Władcy wiatrów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na jachcie, na otwartych morzach nie ma żadnych ograniczeń. Nasze zasoby pozwalałyby na wielotygodniowy pobyt na morzu. Na pokładzie, w totalnej samoizolacji.

Jednak wtedy też nie bylibyśmy bezpieczni. Musielibyśmy, nie wiadomo jak długo, zmagać się z żeglugą po zimowym oceanie. I niestety nie mielibyśmy już gdzie się ukryć na lądzie. To prosty rachunek niebezpieczeństw powstrzymał nas ostatecznie przed ucieczką na morze. To dobrze, bo jakkolwiek analizować, to niestety szanse na oceanie w sztormie są dużo mniejsze niż podczas zachorowania na COVID-19.


Pierwszy dzień powrotu do domu w Chorwacji. Statki na redzie i morze wyglądają prawie tak jak zawsze. Różnica? Od wielu dni nie było tam żeglarzy

Gdy tylko pandemia zaczęła odpuszczać, doszliśmy do wniosku, że chyba czas przygotować powrót do domu.

Upłynął już miesiąc, jak minęła nas na horyzoncie Pogoria – wspaniały polski żaglowiec, który zawinął do Malagi, gdzie uzupełnił zaopatrzenie i wyruszył w kierunku Polski.

My też wracaliśmy do swojego domu letniego. Jednak naszym letnim domem na morzu jest Chorwacja. Przed nami była krótsza droga niż ta, która była przed Pogorią. Ale trudniejsza. Mieliśmy się z nią zmierzyć na pokładzie 14-metrowego jachtu, a nie 100-metrowego żaglowca.

Wiedzieliśmy, że jesteśmy dużo bardziej podatni na trudne warunki, dużo mniej możemy również zabrać ze sobą zapasów, szczególnie paliwa, wody i innych bardzo ważnych zapasów dla życia i bezpieczeństwa załogi i jachtu. Wiedzieliśmy, że nie możemy w jednym etapie dopłynąć do Chorwacji, bo szansa na to, że warunki na morzu nam na to nie pozwolą, jest znikoma.

Przygotowanie jachtu było trudne. W Hiszpanii nadal zamknięte były wszystkie serwisy i sklepy oferujące części do jachtów, więc wykorzystaliśmy do serwisu tylko to, co mieliśmy w zaopatrzeniu awaryjnym jachtu. A podczas wyprawy w takim zaopatrzeniu jest prawie wszystko. Czasami jak pokazuję, co znajduje się w naszych bakistach – a nie jest to wybór alkoholi, płetw i zabawek do sportu i rekreacji – to każdy się śmieje, że mógłby z tych części złożyć nowy silnik lub nawet nowy mały jacht. Dementuję – nie da się złożyć nowego silnika z części zamiennych i nie da się złożyć nowego jachtu. Ale za to bardzo wiele awarii i uszkodzeń jesteśmy w stanie naprawić sami, nawet na morzu. Wykorzystując to, co mamy w bakistach i własne narzędzia, naprawialiśmy też jachty podczas przymusowego postoju w porcie. Więc zapasy drastycznie nam zubożały.

Podczas wyprawy mamy kilkaset kilogramów części zamiennych. Co nowa naprawa, staram się kupować nie jedną, a dwie części zamienne, by – korzystając z własnego doświadczenia – następnym razem mieć potrzebną część już na pokładzie.

Tak stworzyła się obszerna lista rzeczy niezbędnych do tego, żeby bezpiecznie pływać poza Europą. Szczególnie w etapach bez dostępu do serwisów i sklepów. W czasie pandemii nasze zapasy okazały się niezastąpione.

W końcu przygotowaliśmy też listę załogi. Większość to byli nasi koledzy żeglarze albo oficerowie, z którymi wcześniej mieliśmy okazję wspólnie pływać na pokładzie naszego jachtu. Stworzyliśmy z nich grupę niezastąpionych żeglarzy, z którymi mieliśmy wspólnie popłynąć do Chorwacji. Kierowaliśmy się do naszego domu, gdzie od 12 lat spędzamy lato. Były wśród nich 3 osoby, które pierwszy raz zagościły na pokładzie naszego jachtu Sistrum i mam nadzieję, że też dużo nauczyły się podczas tego rejsu.

Z uwagi na trud i rodzaj przygód, jakie przeżyliśmy, nie będę wymieniać naszej załogi z imienia, ale to osoby, które polubiłem, a wielu z nich dziś nazywam przyjaciółmi.

