Panna z mokrą głowąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Panna z mokrą głową
Panna z mokrą głową
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Panna z mokrą głową
Panna z mokrą głową
Audiobook
Czyta Anita Sajnóg
14,99  11,69 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ksiądz kochał tę dziewczynkę całym sercem, jak zawsze wielka mądrość kocha niewinną słodycz. Czarne Cyganiątko siadało nieraz obok świętego męża i słuchało z rozgorzałymi oczyma, w których zapalały się płomyki, jak opowiadał o ziemi, którą kochał, i o niebie, do którego tęsknił. Mówił jej o pszczołach i o ptakach, i o tym, że najmniejsza trawka cierpi i że gwiazdy śpiewają złotymi głosami, aby się spracowanej ziemi słodko spało. Opowiadał jej o Panu Bogu tak ślicznie, że oczarowana dziewczynka patrzyła na zapylone słońcem pola i łąki, szukając oczami tego Pana Boga, co chodzi po miedzach, kiście kłosów bierze w drżące dłonie i bada, czy w nich jest dość ziarna, aby głód nie przyszedł na ludzi, potem jednym skinieniem odgania chmury jak ciężkie, brunatne krowy, co lezą nierozumnie w szkodę, albo czasem krzyknie na pioruny, jak na złe psy, aby poszły sobie precz i biednej wiosce nie czyniły krzywdy. O zwierzętach mówił przedziwnie pięknie i wzruszająco, że są bardzo czasem nieszczęśliwe i że należy być dla nich dobrymi i miłosiernymi. Już tego samego dnia, kiedy zapadł rosisty zmierzch, Irenka dała dowód, że święty ksiądz nie gadał do niej jak do obrazu: przekonana, że spętane konie zostały pokrzywdzone, zwołała tajną radę wyrostków i potęgą wymowy to sprawiła, że rozpętano konie, gwałtem i namową wpędzono je na zagony młodych zbóż, aby sobie biedactwa podjadły. Gruba się z tego uczyniła awantura, kiedy Irenka z wielką prawdą w piskliwym głosie oznajmiła przed trybunałem domowym, że dokonała zbrodniczej wyprawy, bo „ksiądz proboszcz tak nauczał”. Wszystkim sędziom ręce opadły, a oskarżyciel publiczny, ekonom, uderzał głową o twardy róg stodoły, przekonany, że zmysły postradał i że nastąpił koniec świata, kiedy ksiądz proboszcz każe liczną czeredę koni pędzić na młodą pszenicę. Staruszek jednak nigdy nie gniewał się na tego małego herszta, co najdziwniejsze wymyślał zbrodnie. Czasem srogo do niej zagadał i niby mocno burczał, kiedy wszyscy słuchali, uprosiwszy go, aby swoją siwą powagą przywiódł do opamiętania zwariowaną dziewczynę. Ona słuchała niezmiernie skruszona, ale, kiedy nikt nie widział, mrugała znacząco w jego stronę, dając mu do poznania, że rozumie jego przykre położenie. Biedny staruszek urywał w połowie słowa, jąkał się, bladł i czerwieniał, wreszcie nie dokończywszy wzniosłej nauki, porywał kapelusz i parasol i uciekał, aby nie być wspólnikiem jakiejś wyrafinowanej awantury.

Nazajutrz czekał niecierpliwie na dziewczę i pytał zatroskany:

– Bardzo było gorąco?

– Troszeczkę – odpowiadała Irenka. – Sześć klapsów.

– Sześć? – zdumiał się ksiądz, drapiąc się za uchem. – Należało ci się dwanaście, ale, prawdę powiedziawszy, sześć to było za wiele.

Wobec tego szybko dreptał po pachnący miód, aby nim osłodzić boleść swojej dziewczynki, na której cała kopa klapsów byłaby przyschła jak na młodym psiaku, a sześć najmizerniejszego na niej nie czyniło wrażenia.

Nad tym tylko staruszek pilnie czuwał, aby mu kiedy nie podpaliła przypadkiem białej jego plebanii, ukwieconej i pachnącej rumiankiem. Na razie nie leżało to w jej zamiarach, więc żyli sobie w rozkosznej zgodzie, bardzo w sobie rozkochani. Kiedy ten uprzykrzony pędrak zaczął róść szybko jak malwa pod oknami i doszedł dość już zażywnej liczby lat dziewięciu, awantury działy się niepoliczone i coraz bardziej zdumiewające. Przepłynąć rzekę w najgłębszym miejscu, siedząc jak małpa na grzbiecie przerażonej szkapy – było dla Irenki drobnostką. Podczas powodzi potrafiła, siadłszy okrakiem na belce, dotrzeć do płynącej po mętnych rozlewiskach chałupy i wyratować z niej zapomnianego psa. Odprawiała sądy wśród wiejskich niedorostków, kiedy zaś nie można było zagmatwanej sprawy rozwikłać rozumem, staczała bój z winowajcą, który długo potem nosił jej pieczęć i podpis w kształcie sińca pod okiem. Wtedy to ksiądz proboszcz miał do niej długą mowę i usiłował wydobyć ze swoich siwych oczów dwa pioruny; już jej zagroził pogardą świata i gniewem bożym i już sięgał po piorun, kiedy Irenka rzekła:

– Albo się mylę, albo rój pszczół siadł na jabłoni!

