Władcy wiatrów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na szczęście na pokładzie jachtu te rzeczy są zawsze i zawsze są uzupełnione. Więc tym razem dobre przygotowanie żeglarskie pomogło nam w tych pierwszych dniach i godzinach lockdownu. Nim przeżyliśmy zamknięcie sklepów w pierwszych tygodniach lockdownu, również w Hiszpanii zaczęło brakować niektórych produktów, choć nie wyglądało to tak dramatycznie jak na początku w Polsce. Tylko niektórych produktów zabrakło na kilka dni. Jednym z nich był papier toaletowy, którego zabrakło również w Hiszpanii. Nie rozumiem do tej pory, co ludźmi kieruje, gdy kupują kartonami papier toaletowy. Mimo wyjaśnień psychologów mówiących o tym, że kieruje ludźmi poczucie bezpieczeństwa, to nadal nie rozumiem, co papier toaletowy ma wspólnego z prawdziwym poczuciem bezpieczeństwa. Wiele sklepów zostało zamkniętych. Podróż po zakupy została ograniczona, a wszyscy na morzu musieliśmy się liczyć również z natychmiastowym wyzerowaniem możliwości zarobków.

Przygotowaliśmy się tak, jak przygotowują się żeglarze. Żona, która najczęściej zajmuje się zaopatrzeniem naszego jachtu w produkty spożywcze, sporządziła listę posiłków, które będziemy przygotowywać. I to bardzo ważne, żeby taka lista, na wiele dni, dotyczyła posiłków, a nie tylko zapasów.

Na oceanie żeglarze wiedzą, jak mądrze zaplanować posiłki, a nie tylko zapasy.

Niestety wiemy aż za dobrze, jak to jest pływać z żeglarzami, którzy chcąc przygotować jeden doskonały posiłek, korzystają z produktów przeznaczonych na wiele posiłków. Co kończy się w konsekwencji tak, że po wielu tygodniach rejsu na morzu wiele załóg zamiast nadal jeść bogate posiłki, musi się zadowolić wodą z ryżem albo wodą ze wspaniałymi dodatkami, tylko że bez ryżu lub makaronu, bo ktoś wcześniej je zużył. Na morzu planuje się posiłki. Nie planuje się zakupów tylko po to, żeby zrobić zapasy. I tak właśnie przygotowani, z produktami na posiłki na kilka tygodni, rozpoczęliśmy lockdown.

[no image in epub file]

Mieszkaliśmy w dwóch miejscach, bo jacht był zacumowany w marinie La Línea de la Concepción, kilkaset metrów od granicy z Gibraltarem. Mieszkanie na lądzie wykorzystywaliśmy do zdalnej nauki naszej kochanej Kalinki i do prowadzenia naszych audycji w Polskim Radiu Dzieciom. Dodatkowo okazało się doskonałą bazą do prowadzenia relacji z sytuacji pandemicznej z krańca Europy. Byliśmy w nim dość bezpieczni przed rozwijającym się wtedy przemytem, a jednak mieliśmy dostęp do Hiszpanii, Gibraltaru i Afryki.


Hiszpania. W mieszkaniu na lądzie prowadziliśmy relacje i odpoczywaliśmy. W tle Gibraltar i wybrzeże Afryki

Marinę postanowiliśmy w czasie lockdownu wykorzystać na miejsce serwisu zimowego. Choć mieliśmy tylko te elementy serwisowe, które zostały nam na jachcie, to każdy wie, że na jachcie, jak skończy się serwis na dziobie, to zaczyna się go od nowa na rufie. Zatem jak zawsze, teraz też mieliśmy co robić. Choć oczywiście w Hiszpanii, jak i wszędzie, sklepy branżowe zostały już zamknięte.

Drugim naszym miejscem było mieszkanie, które mieliśmy wynajęte na czas serwisu, również na osiedlu związanym z mariną La Línea, jednak oddalonym od niej o kilkanaście kilometrów. Ta niefortunna sytuacja, że mieszkaliśmy gdzie indziej niż mieliśmy jacht, pozwoliła nam na zdobycie pierwszego uprawnienia pozwalającego na swobodny transport pomiędzy tymi dwoma miejscami. A dzięki temu zezwoleniu udało nam się również dojechać do zaprzyjaźnionego ojca misjonarza, proboszcza parafii w pobliskiej miejscowości La Alcaidesa, któremu zaczęliśmy pomagać. W Hiszpanii obowiązywał już zakaz wychodzenia i poruszania się.

