Szatan z siódmej klasyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szatan z siódmej klasy
Szatan z siódmej klasy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 37,99  30,39 
Szatan z siódmej klasy
Audio
Szatan z siódmej klasy
Audiobook
Czyta Wojciech Malajkat
23  17,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Na niego nie ma, panie profesorze! – zawołał ktoś z głębi „sceny”.

– Tak myślisz? – mówił pan Gąsowski drwiąco, nie raczywszy nawet spojrzeć na bezczelnego śmiałka. – Taki on jest chytry? Ejże? Zje diabła, jeśli zdoła odgadnąć to, co ja teraz na was wymyślę. Czy pan słyszy, panie Cisowski? Zje pan diabła z buraczkami!

– Gdyby pan profesor pozwolił spróbować... – bąknął Cisowski nieśmiało.

Staruszek cofnął morderczo wysunięty palec, usiłował natomiast zamienić zdumione swoje oczy we dwa sztylety. Takim okropnym spojrzeniem, sięgającym dna serca, umiał Napoleon przewiercać na wylot swoich marszałków. Gdyby nieszczęsny Cisowski miał w sobie poczucie przyzwoitości, powinien był w tej chwili zakwilić krótkim, cichym jękiem, za czym wykopyrtnąć się i wypuścić z siebie omdlałego ducha, aby już więcej nie wstać. Pan profesor zdumiał się niepomiernie, że jeszcze przed nim nie leży smętny kadawer[*********], lecz że wciąż stoi krępy i zuchwały dryblas, który się nazywał Cisowski. Jeszcze żyje! I nie tylko żyje, lecz się łagodnie uśmiecha... Z tym należy uczynić koniec.

– Pragniesz próby? – zawołał staruszek wielkim głosem. – Okpiłeś mnie i myślisz, że ci się uda po raz drugi? A więc dobrze! Spróbujemy się... Zapowiadam ci jednak, a wszystkich tu obecnych wzywam, aby byli świadkami, że marny będzie twój los. Może jestem słaby, może jestem nawet łagodny, ale dla ciebie nie będę ani słaby, ani łagodny. Pasy z ciebie... nie, to na nic!... Nie będę cię znał, imię twoje będzie dla mnie przeklęte. Wyrzucę cię za drzwi z mojego serca. Słyszysz? Precz z mojego serca... I całą klasę razem z tobą, bo to twoi wspólnicy. No i jakże będzie? Zgodzisz się na próbę?

Chłopiec zawahał się. Poza sobą usłyszał szmer, jakby ciche brzęczenie pszczoły: to szemrała trwoga całej klasy, widać bowiem było, że przezacny staruszek, którego można było przyłożyć do rany, tym razem nie żartuje, a musi być pewny swego, gdyż dojrzawszy cień zwątpienia na bladej twarzy Cisowskiego, zaśmiał się jadowicie, oczywiście w granicach możliwości, jak kiepski aktor, który straszliwca udaje.

– Cha, cha! Tchórz cię obleciał, co?! – wykrzyknął wielce z siebie rad. – Fugas chrustas![**********] Trafiło się ślepej kurze ziarno, więc myśli, że wszystkie pojadła rozumy... Szatan z Kaczego Dołu, czarnoksiężnik z teatru dla dzieci. Siadaj, panie Cisowski, zakryj rękami bezczelną twarz i wstydź się!

– Spróbuję, panie profesorze – rzekł chłopak. – Niech pan profesor powie, jak mam to zrobić?

Szmer klasy zmienił się w trwożny pomruk.

Staruszek, cokolwiek stropiony, myślał przez chwilę, potem mówił głosem tak zimnym, że słowa wyglądały jak lodowe sople:

– Zuchwałość twoja przekracza wszelkie granice rozumu, ale chcącemu nie dzieje się krzywda. Dobrze. Otóż w sobotę wywołam trzech z waszej bandy. Jak dotąd... Przedtem ja napiszę ich nazwiska na karteczce i ty napiszesz trzy. Jeśli nie odgadniesz, których ja wybrałem, wiesz, co cię czeka.

– A gdybym odgadnął?

– Gdybyś odgadnął? Tego nie biorę w rachubę. Żal mi cię, młodzieńcze... Będziesz starty na proch... Mam zaszczyt pożegnać panów!

Uśmiechnął się drwiąco i zszedł z tragicznej sceny, mocno trzasnąwszy drzwiami, aby struchleli.

