiedztwo miała na myśli. Ale zapunktowała, mówiąc, że boczna droga prowadząca do jego domu wyglądała na mocno uczęszczaną ostatniej doby. I podobno widziano tam kogoś, kto przypominał Rosiego.

Czyli Rosie też szukał Duke’a, przynajmniej do wczoraj rano. Mogłyśmy tylko zgadywać, czy go znalazł, czy nie.

Stanęłyśmy na ganku i zastukałyśmy do drzwi. Rosie mieszkał sam, w bungalowie, który wymagał gruntowego remontu, ale i tak zawsze się zastanawiałam, jakim cudem stać go na ten wynajem; w końcu nie zarabiał u mnie kokosów. Dom stał na obrzeżach obrzeży Platte Park, ale nadal wystarczająco blisko parku i Pearl Street, żeby być drogim kąskiem.

Dziś już znałam rozwiązanie tej zagadki.

Za drzwiami panowała cisza, więc zajrzałyśmy przez okna. Byłam u Rosiego dziesiątki razy i teraz wszystko wyglądało tak samo.

– Szkoda tylko jego roślinek… Myślisz, że ktoś je podlewa? – zapytałam.

Ally wzruszyła ramionami, potem spojrzała na mnie z rozjaśnioną twarzą.

– Hej, znam kogoś, kto będzie wiedział!

– Kogo?

– Lee!

Trąciłam ją w ramię.

– Mądrala.

Postanowiłyśmy zrobić to, co Jane, czyli „popytać w sąsiedztwie”: stukałyśmy do drzwi i pytałyśmy ludzi, czy znają lub widzieli Rosiego.

Niestety, większość mieszkańców była w pracy, a ci, których zastałyśmy, ledwie go kojarzyli, a już zupełnie nikt go nie widział. Zdaje się, że nie był w okolicy specjalnie lubiany, mnie i Ally też traktowano z dystansem.

Jak się okazało, gdzieś pomiędzy moim porwaniem a dzisiejszym porankiem, Ally zdążyła zamówić wizytówki z naszymi nazwiskami i telefonami. Gdy podała pierwszą z nich, prawie się zakrztusiłam z wrażenia.

– Skąd je masz?

– Zadzwoniłam do Brody’ego i zrobił je zeszłej nocy, potem wrzucił mi do skrzynki pocztowej. Wypas, nie?

Dobry Boże…

Brody jest naszym przyjacielem z czasów liceum i maniakiem komputerowym. Pracuje w domu, robi gry na pecety i kosi spory szmal. Rzadko wychodzi, niewiele sypia, żyje na energetykach i chrupkach, robiąc zakupy wyłącznie w sklepach całodobowych.

Udałyśmy się znów do tamtego gościa (kontaktu na wypadek wypadku), którego obudziłyśmy wczoraj. Rosie zapisał go jako: Kevin „Kevster” James.

Kevster otworzył nam drzwi w brudnych dżinsach, czarnej koszulce z Hendrixem tak spłowiałej, że wyglądała na szarą. Nosił ją na bluzce termicznej z długimi rękawami, chociaż na dworze było dobre trzydzieści stopni.

Chyba znalazłyśmy człowieka, który opiekował się roślinkami Rosiego, hojnie częstując się próbkami.

– Cześć, laski – powitał nas.

Przedstawiłyśmy się, a on się uśmiechnął.

– O kurde! Słyszałem o was! – Odwrócił się do mnie. – Rosie nawijał o tobie cały czas, uważał, że wymiatasz! „Najlepsza robota, jaką miałem”, mówił, „pracuję dla rockowej dziewczyny!”

Po raz pierwszy od dwóch dni pomyślałam ciepło o Rosim.

– Ej! Co się stało z twoim okiem?

– Uderzył mnie jeden typ – poinformowałam.

– Mam nadzieję, że kopnęłaś go w jaja. – Kevster nachylił się, że obejrzeć moje siniaki.

– Ugryzłam go.

– Też nieźle – odparł, choć kopniaka w jaja najwyraźniej uważał za najlepszą formą zemsty. Cóż począć, wtedy potraktowali mnie już paralizatorem.

– Szukamy Rosiego – wyjaśniłam.

– Stańcie w kolejce. Wszyscy go szukają, serio, wszyscy. Wczoraj był tu tabun ludzi, a każdy typek wypytywał o Rosiego.

– Jakich ludzi? – wtrąciła się Ally. – Znasz ich?

