Córka gliniarza

Tekst
Z serii: Rock Chick
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Córka gliniarza
Córka gliniarza
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2
Powinienem przełożyć cię
przez kolano

Dwadzieścia minut później stałam w salonie w mieszkaniu Lee.

Wpadałam tu kilka razy, ale tylko przelotnie, na chwilę. Coś podrzucałam albo odbierałam i zawsze towarzyszyła mi Kitty Sue albo Ally.

I zawsze był tutaj Lee.

W tej chwili go nie było.

– To zły pomysł – poinformowałam Ally.

Obie jesteśmy tego samego wzrostu, czyli metr osiemdziesiąt, Ally waży dziesięć kilo mniej, nosi mniejszy rozmiar dżinsów – mniejszy tyłek, i rozmiar mniejsze staniki – mniejszy biust. Ma orzechowe oczy jak Hank i gęste ciemne włosy tak jak wszyscy Nightingale’owie. Chodzi z rozpuszczonymi tak jak ja.

Teraz miała na sobie dżinsową miniówkę z obstrzępionym brzegiem, jaskrawożółty podkoszulek z błyszczącym napisem Sugar przez całą pierś, na nogach klapki.

Obu nam stuknęła trzydziestka, Ally jest dwa tygodnie młodsza ode mnie. Pomyślałam właśnie, że jak skończymy osiemdziesiątkę, dalej będziemy nosić dżinsowe spódniczki mini i podkoszulki. I chociaż taka przyszłość wydawała się całkiem super, trochę mnie wystraszyła.

– Lee wyjechał – oznajmiła Ally. – Nieprędko wróci, a już na pewno nie dzisiaj w nocy. I uwierz mi, nikt nie będzie na tyle walnięty, żeby włamywać się do jego mieszkania.

Spojrzałam na Rosiego, zastanawiając się nad jej słowami.

Mój barista przechodził akurat etap artysty w kryzysie. Łypał dziko, wyglądał, jakby chciał stąd zwiać, i trochę działał mi na nerwy. Przez niego prawie mnie zastrzelili! Choć w sumie – nie jego wina. W końcu nie on do mnie strzelał i nie on pyskował tamtym gościom.

Zawsze narobię sobie kłopotów ze swoją niewyparzoną gębą.

Ale to mój przyjaciel i chciałam zapewnić mu bezpieczeństwo, bo właśnie to się robi dla przyjaciół. Przyjaciele nie piją, żeby móc cię odwieźć do domu, jeśli ty pijesz. Lubią twojego chłopaka, gdy jesteście razem, i wieszają na nim psy, gdy już zerwiecie. I znajdują ci bezpieczną kryjówkę, gdy ktoś do ciebie strzela.

Ally miała rację, tylko samobójca mógłby się włamać do chaty Lee. Nawet ja byłam bliska palpitacji serca, że odważyłam się wkroczyć do jego gawry; chyba ostro by się wkurzył, gdyby nas tu zastał.

Poza tym budynku pilnowała ochrona, a mieszkanie znajdowało się na czternastym piętrze, nawiasem mówiąc, z niezłym widokiem na Front Rage.

Ally patrzyła to na mnie, to na Rosiego.

– Ale w ogóle, co się stało?

– Nie mów jej! – krzyknął Rosie.

– Nie zamierzam! – odwrzasnęłam. Traciłam już do niego cierpliwość, ale czułam się rozgrzeszona. Człowiek ma prawo się zdenerwować, gdy ktoś do niego celuje ze spluwy. Nigdy w życiu nikt do mnie nie strzelał.

Ally uniosła brwi, posłałam jej spojrzenie, które mówiło „później”.

– Potrzebuję kofeiny – wyjęczał Rosie, człapiąc do miękkiej skórzanej kanapy. Stała przed wielkim płaskim telewizorem. Rosie padł na nią i potarł skronie palcami, usiłując odnaleźć swoją nirwanę bez kawy i dzbanka ze stali nierdzewnej ze spienionym mlekiem.