Ksiądz opuszczał wzniesioną do karcenia rękę, piorun padał na trawę i bzykał w niej nieszkodliwie. Staruszek wołał zdyszany:

– Gdzie, gdzie?

Irenka bardzo długo i pilnie patrzyła w stronę drzew.

– Zdawało mi się: to nie pszczoły – mówiła z wielkim żalem.

Staruszek na próżno starał się odnaleźć w sobie furię i pioruny. Machnął ręką i mruczał:

– Ciebie to nawet w piekle nie przyjmą!

– Tak? Za to, że się pomyliłam, to mi ksiądz proboszcz piekłem grozi? Mój Boże! Mój Boże!

Wsadzała piąstki w oczy i, uśmiechnięta, patrzyła przez palce, jak zacne, przedobre księżysko czerwienił się jak piwonia i, objąwszy straszliwie pokrzywdzoną, mówił szybko:

– Wcale tego nie powiedziałem!... A jeśli powiedziałem, to w gniewie, boś mi pszczołami zawróciła w głowie... Nie płacz, na Boga, bo mi się serce kraje! Przestań, dziecino...

Dziecina dawała się wreszcie ukoić i rzucali się sobie w objęcia, bo jedno bez drugiego żyć nie mogło, młody diabeł ze starym aniołem.

Ksiądz ją nazwał „Panną z mokrą głową”. Sprawiedliwe to nazwanie było odmianą popularnego określenia człowieka, który postradał piątą klepkę i wskutek tego najdziksze wyprawia swawole. O takim mówi się wesoło, że to „wariat z mokrą głową”. Wsadza łeb do wody bez najmniejszej potrzeby. Ponieważ Irenka była wspaniałym okazem tego gatunku, co łeb wsadziłby nie tylko do wody, lecz między pokrzywy, w mąkę albo w smołę, przydomek nie był dla niej zbyt krzywdzący. Przyjęła go z uznaniem, jak medal za waleczność, słusznie rozumując, że lepiej mieć mokrą głowę niż żadnej. Nazwanie pochodziło zresztą z najsłodszych ust i serca pełnego miłości, więc zgodziła się na nie z radością i odtąd sława jej pod tą zaczęła się szerzyć firmą. Na dziesięć mil wokoło wiedziano o „Pannie z mokrą głową”, co była śliczna, do Cyganiątka podobna, co nikomu – chyba sobie – nie uczyniła krzywdy i co odjęłaby sobie od ust ostatnią kruszynę chleba, aby nią nakarmić człowieka lub zwierzę. O tym, że posiadała maniery rozbrykanego cielaka, wiedziano również; jednym było to obojętne, innych to gorszyło, ona zaś, ponieważ mało ją to obchodziło, co mówią o niej „za granicą”, nie zwracała na to uwagi. Większe miała zmartwienia. Z wysokiej gruszy zleciał, jak dojrzała gruszka, pękaty Wojtek, jej adiutant, a koń kopnął kowala, swego żelaznego dobrodzieja. Brata jej, Janka, bolał brzuch, więc w domu był rwetes i bolejąca awantura. Poza tym pan leśniczy głośno oświadczył, że przy pierwszym spotkaniu w lesie zastrzeli Draba, największą hańbę psiego rodu. Z tych wszystkich zmartwień najdotkliwsze było to, że lato przymykało już oczy i stawało się senne: zmęczone było ogromnym urodzajem i spieczone na słońcu, więc, nie czekając końca dnia, owijało się o zmierzchu we mgły i, oddychając ciężko, kładło się na spoczynek na posłaniu z pachnącego cudownie siana. Ze schyłkiem lata kończyła się wolność, ta obłędna i śliczna, łażąca po drzewach jak wiewiórka i jak srebrna ryba w srebrnej pluskająca się wodzie. Zbliżała się za to smętna niewola, chmurna jak jesień i niosąca pod pachą niezliczoną ilość książek, a wśród nich najstraszliwszą, przemądrą, nielitościwą i nieznającą pomyłki: arytmetykę. Wszystko zwiastowało zbliżanie się uczonej pory i, widać, przed nią chciały uciec mądre bociany, i przed nią wesołe uciekną jaskółki. Twarde jest życie. „Trzeba się uczyć”, przeminęło lato.