– Większość tak. Potrzebowali pewnego towaru, jeśli łapiesz, o czym mówię.

Oczywiście obie łapałyśmy.

– Był ktoś jeszcze? – zainteresowałam się.

– Jasne. Najpierw dwóch gości, gliny, na bank. No wiesz, wyluzowani, ale nadal jedzie gliniarnią. Byłem posrany ze strachu, że mi wejdą do środka, ale ja ich nie interesowałem. Potem jeszcze dwa zestawy po dwóch, powinni odstawić parafarmaceutyki, bo wywali im mięśnie jak Hulkowi. I mogiła! – Klasnął w dłonie, potem potrząsnął nimi przed sobą.

Zerknęłam na Ally; dwaj pierwsi to raczej ludzie Lee, dwaj ostatni byli pewnie od Wilcoxa.

– Dwa zestawy?

– Tak, w pierwszym zestawie było dwóch gości przy drzwiach i dwóch w samochodzie, w drugim tylko dwóch.

Coś mnie tknęło i opisałam tych, którzy strzelali do mnie na początku; Kevster pokiwał głową.

– Tak, stara, to oni. Tamta czwórka była spokojna i opanowana, a tych dwóch denerwowało się jak cholera, wyglądali, jakby potrzebowali się trochę kimnąć. Słuchaj, sorka, że nigdy nie byłem na twojej imprezie, Rosie opowiadał, że są zajebiste. Że serwujesz orzechy nerkowca i takie rzeczy. Nigdy w życiu nie bawiłem się na takiej imprze!

Ally podała mu wizytówkę.

– Jak coś zobaczysz albo czegoś się dowiesz, daj nam znać.

– Fiu, fiu! Wizytówka rockowej laski! Ale czad! Axl Rose też ma taką?

– Jeszcze nie – odparła Ally.

– Mega! – Kevster skinął głową. – Nie chcecie wejść? Właśnie miałem zarzucić Big Lebowskiego i spalić jednego jointa. Byłoby super obejrzeć sobie Kolesia z dwiema rockowymi babkami.

Odmówiłam, choć chętnie obejrzałabym Big Lebowskiego jeszcze raz, należał do moich ulubionych filmów. Używałam go nawet jak testu na przyjaźń: jeśli nie lubiłeś Kolesia z Big Lebowskiego, mogłeś być kumplem, ale nigdy nie stawałeś się przyjacielem.

– Dzięki, musimy znaleźć Rosiego.

– Spoko, wpadnijcie jeszcze kiedyś. Narka!

Wsiadłyśmy do samochodu i zagapiłyśmy się na dom Kevstera. Matt rozmawiał przez komórkę w swoim SUV-ie, stał dokładnie za nami.

– Ci drudzy to faceci ze spluwami, którzy do mnie strzelali… Nie wygląda na to, żeby współdziałali ze zbirami Terry’ego.

– Czyli oprócz Lee mamy dodatkowych graczy – podsumowała Ally.

– Owszem. Rzecz w tym, że dokładnie wiem, co się stanie z Rosiem, jeśli znajdę go ja albo Lee, nie mam za to pojęcia, co będzie, gdy pierwsi namierzą go tamci.

Ally wciąż patrzyła na dom.

– Jesteś pewna, że powinnyśmy to ciągnąć?

– Jasne, że nie – odparłam szczerze.

– Ale będziemy?

– Nie musi tutaj być żadnego „my” – odparłam.

Spojrzała na mnie.

– Dziewczyno… Na tej wizytówce jest też moje nazwisko. Więc do roboty.

Naprawdę, takie przyjaciółki jak Ally nie rodzą się na kamieniu. Lubiła Big Lebowskiego tak samo jak ja, a to mówi samo za siebie.

Pojechałyśmy do Tima, Matt za nami. Zaparkowałyśmy dwa domy dalej, spostrzegłyśmy szalonego Grizzly’ego na ganku, nadal z goglami na głowie. Jego dom stał dokładnie po przeciwnej stronie ulicy, a Grizzly wyglądał tak, jakby nie schodził z posterunku.

– Musimy z nim porozmawiać. Najwyraźniej ma oko na okolicę – zauważyła Ally.

Racja. Ale i tak nie chciałam z nim rozmawiać.

Zadzwoniła moja komórka, spojrzałam na wyświetlacz. Lee.

Cholera.

Odebrałam.

– Cześć.

– Co robisz? – spytał.

– Szukam Rosiego.

