Córka gliniarza

Tekst
Z serii: Rock Chick
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Córka gliniarza
Córka gliniarza
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie zdążyłam sprawdzić, co z nią, bo Teddy sięgnął, żeby odpiąć mój pas. Wtedy pochyliłam się i ugryzłam typa.

– Kurwa! – ryknął i uderzył mnie w twarz.

Mocno.

Jeszcze nigdy w życiu nie walnął mnie żaden mężczyzna.

Byłam na koncercie Public Image Limited-Big Audio Dynamite i tam robiliśmy pogo, więc nieraz zdarzało się oberwać, ale to punk, pogo, tam można było się tego spodziewać.

Okazało się, że gdy facet rąbnie cię w twarz, to boli. Jak cholera.

Tak bardzo, że przestałam krzyczeć, skupiona na bólu, który promieniował z kości policzkowej na całą głowę.

– Teddy, do kurwy nędzy, popieprzyło cię? To laska Nightingale’a, on ci wyrwie fiuta! Mieliśmy działać spokojnie!

Zaczęłam się wydzierać i szarpać.

Wtedy ktoś odepchnął Teddy’ego, czymś mnie dotknął, a potem zapadła ciemność.

Rozdział 5
Babeczki

Ocknęłam się. Czułam się dziwnie i nie mogłam się ruszyć.

Patrzyłam na coś, chyba dach samochodu, i słyszałam głosy, jakby dobiegały z bardzo daleka.

Zanim wóz się zatrzymał, byłam w stanie poruszyć się odrobinę; czułam mrowienie w całym ciele i miałam watę zamiast mózgu.

Drzwi auta otworzyły się, czyjeś ręce wyciągnęły mnie i postawiły na nogi. Kolana się pode mną ugięły i gdyby ktoś mnie nie złapał, upadłabym. Znowu pożałowałam, że nie jestem w dżinsach: gdy jakieś ciemne typy przerzucają cię z rąk do rąk, noszenie miniówki potęguje dyskomfort.

– Cholera, głąbie, trzymaj ją!

Dwaj goście, w jednym z nich rozpoznałam Gary’ego Gnata (ale to nie on był głąbem), prowadzili mnie pod ręce przez garaż do domu. Potrząsałam głową, próbując oprzytomnieć i myśląc tylko o tym, że nie mam dżinsów.

Wepchnęli mnie do pokoju.

– Raaany, co się tam, kurwa, stało? – warknął jakiś facet.

– Musieliśmy ją obezwładnić – padła szybka odpowiedź.

– Co jest z jej twarzą?

Tu już odpowiedź przyszła po chwili wahania:

– Ugryzła Teddy’ego, to ją walnął.

– Chryste! Czego nie rozumieliście w informacji, że ma pójść gładko?! Nightingale wpadnie w szał. Przynieś jej lód i dzwoń do Teddy’ego, żeby wyjeżdżał z miasta.

Położono mnie na kanapie. Nie docierało do mnie zbyt wiele z ich rozmowy, byłam za bardzo skoncentrowana na próbach poruszania palcami. Oprzytomniałam na tyle, żeby zauważyć, że Gary Gnat i Głąb wybiegli szybko, a moje legowisko jest bardzo eleganckie, miękkie i pokryte kremowym adamaszkiem. Kupowałam kanapę dwa miesiące temu i wciąż byłam w tym trybie oceny, który się włącza, gdy nabywasz coś drogiego.

Udało mi się podnieść głowę i zobaczyć gościa, który wydawał polecenia. Luźne szare spodnie, bordowa koszula i jednokolorowy krawat. Niski, chyba po pięćdziesiątce, czarne włosy, posiwiałe na skroniach. Tak musiałby wyglądać trochę młodszy Dziadek z rodziny Munsterów[3], z tą różnicą, że ten tutaj był znacznie bardziej przerażający, i to na serio.

– Wszystko dobrze? – zwrócił się do mnie.

Nie, nic nie jest dobrze. Zaliczyłam piąchą w twarz i zostałam porwana!

Nie odzywałam się jednak, przeszywałam go wzrokiem.

– Naprawdę bardzo mi przykro – dodał. – Miewam problemy z niektórymi pracownikami.

„Co ty powiesz”, tylko prychnęłam w duchu. Jeszcze nie doszłam do siebie na tyle, żeby formułować słowa.

Gary wrócił z lodem. Podał mi torebkę zawiniętą w ręcznik. Byłam szczęśliwa, że udało mi się zapanować nad drżeniem ciała na tyle, żeby wziąć ją i przyłożyć do twarzy. Policzek bolał jak cholera.

– Wszystko poszło inaczej, niż planowałem. Chciałem porozmawiać… Słyszałem, że Nightingale ma dziewczynę i byłem ciekaw… – odezwał się mężczyzna ugodowym tonem.

– Gdzie Ally? – zapytałam.

Po kolei. Najpierw informacja, czy z nią wszystko porządku, dopiero potem załamanie nerwowe.