Ostatecznie wypłynęliśmy na początku czerwca, z kilkudniowym opóźnieniem. Zatrzymała nas zła pogoda. Od początku mieliśmy nieprzewidziane trudności.

Już po minięciu Skały Gibraltarskiej, wykorzystując jeszcze zachodni przychylny wiatr, wyłączyliśmy silnik. Po kilku godzinach na żaglach okazało się, że płyniemy z bardzo małą prędkością. Zdecydowałem się wieczorem na uruchomienie silnika, żeby podładować akumulatory przed nocą. Jednocześnie uruchomiłem śrubę napędową. Postanowiłem, że ten sam moment obrotowy silnika wykorzystam na doładowanie energii i na podciągnięcie swojej pozycji na morzu.


Wyprawa. Lockdown sprawił, że nasza bandera bardzo długo czekała na powrót na morze. Przez wiele kolejnych dni nie spotykaliśmy innych żeglarzy

Okazało się, że silnik się nie uruchomił. Niestety, skorzystanie z serwisu samochodowego zamiast marynistycznego nie było dobrym pomysłem w Hiszpanii. W innych krajach się to sprawdza, ale w Hiszpanii się nie sprawdziło. Okazało się, że serwisant rozrusznik pięknie pomalował, oczyścił łącza, ale nawet go nie otworzył. Zrobiliśmy to dopiero my na morzu. Zatem po co przygotowywać szczegóły i planować wszystkie serwisy, skoro nie można liczyć na odpowiedzialność zleceniobiorców?

Tak bywa na morzu, szczególnie w krajach śródziemnomorskich. Swobodne podejście do obowiązków bardzo często przenosi się na podejście do jakości pracy. Ale na morzu nie mamy innego rozwiązania. Niestety nonszalancja serwisantów może ujść, jeśli samochód nie odpali na parkingu. Inaczej to już wygląda na otwartym morzu podczas pandemii.

Dzięki zapasom na jachcie szybko okazało się, że mamy wszystko, by samemu naprawić rozrusznik na morzu. Po dwóch godzinach serwisu silnik bezproblemowo odpalił.

I to była pierwsza z dziesiątek przygód, jakie towarzyszyły nam podczas tego rejsu. Przygody były najróżniejsze, ale rejs ten, to nie jest rejs przez doświadczenie związane z prowadzeniem jachtu i serwisem bez dostępu do jakichkolwiek części zamiennych i fachowców w portach. To rejs przez ludzkie emocje, wszystkich ludzi, których spotykaliśmy po drodze. Przez to, jak my czuliśmy się, dopływając do bardzo różnej wersji kwarantanny i lockdownu w różnych krajach i marinach.

Chorwacja, do której zmierzaliśmy, była krajem już bardzo liberalnym, nawet wtedy. U wybrzeża Chorwacji można było żeglować swobodnie, szczególnie na chorwackiej banderze. Można było się poruszać praktycznie bez żadnych ograniczeń w obrębie wód terytorialnych tego kraju. Niestety po drodze było inaczej. W Hiszpanii każda prowincja miała swoje obostrzenia, każdy port inaczej je interpretował. W niedalekich Włoszech podejście do obostrzeń i pandemii również było bardzo różnorodne. Każdy port miał własne interpretacje. Sycylia, Sardynia miały zupełnie inne wytyczne niż Włochy kontynentalne. Dlatego poza podróżą przez ludzkie emocje, to była też podróż kwatermistrzowska. Zamiast spędzać godziny nad projektowaniem trasy i analizą prognozy pogody, spędzałem je nad analizowaniem wytycznych poszczególnych portów, poszczególnych admiralicji, urzędów, i interpretacji wytycznych dotyczących wpłynięcia do danego portu. Kilkakrotnie przed portami byliśmy na wodzie zatrzymywani i analizowano nasze dokumenty. Całe szczęście, że jacht zawsze jest wyposażony w doskonale działający internet, skaner, drukarkę. Możemy sami edytować i uzupełniać dokumenty o nowe dane pod kątem wymagań portów. I wszystko to robiliśmy. Kilkakrotnie zatrzymano nas przed portem, kilkakrotnie na otwartej przestrzeni. Właśnie po to, by upewnić się, że nasze dokumenty zostały potwierdzone, a to przez Rzym, a to przez Mediolan. W administracji morskiej rutynowo sprawdzano, czy na pewno mamy aktualne pozwolenie na płynięcie wodami terytorialnymi, przekraczanie ich, wpływanie do portu, czy na pewno mamy zarezerwowane miejsce w porcie.