Irenka, płosząc nierozumne żaby, które skakały w wodę na łeb na szyję, patrzyła, jak słońce siało się powietrzem przez przetak nieba jakby złota mąka. Wałęsała się przez ścierniska, które orano. Pomyślała wtedy, że rzeka powinna wezbrać od ludzkiego potu, który spływa po twarzach i grzbietach ludzi, co w spiekocie słonecznej żęli niedawno zboże, a teraz orzą w trudzie.

W powietrzu latała srebrna przędza, z której w niebie robią sukienki dla Matki Boskiej. Jaskółki pokrzykiwały niespokojnie jak panny przed daleką podróżą. Dziki gołąb frunął jak strzała, nieufny i szybki. Leniwy wiatr pędził łaciaste chmury na zachód, jak senny pastuch pędzi krowy. Już pachniał zmierzch spaloną macierzanką i gorzkim dymem rozpalonego gdzieś na ściernisku ogniska. Było słodko i wonnie. Szczęśliwy dzień szedł wolnym, miękkim krokiem na spoczynek, a ziemia patrzyła w słońce jak w zegar, czekając tej godziny, w której będzie jej wolno przemyć oczy rosą i usnąć z uśmiechem. Okna białego domu, wspartego na sześciu kolumnach, wyzłociły się i przenikliwym szkliły blaskiem, a niedaleko, wśród lip, żegnał się ze słońcem drewniany kościół i domek księdza mrugający wesołymi oczkami małych szybek, które pannom malwom służyły za zwierciadła.

Irenka dojrzała białą głowę księdza. Wyszedł z domku pomiędzy ule i, wędrując drożyną, czytał brewiarz. Czasem przystanął i siwiutką głowę podnosił jak człowiek, co patrzy na lot ptaków. Dziewczyna pomyślała, że te święte słowa, które wymawia, lecą jak ptaki w górę, a on, prostaczek boży, patrzy, czy nie zmyliły drogi i czy prosto kierują lot w niebo.

Podeszła bliżej i patrzyła przez badyle umierających malin, mając w roześmianych oczach wilgotne jakieś rozrzewnienie. Śliczny był ten srebrny staruszek, gadający sobie z Panem Bogiem dobrotliwie i mądrze. Chciała krzyknąć wesoło, ale nie śmiała, bo ksiądz patrzył wciąż jeszcze w brewiarz; czasem odpędzał ręką pszczoły wracające z daleka, czasem przystawał i trzęsącą się ręką dotykał serca. Znowu iść zaczął, lecz jakoś niepewnie i jakby błędnie. Brewiarz wypadł mu z ręki. Irenka przesadziła płot jak sarna i w jednej chwili była przy nim. Właśnie się słaniał i byłby upadł, gdyby go nie podtrzymała silnymi rękami.

– Drogi mój, złoty! Co księdzu proboszczowi?

On spojrzał na nią jakby bardzo zdziwiony niespodziewanym jej zjawieniem i z trudem uśmiechnął się.

 

– Irenka! – szepnął ze słodyczą.

Usta miał bardzo blade i drżące.

Dziewczyna obejrzała się w stronę domku i zaczęła wołać.

– Daj spokój – szepnął ksiądz – nie ma nikogo.

Nie mógł iść, a ona nie miała dość sił, aby udźwignąć potężną jego postać. Pomogła mu ułożyć się na ciepłej trawie i głowę jego oparła o zielony ul, w którym drżało cicho rozszemrane, złote życie. Serce się w niej tłukło, kiedy pobiegła po wodę i kiedy poiła go jak dziecko bezbronne i jakby bardzo chore.

Przez lipy sączył się zmierzch jak różana woda i coraz bardziej gasły dalekie głosy z pól i łąk. Tylko spóźnione pszczoły brzęczały cichutko, lecz niespokojnie, i zaczęły krążyć nad jego głową. Czasem któraś, ciężka jak kropla miodu, padała w trawę, jakby chcąc być przy tym, który im królował. A on ciężko dyszał, coraz bledszy i bledszy, taki bez krwi jak ten gasnący dzień.

Wielka, lodowata trwoga wionęła na serce tej dziewczyny, która nigdy nie znała trwogi. Objąwszy ramieniem ukochaną starą głowę, mówiła cichutko jak matka do dziecka:

– Czy księdzu lepiej? Co mam robić? O mój złocisty! Przecież ksiądz nie umrze.

– Zdaje mi się, dziecinko, że umrę – mówił on z trudem.

– Matko Boska!