Młody Dziadek Munster spojrzał pytająco na Gary’ego Gnata.

– Była z inną kobietą. Tamtą też musieliśmy ogłuszyć – wyjaśnił Gary. – Zostawiliśmy ją w samochodzie, z kluczykami. Teddy obserwuje auto i tę babkę, czy z nią wszystko w porządku.

– Ally? – powtórzył Dziadek Munster.

Gary wzruszył ramionami, twarz Munstera stężała.

– Mówisz o Allyson Nightingale, młodszej siostrze Lee?

Gary chyba poczuł się nieswojo.

Najwyraźniej zaliczył wpadkę.

– Po prostu brak mi słów. Zdajesz sobie sprawę, że to nie tylko dziewczyna Lee, ale też córka Toma Savage’a? A jej przyjaciółka nosi nazwisko Nightingale? – wycedził przez zęby Munster.

Gary przestąpił z nogi na nogę, czerwony na twarzy.

Dziadek Munster usiadł ciężko, kręcąc głową.

– Co za spierdolona akcja.

Spojrzał na mnie, wyglądał na zrezygnowanego i zmartwionego zarazem. W innej sytuacji pewnie bym mu współczuła, ale akurat nie miałam pojęcia, czy dożyję końca tej sceny w filmie mojego życia, więc byłam zbyt zajęta współczuciem sobie.

– Zaczynam tęsknić za prostym życiem – powiedział.

Przytaknęłam; rozumiałam, co ma na myśli.

Dobę temu moje życie było bardzo proste: praca, kawa i rock’n’roll. Teraz do mnie strzelano, porwali mnie jacyś dranie, a miłość mojego życia chciała być ze mną, chociaż ja postawiłam już na niej krzyżyk.

Proste życie było znacznie lepsze.

– Nazywam się Terry Wilcox – mówił dalej.

Skinęłam głową. Byłam już na tyle przytomna, żeby czuć strach, ale jeszcze nie na tyle, żeby zdobyć się na uprzejmość.

– A ty jesteś India Savage, kobieta Lee – zauważył.

Chciałam palnąć, że nie jestem jego niczym, ale ci goście tak się go bali, że wolałam z tego skorzystać.

Wilcox otaksował mnie wzrokiem i rozparł się w fotelu; przygnębienie na jego twarzy zastąpiła ciekawość.

– Lee zawsze miał dobry gust w kwestii kobiet – powiedział cicho, sunąc po mnie spojrzeniem.

Ohyda.

– Szukam Rosiego Coltrane’a – oznajmił. – Wiesz, gdzie się podziewa?

Ach, no tak, Rosie. Zmora mojego życia.

Ponieważ byłam wkurzona na Rosiego, który wpakował mnie w to gówno i dodatkowo w sytuację z Lee, rzuciłam opryskliwie:

– Gdybym wiedziała, gdzie jest, czy siedziałabym w samochodzie pod jego domem?

W oczach Wilcoxa pojawił się groźny błysk. Pomyślałam, że znów mnie poniosło, a moja opryskliwość może być dla kogoś niefajna. Jak wtedy, z tamtymi gośćmi, którzy do mnie strzelali. Zdaje się, że chłopaki z ferajny nie lubią pyskatych kobiet. Może powinnam być trochę bardziej uprzejma i spolegliwa? No, ale nie miałam dużego doświadczenia w konwersacji z podejrzanymi typami.

– Ma coś, co należy do mnie – kontynuował Wilcox.

– Wiem. – Uznałam, że tyle mogę zdradzić.

– I powinien mi to zwrócić dziś rano. Nie wiesz, co się z nim stało?

Hmm, nie byłam nigdy na kursie „ile możesz powiedzieć, gdy przesłuchują cię porywacze”, liznęłam tylko obsługę komputera i rachunkowość biznesową, więc czułam, że sytuacja mnie przerasta.

– Spędził noc u Lee, ale dziś rano ja i Lee byliśmy trochę… – urwałam, szukając dobrego słowa na opisanie szoku, jaki przeżyłam bladym świtem – zajęci… i nie zauważyliśmy, kiedy wyszedł.

– Zajęci… – Spojrzał na moje piersi tym samym obleśnym wzrokiem. Czułam, jak wywraca mi się żołądek, musiałam się bardzo starać, żeby nie skrzywić się z obrzydzenia. – Wyobrażam sobie. Wiesz, gdzie on może być?

Pokręciłam głową.

– Chciałabym. Parzy u mnie kawę i nie zjawił się w pracy; jego nieobecność odbije się na utargu.

– Jest naprawdę w tym dobry – wtrącił się Gary Gnat. – Ma gościu talent.

Wilcox rzucił mu spojrzenie „zamknij twarz, deklu” i Gary zamilkł. Potem wampir spojrzał na mnie.

– Wiesz, gdzie teraz mogą być te diamenty?

Wiedziałam, ale znów pokręciłam głową. Nie chciałam wciągać w to jeszcze Duke’a.

Miałam nadzieję, że Wilcox to kupi, w końcu jestem doświadczonym blagierem.