Bywały też zabawne chwile. U wybrzeża Sardynii, przed portem żeglugi wielkiej w Cagliari, oficer o godzinie 23 pytał nas, czy mamy może prywatny telefon do bosmana mariny, w której mamy zarezerwowane miejsce, bo im się ten telefon… zawieruszył.

Nonszalancja Włochów nigdy mnie nie przestanie zaskakiwać i wtedy też tak było. Oczywiście mieliśmy ten numer telefonu i mieliśmy zarezerwowane miejsce, bo czasy się zmieniły.

Już nie jest tak, że kapitan na Morzu Śródziemnym płynie tam, gdzie mu się podoba, albo tam, gdzie go wiatry poniosą. Jacht musi mieć rezerwację i powinien dopłynąć do portu w wyznaczonych godzinach. Jacht musi mieć przygotowane dokumenty z poprzedniego rejsu oraz uprawnienia wymagane w danym kraju i regionie. Służby sprawdzą, czy na pewno mamy wszystkie uprawnienia. Czy są aktualne i oczywiście, czy na pewno nie ma chorych na pokładzie.


Morze Śródziemne. Lockdown tuż przed Sardynią


To był bardzo trudny logistycznie rejs. Mimo że zdobyliśmy różne zezwolenia, wprowadzone ograniczenia nie ułatwiały nam żeglowania

Liczba dokumentów doszła do poziomu, w którym musiałem już stworzyć teczki personalne dla każdego z członków załogi. To stało się po raz pierwszy w moim życiu na morzu.

Sycylia i Sardynia posiadały dodatkowo własne platformy elektroniczne, które również kontrolowały nasz pobyt. I nikt z projektujących je na szybko nie przewidział, że po morzach jeszcze ktoś pływa. Platforma Sycylii miała w założeniu kontrolować nasz pobyt i możliwe miejsca ognisk koronawirusa. Przed przekroczeniem granicy trzeba jak najpóźniej, najlepiej na terenie lotniska, wypełnić dokładnie, skąd jesteśmy, dokąd wypływamy oraz wykonać wszystkie inne wymagane czynności. Nasz port na Sycylii poinformował, że powinniśmy to zrobić przed dopłynięciem, bo inaczej możemy się spodziewać trudności i kwarantanny. Nie sprecyzowali, co nazywają trudnościami, ale jak to we Włoszech, mogliśmy się spodziewać wszystkiego. Zamiast kwarantanny mogli nas zatrzymać w basenie portowym, by zwyczajnie uniknąć odpowiedzialności. I tak odizolowani od wszystkiego, bez zapasów, czekalibyśmy, czy ktokolwiek podejmie jakąś decyzję. Poważnie potraktowaliśmy tę aplikację i próbowaliśmy uzupełnić ją na morzu, na pokładzie jachtu. Przecież rejs z Sardynii drogą morską do Sycylii to sporo ponad doba. Okazało się jednak, że mimo kilkudziesięciu prób aplikacja zgłasza błąd. Udało nam się po kilkugodzinnych próbach dodzwonić do operatora aplikacji, który stwierdził:

 

– Nie, proszę pana, to nie jest błąd aplikacji. To państwo mają błąd GPS-u. Przecież nie można tej aplikacji aktywować na morzu, muszą państwo być na lądzie. No przecież promy nie mogą pływać.

Zmęczony wielogodzinnym oczekiwaniem na połączenie, wolno, ale dobitnie stwierdziłem:

– Proszę pana, my naprawdę płyniemy, jesteśmy na morzu.

– Nie, nie, nie, proszę pana, proszę sprawdzić GPS, jak państwo będą na lądzie…

– Ale proszę pana, my jesteśmy na morzu.

– Jak to na morzu? Przecież na promie to te wszystkie czynności wykonuje za państwa obsługa promu. A promom nie wolno teraz pływać na wodach terytorialnych!

– Po morzach poza promami pływają jeszcze jachty, więc, proszę pana, my właśnie dopływamy jachtem do portu w drodze z Sardynii, a wcześniej z Kadyksu.

– Ojej! To w tej chwili mogą pływać jachty?