– Nie potrzebujesz kofeiny tylko valium – stwierdziłam.

– Mam valium – wtrąciła się Ally.

Miała dostęp chyba do wszystkich leków albo w swoim gabinecie, albo poprzez różne kontakty.

– Nie chcę valium. Chcę zabrać torbę od Duke’a i natychmiast wyjechać do San Salvador – oznajmił Rosie dramatycznym tonem, biorąc pilot od telewizora.

– Jest artystą, rozumiesz? – wyjaśniłam, odprowadzając Ally do drzwi.

– Parzy kawę – mruknęła.

Puściłam tę uwagę mimo uszu. Allyson nigdy nie potrafiła docenić wybornego smaku kawy, zawsze wolała tequilę.

– Jesteś pewna, że Lee dziś nie wróci?

Wolałam, żeby mnie nie przyłapał w swoim mieszkaniu pod jego nieobecność. Nie po to z takim trudem unikałam go przez ostatnie dziesięć lat, żeby teraz zastał mnie w nocy tutaj w salonie, gdzie próbuję ukryć kogoś, kto ma na karku niemiłych typów. Istniało duże prawdopodobieństwo, że mu się to nie spodoba.

– Siedzi w Waszyngtonie – odparła Ally. – Możesz spokojnie zająć jego łóżko. – Spojrzała na mnie z łobuzerskim uśmiechem.

Westchnęłam i oparłam się o ścianę.

– Może jednak do niego zadzwoń?

– Nie lubi, jak mu się przeszkadza na wyjeździe. W grę wchodzą tylko sprawy wyjątkowe.

– Ta chyba podpada pod tę kategorię? – wytknęłam. Niepotrzebnie zresztą, przecież pamiętała, w jakim byłam stanie, gdy dzwoniłam dwadzieścia minut temu i chaotycznie opowiadałam, że ktoś strzelał do mnie i teraz Rosie i ja potrzebujemy bezpiecznej kryjówki. Takie rzeczy nie dzieją się codziennie. W każdym razie mnie się nie zdarzały.

Ally spojrzała przez otwartą kuchnię na Rosiego, który włączył telewizor i oglądał Food Network.

– O jakiej torbie on gadał? – szepnęła jeszcze.

– Później ci wytłumaczę. Na razie skontaktuj się z Lee i uprzedź go, że tu jestem, tak na wszelki wypadek.

Spojrzała na mnie.

– Kiedyś oddałabyś życie za ten wypadek.

– Mówiłam ci już: to przeszłość.

Przyglądała mi się przez chwilę. Powtarzałam to Ally przez ostatnie dziesięć lat i nadal mi nie wierzyła, głupia uparta piczka.

– Dobra. Zadzwonię. Ale gdyby jednak szybko wrócił do domu, to pewnie wolałby zastać w swoim łóżku ciebie niż Rosiego.

– Będę spała w pokoju gościnnym.

– Dziewczyno… Tu nie ma czegoś takiego. Druga sypialnia jest zamknięta na cztery spusty i nikt się tam nie dostanie. Hank i ja nazywamy to centrum dowodzenia, ale tak naprawdę nie wiemy, co tam jest.

Spojrzałam na drzwi, dalej w przedpokoju; gdy się odwróciłam, Ally już się ewakuowała.

– Później – rzuciła, i tyle.

Złapałam za drzwi, patrzyłam, jak idzie przez korytarz.

– Zadzwoń do niego! – krzyknęłam.

Pokazała mi znak pokoju i weszła do windy.

– Nie zadzwoni – poinformowałam pusty korytarz.

***

Ally miała rację.