– Te kamyki są warte milion dolarów – oznajmił.

Szczęka mi opadła. Niech to szlag.

– Serio? – wyjąkałam.

– Serio. Rozumiesz teraz, dlaczego chciałbym je odzyskać.

Pokiwałam głową, tym razem bardzo żarliwie.

Gdyby mi ktoś świsnął diamenty warte milion dolców, też pewnie chciałabym je odzyskać. Rosie musiał uprawiać gandzię prima ekstra sort, żeby dostać za to milion w diamentach.

Gary poruszył się, spoglądając w okno, i wymruczał:

– Przyjechał Nightingale.

Poczułam przypływ nadziei i szybko zdecydowałam, że przez najbliższe trzydzieści minut mogę nie unikać Lee.

Wilcox nie zareagował. Patrzył na mnie, a potem spytał:

– Jesteś pewna, że nie wiesz, gdzie jest Rosie?

– W San Salvador? – odparłam, zupełnie serio.

Uśmiechnął się. Uznał chyba, że próbuję być zabawna. Uśmiech był tak obleśny, że poczułam dreszcze.

Lee wszedł. Odwróciłam się do niego, nadal z workiem lodu przy twarzy.

Wystarczyło na niego spojrzeć, żeby zrozumieć, czemu ci goście tak się go boją.

Takiego Lee jeszcze nie znałam.

Wciąż miał na sobie dżinsy, obcisłą granatową bluzkę i motocyklowe buty, ręce trzymał luźno wzdłuż boków. Ale gdy wszedł, cała uwaga skupiła się na nim. Patrzył groźnie i czujnie, emanował czystą, brutalną siłą i był bardzo, ale to bardzo wkurzony.

Stanął i spojrzał na lód na mojej twarzy.

Jego policzek drgnął.

Niedobrze…

Przeniósł wzrok na Wilcoxa.

– Sądziłem, że doszliśmy do porozumienia – odezwał się.

Wampiryczny Dziadek zerwał się na równe nogi, uniósł ręce.

– Lee, zaszła pomyłka! Chciałem tylko porozmawiać z twoją dziewczyną i sprawy wymknęły się spod kontroli.

– Coxy, mam wrażenie, że sporo spraw wymyka się ostatnio spod kontroli. Kto ją uderzył? – Przeniósł wściekły wzrok na Gary’ego Gnata.

Wilcox również na niego spojrzał. Ja też.

Gary zbladł.

– Pozwól, że ja się tym zajmę – powiedział Wilcox.

 

– Jeśli nie powiesz, kogo zaświerzbiła ręka, przejadę się po wszystkich twoich ludziach – odparł Lee. – Wtedy będę miał pewność, że skurwiel dostał za swoje.

O szlag. Sama bym się posikała ze strachu.

Powiedział to tak, że przeszył mnie dreszcz, ale nie ten, który zazwyczaj przy nim czułam.

Wilcox westchnął, zgnębiony głupotą swojej kadry. Pewnie czasem ciężko być szefem przestępców.

– Teddy – sypnął.

Lee skinął głową, podszedł i podniósł mnie z kanapy.

– Miło było cię poznać – rzucił łagodnie Wilcox, gdy Lee wyprowadzał mnie z pokoju, obejmując jedną ręką.

Spojrzałam na niego przez ramię i, ośmielona obecnością Lee, rzuciłam:

– Cała przyjemność po pana stronie.

Odprowadził nas jego śmiech.

Lee nie zareagował na tę wymianę uprzejmości. Posadził mnie na miejsce pasażera w swoim srebrnym Chryslerze Crossfire, usiadł za kierownicą i ruszyliśmy. Zanim zdążyłam się odezwać, wziął komórkę i wybrał numer.

– Znajdź Teddy’ego i zawieź go do mojego biura. To chłopak Coxa.

Potem się rozłączył i rzucił komórkę na deskę rozdzielczą.

Był zły jak diabli.

– Ally… – zaczęłam.

– Wszystko w porządku.

Odetchnęłam z ulgą.

– Skąd wiedziałeś, gdzie jestem?

– Miałem człowieka pod domem Rosiego. Widział, co się stało.

Że co?

– Czemu nic nie zrobił? – podniosłam głos.

– Nie miał pojęcia, kim jesteś – odparł Lee i dodał po chwili przerwy: – Teraz już wie.

O cholera. Postanowiłam już nie podnosić głosu.

– Masz… człowieka?

Spojrzał na mnie, nadal wściekły, przeniósł wzrok na drogę.

– Mam wielu ludzi.

– Aha.

Zaskoczył mnie, ale uznałam, że nie jest to dobry moment, żeby go przesłuchiwać i wyciągać szczegóły z jego drugiego życia, drążyć, ilu ma ludzie i skąd zna takie typy jak „Coxy”. Właściwie nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć coś więcej o jego życiu. W sumie nie, nie chciałam.

A może w tych okolicznościach warto znów zacząć się zastanawiać, jak unikać Lee. Ale czy zrobić to już teraz?