Morze Śródziemne.Pogoda była dobra, ale świat się zmienił. Nawet UE przestała być otwarta i bez granic

No i znów musiałem wrócić do swojego stoickiego spokoju, wytłumaczyć panu, że tak – Włochy, jak i pozostałe kraje Morza Śródziemnego, pozwoliły już na ograniczony tranzyt morski, w tym również tranzyt jachtów międzynarodowych na swoich wodach terytorialnych. Pan po tym, jak to usłyszał, stwierdził, że w przyszłości wprowadzą poprawkę do tego projektu, a teraz musimy zadzwonić do portu, przeprosić ich. Musimy powiedzieć, że my niestety nie możemy wypełnić ich oczekiwań, ponieważ aplikacja na to nie pozwala. Jemu tego nie wolno zrobić, bo on w pracy może tylko odbierać telefony, on nie może zadzwonić do kogoś innego i to nie jest w jego kompetencjach i nie płacą mu za to. No cóż…

Po kilkunastu godzinach wróciłem do rozmowy z portem Palermo, do którego zmierzaliśmy.

W konsekwencji tej rozmowy zdecydowałem się na wybranie innego portu. Kapitan nowego portu był dużo bardziej wyrozumiały, a przede wszystkim – zrozumiał nasze argumenty. Aplikację uzupełniliśmy już na lądzie, spełniając wszystkie możliwe wymagania.


Vulcano, jedna z Wysp Liparyjskich. Nasz Sistrum znów był jedynym jachtem w porcie

Niestety, spotykały nas po drodze różne sytuacje. Spotykaliśmy ludzi, którzy bali się podjąć mądrą decyzję i trwali w błędach biurokracji, ale byli też ludzie rozsądni.

Dzięki zmianie portu docelowego na małą wyspę Vulcano mogliśmy przy okazji tego wyczerpującego rejsu obejrzeć wulkany. Całej załodze dało to sporo wytchnienia od długich dni na morzu.

Ludzie, których spotykaliśmy po drodze w czasie pandemii, byli bardzo różni. Jeszcze wcześniej, gdy byliśmy na Gibraltarze, widzieliśmy z okna swojego mieszkania, jak na redzie internowane są ogromne promy z setkami osób na pokładzie. Wykryto tam koronawirusa, a żaden z portów nie zdecydował się na przyjęcie tego promu przy kei. Całe szczęście, że te jednostki mają spore zapasy, a zaopatrzenie też było im dostarczane na redę i mogły sprostać potrzebom załogi i pasażerów.


Wulkan na wyspie Vulcano

Gdy opuszczaliśmy Cieśninę Gibraltarską, stało tam już nie tylko kilka promów, ale też kilka platform wiertniczych i kilka potężnych statków do tworzenia nowych odwiertów oceanicznych. To statki o wartości milionów dolarów. I myślę, że miliony dolarów kosztował ich pobyt na redzie, gdzie ludzie na ich pokładach nie mogli dalej wykonywać swoich obowiązków. Tak, ta choroba dotykała wszystkich. Nie tylko na lądzie, ludzie na morzu też dotkliwie ją odczuli.

Byliśmy mimowolnymi świadkami uwięzienia marynarzy na świecie. A też wielokrotnie pytano nas o pomoc – w jaki sposób przetransportować marynarzy, którzy skończyli wachtę na morzu i nie mogli wrócić. Wielu marynarzy, którzy mieli zaprojektowane zmiany w załogach, zostało uwięzionych. Powrót do domu z portów Afryki albo Ameryki Południowej stał się niemożliwy. Uwięziono ich albo w portach, albo zostali na statkach, pływając na nich wiele miesięcy ponad swoje kontrakty.


Morze Śródziemne. Podczas lockdownu na morzu miesiącami stały statki warte miliony

Tak też stało się w Afryce z kilkoma moimi przyjaciółmi, którzy byli marynarzami. Kilka tygodni dłużej przebywali na morzu, szukając drogi z większych międzynarodowych portów lotniczych. Niestety samoloty nie przylatywały po pojedyncze osoby. Tak też wielu schodzących z pokładu statków na ląd przez wiele tygodni nie mogło opuścić egzotycznych krajów.

Wypadków losowych i nieprzewidzianych sytuacji pierwszy lockdown zgotował nam tysiące.

Byliśmy już po pierwszych dniach rejsu. Przed nami były kolejne dni. Niestety mimo wielu lat doświadczenia na Morzu Śródziemnym nigdy nie płynąłem po nim na granicy lata. Odwiedzałem zawsze ten akwen tylko zimą, kiedy systematycznie na morzu walczyłem z wiatrem i falami o bezpieczeństwo załogi i jachtu. Zawsze wiatry były trudne, najczęściej nie były też dla nas korzystne. Jednak tym razem już po kilkunastu pierwszych dniach okazało się, że morze zgotowało nam jeden z największych problemów – flautę.


Morze Śródziemne wiosną. Musisz tu walczyć o życie z silnym wiatrem i falami. Ale flauta też zabija, tylko powoli...