Rozejrzałam się trochę. Dwoje drzwi stało otworem, jedne prowadziły do łazienki, drugie do sypialni Lee. Trzecie były zamknięte. Wyszłam nawet na balkon biegnący dookoła, żeby sprawdzić, czy uda mi się zajrzeć do tajemniczego wnętrza, ale za drzwiami tarasowymi w drugiej sypialni wisiały kotary, szczelnie zasunięte.

Po całej wieczności oglądania Food Networku znalazłam Rosiemu koszulkę i koc i powlokłam się, mało przytomna i nadal niespokojna (z powodu wcześniejszych wypadków i aktualnego noclegu) do wielkiego łóżka Lee.

Zastanawiałam się, czy nie spać na podłodze, ale już padałam z nóg. Lee nie powinien wrócić… Był wiecznie zajęty i rzadko w Denver, chyba że z okazji czyichś urodzin, jakichś świąt albo wtedy, gdy Broncos grali u siebie. Kitty Sue narzekała na to tak często, że gdybym za każdym razem dostawała dziesięć centów, uzbierałabym już niezłą sumkę.

Ściągnęłam spodnie i buty, zdjęłam skarpetki, stanik. Znalazłam podkoszulek bez rękawów w pierwszej szufladzie; chwała Bogu, nie chciałam grzebać w jego rzeczach, to mogłoby mu się nie spodobać, a musiałam pożyczyć coś do spania – moja koszulka z Guns’n’Roses miała strasy i pozaciągałaby pościel. Nie mówiąc o tym, że należała do moich ulubionych i nie chciałam jej zniszczyć.

Zawsze śpię bardzo mocno, a do tego dosłownie rzucam się na łóżku. Kręcę się tak, że większość moich chłopaków wolała spać na kanapie, zwykle na krótko przed tym jak decydowali się rozstać. A żeby w czasie tego wiercenia nie zamotać się, zwykle sypiam w czymś niekrępującym ruchów, to znaczy przeważnie w majtkach i niczym więcej. Jednak spanie tu prawie nago uznałam za przesadę.

Usiłowałam nie roztkliwiać się nad tym, że oto leżę w łóżku Lee. W końcu to tylko łóżko. Lima Nightingale’a. Zaledwie trochę nim pachnie: skórą, tytoniem i przyprawami. Wielkie rzeczy.

Ten zapach, ta pościel sprawiły, że poczułam się niemal jak wtedy, gdy dotknęłam piersi Joe Perry’ego. Miałam wielką chęć zrobić coś niegrzecznego, na szczęście zasnęłam.

Następne, co pamiętam, to że ktoś złapał mnie za kostkę i pociągnął w dół materaca, jak w jakimś dreszczowcu.

Uderzyłam kolanami o ramę łóżka, obróciłam się na plecy i krzyknęłam. Zobaczyłam nad sobą wielki cień i otworzyłam usta, żeby wrzasnąć z całych sił. Ci, którzy do nas strzelali, znaleźli nas. To koniec.

Za chwilę umrę i nie zobaczę, jak Pearl Jam gra na żywo.

Zanim zdążyłam wydobyć z siebie głos, czarna postać puściła moją kostkę, dwiema rękami złapała mnie za biodra i wyciągnęła z łóżka. Plecy wygięły mi się boleśnie, głowa odchyliła… i przełknęłam swój krzyk razem z zaskoczeniem.

Intruz postawił mnie na nogi. Gdy boleśnie wykręcił mi ręce za plecy, uderzyłam o jego twarde ciało.

– Mów – zażądał głęboki głos.

Wtedy wyraźnie poczułam zapach tytoniu, skóry i przypraw.

Lee.

Jasna cholera.

Albo miałam wyjątkowego pecha, albo Allyson mnie wrobiła.

Może nawet razem z Rosiem. Tak jej zależało, żeby zostać moją szwagierką, że w końcu straciła cierpliwość i wynajęła kogoś, żeby do mnie strzelał.

– Dwie sekundy – ostrzegł.

– Lee, to ja. Indy.