Dom Wilcoxa mieścił się w Denver Country Club, bogatej i eleganckiej dzielnicy. Lee wyjechał na Speer Boulevard i grzał z prędkością większą, niż dozwolona i/lub bezpieczna, zmieniał pasy niespodziewanie i często. Uznałam, że lepiej się nie odzywać, jego stan nie zachęcał do rozmowy, a już na pewno nie do pouczeń o bezpieczeństwie na drodze.

Przejechał skręt na Broadway.

– Muszę wrócić do księgarni – poinformowałam.

Zero reakcji.

– Lee, muszę być w księgarni.

Nadal mnie ignorując, jechał prosto do centrum, do siebie.

Kurde.

Odchyliłam się na oparcie, położyłam jedną rękę na brzuchu, drugą trzymałam lód. Rozważałam dostępne opcje.

Po pierwsze, w tej chwili nie mam na nic wpływu. To on siedzi za kierownicą z wściekłą miną i robi to, co mu się żywnie podoba, czyli jak zawsze.

Po drugie, zostałam porwana, co próbowałam ignorować.

Po trzecie, zostałam porwana, czego nie dało się zignorować.

Wielkie, napakowane draby wyciągnęły mnie z samochodu, ogłuszyły i zawiozły do miejsca, w którym nie chciałam być.

Poczułam, jak dopada na mnie stres pourazowy, ręce mi się trzęsły. Lee wjechał do podziemnego garażu, zaparkował i otworzył drzwi od mojej strony. Gdy wsiadaliśmy do windy, trzymał rękę na moich plecach.

Panowała dręcząca cisza. Odezwałam się, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, żeby przerwać milczenie:

– Użyli czegoś i straciłam przytomność.

– Paralizatora – odparł krótko, nadal pogrążony w mrocznych myślach.

Zaczęło mnie telepać. Użyli paralizatora! Ja pierdzielę.

Nigdy nawet nie widziałam tego na oczy. A dziś go na mnie użyli.

Weszliśmy do mieszkania, poszłam za nim do kuchni. Nawet się nie zdziwiłam, gdy wyjął pistolet zza paska spodni i położył na blacie.

Na mnie, córce gliniarza, broń nie robiła większego wrażenia. Lata temu tata nauczył mnie traktować ją z szacunkiem, pokazał, jak się z nią obchodzić, dużo o niej opowiadał i zabierał mnie na strzelnicę. W domu zawsze trzymał broń w ukryciu, co oczywiste, skoro przebywaliśmy tam ja, Ally i nasi przyjaciele. A jednak to, że Lee położył pistolet na blacie tak, jakby kładł nóż do pizzy, było trochę przerażające.

Potem odwrócił się do mnie i chyba chciał zacząć mówić.

A raczej, wnioskując z jego twarzy, wrzeszczeć.

Ale nim zdążył coś powiedzieć, podniosłam ręce, wymachując woreczkiem z lodem.

– Nie, ani słowa! – krzyknęłam, trzęsąc się, a łzy piekły mnie w oczach.

Najwyraźniej spóźniona reakcja organizmu.

Żeby się nie rozryczeć albo w ogóle nie zemdleć, zaczęłam krzyczeć.

– Ja pierdzielę! Sparaliżowali mnie, porwali i jeszcze dostałam w twarz. Boli jak cholera! – Lee zamknął usta i chciał do mnie podejść, ale wyciągnęłam przed siebie rękę: – Nie zbliżaj się do mnie!

Przystanął i skrzyżował ramiona na piersi.

Zaczęłam chodzić po kuchni tam i z powrotem, jedną ręką znów trzymałam lód przy policzku, drugą wymachiwałam i cały czas nadawałam:

– To się nie dzieje! Ten przygłup Rosie zniknął i nie wiadomo, gdzie się podziewa. Strzelali do mnie, użyli paralizatora, a wcześniej zostałam wyciągnięta w środku nocy z łóżka za kostkę! Brylanty są warte milion dolarów i ten gość rozmawiał o nich ze mną! A przecież ja nic nie wiem, nawet ich nie widziałam! W dodatku leciał na mnie, a za to, co dziś dla mnie zrobiłeś, wiszę ci kolejną przysługę. I to mnie wcale nie cieszy! – Odetchnęłam głęboko i nawijałam dalej: – Jestem wykończona! Nie mogłam się przespać w środku dnia, do tego wszystkiego konam z głodu, bo na lunch jadłam tylko babeczki! Babeczki!

Przerwałam tę tyradę, stojąc na środku kuchni. Ręce miałam opuszczone, dłonie zaciśnięte w pięści, lód topniał, a ja starałam się nie rozryczeć. Wychowywał mnie samotny ojciec, który kochał mnie nad życie, ale wolałby mieć chłopca. Płakanie nie było spoko. Płakanie było mazgajskie.

Kolejny głęboki wdech, żeby się opanować. Drżała mi dolna warga. Lee uznał, że chyba skończyłam wrzeszczeć, bo podszedł, zabrał torebkę z lodem, wrzucił do zlewu i objął mnie w talii.