Dławiony gwar wybuchnął, jak gdyby wrzał w garnku jak ukrop, a ktoś nagle podniósł pokrywę. Korzystając z dziesięciominutowej pauzy, klasa siódma rozpoczęła burzliwy wiec. Ponieważ zgiełk był splątany, a jeden okrzyk usiłował stłumić drugi, nie można było dojść, czy splątanymi głosy gada trwoga i niepokój, czy też butna zuchwałość i pewność, że się Cisowski wydobędzie z toni. Posiadał on zasłużoną sławę najbystrzejszego chłopca w całej szkole. „I ja jestem mistrzem w logice” – rzekł sobie szatan. Pan profesor, mianując Cisowskiego szatanem, bardzo był bliski prawdy. Rozumując z chłodnym spokojem, chłopak ten umiał rozwikłać najtrudniejsze zagadki. Nie tylko patrzył bystrze, lecz i widział bystrze. Ze spokojną, cierpliwą namiętnością obserwował wszystko i wszystkich. Sklejał z przedziwną zręcznością niedopowiedziane słowo, ułamki zdarzeń, okruchy i szczątki i umiał sklecić z tego znikomego materiału prawdopodobną całość. Posiadał wyobraźnię żywą, lotną i zataczającą ogromne koła; wybiegała ona daleko naprzód, umiała cofnąć się w zapadający i gęstniejący mrok przeszłości i widziała tam to, czego zwyczajne krótkowzroczne oczy już dojrzeć nie mogły. W nauce też wyprzedzał wszystkich, ponad podziw pojętny, pamięć przy tym miał znakomitą. Powolny z natury, myślał zawsze rozważnie, bez pośpiechu, z cierpliwością, niezgodną z jego wiekiem, miał bowiem lat siedemnaście. Nigdy nie tracił spokoju ani nie unosił się gniewem. Pogodny i serdeczny kolega, wesoły i uśmiechnięty, uczynny i współczujący, zdobył sobie bez większego trudu miłość u wszystkich. Klasa siódma dumna była z Cisowskiego, toteż straszliwe zapowiedzi profesora Gąsowskiego dudniły jak dalekie grzmoty. Profesor jest najzacniejszym człowiekiem pod słońcem, krzywdy nikomu nie uczyni, lecz może dotrzymać jednej groźby: nie z zemsty, lecz z żalu odsunie się od nich i wypowie im przyjaźń. To byłoby smutne, więcej niż smutne. Tak bardzo kochali tego cudownego, siwego, pełnego ufności człowieka z duszą jasną i sercem ślicznym, że utrata jego przyjaźni byłaby klęską sromotną i nie do odrobienia.

Cisowski uciszył zgiełk przez podniesienie ręki.

– Nie krzyczcie wszyscy razem! – zawołał. – Czy to sztuba, czy klasa siódma? Słuchajcie! Zrobiliśmy staruszkowi przykrość... Musiałem się przyznać... Łajdactwo jest łajdactwem i na ten temat wszelkie rozważania są zbędne. Teraz trzeba będzie odrobić to szybko i uczciwie...

– Słusznie! – zakrzyknął ktoś z głębokim przekonaniem.

– ...przerobić cały materiał i zaproponować staruszkowi, aby pytał, jak chce i kiedy chce. Zrobione?

– Zrobione! Zrobione! – zakrzyknięto.

– Doskonale. O resztę niech was głowa nie boli.

– Ale co będzie w sobotę? – zapytał drobny chłopczyna, jeszcze bardzo wstrząśnięty.

– Nie wiem – odrzekł Cisowski cicho. – Namyślę się... Może byłem głupi, że się ważyłem na to wszystko. Jeśli mi się nie uda, ubłagam staruszka, aby tylko mnie wylał na łeb i szyję. Wy nie jesteście winni. O jedno tylko proszę: na sobotę ma być przygotowany każdy bez wyjątku. Niech tłucze łbem o ścianę, ale umieć musi. Skończyły się dobre czasy... I tak musi być do końca roku. Będzie tak?

– Będzie! Będzie!

– Teraz na miejsca. Szekspir powiada: „Palec mnie świerzbi, co dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi”. Matematyka jest już za drzwiami...

Minęła godzina cyframi najeżona jak madejowe łoże kolcami, minęły inne godziny, smażące się w upale. Minął czwartek i piątek, przez nieszczęsne ryby oczekiwany z rozpaczą, aż nadeszła wedle powszechnej umowy kalendarzowej groźna sobota, dzień sądu, dies irae[***********] pana profesora i calamitatis[************] Cisowskiego.

Cisowski był bardzo skupiony i milczący. Cała klasa siódma na odmianę milcząca i skupiona. Wszedł raźnym krokiem pan profesor Gąsowski, skupiony i milczący. Zdawało się, że cały świat jest w tym samym nastroju. Jeśli na gwiazdach mieszkają jakieś myślące istoty, musiały – też skupione i myślące – patrzeć przez teleskopy na pogrążoną w odmęcie zwątpienia klasę siódmą.