Ręce na moich nadgarstkach rozluźniły chwyt, lecz nie puściły.

– Co się tu, kurwa, dzieje?

Wzięłam głęboki wdech, moje piersi mocniej przycisnęły się do jego torsu.

Nigdy w życiu nie byłam tak blisko, nie przywierałam do niego całym ciałem. Nawet w czasach, gdy mu się narzucałam, nie zbliżyłam się aż tak bardzo.

Wyjaśniłam szybko:

– Mam problem i potrzebowałam bezpiecznego miejsca na nocleg. Ally mnie tu wpuściła.

Potrzebował chwili, by to przyswoić.

– Kim jest gość na kanapie?

– Rosie, mój barista.

– Twój kto?

– Parzy kawę u mnie w księgarni.

– Szlag.

Puścił mnie, odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Odruchowo poszłam za nim.

Weszłam do salonu, włączył światło. Rosie leżał na środku pokoju twarzą do podłogi, ręce i nogi miał za plecami owinięte taśmą, usta zaklejone.

 

– Jezu, Lee! Co mu zrobiłeś? – Podbiegłam i uklękłam przy Rosiem, który rozglądał się dziko, przerażony, próbując się uwolnić.

Niewiarygodne – przespałam całą tę akcję.

Rany, Lee jest naprawdę dobry.

Teraz przykucnął, wyjął scyzoryk i zaczął przecinać taśmę.

– Wróciłem do domu, zastałem jakiegoś kolesia na kanapie i kogoś w moim łóżku. Jak myślisz, co mogłem zrobić? – odparł i zerwał taśmę z ust mistrza robienia kawy.

– Au! – krzyknął barista.

Usiadłam i podwinęłam pod siebie nogi, gapiąc się na Lee.

Zrobił dokładnie to, co myślałam, że mógłby zrobić.

– Ally cię nie uprzedziła – stwierdziłam.

– Nie uprzedziła.

– Zabiję ją – warknęłam.

– O rajusiu, ja pierdolę – wykrztusił Rosie.

Lee stał z rękami skrzyżowanymi na piersi.

– Wszystko w porządku? – spytałam Rosiego, a on posłał mi spojrzenie, które mówiło: chyba zwariowałaś, przecież ten psychol właśnie skrępował mnie taśmą!

Można by pomyśleć, że nie da się tego zawrzeć w jednym spojrzeniu, ale serio, jemu się udało.

– Co tu się dzieje? – powtórzył Lee, patrząc na nas.

Wtedy zajarzyłam, że mam na sobie skąpe koronkowe majteczki w kolorze morelowym, które odsłaniają mi tyłek, oraz pożyczony podkoszulek. Niekoniecznie chciałam w takim stroju prowadzić rozmowę.

– Pójdę się ubrać. – Wstałam.

Pokręcił głową.

– Najpierw odpowiesz.

– Muszę coś na siebie włożyć!

– Jedyne, co musisz w tej chwili, to wyjaśnić mi, co tu jest, do cholery, grane – odparował Lee. Jego ton nie pozostawiał miejsca na dyskusję, na twarzy malowała się złość.

Tak czy inaczej posłałam mu miażdżące spojrzenie, żeby sobie nie myślał.

– O rajusiu, ja pierdolę – powtarzał Rosie, odklejając z nadgarstków resztki taśmy.

Wzięłam głęboki wdech. Należało czym prędzej wyjaśnić tę sytuację już choćby po to, żebym mogła wciągnąć na tyłek levisy. Zwykle bez dżinsów czułam się nago, ale tym razem dosłownie byłam naga.

– No dobra, sprawa wygląda tak. Mój przyjaciel i ja musieliśmy gdzieś spędzić noc, jutro się wyniesiemy.

– Dlaczego?

– Nie mów mu! – krzyknął spanikowany Rosie.

– Albo mówisz, albo stąd spadasz – odparł Lee.