– Babeczki? – spytał.

– Żebyś wiedział.

W kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki.

– Czyli musimy cię nakarmić.

Skinęłam głową.

Ponure myśli i cała złość zniknęły. Jego twarz nie była już taka spięta, pojawiły się inne emocje.

Dotknął dłonią mojej skroni, tam gdzie Straszny Teddy mi przywalił. Odsunął mi włosy za ucho, delikatnie gładząc kciukiem miejsce pod kością policzkową. Przez kilka chwil patrzył na mój policzek, potem spojrzał mi w oczy.

– Ale może najpierw powinniśmy się chwilę przespać – zaproponował cicho.

Zignorowałam ten czuły dotyk i jego słowa, w których kryła się subtelna obietnica tego, co mogłoby się zdarzyć przed drzemką albo po niej. Albo wtedy i wtedy.

Miałam dość.

Potrzebowałam butelki wina, ciemnego pokoju i drzemki, wyjątkowo długiej i mocnej. A to mi się nie uda, jeśli Lee będzie obok mnie. Najlepiej, żeby znalazł się w innym stanie albo nawet w innym kraju.

– Zawieź mnie do domu – poprosiłam. Starałam się, żeby po mojej histerycznej przemowie i jego intymnym geście zabrzmiało to spokojnie i rzeczowo.

Zmienił temat.

– Mówiłem ci rano, żebyś została tutaj. – W jego głosie pobrzmiewała groźba, ale wybijały się frustracja i niezadowolenie (tak, potrafiłam usłyszeć to wszystko w głosie Lee, znałam go od lat).

– Rzadko robię to, co mi każą – przypomniałam.

Pokręcił głową, co pewnie miało oznaczać, że uważa moją głupotę za irytującą, choć słodką (a przynajmniej taką miałam nadzieję).

Potem musnął moje wargi swoimi, a ja uznałam to za kolejne pół pocałunku, co w sumie dawało cztery. Cztery pocałunki z Lee, i to jednego dnia.

– To są wredni goście. Mogą wyglądać jak durnie, ale nie będą mili – ostrzegł. – Lepiej z nimi nie zadzierać.

– Bali się ciebie – zauważyłam.

– I pewnie to cię przed nimi ochroniło. Ale chyba nie jestem w stanie ochronić ciebie przed tobą samą. Co twoim zdaniem robiłaś?

– Szukałam Rosiego.

– Myślałem, że ja go szukam.

– Gdybym znalazła go pierwsza, nic nie byłabym ci winna.

– A teraz jesteś mi winna za dzisiejsze popołudnie.

– Specjalnie się nie wysiliłeś, po prostu wszedłeś i mnie stamtąd zabrałeś. Powiedzmy, że wiszę ci za to blachę ciasteczek. – Zacisnął usta, a ja szybko zmieniłam temat. – Proszę cię, zawieź mnie do domu.

Pokręcił głową i patrzył na mnie przez chwilę.

– Zostaw sprawę Rosiego mnie – zażądał.

Nie odpowiedziałam. No wiem, że przeszłam przez strzelaninę, rażenie paralizatorem i porwanie – i pewnie każdy rozsądny człowiek by się wycofał. Ale nie ja. Ja miałam teraz misję. Byłam gotowa znaleźć Rosiego, wklepać mu, oddać diamenty Terry’emu Wilcoxowi, a następnie przenieść się do Bangladeszu, żeby zniknąć z oczu Lee i być może również Coxy’emu.

– Nie podoba mi się to, co widzę – oznajmił Lee. – Wyglądasz jak wtedy, gdy tata zabronił ci jechać do Vegas na koncert Whitesnake.

No i co. To był świetny koncert i wart miesięcznego szlabanu, który dostałam po powrocie.

Lee przyciągnął mnie do siebie, bardzo, bardzo blisko.

– Lepiej żebyś była warta kłopotów, które ściągasz – powiedział miękko, jego wargi znalazły się tuż przy moich.

Czułam, jak brązowe oczy mnie hipnotyzują.

– Jestem warta – szepnęłam.

Cholera ciężka! Straciłam kontrolę i zaczęłam z nim flirtować?

Lekko odchyliłam głowę i oblizałam wargi, mój język dotknął jego ust.

– Mmm… – wymruczał.

I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Lee nie zwracał na to uwagi, wsunął dłoń w moje włosy, drugą ręką przyciągnął mnie za talię.

Dzwonek zabrzęczał znowu, tym razem ten, kto go naciskał, nie miał zamiaru odpuścić.

– Może to Rosie? – zasugerowałam.

– Szlag. – Lee puścił mnie i podszedł do drzwi.

Dwie minuty później do środka weszły obie nasze rodziny, w komplecie.

– Uznaliśmy, że trzeba to uczcić kolacją – oznajmiła Kitty Sue.

– Ty uznałaś. My jesteśmy po prostu głodni – odparł Malcolm i uśmiechnął się do mnie, ale nagle uśmiech zastygł mu na twarzy.