– Nie odchodź ode mnie... Zanim ktoś przyjdzie, już mnie nie będzie... Zbyt długo żyłem i zabierałem zbyt długo miejsce na bożej ziemi... Miło jest umierać pod lipami... Co to tak szumi?

– To pszczoły...

– Dobre i poczciwe pszczoły. Czy ja ci nie ciążę, Irenko?

Dziewczyna nie odpowiadała, bo nie mogła schwytać oddechu. Oczy jej napełniły się łzami, które ciężko zaczęły padać na jego twarz białą jak ściana domku.

– Rosa pada... Rorate coeli... Czy to już noc?

– Nie, jeszcze...

– Ach, to moja lampa zagasła... Czy mnie słyszysz?

– Słyszę...

Serdeczny płacz wstrząsnął nią jak burza młodym drzewkiem.

– Bardzo cię kochałem... Bądź zawsze dobra, dziecinko... Wariat jesteś, ale serce złote. Zostań już taka! Czasem cię zburczałem... Ale chyba mi przebaczysz...

– O Jezus Maria... – łkała dziewczynka.

On odpoczął, ciężko dysząc. Potem mówił cichutko:

– Módlmy się!

Zaczął szeptać jakieś urywane słowa, a ona, załzawionym spojrzeniem objąwszy jego świętą głowę, zaczęła się też modlić bez ładu i składu:

– Matko Boska, nie daj mu umrzeć! Panie Boże, jeśli chcesz, abym była jaka taka, nie daj mu umrzeć! Lepiej niech ja umrę, bo jestem wariat, ale nie on, ale nie on. Co to za urządzenie, abym ja żyła, a ten najlepszy człowiek umierał? Zdrowaś Mario, łaskiś pełna... O, już się uśmiecha!... Bądź wola Twoja, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom... Uśmiecha się, uśmiecha! Księże proboszczu!

Już jej nie odpowiedział, choć ze słodkim uśmiechem patrzył na nią. Przytuliła do piersi jego głowę, zdumiona i niewiedząca. Już nie było w niej lęku. Czuła, że się stało niezmierne nieszczęście i że pewnie umarł, bo jej nie odpowiada. Serce w niej dygotało, bardzo rozżalone i pełne płaczu. Oparła znowu jego biedną głowę o szumiący ul, podniosła się, pomyślała o czymś i błędnym krokiem poszła ku dzwonnicy. Ujęła sznur największego dzwonu i, wszystkich z siebie dobywając sił, poczęła dzwonić.

Serce dzwonu było takie ciężkie i rozpłakane jak jej serce.

Rozdział III

Kiedy umarł zacny ksiądz, Irenka czuła się tak jak spartański wojownik, co postradał tarczę i nie ma czym zasłonić się przed chmurą barbarzyńskich pocisków. Wytężyła przeto baczną czujność jak drapieżca, co uszy nastawia pod wiatr, gotowa do zapamiętałej walki o swoją wolność, o której myślała, że ją można już było snadnie sprzedać na publicznym przetargu. Biały dom, na sześciu wsparty kolumnach, począł buntować się jak małe państwo przeciw tyranowi, który spędzał sen z jego powiek. Najpierw nieśmiałe, potem coraz wyraźniejsze słychać było głosy, jak podziemne pomruki, że „dziewczyna z kretesem zwariowała”, że „cygańskie dzieci lepiej są wychowane”, że „między tą dziewczyną a diabłem nie ma zbyt wielkiej różnicy” i że „kto nie słucha starszych, ten posłucha psiej skóry”. Poetycka ta metafora oznacza bardzo złożony środek na poskromienie małej wietrznicy: bierze się psa, oczywiście pozbawionego przedtem żywota, ściąga się z niego skórę, kraje się ją w cienkie paski jak makaron, wiąże się je w jeden pęk, przytwierdza do rzeczy tak niewinnie niewinnej jak sarnia nóżka i tym aparatem łoi się skórę, w której jak w skórzanym worku mieszka duch przekory. W białym domu niewielu było zwolenników tej metody, łączącej w sobie psa i sarnę, wiedziano bowiem powszechnie, że gdyby ją zastosowano wobec Irenki, Irenka albo rzuciłaby się z dachu, albo skoczyłaby do wody, ale nie przeżyłaby hańby. Wiedziała ona zresztą wybornie, że w tej groźbie jest więcej łoskotu słów niż poważnych zamiarów. Pomimo jej szaleństw kochano ją gorąco, bo diabełka tego musiało się kochać. Prawda, że rządziła domem, lecz rządziła sprawiedliwie. Nie skłamała nigdy i jeśli trzeba było dobrze komuś uczynić, byłaby bez namysłu skoczyła w ogień. Dlatego ludek, przy białym domu żyjący, uwielbiał ją. Stary woźnica opowiadał z rozrzewnieniem, że czarna panienka zawsze pomaga mu chwytać konie i że wlazła po pas w bagienko na polnej drodze, aby uporządkować splątaną uprząż; biedna kobiecina, wśród najgorętszych i najbardziej skutecznych błogosławieństw, opowiadała, jak ta cudowna panienka wyratowała jej berbecia, który z wysokiego nasypu wpadł do rzeki jak kamień; kucharce nikt tak nie wytłumaczył zawiłych snów jak to najmędrsze dziecko, a kiedy śniła się jej szafa, w której zamiast kożucha wisiał żywy baran i czytał książkę, jedna Irenka umiała wyjaśnić, że syn kucharki przyjedzie na święta ze szkół, co się nieomylnie stało i o czym wszyscy z góry wiedzieli, a jednak nikt na to nie wpadł; dziesięcioro ludzi opowiadało o tej dziewczynie, bo każdemu uczyniła coś dobrego. A Żyd, mleko kupujący, nic już nie mówił, tylko cmokał, z wielkiego zachwytu przymknąwszy oczy.