Wiele, wiele dni mieliśmy płynąć po morzu całkowicie pozbawieni wiatru. Początkowo nasze ubranie to były polary, sztormiaki, czapki i rękawiczki. Jednak już od Balearów zamieniliśmy kurtki na koszulki albo w ogóle na ich brak. Płynęliśmy w skwarze i bez wiatru.

Wtedy podczas pierwszej fali pandemii rejs po morzu to nie była tylko podróż przez formalności i ograniczenia pogodowe. To była podróż przez ludzkie emocje. Szczególnie emocje ludzi, których spotykaliśmy na brzegach.

Po drodze zawijaliśmy tylko do portów, które znałem z czasów, kiedy nie było pandemii. A w portach spotykałem naprawdę wystraszonych ludzi. Czy to byli sklepikarze, którzy już mnie rozpoznawali, czy były to nowe osoby, to wszyscy byli co najmniej zasmuceni. Wiele osób miało trudne doświadczenia z najbliższego otoczenia związane z poważnym zachorowaniem. Wiele osób zastanawiało się, jak to będzie w przyszłości. Nikt nie wiedział, co zgotuje nam następny miesiąc, nikt nie wiedział, czy będzie następny rok.

Ale jedno wszystkich łączyło – wszyscy sobie pomagali. My wielokrotnie prosiliśmy o sprzedaż produktów, gdy dopływaliśmy po zamknięciu sklepu i nigdy nie mieliśmy z tym żadnych problemów. Nawet służby mundurowe, które spotykaliśmy w basenach portowych, najczęściej z uśmiechem stwierdzały, że współczują, że mamy jeszcze taką daleką podróż przed nami, a w naszych krajach ojczystych też nie jest bezpiecznie. Pytali tylko, czy na pewno wiemy, jakie są ograniczenia, które nas dotyczą i równie często spotykaliśmy się z propozycjami pomocy.

To ludzie ludziom najbardziej pomagali w tej trudnej sytuacji. To niestety system był najbardziej niegotowy na to, co się wydarzyło. Wiele starszych osób, które bardzo często mieszkają w okolicach marin, było przerażonych – czasami nie tyle samą chorobą, co tym, czy na pewno ktoś udzieli im pomocy, bo przecież tak wiele szpitali nie ma już żadnych wolnych miejsc.

Dziś mamy już trzecią falę pandemii i widzę, jak to się zmienia. Ale wtedy ludzie naprawdę byli przestraszeni. Im ktoś był starszy, tym lęków miał więcej. Każdy zaczynał sobie przypominać, że przecież jeszcze ma tyle rzeczy do zrobienia, że to nie ten moment. A przecież to nie jest wypadek samochodowy, który się może zdarzyć każdemu. COVID-19 to było coś, o czym myśleli czasami przez długie tygodnie, ciągle napędzając strach. Ten lęk był naprawdę widoczny, odczuwalny nawet przez nas, chociaż my widzieliśmy tych lokalnych mieszkańców sporadycznie, raptem kilka razy do roku.

W każdym porcie pojawiały się nowe relacje i nowe smutne historie. Ja sam najbardziej zaskoczony byłem po drodze zmianą w środowisku, w jakim się poruszamy. Już po opuszczeniu Gibraltaru żona bardzo szybko wysłała mi informację o tym, że wiele jachtów zostało zniszczonych w Cieśninie Gibraltarskiej.


Morze Śródziemne. Pierwszy tuńczyk tego dnia

Pisała, że rząd Hiszpanii poważnie rozważa możliwość zamknięcia cieśniny dla jachtów poniżej 12 metrów. Całe szczęście, że my nie należeliśmy do tej grupy, ale i tak było to zaskakujące i niepokojące.

W Cieśninie Gibraltarskiej doszło do kilkunastu wypadków, gdy orki zniszczyły jachty. Pierwotnie myślano, że to może któreś z urządzeń pokładowych, echosond, wzbudza agresję orek. Okazuje się, że nie. Małe jednostki pływające pojawiały się rzadziej niż zwykle. Orki po prostu zaczęły traktować je jako agresorów i atakować. Kilka jednostek niemalże zatonęło. Kilka zostało poważnie uszkodzonych i Hiszpania w końcu wprowadziła zakaz poruszania się jednostek poniżej 12 metrów przez Cieśninę Gibraltarską.

My sami też dostrzegaliśmy zmiany w morzach. Na pokładzie jachtu mieliśmy wędki i w ten sposób chcieliśmy czasami uzupełniać zaopatrzenie, bo ryb na Morzu Śródziemnym zawsze było sporo. Sporo to oznacza tyle, że po kilkunastu godzinach łowienia była szansa na to, żebyśmy coś złowili.