– A niech cię, Indy.

– Jest moim kumplem i pracownikiem; do ciebie nikt nie strzelał i nikt cię nie porwał.

– Zostaw to mnie – zażądał.

– Nie przy aktualnym koszcie usługi – odgryzłam się.

– Dobra, wobec tego nie ma już żadnych kosztów.

Zalała mnie fala ulgi, a zaraz po niej – żalu.

Stłumiłam żal.

– Super, czyli nie muszę już iść z tobą do łóżka?

Ally uniosła brwi.

– Pójdziesz, ale nie w ramach zapłaty za znalezienie Rosiego.

– Lee…

– Wracaj do księgarni. Będę u ciebie po siódmej, zabiorę cię na kolację.

Sapnęłam gniewnie. Ani mi się śniło iść z nim na kolację. Wspólny wypad do knajpy oznaczałby pewnie alkohol, całowanie oraz inne rzeczy, które mogłyby doprowadzić do zmiany mojego planu. A tego zdecydowanie sobie nie życzyłam. Mimo to, z czystej ciekawości, zapytałam:

– Dokąd chcesz iść?

– Barolo grill.

Na chwilę zapomniałam o planie unikania kontaktów Lee.

– O rany! Skąd wiedziałeś? Kocham to miejsce!

– Słoneczko, co roku urządzasz tam swoje urodziny. Nietrudno wpaść na to, że je kochasz.

I się rozłączył.

To, że powiedział do mnie „słoneczko” i pamiętał o tym, gdzie robiłam urodziny, sprawiło, że poczułam motyle w brzuchu.

– O co chodzi z tym, żeby z nim nie spać? – zainteresowała się Ally.

Spojrzałam na Grizzly’ego, potem w lusterko wsteczne. Matt rozmawiał przez telefon i kręcił głową.

– Słyszałaś, jak mówiłam, że ja i Lee chcemy działać powoli?

– No?

– Więc właśnie. Ja wolę wolniejsze tempo, on trochę szybsze.

– Jasne. – Ally uśmiechnęła się szeroko.

– I co się tak szczerzysz?

– A to, że nic nie wyjdzie z twojego „powoli”.

Super.

Wysiadłyśmy z auta i podeszłyśmy do domu Grizzly’ego. Ally parła do przodu jak czołg, jak odwróciłam się i spojrzałam na Matta. Wysiadł z SUV-a, wyjął pistolet zza paska z tyłu, demonstracyjnie wsunął go z przodu. Oparł się o samochód i skrzyżował ręce na piersi.

– Oho, wróciły z ochroniarzem – oznajmił Grizzly w ramach powitania, patrząc na Matta. – Czyli chcecie, żebym traktował was poważnie. Zwłaszcza ciebie, z tym podbitym okiem. Rany, kopnęłaś go chociaż w jaja?

– Skąd wiesz, że przyłożył mi facet?

– Dziewczyny nie walą w twarz.

– Oo? – Nie wiedziałam.

– To jak? – nalegał Grizzly.

– Z czym?

– Kopnęłaś go czy nie?

– Ugryzłam.

– Ugryzła go! – Ryknął śmiechem. – Następnym razem celuj w klejnoty, ja ci to mówię.

– Tak zrobię.

Spojrzał na Matta.

– Będę zgadywał. Stażystki na prywatnego detektywa.

– Nie.

Grizzly odwrócił swoją wielką głowę w moją stronę.

– Łowcy nagród?

– Nie-e.

– Przecież nie gliny – rzucił kpiąco.

– Nie, nie, nie.

– Federalni? – Spojrzał z niedowierzaniem.

– Ja prowadzę księgarnię.

Patrzył na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa.

– A ja jestem barmanką, i chwilowo zastępuję baristę – dodała Ally.

Grizzly nadal się nie odzywał. Dopiero teraz zobaczyłam, że głaszcze kota, który leży mu na kolanach. Dwa inne siedziały na betonowej poręczy werandy, jeszcze jeden spał zwinięty na wycieraczce ze wzorkiem w kocie łapy.

– Lubi pan koty? – zauważyłam.

– A kto nie lubi?

– Ja lubię – oświadczyłam szybko, zresztą zgodnie z prawdą, chociaż o swojej sympatii dla kotów zapewniłabym tak czy inaczej, przecież facet prócz kota trzymał na kolanach strzelbę.

– Ja też – dodała Ally.

Grizzly spojrzał na Matta, potem na nas.

– Co to za gość?