W ten niecodzienny sposób nabyliśmy wyjątkowe uprawnienie poruszania się po prowincji, bo naprawdę niewielu je posiadało. Prowincja to odpowiednik polskiego województwa. Poruszaliśmy się samochodem na polskich numerach, w żeglarskich ubraniach z polskim godłem. Łatwo więc zaczęliśmy być przez wszystkich rozpoznawalni, dzięki temu już po kilku dniach nie zatrzymywano nas nawet na rutynowych kontrolach na rondach i rogatkach osiedli i miast.


Hiszpania. Setki kilometrów pustki podczas lockdownu

Prowincja Kadyks obejmuje sporo przestrzeni, która niestety w większości jest bardzo biedna. Ludzie tam mieszkający są wyjątkowo biedni i bez perspektyw. Dziś już wiemy, że wzrost bezrobocia podczas pierwszego lock-downu sięgnął w wielu prowincjach Andaluzji 60%. I to nie jest berobocie ukryte. Dotyczy osób, które straciły pracę i często prawo do wszelkich zasiłków, może poza tymi najniższymi, związanymi z Caritasem i ostateczną pomocą.

Wspólny wróg wszystkich nas motywuje i jednoczy.

Pandemia już dotarła na morze

Wszystkim dookoła wiodło się źle, widzieliśmy to na ulicach. Ale nie to było najważniejsze. Wraz z pojawieniem się zaostrzeń mamy wrażenie, że w ludziach również pojawiła się – a może odrodziła się – chęć i wola dzielenia się z innymi. Oczywiście nie chodzi tylko o dzielenie się tym, co już zgromadziliśmy po to, żeby przetrwać. Chodzi o to, żeby dzielić się swoją pracą i wiedzą. Bo najczęściej to jest najważniejsze. Przecież już od 2 tysięcy lat wiemy, że czasem lepiej dać komuś wędkę niż tylko chleb. Wędka pozwoli mu na dostęp do jedzenia na dużo dłużej niż tylko na czas zjedzenia otrzymanego chleba. I tak się zaczęło dziać, nawet w tak biednej prowincji Kadyks, w której my żyliśmy.

Ludzie zaczęli interesować się stanem i dolą innych. Zaczęto poznawać bezimiennych wcześniej sąsiadów. My dzięki pozwoleniu na przemieszczanie się i współpracy z parafiami katolickimi zaczęliśmy też coraz częściej dostawać telefony z prośbą o pomoc.

Każdy dzień wtedy był trudny. Prowadziliśmy zimowy serwis jachtu. Uzupełnialiśmy zapasy i rozwoziliśmy jedzenie ubogim ludziom w Andaluzji. Współpracowaliśmy z parafiami katolickimi i Caritasem, a w wolnym czasie w ubiorze roboczym ciągle pracowałem na jachcie.

Maseczka, rękawiczki, dezynfekcja i limity w sklepach. To wszystko nie pomagało na co dzień.

Jeden z telefonów od nieznajomych

To tyko jedno z wielu takich wydarzeń, jakie wtedy przeżywało się w Andaluzji.

Któregoś dnia chwilę po 21:00 z odpoczynku po serwisie wyrwał mnie dźwięk telefonu. Odebrałem z wahaniem i zmęczeniem. Numer kierunkowy stąd, z Hiszpanii.

– Tak, słucham? – powiedziałem, przeciągając słowa i tworząc z nich pytanie.

– Dzwonię z chóru. Proboszcz naszej parafii mówił, że państwo często tędy jeżdżą z jedzeniem dla starszych. Chcę zapytać, czy może nie jedziecie teraz. Potrzebujemy podjechać kawałek za miasto, a to dla was będzie po drodze.

– Gdzie jesteście, dokąd chcecie jechać?

Następni rozmówcy, którzy niestety nie wiedzieli, że jestem daleko za miastem. Ale przepełniony emocjami głos naprawdę mnie zaniepokoił. Ważne, że zwyczajnie byłem też ciekaw, o co chodzi w tej akurat sprawie. Gdzie i po co chcą jechać. Najczęściej byliśmy umówieni na określone wyjazdy dużo wcześniej. Więc dopytywałem.


Obostrzenia covidowe: tylko jedna osoba w rzędzie foteli w samochodzie i obowiązkowe rękawiczki

– Musimy dostać się do kogoś. Nie wszyscy mogą się poruszać, a wy z jedzeniem możecie jeździć. Szczególnie że to droga poza miasto.

– Powiedzmy, że się zgodzę. Ale czemu teraz, jest już po zmroku. Nie możemy pojechać jutro rano?

– Nasz przyjaciel ma problemy z oddychaniem. Chcemy pojechać, upewnić się. Być na 100% pewnymi, że to nie to, co myślimy. I boję się zadzwonić na pogotowie, on nie ma ubezpieczenia i prawa pobytu.