„...I była chwila ciszy. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało”. Jak w „Panu Tadeuszu”. Staruszek patrzył na klasę, klasa patrzyła na staruszka. Nagle ozwał się głos Cisowskiego. Zdawało się, że słowa jego tak zabrzęczały, jakby ktoś nagle rozbił szybę, a rozpryśnięta cisza rozleciała się w tysiąc kawałków.

– Panie profesorze, chciałbym coś powiedzieć...

– Cofasz się? – zawołał z nietajoną radością pan Gąsowski.

– Nie. Chciałbym tylko najserdeczniej prosić pana profesora, aby w razie mego niepowodzenia pan profesor ukarał tylko mnie. Oni nie są winni.

– Pomyślę o tym... Widzę z przyjemnością, że zachowałeś resztki sumienia. Czy to wszystko?

– Nie wszystko, panie profesorze... Pragnę jeszcze zapewnić pana profesora, że wedle jednomyślnej uchwały całej klasy wszystkie zaniedbania będą odrobione i nikt panu profesorowi nie przyniesie wstydu. I tak będzie odtąd zawsze.

Blade oblicze staruszka pokraśniało i usta mu zadrgały. Chciał coś rzec, ale nie rzekł. Musiał sobie jednakże powtórzyć w myśli włoskie porzekadło: Non c’è sabbato senza sole! „Nie ma soboty bez promyczka słońca!” – bo się łagodnie uśmiechnął, a właśnie była sobota.

– A teraz jestem gotów, panie profesorze – dokończył Cisowski.

Staruszek jeszcze rozmyślał, potem zaczął mówić powoli:

– Po takim oświadczeniu mogę dać spokój wszystkiemu i o wszystkim zapomnieć. Skrucha maże grzech. Ostatecznie jesteście dobre chłopaki, chociaż wisielce... Jeżeli jednak pragniesz próby, zrobimy ją, aby cię przekonać, młodzieńcze, że ze mną nie tak łatwo. Zabawimy się. No?

– Jestem gotów, panie profesorze.

– Dobrze! – rzekł staruszek z mocą. – Kto z nas ma pierwszy napisać trzy nazwiska?

– Ja mam je już napisane.

– Oho! Masz już napisane?! Wybornie... Więc teraz ja je napiszę.

Widać było od razu, że pan profesor ma je też przygotowane i zapisane w pamięci. Chytrze jednak udał, że się głęboko namyśla i rozważa. Przewracał kartki w notesie, po dwie, po trzy, po dziesięć. Potem niby utwierdziwszy się w wyborze, chwycił pióro i pisał. Cisowski nie odejmował wzroku z posuwającego się szybko pióra, kiedy zaś staruszek napisał trzecie nazwisko – odetchnął.

– Gotowe – rzekł staruszek. – Połóż swoją kartkę na katedrze, a ty z drugiej ławki... jak się nazywasz? – zresztą wszystko jedno! masz uczciwą twarz – weź moją kartkę. Nie czytaj. Trzymaj w ręku zwiniętą... Tak, dobrze. Panowie, zaczyna się przedstawienie!

 

Cała klasa siedziała zmartwiała w oczekiwaniu.

– Panie Cisowski! – zawołał staruszek uroczyście. – Kto ma być pytany dzisiaj według twego proroctwa, ty fałszywy proroku?

– Kaczanowski, Ostrowicki i Wnuk – odrzekł chłopiec głośno.

Staruszek skoczył jak oparzony.

– Przeczytaj kartkę pana profesora – dodał Cisowski.

Kolega dzierżący dokument profesorski odczytał wśród straszliwej ciszy:

– Kaczanowski – Ostrowicki – Wnuk.

Ogromny kamień stoczył się z hukiem z trzydziestokrotnego serca łajdackiej klasy siódmej.

Staruszek był tak zdumiony, jak gdyby był świadkiem czarnoksięstwa. Patrzył na Cisowskiego z wyraźnym strachem. Powolnym ruchem wziął z katedry kartkę Cisowskiego i stwierdził, że jak trzy byki sterczą na niej owe trzy nazwiska. Spojrzał na klasę: klasa miała na gębach uśmiech od ucha do ucha. Jedni od lewego ku prawemu, inni od prawego ku lewemu. Spojrzał na Cisowskiego: ten się uśmiechał, ale nieznacznie, jak gdyby wcale nie chełpił się zdumiewającym zwycięstwem. Znać było jednak, że jest szczęśliwy.

– Czy pan profesor się gniewa? – zapytał bardzo ciepłym głosem.

– Człowieku! – wybuchnął staruszek. – To jest zdumiewające!

– Bynajmniej, panie profesorze. Trzeba było tylko pomyśleć...

– Ale przecie i ja myślałem!

– Cała sztuka w tym, że i pan profesor, i ja wymyśliliśmy to samo. Jestem z tego dumny.