– Niech pan nie zwraca na niego uwagi, my też się nim nie przejmujemy.

Grizzly wzruszył ramionami, jakby było mu wszystko jedno.

– Zrobiłyście dobrą rzecz dla pana Kumara. Nie ma tu lekko. Mówił mi, że tamtego dnia kupiłyście najwięcej.

Spojrzałam w dół ulicy na sklep na rogu. Pan Kumar stał na zewnątrz i machał do nas.

Odmachałyśmy mu gorliwie.

– Musimy się o niego troszczyć, no nie? Wszystko przejmuje franczyza. Za dziesięć lat cały ten naród przejmie franczyza i zamkną się rodzinne sklepy co do jednego. Cholerna franczyza będzie początkiem końca Ameryki. Franczyza i skręcanie na czerwonym. Ludzie, nie skręca się na czerwonym! Pieprzony Nixon.

Nie wiedziałam, co Nixon ma wspólnego z franczyzą i światłami, ale nie zamierzałam spierać się z człowiekiem, który na kolanach ma strzelbę, a na głowie dziwaczne gogle.

– Szukamy przyjaciela Tima Shuberta. Tim mieszka po drugiej stronie…

– Znam Tima. I wiem, kogo szukacie, Kumar mi mówił. Tima odwiedzało wielu gości w ciągu ostatnich dwóch dni. Jego już tu widziałem. – Wskazał głową Matta, potem znów spojrzał na nas. – Was też już tutaj widziałem.

– Chodzi o jego przyjaciela… Rosiego: taki mały, żylasty, włosy ciemnoblond – wtrąciła się Ally.

– Ten od kawy? – spytał, ale nie czekał na odpowiedź. – Tak, Tim przyniósł mi kiedyś kawę od niego. Ten koleś to geniusz.

– No więc Rosie jest moim kolesiem od kawy, pracuje w Fortnum, u mnie w księgarni – wyjaśniłam.

– Zmyślasz?

– Nie.

– To była dobra księgarnia, cały dzień mogło się tam czytać książki w spokoju. Starsza pani była w porządku… Nadal tak jest?

– Ta starsza pani to moja babcia. Zostawiła mi księgarnię, gdy zmarła, ja tylko dodałam kawę.

– Myślisz o franczyzie?

– Nie ma opcji! – Uniosłam ręce, tak na wszelki wypadek, gdyby wątpił w moją szczerość.

 

Pokiwał głową.

– Czyli też jesteś w porzo. Przyszedłbym cię wesprzeć, bo dużo czytam, ale nie mogę stąd zejść. Muszę mieć oko na tę przecznicę.

– Jasne.

Wariat, ale go polubiłam.

Ally podała mu naszą wizytówkę, a on wsunął rękę do kieszeni koszuli i wręczył Ally swoją.

Na wizytówce widniało tylko: „Tex, opieka nad kotami” i numer telefonu.

– Jeśli masz kota i jedziesz na wakacje, wiesz, do kogo zadzwonić. Ale uprzedzam, że podaję suchą i mokrą karmę, nie ograniczam się tylko do jednej. Koty potrzebują dobrej opieki. I trzeba też im czyścić zęby. To ważne.

Pokiwałyśmy głowami i poszłyśmy zobaczyć się z panem Kumarem.

– Ja i Tex szukaliśmy waszego Rosiego, ale go nie znaleźliśmy – oznajmił, gdy doszłyśmy do drzwi.

– Dzięki.

– I Tim gdzieś zniknął… Teraz się tym martwię. Tex chyba też się martwi. Mnóstwo ludzi przychodzi pukać do drzwi Tima. Nigdy nie odwiedzało go aż tylu gości.

– Rosie ma swoich wielbicieli, parzy wspaniałą kawę i ludzie za nim tęsknią – powiedziałam.

– Rozumiem – odparł pan Kumar.

Kupiłam mleko, chipsy kukurydziane, dwie puszki napoju dietetycznego i wszystkie składniki do sałatki makaronowej i do brownie, które chciałam przygotować na grilla u taty. Zapłaciłam dwa razy tyle, niż gdybym zrobiła zakupy w King Soopers, ale Tex miał rację: trzeba wspierać rodzinne sklepiki, zwłaszcza ja powinnam, skoro też prowadzę taki „sklepik”.

Oczy pana Kumara zaszły łzami, gdy położyłam zakupy na ladzie.

– Jesteś aniołem prosto z nieba – wykrztusił.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?