Pozostali też znieruchomieli.

– Co ci się stało? – wykrzyknął tata.

Rany. Nie przeglądałam się w lustrze, ale mój wygląd był chyba adekwatny do samopoczucia.

Synowie Malcolma Nightingale’a wrodzili się w ojca – a on nadal był szczupły i sprawny i miał przystojną, interesującą twarz. Trzymał się w formie, biegając, czasem jeździł po kraju, brał udział w maratonach.

Tom Savage był wysoki, wciąż przystojny, miał niebieskie oczy i mógł uchodzić za czarującego. Szpakowate włosy, budowa obrońcy liniowego, którym zresztą był za młodu. Upływ czasu dodał mu tylko trochę brzuszka – efekt zamiłowania do piwa i meksykańskiego żarcia.

Tata odwrócił się do Lee.

– Uderzyłeś ją?

Aż mnie zatkało od tej obraźliwej sugestii, pozostałych chyba tak samo.

Lee patrzył na tatę przenikliwie; zacisnął usta. Oparł się o blat, skrzyżował ręce na piersi i wyraźnie nie zamierzał odpowiadać.

Tata kochał Lee. Zawsze traktował Hanka, Lee i Ally tak samo jak Malcolm i Kitty Sue traktowali mnie; nawet go podziwiał.

Ale jest gliną i wiedział o Lee oraz o jego przeszłości takie rzeczy, z których ja zupełnie nie zdawałam sobie sprawy. Rzeczy, których nie pochwalał. Które sprawiały, że teraz bardzo martwił się o mnie.

Tak czy inaczej poczułam nieprzepartą ochotę kopnąć ojca w kostkę.

– Nie, nie uderzył mnie… Jezu, tato!

– Oczywiście, że jej nie uderzył, Tommy, jak mogłeś coś takiego pomyśleć? Co się stało? – Katty Sue, dyplomatka jak zawsze, odrzuciła idiotyczną sugestię taty, podeszła do mnie.

Spojrzałam na Ally i wielką torbę – akurat stawiała ją na podłodze. Tym razem to już nie rzeczy na jedną noc, to wypchana na maksa torba, z ogromną ilością ciuchów. Pewnie wystarczyłoby ich co najmniej na tydzień. Na tyle, żebym zdążyła, będąc u Lee, zajść w ciążę albo zostać jego niewolnicą, albo jedno i drugie.

Gdybym nie martwiła się o Allyson tak strasznie i gdybym jej nie kochała, udusiłabym ją własnymi rękami.

– Wszystko dobrze? – spytałam.

Skinęła głową.

Kitty Sue popatrzyła na nas.

– O nie, co wy znowu knujecie?

– Nic takiego – odparłam szybko. – A jeśli chodzi o mój policzek, tato, to w księgarni z półki spadły na mnie książki. Lee przyszedł i zabrał mnie do siebie, żeby obejrzeć, jak to wygląda i przyłożyć mi lód. – Podeszłam do zlewu, żeby zademonstrować woreczek z lodem, a potem ni stąd, ni zowąd, oparłam się ramieniem o Lee.

Czemu to zrobiłam? Może nie podobał mi się ton, jakim rozmawiał z nim tata, a może nie chciałam, żeby Lee tak zaciskał usta.

 

– Masz lód w księgarni – zauważył ojciec.

Kurczę, fakt.

– Lód Lee jest lepszy – odparłam.

Ale to słabe. Wychodzę z wprawy.

– No ja myślę, że jego lód jest lepszy – mruknęła Ally.

Obie z Kitty Sue zgromiłyśmy ją wzrokiem.

Hank i Lee popatrzyli na siebie. Hank westchnął i zakołysał się na piętach; Lee objął mnie. Nie miałam ochoty się zastanawiać, co znaczyła ta braterska wymiana spojrzeń. Dzień był wystarczająco podły.

Hm, przybycie rodziny oznaczało, że mam z głowy drzemkę z Lee. Cholera, zaczęłam z nim flirtować, potrzebowałam czasu, żeby odzyskać kontrolę.

– Dokąd idziemy na kolację? – zapytałam radośnie, a Lee zerknął na mnie kątem oka. Moje iluzje, że mam coś z głowy, legły w gruzach.

– Sushi Den – oznajmiła Ally.

Jednocześnie podniosłyśmy ręce w geście rockowego pozdrowienia i wrzasnęłyśmy:

– Sushi!

– Nie idziemy na sushi – zaprotestował Malcolm.

– Już zdecydowaliśmy. Idziemy – odparła Kity Sue.

– Sushi to gówno.

– Sushi jest zdrowe.

– Meksykańskie jedzenie jest znacznie zdrowsze – wtrącił się tata.

Kitty Sue przewróciła oczami, a ja podekscytowana podeszłam do torby.

Uwielbiałam sushi, a jeszcze bardziej Sushi Den. To była jedna z moich ulubionych restauracji w Denver. Mieściła się przy Pearl Street, obok Pearl Street Grill i naprzeciwko Stella Coffee Haus.