Wszystkie te historie nie czyniły jednakże zbyt wielkiego wrażenia w białym domu. Tam żądano, aby panienka dobrze wychowana wchodziła do domu przez drzwi, nie przez okno, nie wjeżdżała konno po schodach, a co najważniejsze, aby gościom nie mówiła prawdy w oczy, jak to uczyniła z panią Targową, która miała prawie siedemdziesiąt lat i malowała sobie brwi i rzęsy, bo chciała szósty raz wyjść za mąż. Do jej pokoju przyszła Irenka i zamalowała zwierciadło wapnem.

– Po co to czynisz? – zapytała ją matka.

– Aby się ta pani nie przestraszyła, kiedy niespodzianie spojrzy w lustro! – rzekła Irenka uprzejmie.

Skutki tej uprzejmości skończyły się dla niej boleśnie.

Ojciec Irenki, pan Borowski, śmiał się ze wszystkich jej awantur. Był to dobry człowiek i tak zapracowany, że patrzył w tę dziewczynę jak w promyczek słońca, co do smutnego zabłąkał się domu. Największa sterta zboża na jego polu była jeszcze mniejsza od tej sterty trosk, która go przywaliła. Irenka patrzyła czasem z wielką zadumą na ślicznym swoim czole, jak on chodził błędnie, sam do siebie gadał i taką czasem miał minę, jakby mu się płakać chciało. Gładził ją po czarnej głowie, ale myślał o czym innym i patrzył gdzieś w dal, na drogę. Tą drogą przejeżdżał często poważny pan i wtedy pan Borowski był najsmutniejszy, bo ten pan długo siadywał w kancelarii, potem szedł między stajnie i stodoły, oglądał konie i krowy i wciąż pisał i pisał.

– Nie podoba mi się ten gość! – rzekła Irenka sama do siebie. Poszła potem do pana Borowskiego i mówi:

– Tatusiu, czy chciałbyś, aby ten pan nigdy już tutaj nie przyjechał?

– Dałby Bóg! – rzekł pan Borowski.

– To się da zrobić! – mrugnęła na niego Irenka.

– Jakżeż to można zrobić?

– Jest kilka sposobów. Jeśli tylko nie będzie o to awantury, to następnym razem ten pan wleci do potoku, bo mostek będzie rozebrany, a tam jest dość wysoko. Mogłabym też szepnąć słówko Drabowi, który będzie czekał na drodze przy lesie, a jakby już tu dojechał, to mogę mu wsadzić do kieszeni szczura, a do jego teki ze trzy...

– Ani się waż! – zawołał groźnie ojciec. – Przyjeżdża, bo musi.

– To wielka szkoda, że nie można – zasmuciła się Irenka. – Za wiele robi się ceremonii na świecie.

Matka Irenki pochodziła ze wspaniałej rodziny, co krzywo patrzyła na jej małżeństwo z panem Borowskim, bo był dla nich zbyt małą i zbyt nieznaczną figurą. Nikt z tej rodziny nie bywał w białym domu. Było to i lepiej, gdyby się bowiem ta wspaniała rodzina pogodziła nawet z panem Borowskim, straszne działyby się rzeczy, gdyby dostojne senatorskie ciotki i karmazynowe babki ujrzały Irenkę i jej psa. Dostojne ciotki i dostojniejsze jeszcze babki uciekałyby, jak gdyby ujrzały zarazę, i zrozpaczonymi, popękanymi głosami wołałyby rozsrożonego gniewu nieba. Najbardziej atłasową panią, która przysięgła, że nigdy nie przebaczy hrabiance, że wyszła za mizeraka i byle szlachetkę, była jej ciotka, pani Zofia Opolska, strasznie bogata i siedząca na złocie jak kwoka na jajach. Irenka słyszała o niej często i przychodziły jej do głowy tysiąc dwa sposoby, których należało użyć, aby tę pozłacaną, mityczną postać nauczyć szacunku dla biedaków. Na wszelki wypadek zakarbowała ją sobie w pamięci i szepnęła Drabowi, że gdyby kiedy spotkał panią Opolską, ma „wolną rękę” w działaniu. Drab mrugnął, że będzie pamiętał.