– Dobrze, nawet jak pojedziemy, to co to zmieni? Jak będzie chory, to co my będziemy mogli zrobić?

– To będziemy wtedy myśleć. To biedny stary człowiek. Handluje kwiatami przy cmentarzu. Nie ma nawet telefonu. Do kościoła zadzwonił jego sąsiad. Nie chcę wysyłać do niego pogotowia, bo jak nie jest chory, to dla niego się skończy jeszcze większymi problemami, niż ma teraz.

– A taksówka? Oni też mogą poruszać się swobodnie po ulicach.

– Są drogie. To miejsce jest poza miastem, trzeba będzie zapłacić za podróż w dwie strony w nocy. To dla nas też nie jest dobry czas na takie wydatki. Nie stać nas.

Cholera! – pomyślałem.– Dobrze, za pół godziny będę koło kościoła. Kto jedzie?

– Ja i jeszcze jedna członkini chóru. Była pielęgniarką, jak jeszcze pracowała zawodowo.

– Niestety nie. Możemy pojechać tylko w dwójkę, czyli zdecydujcie się, kto jedzie. Nie wolno mi jechać w trzy osoby, nie mam takiego pozwolenia. Może być teraz tylko jedna osoba w rzędzie w samochodzie. Ja będę za pół godziny. Jak dojadę w pobliże kościoła, skontaktuję się. Umówimy się dokładnie, gdzie mam kogoś zabrać.

Ja nie zawsze jestem zadowolony, gdy pomagam zupełnie obcym. Szczególnie jak nie jestem pewien, czy to jest absolutnie konieczne. Tak naprawdę to każdy tego typu wyjazd był dla mnie ryzykiem. Wiem, że to teoretycznie obowiązek moralny i też obowiązek kodeksu Dobrej Praktyki Morskiej. Zdaję sobie też sprawę, że trudno byłoby mi odmówić pomocy. Ale każdy wyjazd w czasie epidemii może skończyć się nawet dla mnie bardzo kosztownymi mandatami, jak i zachorowaniem. To była pierwsza fala pandemii, w Hiszpanii mandaty dochodzą już do tysięcy euro. Jednak ważniejsze jest to, że wtedy było apogeum zachorowań. Było ich wtedy w Hiszpanii więcej niż gdziekolwiek w Europie.

Ja mogłem poruszać się po ulicach samochodem, ale musiałem mieć cel. A wtedy nie wiedziałem, czy ten cel był słuszny. Nie jeździłem karetką, ale rozumiałem, że Algeciras, skąd dzwonili, to bardzo biedne miasto. I jeszcze bardziej biedne przedmieście. Najczęściej jeździłem z jedzeniem właśnie na przedmieścia takich miast. Pomagaliśmy miejscowym organizacjom charytatywnym. Ale wtedy jeszcze nigdy nie jechałem nocą w czasie lockdownu.

 

La Línea, droga do Gibraltaru. Przed lockdownem zawsze stało się tu w wielokilometrowych korkach

Pożegnałem najbliższych, wsiadłem do samochodu. Zabrałem dokumenty, maseczkę, rękawiczki, przenośną lampę UVC.

Gdy wiozę w samochodzie kogoś innego niż członkowie rodziny, zawsze później odkażam wnętrze samochodu. Używam ozonu i promieni ultrafioletowych. Przynajmniej tyle mogę zrobić, żeby nie dopuścić do przeniesienia wirusa na najbliższych.

Gdy się spotkaliśmy, było już po 22:00. Okazało się, że znałem tego człowieka. Kilka razy widziałem go. Słyszałem też, jak śpiewał w chórze, w kościele.

Gdy śpiewa hiszpański chór, to widać w śpiewających radość i szczęście. Ale teraz on wyglądał, jakby na barkach nosił za duży ciężar. Za duży dla siebie.

Jechaliśmy kawał drogi, nie mijając na drodze żadnego samochodu. Sporo czasu jechaliśmy też po bezdrożach. Naszym celem był rozwalający się dom. Jak go zobaczyłem, to nawet byłem zdziwiony, że w ogóle posiada energię elektryczną. Kilkadziesiąt metrów dalej było za to prywatne osiedle otoczone płotem i kamerami. A jednak nikt nie interesował się nikim poza swoim odizolowanym azylem. Czy tylko biedni ludzie zaczęli myśleć o sąsiadach? Niestety do dzisiaj nie odpowiedziałem sobie na to pytanie.