Spojrzałam najpierw na Lee, potem na Rosiego.

Znałam swojego baristę od pięciu lat. Przychodził do mnie na imprezy. Byliśmy razem na paru koncertach. Ogólnie spoko gość, trochę humorzasty i tajemniczy, ale wcale nie tak wyczilowany, jak można by się spodziewać po kimś, kto jara tyle trawy.

Nie miałam pojęcia, że coś kręci na boku. Wiedziałam, że parzy wspaniałą kawę, że uważa Jima Morrisona za boga, który zstąpił na ziemię, i że pali trawkę.

Wbiłam wzrok w Lee.

– Musisz przyrzec, że zachowasz to dla siebie.

– Nie! – Rosie zerwał się na równe nogi.

– Nic nie muszę przyrzekać – odparł Lee.

Zerknęłam jeszcze raz na obydwu.

Lee robił trudności i nic dziwnego, skoro władowaliśmy się mu na chatę bez pozwolenia.

Rosie też się stawiał, ale u niego to norma.

A ja najbardziej na świecie chciałam się ubrać.

– Można mu ufać – powiedziałam do Rosiego.

Ten łypał teraz na Lee wzrokiem oddalonym całe lata świetlne od łagodności. Najpierw został ostrzelany, potem spętany jak gęś na Boże Narodzenie, co ja spokojnie przespałam.

Ale miał kłopoty. I musiał zdecydować, komu zaufać.

W końcu podjął decyzję; miałam nadzieję, że choć odrobinę zbliży mnie ona do dżinsów.

– Musi obiecać, że nikomu nie powie. Jutro będzie po wszystkim – oznajmił.

Lee nadal stał z ramionami skrzyżowanymi na piersi. I wciąż wyglądał na niezadowolonego. Bardzo niezadowolonego.

– Możemy pogadać? – Skinęłam na niego ręką. Wyszedł za mną do przedpokoju.

Dobra, po kolei. Skoro sytuacja nadal nie jest stabilna i pójście po ubranie, czyli zostawienie Lee i Rosiego samych to zła opcja, postanowiłam spróbować innej taktyki, może ona pozwoli mi zasłonić pośladki.

– Masz jakiś szlafrok, żeby mi pożyczyć?

– Nie.

– Nie masz szlafroka czy masz, tylko nie pożyczysz?

Patrzył na mnie przez chwilę, w końcu wycedził:

– Indy, gadaj wreszcie, w czym rzecz.

Tracił cierpliwość. Czyli na razie nie ma co marzyć o ubraniu. Tłumaczyłam sobie, że to w końcu Lee, który widział mnie w bikini u siebie na podwórku (i u mnie, i na rodzinnym wyjeździe do Meksyku, i na tym do San Diego). Można powiedzieć, że w tej chwili byłam znacznie bardziej ubrana niż w bikini.

Przełamałam się.

– Dobra. Chodzi o to, że Rosie kręci małe lody na boku. Ktoś mu za coś zapłacił i to coś jest dość cenne, rozumiesz, nawet bardzo. To coś zostało skradzione komuś innemu i ten ktoś chce to z powrotem. Rosie dał to Duke’owi na przechowanie, a Duke wyjechał na kilka dni, wróci jutro rano. Więc zanim Rosie zabierze to coś od Duke’a, musimy się ukryć.

– A skąd to „my” w tej sytuacji?

– No wiesz, tak jakby… byłam z Rosiem, gdy po to przyszli.

– I?

– No, mówiłam ci, on tego nie ma. Na razie.

– I?

– Wygarnęłam im trochę. W jego obronie.

W zwężonych oczach Lee pojawił się gniew.

– I?

– I wtedy zaczęli do nas strzelać, uciekliśmy. Potem zadzwoniłam do Ally.

Nie padło ani jedno słowo, ale na jego policzku zagrały mięśnie.

Zły znak.