Sardynia. W basenach portowych pływają między jachtami liczne ławice ryb

Ale teraz było inaczej. Ja sam kilkakrotnie mówiłem załodze, że jeszcze jeden tuńczyk i ja naprawdę przerzucę się na wegetarianizm. Doszło do tego, że po 20 minutach od wyciągnięcia jednego tuńczyka wyciągaliśmy następnego. Naprawdę ilość życia, jaką spotykaliśmy w Morzu Śródziemnym, była wielokrotnie wyższa od tej, którą znałem wcześniej.

W basenach portowych całe ławice ryb poruszały się między jachtami. To było coś, czego nie spotykałem nigdy wcześniej. To zrozumiałe, że w basenach portowych, gdzie jest dużo mniej drapieżników niż na otwartym morzu, ryby czasami podpływają do jachtów i pod powietrznię. Ale nigdy nie działo się tak, że ryby zakrywają w portach całe dno. Nawet prosiłem załogę, żeby nie łowiła ich, bo są tak prostą zdobyczą, że to aż urąga honorowi wędkarza. Przecież wystarczyło po prostu wyciągnąć rękę po rybę, żeby wyłowić ją z wody. I rzeczywiście, w basenach portowych łowiliśmy sporadycznie. Mimo pozwolenia bosmanów i zarządu portu bardzo rzadko naruszaliśmy spokój tych nowych mieszkańców portów i marin. Za to po drodze złowiliśmy kilka tuńczyków i prawie mi się przejadły. Tuńczyki mieliśmy w postaci surowej, tuńczyki smażyliśmy, tuńczyki dodawaliśmy do makaronów, a nawet do jajecznicy. Pod koniec wyprawy wybierałem już tylko posiłki bez tuńczyków.

Wybrzeże Hiszpanii minęliśmy bez większych trudności, bo wcześniej już przetestowaliśmy dokumenty na załogach, które wracały. Byliśmy tam od wielu miesięcy, więc mogliśmy łatwo dostosować się do wytycznych nawet poszczególnych portów. A różnice były ogromne. W marinie Alcaidesa w La Línea, gdzie spędziliśmy pierwszy lockdown, mogliśmy się swobodnie poruszać, jeździć pojedynczo na zakupy. Ale już w niedalekiej marinie Almerimar zaprzyjaźniona rodzina, żyjąca również na pokładzie jachtu z małym pieskiem, miała możliwość opuszczania pokładu tylko na odległość do pierwszego drzewka, aby piesek mógł wyjść na spacer. I nawet z psem dalej już nie wolno było chodzić…

 

A my chodziliśmy na spacery nawet z kotem. Różnice były ogromne w tym, jak dostosowywano się do wytycznych. Szczególnie na morzu, którego te wytyczne najczęściej nie biorą pod uwagę. Na szczęście wtedy, na początku czerwca, gdy płynęliśmy, część obostrzeń została zniesiona. Przede wszystkim żegluga w tranzycie była dozwolona, mogliśmy płynąć.


Podczas lockdownu najwięcej problemów sprawiały nam nieprecyzyjne i skomplikowane formalności. Dobrze, że systemy komunikacji nie zawiodły nas nigdy

Dopłynęliśmy do Balearów. Tam zabraliśmy ostatniego członka załogi. Tam też próbowaliśmy sobie poradzić z pierwszym serwisem, który zaskoczył nas na morzu. Pracowaliśmy nad przegrzewającym się silnikiem. Przez wiele dni, zamiast żagli, to silnik napędzał nam jacht. Okazało się, że nie mogliśmy w prawie żadnym serwisie dokupić potrzebnych nam części, mimo że niektóre serwisy były otwarte, to jednak wszystkie od wielu tygodni, jak nie miesięcy, nie miały zaopatrzenia. To był realny problem, że nie da się niestety całego silnika trzymać w bakiście jako części zapasowej. I akurat pewnych węży wysokociśnieniowych o określonej średnicy nie mieliśmy. Musieliśmy je naprawiać, wulkanizować, ciągle kontrolować. Sytuacja była naprawdę trudna, bo pełen nadzór silnika wymagał aktywności wszystkich wacht. I oczywiście mojej – kapitana, a byłem poza wachtami – czyli spałem najkrócej, jak się dało, a byłem dostępny zawsze wtedy, kiedy byłem potrzebny. Tak dopłynęliśmy do Sardynii.