W tym domu czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. W Andaluzji świat ubogich i świat bogatych przenikają się. Są tysiąchektarowe posiadłości, gdzie hoduje się njdroższe konie na świecie. Jednak najwięcej jest miejsc, gdzie ludzie nie mają pracy i nie mają przyszłości.

Na miejscu, gdy mój pasażer wychodził, dodał tylko:

– Poczekaj, proszę, na zewnątrz.

Minęło więcej czasu, niż chciałem i więcej, niż się spodziewałem. Niecierpliwiłem się. Dopiero po ponad godzinie dostałem SMS: „Wejdź”.

Moja pomoc skończyła się na zaniesieniu dziadka na łóżko i zadzwonieniu na pogotowie. Był w złym stanie. Mój towarzysz ze łzami w oczach powiedział mi już tylko kilka słów:

– Jedź już, to pewnie COVID. Czekamy na karetkę. Ty już nic więcej nie pomożesz.

Uparł się jednak, że to ja muszę zadzwonić, że do obcokrajowca przyjadą natychmiast.

Wróciłem do domu. Przez ponad 20 minut brałem prysznic. Wcześniej umyłem ręce, zdjąłem ubranie i odłożyłem w łazience na wieszak. Jeszcze dzisiaj pójdzie do pralki. Wziąłem prysznic i znów przeszedłem się po domu, odkażając klamki, klucze, przełączniki. I dopiero założyłem nowe ubranie domowe. To taka nasza procedura dekontaminacji.

Blisko pół godziny myłem się pod prysznicem, to dużo. Nawet za dużo. Taki długi prysznic nie ma sensu. Przecież nie zedrę z siebie skóry. Oczyszczenie się przed wirusem jest możliwe, ale do pewnego stopnia. Jeśli się zaraziłem, to już nie da się nic zrobić. I teraz to ja sam będę zarażał. To zachowanie bez sensu, ale jednak się to robi.


Hiszpania. Zaledwie po kilku dniach w aptekach zabrakło maseczek, rękawiczek, środków przeciwbólowych i witamin

Niestety w młodości czułem się już podobnie. Kąpiel daje nieprawdziwe poczucie, że można oczyścić się z choroby. Wtedy jeszcze studiowałem w Polsce pedagogikę. Kiedyś przypadkiem ratowałem na dworcu narkomana. Oczekując na karetkę, musiałem wyjąć mu igłę z ramienia. Polałem się jego krwią po rękach i częściowo po twarzy. Wiedziałem, że jest pozytywny na HIV. Ale nie potrafiłem stać obok i patrzeć, jak przez konwulsje igła przebija mu rękę i jak się wykrwawia.

Długo zastanawiałem się wtedy, czy to nie jest w pewnym sensie tchórzostwo. Przecież przez to, że nie potrafiłem stać obok, mogłem w przyszłości zarazić swoją rodzinę. Czy tchórzostwem byłoby nie pomóc, ale nie narażać bliskich? Pewnie na to pytanie nie każdy będzie odpowiadać tak samo. Wtedy, gdy studiowałem pedagogikę, byłem przekonany, że jestem nieśmiertelny i nie mogłem się zarazić. Byłem przekonany, że jestem inny, silniejszy. Ale bądźmy szczerzy, nawet drobna rana na skórze lub krew w oku mogły być powodem zarażenia. Wtedy kuracja antywirusowa w leczeniu HIV była bardzo kosztowna, bolesna i czasochłonna. Nie byłoby mnie na nią stać.

Teraz miałem podobnie. W Andaluzji, podczas pierwszej fali pandemii COVID-19, zastanawiałem się, czy bohaterstwem szarego człowieka jest pomaganie innym, czy zamknięcie się i próba niezarażenia siebie i rodziny.

Wtedy wybrałem bez namysłu, zaryzykowałem. Teraz znów musiałem wybierać. Choć w razie zarażenia żadnej kuracji jeszcze nie ma, to nadal intuicyjnie całą rodziną pomagamy zawsze innym.

Stałem pół godziny pod prysznicem. Znów wiozłem samochodem osobę z dobrym sercem, która nie raz stykała się z osobami chorymi. Na rękach nosiłem chorego, a odgradzała mnie od niego tylko prosta maseczka chirurgiczna. Nie pierwszy i nie ostatni raz podczas tej pandemii byłem narażony na zarażenie. Nie raz widziałem też, jak ludzie poważnie chorowali.

Kto teraz jest bohaterem? Ten, kto nic nie robi dla innych, bo wszystko robi dla rodziny? Czy ten, co wychodzi z domu, robi dużo i naraża rodzinę? Ja nie wiem, i nie wiem, jak inni to kiedyś ocenią. Wiem tylko, że jak ktoś potrzebuje pomocy, to pomagamy. Może później, gdy pół godziny biorę długi prysznic, to nawet trochę żałuję. Ale następnym razem zrobię tak samo, mam tylko nadzieję, że inni nas zrozumieją.