– Ale ja nie jestem dumny, piekielny chłopcze. Ja myślałem przez dwa dni.

– Niech mi pan profesor przebaczy, ale ja tylko przez jeden dzień, i to tylko po południu, bo rano byłem w szkole.

– Powiedz mi natychmiast, jak to wymyśliłeś? Odkryj swoje czartowskie sposoby!

– Bardzo chętnie, panie profesorze. Przede wszystkim starałem się wleźć w skórę pana profesora...

– Nie zazdroszczę... Ale co to znaczy?

– To znaczy, zacząłem myśleć tak, jak by wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien myśleć pan profesor. Pan profesor myślał tak: „Ten chłystek, ten smarkacz albo ten kretyn Cisowski...”

– Chłystek, chłystek! Pomyślałem: „chłystek...” – jęknął staruszek.

– Bardzo słusznie, panie profesorze... „Otóż ten chłystek Cisowski będzie robił sto tysięcy kombinacji na sto tysięcy sposobów. A ja go urządzę. Postąpię jak najprościej, a to będzie najmniej spodziewane. Ponieważ w sobotę mieli być egzaminowani: Kaczanowski, Ostrowicki i Wnuk, czyli siódmy, siedemnasty i dwudziesty siódmy, na myśl nie przyjdzie temu idiocie...” Czy pan profesor pomyślał o „idiocie”?

– Zapomniałem.

– Dziękuję serdecznie. Otóż: „na myśl nie przyjdzie temu chłystkowi, że można zostawić sytuację taką, jaką miała być. On będzie szukał daleko, a ja go dopadnę z bliska. Na to nie wpadnie nigdy! Na każdą inną kombinację mógłby wpaść przez łotrowski przypadek, ale najprostszej nie odgadnie”. Czy pan profesor tak myślał? – dodał z niewinną miną.

– Słowo w słowo. To jest zdumiewające!

– Trochę też – mówił skromnie zuchwalec – liczyłem na to, że jeśli pan profesor układał swoją listę niezmiennie od wielu lat, to też tak łatwo jej nie zmieni. Zresztą muszę przyznać, że pomysł pana profesora był nieskończenie chytry.

– Naprawdę? Czy mówisz uczciwie? – ucieszył się staruszek.

– Najuczciwiej mówię! Najprostsze zagadnienia są najtrudniejsze do rozwikłania. Przywykliśmy szukać daleko na widnokręgu tego, co leży u naszych stóp.

– Więc jednak nie tak łatwo ze mną? Co?

– Wcale niełatwo, panie profesorze. Przyznam się, że mnie strach obleciał, gdy pan profesor zaczął szybko przeglądać nazwiska w notesie. Pomyślałem sobie: „A nuż staruszek...” O, bardzo przepraszam pana profesora...

– Wal dalej! Młody nie jestem, a „staruszek” to pieszczotliwe słowo... Więc czemu cię strach obleciał?

– „A nuż pan profesor – myślałem – wyrwie z notesu trzy nazwiska byle jakie, na chybi-trafi. Choćby pierwsze, drugie, trzecie z kolei”. Byłoby po mnie... Ale się prędko uspokoiłem. Poznałem od razu, że pan profesor ma listę gotową.

– Skąd wiedziałeś?

– Bo pan profesor wprawdzie przewracał szybko kartki, ale żadnego nazwiska nie czytał.

– Wężu! – zawołał staruszek niemal ze zgrozą. – Czytałeś we mnie jak w książce!

– Potem patrzyłem pilnie, gdy pan profesor pisał, i odetchnąłem. Jeszcze mogłem się mylić, ale już miałem połowę pewności.

– I cóż z tego, że patrzyłeś na pióro?

– To, że pierwsze dwa nazwiska pisał pan profesor długo, stawiając wiele liter, a trzecie napisał jednym niemal pociągnięciem. Trzecie nazwisko musiało być „Wnuk”.

Macte[*************]! – zawołał pan profesor Gąsowski. – Wygrałeś, szatanie! Jeśli cię nie powieszą za zbytek sprytu, możesz okazać się pożytecznym człowiekiem. Czy uprzedziłeś tych trzech urwipołciów?

– Nie, panie profesorze. To przecie honorowa walka. Już odtąd, jak powiedziałem, wszyscy będą zawsze przygotowani. Śmiem jednak poradzić panu profesorowi, aby mimo wszystko zmienił metodę, bo natura ludzka jest słaba i grzeszna.

– A ty tę metodę znowu odkryjesz?

– Nie opłaci się, panie profesorze, bo rok się już kończy – zaśmiał się wesoło piekielnik.

Pan profesor chodził po klasie i nad czymś dumał. Widać, że walczył ze sobą, lecz nie zdzierżył. Z niepewnym uśmiechem zbliżył się do Cisowskiego i rzekł:

– Skoro jesteś taki ananas, rozwikłaj mi jedno zagadnienie...