Najdłuższy odcinek drogi, który mieliśmy do pokonania, przepłynęliśmy w kilka dni. W 70% niestety znów na silniku, bo wiatru nie było wcale.

Znów przegrzewający się silnik dał nam w kość. Choć tym razem nie on był winien. Źle odłożona sztorcklapa w bakiście, położone na niej liny, a na nich zapasowe zbiorniki z wodą destylowaną. Nawet w najbardziej skomplikowanym scenariuszu nie wymyśliłbym, że te drobne czynności tak się skończą. Niestety w konsekwencji doprowadziło to do zerwania węża z chłodziwem od termy. Znów musieliśmy się zmierzyć z serwisem silnika na otwartym morzu – prawie 100 mil od najbliższego lądu.

Śmiałem się, że przy prądach, jakie są między Balearami a Sardynią, to najbliżej mamy teraz do Algierii. Ale tam to już na pewno nam nikt nie pomoże, szczególnie że granice Algierii, podobnie jak Maroka, zostały całkowicie zamknięte i najprawdopodobniej nikt z nas nawet przez następne miesiące nie zejdzie z pokładu.

Nie mieliśmy wyboru, sami naprawiliśmy silnik. Cieszę się, że w załodze miałem świetnego mechanika. Z taką załogą można poradzić sobie na morzu ze wszystkim.

Nim dopłynęliśmy do Sardynii, znów spotkaliśmy się z dwoma okrętami włoskiej marynarki wojennej. Zatrzymali nas na otwartej przestrzeni morza. O świcie usiłowali skontaktować się z Rzymem, by potwierdzić aktualności naszych wszystkich pozwoleń. Popłynęliśmy dalej i nie weszli nawet na pokład. Choć w relacjach wielu innych żeglarzy słyszałem, że te odwiedziny się zdarzały. Dlaczego?


Morze Śródziemne. Podczas lockdownu byliśmy wielokrotnie konrolowani, m.in. przez włoską marynarkę wojenną

Nasz jacht jest wyjątkowy. Na burcie mamy ogromny kilkunastometrowy napis naszej nazwy jachtu, czyli Sistrum. Na rufie mamy ogromną polską flagę. Nadajemy na wszelkich możliwych częstotliwościach, bo jacht jest bardzo bogato wyposażony nautycznie. W związku z czym mogą sprawdzić nasze wszystkie odwiedzane miejsca i porty do kilku lat wstecz. Również opinia o nas jest bardzo dobra na Morzu Śródziemnym. W wielu tych portach, gdzie byliśmy, wszyscy odbierający telefon rozpoznawali nas nawet po nazwie i potwierdzali naszą dobrą opinię. Oczywiście zawsze staraliśmy się robić wszystko zgodnie z kodeksem morskim i nie musieliśmy tym razem już budować naszego autorytetu. Na szczęście zbudowaliśmy go przez dziesiątki lat. I to następna rzecz, która wyróżnia żeglarzy. Byliśmy dużo wcześniej przygotowani na to, co może się wydarzyć na lądzie – bo na morzu wypadki losowe zdarzają się na co dzień.

Długotrwała izolacja, brak możliwości uzupełnienia zapasów, brak dostępu do serwisów, do części – to jest na morzu normalne. Zazwyczaj normalne jest też, że na morzu nie choruje się na choroby wirusowe. I będąc w izolacji przez te kilka tygodni podróży przez Morze Śródziemne, oczywiście nikt nie zachorował. Nikt nie był wcześniej chory i długo później również. Czyli rejs udało nam się poprowadzić bezpiecznie w reżimie sanitarnym.

Po drodze zauważyliśmy, że podczas nieobecności, albo przynajmniej bardzo małej obecności żeglarzy i marynarzy na Morzu Śródziemnym życie do Morza Śródziemnego wróciło. Dziś wiemy jeszcze jedną ważną rzecz. Przede wszystkim ludzie zjednoczyli się. Tak jak zawsze działo się przy wspólnym wrogu, który przekraczał granice. Wspólny cel połączył nas w cierpieniu, spowodował, że nikt już nie myślał o granicach, nikt już nie myślał o tym, co nas różni. Przynajmniej tak było na granicy morza i lądu.


Morze Śródziemne. Komunikacja z okrętem wojennym i oczekiwanie na potwierdzenie zgody na dalszą żeglugę

We wszystkich portach spotkaliśmy się ze zrozumieniem i pomocą. Może poza przypadkami zachowań ze strony urzędników, których nawet rozumiem, bo przecież oni również dbali o swoje bezpieczeństwo. Na morzu nikt nigdy nie powinien tolerować niedociągnięć i brawury. Przecież 90% transportu międzykontynentalnego odbywa się właśnie drogą wodną, nie da się go zatrzymać. Podobnie jak nigdy nie zostały zatrzymane transporty na lądzie, tak też było na morzu.