Mafia i ludzie

Nie ma co się oszukiwać. Miasta, w których mieszkaliśmy podczas lockdownu w Hiszpanii, to też siedziba największej mafii przemycającej ludzi i narkotyki z Afryki do Europy.

A mimo to wszyscy dookoła zajmowali się tym, żeby sobie pomagać. Ludzie byli dla siebie naprawdę dobrzy. Pomagali, wychodzili sobie naprzeciw, robili innym zakupy. Pomagali w istotnych czynnościach, jak chociażby w zabezpieczeniu się przed zimnem, jak w przywiezieniu podstawowych produktów spożywczych, w dostępie do lekarzy, w dostępie do specjalistów. My robiliśmy to samo. Nie uważamy, że robiliśmy więcej niż inni, choć robiliśmy to dla zupełnie innej grupy.

My, będąc na lądzie, za pomocą radia morskiego oraz dostępnych narzędzi śledziliśmy też, jak wygląda bezpieczeństwo na morzu. Na tym bardzo ważnym przesmyku Cieśniny Gibraltarskiej, który łączy Morze Śródziemne z Oceanem Atlantyckim, jest czasami naprawdę niebezpiecznie.

My pomagaliśmy przede wszystkim żeglarzom i podróżnikom. Mieliśmy kontakt do wszystkich osób ważnych dla żeglarzy. Nawet mimo tego, że zamknięto wszelkie firmy usługowe, że zamknięto sklepy marynistyczne, wiedzieliśmy, w jaki sposób możemy pomóc jachtom i statkom, które bardzo często potrzebują napraw i serwisów. Wiedzieliśmy też, jak pomóc żeglarzom, którzy czasami po długich tygodniach przebywania na oceanie musieli poradzić sobie z formalnościami, które nagle w Europie sięgnęły zenitu komplikacji. Nie było to trudne, bo nas doświadczyły długie lata pływania wzdłuż Afryki. Tam nawet przed pandemią i tak było trudniej niż w czasie jej trwania w Europie.

Żaden podróżnik i żeglarz, który prowadził dalekie wyprawy, nie byłby zaskoczony. Ale niestety wśród ludzi przebywających na oceanie jest wiele osób, które nigdy nie opuściły terenów UE, USA i Kanady, gdzie te wszystkie formalności są uproszczone. Ich zaskoczenie, że nie można po prostu wpłynąć do mariny, stanąć i odpocząć, tylko trzeba mieć na to pozwolenie, trzeba mieć umówione miejsce oraz przygotowane dokumenty pozwalające na pobyt w tej marinie, było ogromne.

Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ktoś może tak reagować na tego typu wymagania. Sternicy i kapitanowie potrafili nawet reagować agresją lub nieracjonalnymi oskarżeniami do urzędników. A oni tylko wykonywali swoje obowiązki. Bo w większości nikt, tworząc ograniczenia dla całego kraju, nie przewidywał w nich w ogóle żeglarzy.

To prawda, że bez zgłoszenia się do mariny, bez potwierdzenia posiadania tam wolnego miejsca, bez przygotowanych dokumentów, mariny przestały przyjmować jachty. Jednak przecież mariny i porty nadal były dużo bardziej otwarte od lotnisk. Przyjmowały jachty z dowolnej części świata, z dowolnego kraju i w różnym stanie – choć zagrożenie epidemiologiczne było bardzo duże.

Niestety tak właśnie niebezpiecznie było szczególnie u nas. Niedaleko nas – Malaga. Niedaleko również rejon prowincji Sewilla, pobliska Portugalia czy w zasadzie oddalone tylko o 20 km Maroko. A dodatkowo tuż obok otwarty ocean i droga do czterech kontynentów.

Dlatego nikt nie miał powodów patrzeć wyrozumiale na żeglarzy, którzy nie potrafili sprostać nowym wymaganiom, jakie stawiało przed nimi morze. Skoro na lądzie inni mogli się przygotować, to na morzu też nie było wymówek.