Pani Borowska zdrowie miała wątłe, a nieustanne zmartwienia głęboko kochanego męża sprawiły, że patrzyła smutno i uśmiechała się rzadko. Była to kwietna w jej życiu niedziela, kiedy mogła zaśmiać się głośno. Irenka uwielbiała tę cichą, smutną matkę, której oczy gasły, chociaż były jeszcze młode. Łzy mogą zgasić oczy najbardziej płonące. Irenka byłaby bez wahania wsadziła obie ręce w ogień, gdyby to mogło zadziałać, aby pani Borowska nie płakała.

Matka brała czasem czarną, murzyńską główkę Irenki w swoje ręce i tuliła ją z całej siły do piersi. Wtedy w Irence działy się najdziwniejsze rzeczy: harde jej serce topiło się jak wosk przy ogniu, a oczy napełniały się gorącymi łzami. Było jej wtedy niewypowiedzianie dobrze. Z obłąkanej radości właziła potem na najwyższe drzewo, aby cały świat wiedział, jak bardzo jest szczęśliwa. Matka wzywała ją czasem do opamiętania, a czyniła to głosem tak słodkim i ciepłym, że dzika wolność Irenki zaczynała mruczeć pieszczotliwie jak kot. Najmniej przez dwa dni potem „Panna z mokrą głową” okazywała maniery świetniejsze niż infantka hiszpańska. Zawsze jednak tak zdarzało się, że trzeciego dnia trzeba było gołymi rękami łowić raki albo polować po dachach na kota, który dybał na gołębie. Trudno równocześnie łowić uszczypliwe raki i być hiszpańską infantką, co kiedy powie słowo, to się kłania, a kiedy wyjąka wreszcie całe zdanie, kłania się siedem razy. Zwariować można z takim ceremoniałem, podczas kiedy brodzenie po błocie jest sprawą zajmującą i zaostrzającą wrodzoną bystrość. Matka wiedziała, że Irenka jest to serce wśród złotych najbardziej złote, a Irenka wiedziała, że napuszona hrabina nie przyjedzie, więc nie warto krępować potężnego wołania wolnej duszy. Panowała wśród nich miłość najtkliwsza i wielka, wielka przyjaźń.

Brat jej, czteroletni Jaś, odgrywał w jej życiu małą rolę. Zgodziła się na to, żeby był. Usiłowała przez pewien czas natchnąć go duchem bohaterskim i nauczyć umiłowania swobody; kiedy jednak wsadzony jednego razu na szczyt dachu w tym celu, aby samodzielnie zlazł i okazał hart woli i nieustraszoność, haniebnie stchórzył i krzykiem rozpaczy napełnił świat, machnęła na niego ręką. Uczyniła jeszcze drugą, łagodniejszą próbę i spuściła go w wiaderku na dno studni, aby ujrzał jej głęboką tajemniczość i aby oswoił się z grozą czeluści. Nierozumny berbeć jednakże omal nie stracił mowy ze strachu, omal nie postradał żywota.

– Nic z niego nie będzie! – rzekła Irenka.

Wszystkie jej nadzieje, że go wychowa na bohatera, rozwiały się. Trzeba było dalej pracować w pojedynkę i samej przerabiać świat, aby się zaczął kręcić w przeciwną stronę. Nie mogła jednak zapomnieć chłopcu tej słabości i dawała mu poznać na każdym kroku, że go nie uważa za mężczyznę. Kiedy rozpłakał się raz z powodu urojonej jakiejś krzywdy, Irenka rzekła surowo:

– Czemu Janek tak się drze?

– Kiedy byłaś mała, krzyczałaś więcej niż on – odrzekła jej piastunka.

– Być może, ale ja miałam powody...

Ponieważ młodzieniec nie chciał uspokoić się i nie można było znaleźć na to rady, Irenka znalazła sposób.

– Przywiążcie go za nogę do sznura i niech na mrozie wisi przez całą noc za oknem.

Brat spojrzał na nią z nagłym przerażeniem i oniemiał, jak gdyby już zamarzł.