– Z największą przyjemnością, jeśli tylko potrafię...

– Sprawa jest taka: ubiegłej soboty napisałem trzy listy do trzech moich przyjaciół z prośbą, aby przyszli do mnie w niedzielę zagrać w preferansa. To taka niewinna gra... No i żaden nie przyszedł. Nie tylko nie przyszedł, ale nawet nie odpisał. Czy jest jakakolwiek możliwość wytłumaczenia tego postępku? Rozumiałbym, gdyby nie odpisał jeden, ale dlaczego aż trzech? Jak to wyjaśnić?

Cisowski rozmyślał przez długą chwilę, potem rzekł:

– Żaden z tych panów nie mógł przyjść ani odpisać.

– Na Boga, dlaczego?!

– Gdyż, wedle mego mniemania, żaden z nich nie otrzymał listu.

– Poczta zbankrutowała? Bredzisz, młodzieńcze! Dlaczego żaden z nich nie otrzymał listu?

– Bo pan profesor ma te listy przy sobie... W którejś kieszeni...

Staruszek łypnął oczami i zaczął niespokojnie i szybko przetrząsać kieszenie. Wydobył z nich papiery, wycinki ze starych gazet, trzy chustki do nosa i trzy listy.

Siódma klasa buchnęła niepowstrzymanym śmiechem, a zacny pan profesor trzymał listy w ręce i przyglądał się im zdumionym wzrokiem.

[*] Elizejskie Pola – w mitologii greckiej świat pozagrobowy, miejsce, gdzie po śmierci przebywały dusze ludzi prawych.

[**] Alcybiades (450-404 p.n.e.) – mąż stanu i wódz ateński.

[***] Cezar (Caius Julius Caesar) (104-44 p.n.e.) – jeden z największych mężów stanu starożytnego Rzymu, wódz i pisarz.

[****] Hannibal (247-183 p.n.e.) – wielki wódz i polityk kartagiński.

[*****] Perykles (500-429 p.n.e.) – ateński mąż stanu, przywódca ateńskiej demokracji, na okres jego rządów przypada najwyższy rozkwit kulturalny w Atenach.

[******] Baszybuzuk – tu żartobliwie: hultaj, zawadiaka.

[*******] Brutus (Marcus Junius Brutus) (85-42 p.n.e.) – jeden z przywódców republikańskiego spisku przeciw Cezarowi, jego zabójca.

[********] Obstupuerunt omnes (łac.) – zdumieli się wszyscy.

[*********] Kadawer (łac. cadaver) – trup.

[**********] Fugas chrustas – uciec w krzaki, drapnąć (żartobliwe wyrażenie utworzone niby od łac. fuga – ucieczka).

[***********] Dies irae (łac.) – dzień gniewu; początkowe słowa żałobnej pieśni kościelnej o sądzie ostatecznym.

[************] (Dies) calamitatis (łac.) – (dzień) nieszczęścia, klęski.

[*************] Macte (łac.) – bardzo dobrze, brawo.

2

Dwie awantury,

a jedna gorsza od drugiej

Adaś Cisowski, brat diabła i bliski kuzyn czarownicy wedle podejrzeń profesora Gąsowskiego, był jednakże najściślej spokrewniony z uczciwym rodzajem ludzkim. Ojcem jego był szanowany lekarz, dzielny wróg śmierci i tysiąca jej dziatek: chorób wewnętrznych i zewnętrznych, lekkich i ciężkich; matką przedobra kobieta, która – tak jak inni kapelusz – „miała na głowie cały dom”. Srogi i kłopotliwy był to ciężar, w domu tym bowiem chowało się, oprócz dorastającego Adasia, jeszcze czworo pędraków różnego wieku i płci. Banda ta odznaczała się przedziwną właściwością wywracania do góry nogami tego domu, co spoczywał na nieszczęsnej głowie matki, i trzeba było nie lada zręcznej cierpliwości, aby nie spadł. Czworo straszliwych istot, obawiając się zapewne, że nie zostaną przez ludzkość zauważone, dawało znać o sobie światu donośnym krzykiem o każdej porze dnia, co powoduje u starszych takie śmieszne i dziwaczne ruchy, jak podnoszenie oczów ku niebu, załamywanie rąk lub chwytanie się nimi za głowę.