My pomogliśmy wielu. Jeszcze nim dopłynęli do lądu, informowaliśmy, jak mają się przygotować. Czasami niestety byliśmy bezradni. Wielu żeglarzy nie posiadało na pokładzie wymaganych dokumentów, nie mieli drukarki, czasami dostęp do internetu był naprawdę znikomy, a musieli przedstawić dokumenty, których nie mogli napisać odręcznie. Choć wielu z nich posiadało nawet narzędzia tak oczywiste podczas wyprawy jak drukarka, która warta jest kilkaset złotych, czy internet, który można wykupić za kilkadziesiąt złotych, to nie mieli najważniejszych dokumentów i ich kopii. Przynajmniej informowaliśmy ich, jak to zrobić, żeby w porcie nie musieć zostać objętymi konieczną kwarantanną. My często, będąc wcześniej w tranzycie na morzu, wiedzieliśmy, jak to zrobić, by dostarczyć do nich żywność i inne zaopatrzenie. Jak to zrobić prawnie i legalnie pod asystą policji, a jednocześnie nie spowodować wejścia jachtów w tranzycie w kwarantannę.

Łatwo sobie wyobrazić, ile dziesiątek jachtów, będąc po rejsie przez ocean, nie mogło wejść bezpiecznie do żadnego portu. Przecież taki oceaniczny rejs to czasem wielotygodniowa podróż, po której koniecznie trzeba uzupełniać zapasy. Choćby zapasy paliwa na standardowym jachcie morskim, nawet takim, jak my pływamy, wystarczają raptem na kilka dni. A wejście do portu i zakup paliwa to dla nieprzygotowanych była już pewna kwarantanna. Choć planowany port zaopatrzenia miał być tylko krótkim przystankiem.


Gibraltar to dla emigrantów marzenie. Jednak droga do Europy jest okrutna, kosztowna i bardzo trudna

My wiedzieliśmy, że gdy w asyście policji przywieziemy na jednostki zapasy i paliwo, położymy je na kei i w asyście policji się oddalimy, to załoga będzie mogła płynąć dalej. Wszystko przebiegało w nałożonym reżimie sanitarnym. Pewnie z boku taka dostawa wyglądała jak wymiana okupu, ale to właśnie było jedyne rozwiązanie, by dostarczyć zaopatrzenie zgodnie z prawem. I rzeczywiście towarzyszyła nam zawsze policja, po to też, by nie prowokować jakichś dziwnych insynuacji. W końcu w miejscu, gdzie jest największy w Europie przemyt narkotyków i ludzi, my pozostawialiśmy jakieś towary, które gdzieś ktoś odbiera już podczas naszej nieobecności. I tak robiliśmy wiele razy.

W tym niebezpiecznym miejscu przynajmniej policja miejscowa miała duże doświadczenie w takich dostawach. Choć tym razem mogli odpocząć i nikogo nie musieli ścigać i aresztować. I fakt, że mogliśmy liczyć na ich wyrozumiałość i zawsze nas traktowali ze zrozumieniem.

Kto jest emigrantem?

Wiele osób skorzystało z naszych rad. Nie kosztowało nas to nic poza wytrwałą pracą, którą musieliśmy zawsze przedsięwziąć, żeby odnaleźć serwisy, części, narzędzia, produkty, których ktoś potrzebował. Śmialiśmy się wiele razy, że w tym kilkumiesięcznym czasie naszym samochodem przejechaliśmy więcej kilometrów niż kiedykolwiek wcześniej. Okazuje się, że ten czas lockdownu był dla nas na lądzie najbardziej pracowity od wielu lat. Czy inni tak robili wszędzie? Mam nadzieję, że tak.

Widzieliśmy codziennie, jak bezlitosna pandemia odmieniła ludzi na lepsze. W rejonie, w którym mieszkaliśmy, codziennie kwitnie handel i przemyt ludzi. Tam emigranci robią wszystko, żeby za wszelką cenę dostać się do Europy. Europa dla nich to wolność i marzenie. My nie mamy takiego poczucia, ale czy każdy z nas nie ma czasem wrażenia, że na Zachodzie nadal żyje się lepiej? Dla nich Zachodem jest Europa. Ale to nie jest skok od zarobku kilku tysięcy do kilkunastu tysięcy złotych. Dla nich to skok od zarobku kilku złotych miesięcznie do kilku tysięcy miesięcznie. Emigranci zarabiają w Europie nie więcej niż my w Anglii, ale dla nich jest to zwiększenie dochodu czasem kilkusetkrotnie w stosunku do tego, co zarabiali w ich państwie macierzystym.

 

Nie chcę niczego usprawiedliwiać i nie chcę tego specjalnie analizować, ale wiem jedno. W tym czasie, kiedy nastąpił lockdown, przemyt ludzi nie został zahamowany. Obserwowaliśmy go z okien, z naszego mieszkania i z naszego jachtu. Widzieliśmy, jak systematycznie szybkie motorówki przepływały z Afryki do Europy. Raptem w kilka minut zostawały porzucane, a wszyscy z pokładu w kilka minut rozpierzchali się po naszykowanych samochodach i skuterach bez tablic rejestracyjnych.