 

Matka, ojciec i brat to była rodzina ścisła, koło której żyła liczna gromadka rozmaitych krewnych przygarniętych na tym skrawku ziemi, co siódmego z siebie dobywał potu, aby wszystkich wyżywić. Należy przyznać sprawiedliwie, że najmniej jadała osoba czcigodna, co miała już około dziewięćdziesięciu lat. Była to przyszywana babka pana Borowskiego, która zjechała tu przed dwudziestu laty w odwiedziny na dwa tygodnie i została na amen. Dokładnie nie wiedział nikt, ile ma lat, ale ona sama raz twierdziła, że ma sześćdziesiąt, a innym razem, że dziewięćdziesiąt dziewięć. Właśnie przed trzema laty miała tych dziewięćdziesiąt dziewięć, lecz z właściwej sobie kokieterii nigdy nie chciała przekroczyć stu. Co poniedziałek zapowiadała w wielkiej tajemnicy, że nie przeżyje już tego tygodnia, ale we wtorek zapominała o przyrzeczeniu i żyła szczęśliwie. Codziennie o piątej rano odziewała się starannie i udawała się na dłuższą przechadzkę do sąsiedniego pokoju, okrążała znudzony tymi spacerami stół i wracała do siebie. Zdejmowała czarny szal, rękawiczki i kalosze, codzienny swój spacerowy rynsztunek, i zaczynała odczytywanie gazety sprzed lat czterdziestu, w której był ulubiony jej opis trzęsienia ziemi w owym czasie. Potem rozmawiała godzinami sama ze sobą, czasem dość kłótliwie i podniesionym głosem. Mówić lubiła namiętnie, kiedy zaś wpadła w wyborne usposobienie, co się zdarzało codziennie, nie dopuszczała nikogo do słowa; nieraz zdarzało się, że ostatni jej cierpliwy słuchacz dawno poszedł spać, a ona mówiła jeszcze. Mało dbała o słuchacza, więcej za to o sztukę wymowy. Nosiła się godnie ta babka całego świata, gdyż nikt jej nie nazywał inaczej. Babką była nawet dla księdza proboszcza, który, przerażony niepospolitą płynnością jej wymowy, za żadne skarby nie byłby z nią pozostał sam. Coś się dobrej babinie pokręciło w bystrym niegdyś rozumie, a czas tak się jej pomieszał, że różnica jakichś tam stu lub dwustu lat bynajmniej jej nie przestraszała. Twierdziła z wielką mocą charakteru, że znała osobiście każdego, o kim tylko była mowa. Nic to nie znaczyło, że mowa była o nieboszczyku, od stu lat zasiedziałym w niebie. Gadającej babki nie zdołałby nikt przekonać, że go nie znała i że nie utrzymywała z nim serdecznych stosunków. Ktoś na ten przykład był tak lekkomyślny, że w obecności babki wymówił dostojne słowo: „Kościuszko”. A babka jak w dym:

– Kościuszko? Mój Boże! Znałam, znałam, i jeszcze jak znałam. Pamiętam, powiada on raz do mnie: – Panno Anielo, a gdybyśmy tak potańcowali? – a ja mu na to: – Nie mogę, bo jestem w żałobie! – Dałam mu wtedy kwiatek, aby się, biedaczysko, nie bardzo zmartwił, bo zaraz wszystko brał do serca. Co też się z nim stało? Dobrze się chłopiec zapowiadał...

– Babciu! – krzyczała Irenka, bo babcia była na lewe ucho mocno głucha, a na prawe trochę więcej. – Kościuszko dawno umarł.

– Dobrze zrobił! – rzekła z uznaniem babcia, która nie dosłyszała. – On był na to jak na lato.

W galerii bliskich znajomych babci był słynny skrzypek Paganini, z którym (jak dziś pamięta) była w menażerii, kiedy raz do Suwałk cyrk przyjechał; był jeden arcyksiążę, bardzo przystojny, z którym jeździła na odpust na Bielany i który trzy razy jej się oświadczał, ale potem wyjechał. Szli parami w tym świetnym korowodzie wszyscy poeci, malarze, książęta i hrabiowie, atleci, połykacze ognia i tenorzy.

Ludzie słuchali tych opowieści z tysiąca i jednej zwariowanej nocy i kiwali głowami. Kto babci nie znał i słyszał ją po raz pierwszy, kazał sobie po dłuższej z nią rozmowie lać wodę na głowę i szczypał się w ucho, tym domowym sposobem sprawdzając, czy jest przy zdrowych zmysłach, ci zaś, co ją znali, usiłowali wymyślić taką osobę, która, urodzona w Japonii, umarła na biegunie południowym, ale nie mogli dać rady. Babcia znała wszystkich na świecie, żywych, dogorywających i umarłych. Nienarodzonych znała też.