Pewnie mu się nie podobało, że wciągnęłam jego siostrę w to gówno.

Pewnie równie mocno nie podobało mu się, że teraz wciągam jego.

– I co to jest? – spytał w końcu.

– Tego nie mogę powiedzieć.

– No to wystawię kolesia za drzwi.

Pokręciłam głową.

– Bardzo mu zależy, żeby nikt nie wiedział.

– Osobiście odeskortuję go przed budynek.

Zerknęłam do salonu, Rosie wyglądał zza rogu, podsłuchując.

Westchnęłam ciężko.

– Wobec tego chyba wyjdziemy, wynajmiemy pokój w hotelu.

Mój barista pewnie ucieszył się z takiego obrotu sprawy.

W końcu musieliśmy przeczekać już tylko kilka godzin, a Denver to duże miasto, znalezienie nas powinno trwać trochę dłużej.

– Nie powiedziałem, że wyrzucę ciebie. Mówiłem o nim.

Teraz ja się wkurzyłam.

– Słucham?

Zero reakcji.

– Nie rozumiem?

Cisza.

– I co zamierzasz ze mną zrobić? – nie ustępowałam.

– Jeśli powiesz mi, co to jest… nic.

– A jeśli nie?

– Jeszcze nie wiem.

– Lee!

Ale on już stracił cierpliwość. Złapał mnie za rękę, dźgnął palcem w stronę Rosiego i rzucił mu:

– Jeśli się ruszysz, pożałujesz. – Powiedział to takim tonem, że było jasne: Rosie pozostanie w tej pozie aż do chwili, gdy Lee tutaj wróci. Potem wepchnął mnie do sypialni, zapalił światło i zamknął drzwi.

– Au, to bolało! – Wyszarpnęłam rękę z uścisku.

– Powinienem przełożyć cię przez kolano – warknął.

Szczęka mi opadła.

– Co takiego?

– Ten gość ma torbę diamentów. Nie wierzę, że dałaś się wciągnąć w tę aferę.

Krzyknęłam cicho.

– Skąd wiesz?

Nie odpowiedział.

– Skąd o tym wiesz? – podniosłam głos.

– Idź do łóżka, a ja pójdę pogadać z twoim koleżką. Jutro zajmę się diamentami.

– Nie mów mi, co mam robić! – Teraz darłam się już naprawdę głośno.

No serio, za kogo on się uważa?

Podszedł do mnie, staliśmy twarzą w twarz.

– Ignorujesz mnie od dziesięciu lat, a teraz nagle zjawiasz się z czymś takim. To nie jest zwykła sytuacja, Indy. To wyjątkowo popieprzona sytuacja. Zrobisz dokładnie to, co ci każę, będziesz trzymać język za zębami i modlić się, żeby gość, który chce dostać diamenty, okazał się na tyle cierpliwy, żeby czekać do rana.

– Nie ignorowałam cię! – Teraz już krzyczałam, no i…kłamałam.

Lee uznał chyba, że stoi za daleko, bo zbliżył się jeszcze bardziej, teraz czułam ciepło jego ciała.

Zniewalające.

– Gówno prawda – wysyczał.

No dobra, może i próbowałam unikać go całe lata, ale tak naprawdę nie bardzo mi wychodziło. Do licha, serio nie pamiętał tych wszystkich prezentów z okazji Gwiazdki i Dnia Dziękczynienia?

– Dałam ci prezent na święta!

– To się nie liczy.

Aż mnie zatkało.

– Ej! Chcesz powiedzieć, że nie podobał ci się zestaw płyt Billie Holiday?

– Powiedziałam, że się nie liczy.

– Myślałam, że lubisz bluesa!

Zbliżył się już prawie na centymetr, zły i groźny.

– Indy, to nie jest sytuacja, z której wykręcisz się takimi gadkami.