Ale nie to było zaskakujące. Zaskakujące było, że podczas pandemii to emigranci pomagali Europejczykom.

Podczas zimy w Maroku są temperatury podobne do polskiej wiosny lub chłodnego lata. Więc mnóstwo Włochów, Hiszpanów i Francuzów właśnie do Maroka wyjeżdża na tygodniowy odpoczynek. Jeżdżą tam po to, żeby cieszyć się afrykańskim ciepłem, a jednocześnie brakiem tych ogromnie wysokich temperatur, które występują tam latem, sięgając wtedy nawet do 50 stopni.

W Maroku ludzie dowiedzieli się w tygodniu, że w weekend granice kraju zostaną zamknięte. Granice kraju, który my w Hiszpanii widzieliśmy zaledwie 20 km dalej, po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej. Granice zostały zamknięte całkowicie z dnia na dzień. Tysiące Europejczyków po opuszczeniu hoteli musiało koczować na lotniskach w Maroku. A lotniska w Maroku nie są podobne do europejskich. Nie ma tam sklepów, kawiarni, restauracji. I przede wszystkim są zamykane na noc.


Hiszpania. Gdy świat się zatrzymał, pozbawione dotacji schroniska dla zwierząt zaczęły wyprzedawać wszystko, żeby tylko wyżywić swoich podopiecznych

Wtedy świat zaskoczyli emigranci. Zarówno legalni, jak i nielegalni emigranci masowo podawali swoje adresy w takich miastach lotnisk międzynarodowych jak Tanger, Rabat, Agadir, Fez. Podawali swoje adresy do opinii publicznej i przekazywali, jak legalnie wejść do ich mieszkań (przekazywali szczegóły, gdzie są ukryte klucze). Robili to po to, by wszyscy mogli pójść się odświeżyć, zrobić sobie coś do jedzenia i wrócić do oczekiwania na powrót do domu, na lotnisko. Koczowanie na lotniskach trwało dla niektórych nawet kilkadziesiąt dni. I oczywiście emigranci, którzy podawali te adresy, robili to anonimowo i bezinteresownie.

W trudnej chwili nagle tyle zmieniło się na świecie. Dla wielu zupełnie bezużyteczni emigranci, którzy odbierają nam pracę, nagle okazali się potrzebni i w dodatku bezinteresowni.

Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Ale dlaczego nie możemy tak wszyscy robić bez pandemii zagrażającej światu? Pozostawię to bez komentarza, bo dla nas to było urocze doświadczenie. Dowiedzieliśmy się, że każdy człowiek, nieważne skąd pochodzi, ma takie same ludzkie uczucia. Szczególnie wtedy, kiedy mobilizuje nas do tego sytuacja naszego wspólnego nieszczęścia. A takim nieszczęściem wspólnym dla całego świata na pewno jest właśnie pandemia COVID-19.

My na terenie prowincji Kadyks przeżyliśmy ponad 2 miesiące uwięzienia i lockdownu. Spotykaliśmy się z biednymi ludźmi, pomagaliśmy im w ich transporcie do lekarzy, do szpitali, w transporcie lekarstw i jedzenia. Wielokrotnie spotykaliśmy albo mijaliśmy osoby, które ciężko zachorowały. Choć w naszej prowincji nie było dużo zachorowań, to my byliśmy szczególnie narażeni. Co kilka dni odwiedzaliśmy Caritas, pomagając potrzebującym. Co kilka dni odwiedzaliśmy nawet schronisko dla zwierząt. Nie dziw, że w tym wyjątkowym czasie nikt już prawie nie myślał o najmniejszych z naszych braci, o zwierzętach.

Co najdziwniejsze, nie zachorowaliśmy. Tuż po otwarciu granic i udostępnieniu testów zrobiliśmy sobie test na obecność przeciwciał i nie mieliśmy ich.

Jak nam się to udało? Nie było to takie trudne. W pierwszych dniach, gdy tylko dowiedzieliśmy się, że kraje jeden po drugim zaczynają się zamykać, na jachcie w jednej z trzech łazienek i w mieszkaniu w jednej z dwóch łazienek przygotowaliśmy sobie pomieszczenie do odkażania się w domu. Po powrocie z każdego wyjazdu właśnie w tym pierwszym pomieszczeniu myliśmy ręce, jak zalecano. Ale robiliśmy nie tylko to.