Gdy przypadkiem zgoła niepojętym lub przez zrządzenie boże w opętanym domu, w którym czasem tynk opadał ze ścian, zapadała cisza, udręczona pani Cisowska biegła czym prędzej, przerażona, czy się czasem nie stało jakieś nieszczęście? Tak młynarz budzi się niespokojny, skoro młyn przestanie dygotać i wydawać głosy. Czworo wyjców nie krzyczało nigdy równocześnie, zabawa bowiem szybko by się skończyła, gdyby cała orkiestra ochrypła. Zwykle darł się jeden na byle jaki temat, a inni słuchali, po czym zaczynał drugi. W ten sposób przyjemność trwała dłużej i można ją było uprawiać bez końca, aż do wieczora. Adam, uczący się w sąsiednim pokoju, zatykał uszy ręką lub wsadzał w nie watę. Miał uczucie, że się uczy z akompaniamentem janczarskiej orkiestry. Czasem wpadał na „dzikie pola”, do pokoju brzdąców, i gromił je potężnie, co było sposobem zawodnym, pohańbione bowiem, a czasem pobite wyjce rozpoczynały nową operę. Tałatajstwo bało się brata w pojedynkę, w gromadzie jednak było zdolne do zuchwalstwa.

Adam lubił spokój i ciszę, artykuły te jednak nie były znane w ojcowskim domu. Poza tym trzeba było chować wszystko i zamykać, gdyż szarańcza z sąsiedniego pokoju niszczyła wszystko, co napotykała po drodze: do osobliwych zabiegów używała atramentu, piór i ołówków, a jedną chytrze zdobytą książkę ze zbioru starszego brata dzieliła zwykle sprawiedliwie na cztery części, pomiędzy dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Jeden z nich, Janek, zdradzał niezwykłe zdolności, gdy szło o zbrodnię. Umiał wydostać czerwony atrament, ukryty nawet w piecu, i użyć go w przedziwnym celu: do pomazania białych drzwi w wesołe wzory. Zaprzęg czterech tych straszliwych osobistości czynił zazwyczaj wszystko solidarnie, wedle zawołania: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Zdarzyło się jednak pewnego razu, że jeden z członków zbójeckiej bandy działał na własną korzyść. Pani Cisowska obdzieliła lodami całą szajkę, część zaś, wielce obfitą, postawiła na stole Adasia. Było to o zmroku, a w pokoju Adasia było najciemniej. W tej chwili zawołano go do telefonu, przy którym z drugiej strony wisiał gadatliwy kolega.

– Gdzie moje lody?! – wrzasnął Adaś, powróciwszy.

Nec locus, ubi lody[*]. Nie ma lodów. Nie ma wspomnienia o lodach. W takich tajemniczych przypadkach składa się zwykle winę na psa, lecz w tym domu nie było psa. Oszczerstwo nie zdałoby się na nic.

– Gdzie moje lody? – pytał Adaś głosem z brzucha, głębokim i groźnym.

Cztery gęby przybrały wyraz obrażonej i ciężko dotkniętej niewinności.

– Niech się natychmiast przyzna ten, co zjadł moje lody, bo inaczej spiorę wszystkich!

Wrzask, jakiego dawno nie słyszano nawet w tym domu, obwieścił światu i sąsiednim ulicom, że Adaś obraża czworo uczciwych, sprawiedliwych i gardzących cudzymi lodami. Uczynił się zgiełk, wrzawa, rejwach, harmider i biadanie. Pan doktór wybiegł przerażony z gabinetu, pacjenci zaś, którzy przyszli do lekarza chorób sercowych, przekonani byli, że przez pomyłkę trafili do dentysty. Pani Cisowska opadła na krzesło i siedziała w tragicznym bezruchu.

– Nie chcecie gadać? – wołał Adaś. – Dobrze. Ja sam znajdę złoczyńcę!

Spojrzał pilnie w cztery pary oczów, ale nic z nich nie wyczytał: wszystkie patrzyły w niego z zuchwałą pewnością ludzi potwornie a niesłusznie oczernionych.

– Możesz sobie szukać do jutra – pisnęła jedna z sióstr. – Sam zjadłeś, zapomniałeś, a teraz składasz na nas. Ty tak zawsze!

 

– Cicho, sroko! Zaraz zrobimy doświadczenie.

Wyjce ucichły jak na komendę, zapowiadała się bowiem zabawa pierwszej klasy. Adaś nalał wody do miednicy i postawił ją w ciemnym pokoju.

– Macie wejść wszyscy razem i zanurzyć w wodzie obie ręce! – rozkazał groźnie jak czarownik.

– I co z tego będzie? – zapytał bystry Jaś.

– Co będzie, dowiesz się o tym później. Jest to sposób, który niezawodnie odkryje tę małpę, co zjadła lody. Jazda, wchodzić!

Straszliwy zastęp wsiąknął w mrok, a po chwili słychać było plusk wody.

– Już! Wyłazić! Podnieść ręce do światła!

Osiem rąk podniosło się posłusznie, Adaś zaś pilnie się im przyglądał.