No dobra, może kiedyś, dawno temu próbowałam takich dziewczyńskich sztuczek… okej, zdarzało się wiele razy. Zazwyczaj z Lee, Hankiem i Malcolmem. Tata zwykle nie dawał się na to nabrać.

– W porządku! – Ruszyłam do łóżka, głównie po to, żeby się od Lee odsunąć. Z bliska był zbyt obezwładniający. Tuż przy materacu odwróciłam się. – Co masz zamiar zrobić?

– Mam zamiar ogarnąć twojego kumpla, zadzwonić w kilka miejsc, żeby załagodzić sytuację, a jutro podwieźć go, żeby odebrał diamenty. Potem będę eskortował dostawę.

– No i super – rzuciłam opryskliwie, czując, że tracę wiatr w żaglach. – W takim razie dziękuję.

Już miał się odwrócić, ale przystanął, odchylił głowę, spojrzał w sufit, po chwili odwrócił się do mnie i podszedł. Znów był tak blisko, że czułam bijący od niego żar.

– Zwykle w takich przypadkach biorę pięćset dolarów za godzinę.

– W jakich?

– Pośredniczenia w nielegalnej transakcji – odparł.

Patrzyłam na niego rozszerzonymi oczami.

Fiu, fiu.

Nic dziwnego, że mógł sobie pozwolić na apartament z takim widokiem i biuro w centrum Denver. Nie mówiąc już o zarąbistym wozie i motocyklu.

– Tak? Czemu aż tyle?

Stał tak blisko, że widziałam tylko jego.

– Ponieważ jeśli dzisiaj zadzwonię, wciągnie mnie to w sam środek całego bajzlu i jeśli jutro nie będę miał tych diamentów, zaczną strzelać do mnie. A tego bardzo nie lubię.

Pokiwałam głową, zgadzając się z nim w całej rozciągłości.

– Ja też, to strasznie słabe.

Nie ruszył się, zrozumiałam, że czeka na inną odpowiedź.

– Rosie chyba nie ma takiej forsy – zauważyłam. – Nie mógłbyś dać jakiejś, no wiesz, zniżki dla rodziny?

Pokręcił głową.

– Nie jesteśmy rodziną.

– W sensie, od ciebie dla mnie – wyjaśniłam.

– My też nie jesteśmy rodziną.

– Jak najbardziej jesteśmy! Dziesięć lat temu postawiłeś sprawę jasno, że traktujesz mnie jak młodszą siostrę – wypomniałam.

To go zastopowało.

Wyglądał tak, jakby spłynęło na niego zrozumienie. Zobaczyłam błysk w jego oczach, nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale najwyraźniej coś do niego dotarło (nie wiem co), twarz mu złagodniała i przestał być zły. Teraz wydawał się… zadowolony?

– To było wtedy, a teraz jest teraz. – Nawet mówił spokojniej i mniej ostro.

– No weź, to wyjdzie kilkanaście godzin, czyli tysiące dolarów! Rosie nie ma tyle hajsu, nawet ze swojego pobocznego biznesu.

– To nie on mi zapłaci.

Pokręciłam głową.

– Ja też nie mam tyle kasy – zaznaczyłam dobitnie.

– Nie mówię o gotówce.

Żołądek mi się ścisnął, serce zabiło nierówno.

– To o czym?

– Jutro porozmawiamy – zbył mnie.

– Porozmawiamy teraz! – warknęłam.

– Kładź się i śpij – polecił.

– Przestań mną dyrygować!

Podszedł bliżej. Wstrzymałam oddech. Przysunął się, teraz nie miałam już ruchu, byłam przyparta do materaca. A nie mówiłam, że to groźny sukinsyn?

– Idziesz do łóżka albo cię do niego przywiążę – zagroził.

Na jego twarz wrócił tamten wkurzony wyraz, po błysku w oczach zrozumiałam, że to nie są czcze pogróżki.

– No dobra – mruknęłam.

Ale ze mnie mięczak.