Bo jaki ma sens umycie rąk, jeżeli za chwilę tymi samymi rękoma zdejmujemy ubrania lub przeczesujemy włosy, na których jest oczywiście wirus? Umycie samych rąk w sytuacji szczególnej, jeśli w naszym otoczeniu przebywają osoby zarażone, to naprawdę o wiele za mało. My myliśmy ręce, po czym zdejmowaliśmy całe ubranie, ponownie się myliśmy, braliśmy kąpiel i przechodziliśmy do drugiej łazienki, gdzie czekały na nas czyste, septyczne, jeśli chodzi o obecność koronawirusa, ubrania. W pomieszczeniu, gdzie pozostawialiśmy zdjęte ubrania, włączaliśmy ozonator oraz promienniki światła UVC. Światło UVC jest chyba najbardziej uniwersalnym środkiem służącym do tego, żeby odkazić powierzchnię. Jest też dość nieinwazyjną metodą, ponieważ niczego nie niszczy. Oczywiście długa ekspozycja na światło UVC zmienia kolor wielu przedmiotów, niektóre kruszeją, a dla ludzkiego zdrowia jest oczywiście niebezpieczna. Natomiast już ozonatory, czyli urządzenia, które za pomocą wyładowań koronowych wytwarzają ozon, docierają do zakamarków ukrytych przed światłem, ale jednak są dużo bardziej niebezpieczne dla przedmiotów. Długotrwała obecność ozonu np. dla wielu elementów wyposażenia jachtu jest niekorzystna. Kruszeją uszczelki i wiele innych rzeczy szybciej się zużywa, więc musieliśmy to robić rozsądnie. Oba te sposoby można wykorzystywać tylko, jeśli mamy pewność, że ozon i światło UVC nie będą do nas osobiście docierać. Natomiast w odkażonym pomieszczeniu już po kilkudziesięciu minutach ekspozycji na światło UVC oraz ozon wszystkie nasze ubrania były odkażone.

Może to było powodem, że nie zachorowaliśmy, a może po prostu mieliśmy szczęście. Ale to tak, jak ze wszystkim na morzu – zawsze się mówi, że trzeba zrobić wszystko, co można, a to, co zastaniemy, i tak nas zaskoczy.

My zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Nie zachorowaliśmy. Wypełniliśmy nasz cały wolny czas pomocą innym i gdybyśmy ponownie mieli to przeżyć, zrobilibyśmy to samo.

Tak jak wszyscy, którzy pomagają na co dzień innym właśnie wtedy, gdy jest to najbardziej potrzebne. Złe czasy uwrażliwiają nas. To wtedy osoby, które na co dzień nie zwracają uwagi na niedolę innych, bo nie mają czasu w zgiełku codziennych wydarzeń i obowiązków, potrzeb i zajmowania się tylko pieniędzmi, karierą oraz sukcesem, zauważają potrzeby innych. Wtedy gdy się zatrzymamy, zaczynamy je zauważać. Oby zawsze dookoła nas byli tylko ludzie, którzy pomagają innym bezinteresownie. Obyśmy właśnie po tym czasie, który dotknął cały świat i mamy nadzieję, że się już nigdy nie powtórzy, pamiętali, że to nasza pomoc jest czasem dużo ważniejsza od pieniędzy. A pomoc i dobro nie są zależne od pieniędzy. Na dodatek pomoc innym daje ogromną satysfakcję i poczucie radości i spełnienia. Co dla odmiany jest bezcenne!

Podróż do domu w lockdownie

Gdy zaczął się zbliżać koniec lockdownu, gdy we wszystkich krajach, nawet w Hiszpanii, liczba zachorowań zaczęła się stabilizować i powoli maleć, zaczęliśmy myśleć o popłynięciu dalej.

Dwa miesiące w porcie dla żeglarzy to bardzo długi czas. Szczególnie że my tego uwięzienia nie planowaliśmy i nie przewidzieliśmy. Teraz widzę, jak bardzo nie byliśmy przygotowani na to, co się wydarzyło. Był już taki moment, że zgromadzone zapasy przenieśliśmy na jacht i zastanawialiśmy się, czy nie bezpieczniej będzie po prostu płynąć na ocean. Ta ogromna liczba zachorowań w Hiszpanii, ogromna liczba ciężko chorujących ostatecznie zmusiła nas do przygotowania ostatecznego rozwiązania w postaci ucieczki. Na całe szczęście to ostateczne rozwiązanie nie musiało zostać wdrożone w życie.


Gibraltar. Wkrótce opuścimy sparaliżowaną lockdownem Hiszpanię

Ale byliśmy przygotowani na to, żeby po prostu wypłynąć. Żeby najbliższych kilka tygodni spędzić na oceanie, udając się w kierunku USA, Kanady, Ameryki Południowej, Australii… A może na północ, gdzieś w rejony podbiegunowe? Nieważne.