W Sushi Den, zbudowanym z betonu i szkła, mieli hostessy tak wyniosłe, że samym tylko spojrzeniem potrafiły doprowadzić do załamania zwykłych śmiertelników, a w mniej odpornych wywołać myśli samobójcze. I serwowali najlepsze sushi, jakie kiedykolwiek jadłam. Nigdy nie przyjmowali rezerwacji i zawsze mieli pełną salę. Ja i Ally chodziłyśmy tam przynajmniej dwa razy w miesiącu i rywalizowałyśmy z hostessami na spojrzenia. Wygrywały za każdym razem.

– Przyniosłaś mi odpowiednie ciuchy? – spytałam Ally.

Nie można pójść do Sushi Den w kowbojskich butach i dżinsach, ta knajpa wymagała specjalnego stroju. Czarna sukienka, szpilki… W garderobie stworzyłam sobie całą odrębną sekcję z rzeczami przeznaczonymi na wizyty w Sushi Den.

– To chyba jasne – prychnęła Ally.

***

Obudziłam się w łóżku Lee (znowu) i przede wszystkim pomyślałam o sake.

W sumie nie lubię sake, ale piłyśmy z Allyson, bo tak się robi w Sushi Den.

Jeśli wszedłeś między wrony… Jeśli jesteś w Sushi Den, pijesz gorącą sake.

Leżałam na brzuchu, lewą nogę miałam podkuloną, prawą wyprostowaną. Lewą rękę trzymałam pod poduszką, a prawa była wciśnięta pomiędzy moje ciało a coś, co musiało być gorącym, twardym ciałem Lee.

Wystarczyła jedna noc, żeby Lee zdołał utrzymać mnie w łóżku w jednym miejscu. Przywierał do moich pleców, znaczna część jego ciała leżała na mnie, obejmował mnie ręką, a lewą nogę miał wsuniętą tak, że udo dotykało dolnych partii mojego ciała. Zaskakująco… przyjemna poza. Było mi ciepło, dobrze, przytulnie i czułam się bezpieczna.

Jak, do jasnej cholery, dałam się wmanewrować w taką sytuację?

Wróciłam myślami do wczorajszej kolacji, podlanej sake, i zadowolona zorientowałam się, że wszystko pamiętam.

Jadłam, piłam sake, znowu jadłam, znów piłam sake; upiłam się.

Pozwoliłam, żeby Lee wsadził mnie do samochodu, i wysyłałam pożegnalne całusy Ally, Hankowi, tacie, Kitty Sue, Malcolmowi i parkingowemu.

Już w mieszkaniu poszłam do łazienki, zdjęłam ubranie, zawłaszczyłam sobie kolejny podkoszulek, a potem padłam na wielkie łóżko. I tam, z powodu alkoholu i braku drzemki, od razu zasnęłam.

Teraz szybko sprawdziłam wolną ręką, co mam na sobie.

Majtki na miejscu.

Podkoszulek bez rękawów również.

Albo Lee nie skusiło moje sztywne ciało, albo ubrał mnie już po wszystkim. Obstawiałam raczej to pierwsze.

Obity policzek prawie nie bolał, zaaplikowana sake jednak działała.

Ułożyłam szybką strategię na najbliższe dwadzieścia minut, na tyle, na ile byłam w stanie funkcjonować bez kofeiny.

Muszę wydostać się spod Lee, nie budząc go, wezwać taksówkę i pojechać do siebie do domu.

No dobra, brzmiało jak plan.

Przesunęłam się o milimetr, usiłując zrobić to niezauważalnie.

Nie udało się.

– Mhm – wymruczał Lee, a jego ręka przycisnęła mnie mocniej.

Pierwsza przeszkoda i od razu skucha.

Spróbowałam wczorajszego wybiegu:

– Muszę zaparzyć kawę.

Zabrał rękę, ale ciężar jego ciała wystarczył, żeby przytrzymać mnie w łóżku. Wsunął się na mnie jeszcze bardziej, pochylił i poczułam, jak jego usta dotykają mojego ramienia, a ręka sunie po udzie i ląduje na biodrze.

– Wypijesz po – szepnął mi do ucha.

Spięłam się cała, chociaż w środku topniałam jak wosk.

– Po czym?

Przesunął dłoń w górę, palce dotknęły krawędzi majtek tuż pod pępkiem.

– To się wreszcie stanie – oznajmił i nie musiał mi tłumaczyć, co ma na myśli. – W tej chwili.

Dobry Boże.

Dopiero teraz poczułam na swoim ciele, jak bardzo jest zdeterminowany; serce zaczęło mi walić.

Od czasu gdy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak seks, chciałam to zrobić z Lee.

A teraz, gdy to się miało stać, byłam przerażona.

– Mam kaca – spróbowałam wymówki.

Jego usta sunęły po mojej szyi. Albo mnie nie słyszał, albo nie uwierzył i uznał, że szkoda reagować na takie kłamstwo.