– Mokre ręce... – mruczał, mijając siostrę. – Mokre... – rzekł, mijając drugą. – I twoje mokre... Ha! Jasiu! Ty masz ręce suche... Ty zjadłeś lody, opryszku!

Jan Nepomucen Cisowski zalał się rumieńcem od wschodu do zachodu pyzatej gęby.

– Tak, ja... – rzekł głucho, ale z większym zdumieniem niż ze skruchą.

– Jak mogłeś?! – krzyknęła pani Cisowska.

– Sposobu jedzenia nie potrzeba go uczyć, to jest turkuć podjadek. Teraz sprawię mu lanie!

Jan Nepomucen podniósł jednak wrzask tak piekielny, że zwisająca z pułapu lampa zaczęła drżeć, więc Adaś machnął ręką i rzucił mu na rozmierzwiony łeb ogromną górę pogardy.

– Dlaczego on miał suche ręce? – spytał wieczorem ojciec. – W jaki sposób wpadłeś na ten sposób z wodą?

– To nie mój sposób, lecz arabski – odrzekł, śmiejąc się, Adaś. – Jakiś mądry sędzia w Bagdadzie wykrył złodzieja w ten sposób, że dziesięciu podejrzanym kazał dotknąć zabłoconego brzucha osła. Każdy niewinny czynił to śmiało i bez zastanowienia się, opryszek jednak pomyślał: „To jakaś pułapka” – i udał tylko, że dotyka oślego brzucha. W ten sposób ten, co miał nieczyste ręce – miał czyste ręce. Zdradziła go zbytnia chytrość. Ponieważ nie miałem osła na zawołanie, użyłem wody. Janek też usiłował być sprytny, wiec się zdradził. Zapowiadam mamusi, że dzisiaj dałem mu spokój, lecz go spiorę przy najbliższej sposobności. Najlepiej wtedy, kiedy w domu będzie pranie, aby nie zwracać uwagi.

Historia ta zdarzyła się przed trzema laty. Od tego czasu nikt ze zbójeckiej czeredy nie ważył się na pozbawienie nazbyt przenikliwego brata jadalnych dóbr doczesnych. Przed nim nic się ukryć nie mogło. Zdawało się, że ma jak mucha niepoliczoną ilość oczów: że słyszy, jak rośnie trawa i jak łakomy Jan Nepomucen skrada się ku spiżarni, konfiturami pachnącej. Tego samego mniemania była klasa siódma, po słynnej zaś awanturze z profesorem Gąsowskim sława Adama niepomiernie wzrosła. Adam bawił się tą łatwością w rozwiązywaniu zagadek, raz jeden tylko używszy swoich „szatańskich” zdolności do okpienia pani Klio, statecznej muzy historii. Nie przypuszczał nawet, że już w najbliższej przyszłości, jeszcze przed końcem roku, co omdlewającym i grzęznącym w upale krokiem brnął ku początkowi wakacji, będzie musiał użyć ich dwa razy. Zdarzyły się dwie awantury, awantury niemiłe – jedna gorsza od drugiej. Pierwsza z nich była nieznośnie przykra i na krótko zatruła mu serce, niezmiernie jednak uradowała go druga, udało mu się bowiem wydobyć z nieszczęścia uczciwego kolegę.

Zaledwie w kilka dni po słynnej rozprawie z profesorem Gąsowskim, który wciąż patrzył na niego z podejrzliwym podziwem, Adam zjawił się w szkole wesoły jak szczygieł. Na familijnej naradzie ubiegłego wieczora zapadło w domu postanowienie wyjazdu nad morze, co się już od dawna należało znużonej i wrzaskiem pobitej pani Cisowskiej. Można było żywić błogą nadzieję, że straszliwa czwórka nie zdoła przekrzyczeć burzliwego morza i może wreszcie na jakiś czas ucichnie; Adaś obiecywał sobie przy tym, że pragnąc zdobyć dla matki odrobinę spokoju, każdego wyjca rozpoczynającego koncert zanurzy łbem w wodzie i będzie go pławił tak długo, aż tamten ucichnie albo go ryby nadgryzą. Pani Cisowska wyrażała wprawdzie półgłosem obawy, że awanturnicze pokolenie młodych Cisowskich, puszczone samopas na morski brzeg i nieupilnowane, może w znacznym procencie z miejsca się utopić. Adaś jednak uspokoił ją szybko wiadomością, że brzeg jest pilnowany i dzielni rybacy czasem zgoła niepotrzebnie wyciągają z wody takie rozkoszne indywidua jak jego rodzeństwo; w razie niebezpieczeństwa zresztą donośny krzyk młodych Cisowskich będzie prawdopodobnie słyszany nawet w Szwecji.

– Będzie na polskim morzu o cztery bałwany więcej – rzekł z głębokim przekonaniem.