Wśród tych transportów niewielką liczbę odwiedzin portów stanowili żeglarze, którzy wracali z dalekich rejsów lub po prostu byli w pracy i zawodowo przeprowadzali jachty. Częściowo w pracy byliśmy również my. Wracaliśmy do domu, odprowadzając nasz rodzinny jacht. Przecież tak też dopłynęły do Polski Pogoria, Fryderyk Chopin i Zawisza Czarny. Wszystkie one przerwały swoje dotychczasowe rejsy i wróciły do portów macierzystych u wybrzeży Polski.

Niestety po drodze spotkaliśmy też polską jednostkę, której nie udało się na czas bezpiecznie wpłynąć do portu. Morze i ocean niezmiennie są niebezpieczne podczas sztormu. Nie poznaliśmy losów tej jednostki, ale nim opuściliśmy to miejsce, zdjęliśmy z niej polską banderę. Czeka u nas do odbioru przez właściciela.

My wracaliśmy do domu w Chorwacji. Udało nam się. Wielokrotnie musieliśmy serwisować jacht i przerażała liczba motogodzin na wiosennym Morzu Śródziemnym. Kilkakrotnie spotkaliśmy się z kuriozalnymi sytuacjami w porcie, ale nigdy nas nie spowolniły. Nigdy nas również nie sparaliżowały. Za każdym razem poradziliśmy sobie ze wszystkimi przeciwnościami. Nawet gdy opuszczaliśmy ostatni raz port włoski, Bar. Wiedziałem, że musimy tylko uzupełnić zapasy wody i najprostsze zaopatrzenie. Znów napotkaliśmy na niebywały problem. Oj, zapamiętam włoskie podejście do obowiązków na długie lata.

Bosman, który nas przywitał, zaprosił do odwiedzenia restauracji, które już zostały otwarte. Szczególnie że było przedpołudnie, a celnicy odprawiający port do Chorwacji przyjdą dopiero po południu. I tak zrobiliśmy. Bardzo się ucieszyliśmy, że pierwszy raz od tygodni możemy znów pójść do restauracji.

Wybraliśmy najbliższą otwartą, która wcale nie była blisko, ale widok miała piękny. Nieważne, już nawet nie pamiętam, co jadłem, ale z całą pewnością było to pyszne, bo po pierwsze – nieprzygotowane przez nas. A po drugie – pierwszy raz znów w atmosferze rozluźnienia, spokoju, usiedliśmy w miejscu z pięknym widokiem na morze i zjedliśmy przygotowany przez kogoś posiłek… I jeszcze ktoś po nas pozmywał. A szczególnie że w reżimie niezużywania dużej ilości wody zmywanie nie jest przyjemne na morzu.

Gdy wróciliśmy na pokład, okazało się, że celnicy będą za chwilę, że już nie możemy pójść po zakupy. A bosman nas po prostu przeprosił, że się pomylił. Tyle że my już nie mogliśmy się odprawić. Bez zapasów spożywczych, jak chleb czy warzywa i owoce, mogliśmy sobie poradzić, bo zapasy na pokładzie były – ale my potrzebowaliśmy jeszcze wody pitnej i paliwa.


Włochy. Jacht pod polską banderą rozbity na skałach kilkaset metrów od mariny

Jednym słowem – znów mój ulubiony kraj morski. W końcu celnicy nas odprawili. A my po kryjomu dogadaliśmy się z bosmanem. Jakoś przed nocą w konspiracji udało nam się uzupełnić zapasy. Bosman zrozumiał, że popełnił błąd. My rozumieliśmy, że nie możemy bez tych zapasów odpłynąć. Tak jak to często bywa – lepiej zatrzymać mądrze rejs, niż kiedykolwiek z jakiegokolwiek powodu płynąć i liczyć na to, że się uda. Ja musiałem na szczęście zatrzymać jacht tylko do wieczora.


Bar (Włochy). Ostatni port przed Chorwacją, ale to jeszcze nie koniec przygód

Dawno temu, w zasadzie od setek lat, mądrzy doświadczeni żeglarze mówili, że ludźmi z dobrymi chęciami i optymistami usiane jest dno morza. Na otwartych wodach na szczęście tak zwani brawurowi żeglarze bywają coraz rzadziej, bo takie dobre chęci doprowadzają bardzo szybko do potężnych problemów i wypadków.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?