Przycisnął się biodrami do mojego tyłka, jego ręka powędrowała w dół po brzuchu, poczułam dreszcze.

Kurde, kurde, kurde.

Zagryzłam wargę, żeby nie jęknąć, gdy prąd przebiegł mi przez ciało, ogniskując się między nogami.

Spróbowałam jeszcze raz:

– Boli mnie głowa.

Ręka powędrowała w górę podkoszulka, zatrzymała się pod piersią, knykcie musnęły ją od dołu.

– To napięcie. Nie martw się, wiem, jak je rozładować.

No, nie wątpię.

Spróbowałam ostatni raz.

– Boli mnie twarz.

Poczułam jego język za uchem.

– Zaraz przestaniesz o tym myśleć – obiecał szeptem.

– Lee…

Trzymał rękę na moim brzuchu, poczułam, jak się odsuwa; położył mnie na plecach i pochylił się nade mną.

– Podaj mi jeden powód, żeby tego nie robić – zażądał, patrząc mi prosto w oczy.

Włosy znów miał seksownie zmierzwione, a twarz była zarazem łagodna i twarda. Łagodna z powodu tego, co widziałam w jego oczach przez ostatnie dwa dni, twarda od zdecydowania i pożądania.

W takiej sytuacji, pozbawiona porannej kawy, nie wiedziałam, jak zareagować.

– Tak też myślałem. – Znów się nade mną pochylił…

I wtedy zadzwonił telefon.

– Nie odbierzesz? – spytałam w jego usta, a on objął mnie i przyciągnął do siebie.

– Nie ma mowy.

Pocałował mnie, a ja zatopiłam się w nim, uszczęśliwiona. Mój opór zniknął bez śladu. Ależ on fantastycznie całuje…

No dobra, czyli w końcu będę się kochać z Liamem Nightingale’em.

Całe moje ciało odprężyło się i uległo tej wizji.

Przetoczył się na plecy i pociągnął mnie na siebie, czułam jego ręce, trzymał mnie mocno.

Telefon zadzwonił jeszcze raz i coś zastukało na szafce nocnej, ale Lee nie zwracał na to uwagi, sunąc ustami od mojego podbródka aż do ucha.

Zadrżałam.

Jedną ręką muskał miejsce tuż nad moimi pośladkami, drugą obejmował mnie mocno w talii.

– Uwielbiam twój tyłek – szepnął mi do ucha. – Zawsze go uwielbiałem.

Wstrząs. Nie miałam pojęcia, że uwielbia mój tyłek… Ta świadomość sprawiła, że pocałowałam go mocno i namiętnie.

Jęknął, a mnie znów przeszył dreszcz.

Telefon dzwonił i dzwonił, coś na szafce nocnej tłukło się i wibrowało. Lee włożył mi rękę w majtki, a ja zaczęłam gładzić twarde mięśnie jego brzucha.

Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi, trzy razy krótko i raz długo.

Ręka Lee zastygła.

– Kurwa – warknął przez zaciśnięte zęby.

– Co?

Przerzucił mnie na plecy, jakbym ważyła tyle co piórko, pocałował szybko.

– Nie waż się ruszyć – ostrzegł i wyskoczył z łóżka.

Złapał dżinsy i poszedł do drzwi, a ja patrzyłam oszołomiona, po raz pierwszy mając okazję obejrzeć jego nagie ciało i podziwiać, jak hojnie obdarzyła go natura.

To, co zobaczyłam, w połączeniu ze świadomością, że tej nocy spałam obok nagiego Liama Nightingale’a, sprawiło, że przeżyłam mikroorgazm.

Słuchając, jak z kimś rozmawia, usiłowałam zapanować nad swoim ciałem (bez rezultatu). Po chwili Lee wrócił do pokoju.

Od razu podszedł do łóżka i wyciągnął mnie z niego; uderzyłam w jego pierś. Pocałował mnie, mocno i głęboko, tylko za krótko.

– Muszę iść – powiedział.

Chciałam zawołać „nie!”, bo byłam rozpalona do czerwoności. Właśnie przyznał, że zawsze kochał mój tyłek! I pragnęłam doświadczyć tego, czym tak hojnie jest obdarzony.

Zamiast jednak przejść do konkretów, zatonęłam w jego ramionach – tylko do tego byłam zdolna po pocałunku.

Uśmiechnął się.

Niech go szlag.

– Zabiorę cię do księgarni tak szybko, jak tylko dam radę. Obiecaj mi, że do tego czasu nie wpakujesz się w żadne kłopoty.

Skinęłam głową.

Przyjrzał mi się i westchnął.

– Kłamiesz.

– Nie kłamię.

– Przynajmniej nie rób nic głupiego.

Jakbym kiedyś zrobiła!

Musnął moje wargi, puścił mnie, poszedł do łazienki, wziął prysznic, ubrał się i wyszedł.

A ja zadzwoniłam po Ally.

Miałyśmy przed sobą długi dzień i pełne ręce roboty, jeśli chciałyśmy znaleźć Rosiego.