Sam cieszył się niezmiernie nadzieją spędzenia wakacji nad morzem. Miał właśnie podzielić się swoją słono-morską radością z kolegą siedzącym obok niego w pierwszej ławce, gdy przypadkiem rzucił okiem na rozłożony przed kolegą kajet. Współlokator szkolnej ławy nazywał się Burski. Był to chłopiec zdolny i pracowity, wysoki i szczupły; popędliwy cokolwiek i lekkomyślny, czynił wszystko w nerwowym pośpiechu. Objawiało się to nawet i w charakterze jego pisma, nieporządnym i rozrzuconym; przypominało ono żywopłot, wprawdzie wyciągnięty w szpaler, lecz wypuszczający niesforne i nieprzycięte odrośle na wszystkie strony. Adam patrzył ciekawie i z uśmiechem na jego zapisany kajet i chciał właśnie zagadać, lecz w tej chwili wszedł profesor literatury, przyjaźnie witając zgromadzenie. Ponieważ przez godzinę gadali wzniosłym językiem poeci i piękne słowa sypały się jak kwiaty opadające w wiśniowym sadzie, przyziemne istoty ludzkie przestały mleć otręby. Skoro tylko zamilkła poezja, zagotowała się ukropem zwyczajna wrzawa pauzy. Z gwaru trzydziestu splątanych głosów wytryskał czasem huczny śmiech jak jaskrawy kwiat spośród zielska. Dzisiaj jednak działo się coś niezwykłego, gdyż w ostatnich ławkach ucichł z nagła gwar jakby zalękły, a tylko dwa podniesione głosy „skakały sobie do oczów”.

Adam obejrzał się, zaciekawiony, bo chociaż gwałtowne rozprawy odbywały się często i „temperamenty grały” przy lada sposobności, jednakże kłótliwe głosy nie szczękały o siebie jako krwi spragnione miecze. Awantura w okolicy ostatnich ławek musiała być wcale groźna, gdyż padały słowa szybkie, czerwone od gniewu, nastroszone i gotowe do bitwy. „Dobry rycerz” Jasiński, zwykle cichy i łagodny, stał naprzeciwko równie „dobrego rycerza” Żelskiego i bił w niego słowem rozpalonym do białości:

– Nikt inny, tylko ty!

– Kłamiesz! Na oczy nie widziałem!

– Wczoraj jeszcze było! Mówię ci: oddaj, bo ci łeb rozwalę!

– Głupi jesteś! – wrzasnął dobry rycerz Żelski. – A jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, poleci kilka zębów!

Ponieważ rozwalenie łba i wyrywanie kilku zębów byłoby widowiskiem gorszącym, nie mówiąc już o tym, że obopólna operacja mogłaby bezpowrotnie zniszczyć wybitną urodę dwóch miłych młodzianków, klasa usiłowała lać oliwę na wzburzone morze rozgorzałych namiętności. Zaczęto ich uspokajać i przemawiać łagodnie do gotujących się jak lawa rozumów. Na wspaniałe rozumy padł jednakże czerwony tuman. Gdyby w pobliżu znajdował się dynamit, szkoła byłaby niechybnie wyleciała w powietrze, tyle iskier padało z oczów dwóch rozsrożonych mężów. Nie zważając na prośby i zaklęcia, poczęli ciskać w siebie wyrazy ciężkie jak kamienie. Jeszcze chwila, a zwada przypomni grube kłótnie królów greckich u Homera[**], co się może skończyć homerycką bijatyką. Nigdy zaś nie można przewidzieć, co się z tego wyłoni na terenie klasy. Mały pożar może wywołać wojnę europejską, każdy bowiem z powaśnionych ma przecie swoich przyjaciół i przyjaciele moich przyjaciół mogą zacząć prać przyjaciół tamtego przyjaciela. Liczba zagrożonych zębów mogła się zwielokrotnić. Adam widząc, że to nie przelewki, a pauza niebawem się skończy, skoczył na bojowisko. Silnym ramieniem oddzielił od siebie awanturników i zakrzyknął:

– Gadajcie, do stu piorunów, o co idzie?! Zbyszek, czego chcesz od niego?

– Chcę go zabić! – wrzasnął Zbyszek krótko.

Osobliwe to pragnienie wydało się wszystkim zbyt prostym i połączonym z odrobiną przesady.

– Za co? – wołał Adam.

– Bo jest świnia!

Tamten, tak szpetnie mianowany, zawył i chcąc okazać, że jest lwem, rzucił się z pięściami na przeciwnika. Adam odtrącił go jednakże i rzekł zdławionym głosem:

– Zastanów się nad tym, co mówisz. Możesz go zabić, ale nie bądź grubianinem. Gadaj prędko, o co idzie? Prędzej, bo nie ma czasu!