Asystę jej stanowiły dwie tak zwane ciotki, też dalekie krewne pana Borowskiego, które przytuliły się cicho do białego domu jak skromne malwy. Jednej było na imię Amelia, drugiej Barbara. Imię pierwszej było poetyczne i jak gdyby pełne łez, dlatego też może ciotka Amelia pisała wiersze; w imieniu drugiej była twardość, duma i hardość; i może dlatego bujny ten duch zajmował się twórczością malarską. Poetessa hołdowała dawnym strojom i dawnym zwyczajom. Była cienka w pasie, od lat bowiem używała przedziwnej maszyny zwanej „sznurówką”. Wyglądała tak, jakby ją straszliwy jakiś siłacz chwycił w kleszcze rąk i tak ścisnął w pasie, że jej poetyczny żołądek wypchnął w stronę szyi, na której z tego powodu powstało niewielkie wzgórze. Była to osoba pełna wielkiej słodyczy, rozmarzona i tęsknie patrząca byle gdzie, w powałę, w szafę, w pień drzewa, ale nie tam, gdzie właśnie należało patrzeć. Kiedy zlatywał na nią anioł poezji, opuszczał ją zwyczajny ludzki rozum. Ciotka wpadała w natchnienie i w rów, nad którym właśnie znajdowała się, lub w wodę. Miewała potężne wizje i wtedy zamieniała się w wieszczkę, która potrafiła mówić niepojęte rzeczy o duchach, demonach i wróżkach. Dreszcz przechodził po grzbiecie słuchających, kiedy improwizowała i wołała: „Na kolana! Idą duchy, czy słyszycie już łańcuchy?!” Wprawdzie duchy nie przychodziły, ale łańcuchy często było słychać, kiedy prowadzono krowy do wodopoju. Wielkim cieszyła się poważaniem, tym bardziej że była przedziwnie dobra i cicha, oczywiście, jeśli nie była w transie. Pisała wiersze na wszystkie chwile życia, na każde imieniny i na każdą uroczystość. Wtedy deklamowała pięknie swoje wyborne utwory, z których jeden pod tytułem: „Na bój” cieszył się sławą wielką i zasłużoną. Bohaterski ton tej pieśni brzmiał jak wojenna surma i wielka to szkoda, że nazbyt kończył się smutno. Oto on:

Hej, młodzianie, hej, młodzianie!

Weźmij jedną ze swych zbrój,

Wstań czym prędzej i w świtanie

Pędź na bój!

Pędź na bój!

Ja mą wstęgą cię opaszę,

Błogosławieństw dam ci rój,

A ty, nasze ptasze lasze,

Pędź na bój!

Pędź na bój!

A gdy legniesz, bo tak tuszę,

Nocą przyjdę na twój grób,

Tam wywołam twoją duszę,

By śmiertelny wziąć z nią ślub.

W ślicznym tym wierszu tkwiła, jak gwóźdź w trumnie, ta tragiczna prawda, że nikt z żywych nie miał odwagi pojąć za małżonkę lubej Amelii. Umarłemu było wszystko jedno. Ponieważ ciotka Amelia była panną, więc skarga jej była uzasadniona, a tak rzewna, że ludzie głośno płakali, kiedy załamując ręce, zapowiadała swój ślub z młodzianem, co poległ „w jednej ze swych zbrój”.

Twórczość ciotki Amelii miała w sobie nie tylko tony tragiczne. Rozpięta, jak tęcza na lazurowym niebie poezji, lśniła wszystkimi kolorami, wśród których były i te, co wesołością barwy cieszą ludzkie oko. Dowodem tego jest inny jej śliczny wiersz, nazwany „Figlarna”:

Czemu oczy twe się śmieją

I cała tryskasz nadzieją?

Czemu swym się cieszysz zdrowiem?

– Ja to wiem, ale nie powiem!

Myślisz pewnie, że nikt nie wie,

Jak przy wielkim czekasz drzewie.

A kto skryty za listowiem?

– Ja to wiem, ale nie powiem!

Ej, dziewczyno, ej, figlarko,

Czemu tam tak bieżysz szparko?

Teraz powiem, by ci dopiec:

Tam kochany czeka chłopiec!

Taka jest moc i władza poezji, że sympatyczna ciotka Amelia, podobna z wykroju do litery X z powodu osiej cienkości talii, stawała się piękna, kiedy swoje rymy piorunowym wygłaszała głosem. Jednej tylko hołdowała manierze, tej mianowicie, że czy wiersz był smutny jak pogrzeb, czy wesoły jak przedstawienie w cyrku, ona wydzwaniała go niezmiennie głosem dzwonu pogrzebowego, tak że się zawsze serce krajało obecnym, nawet wtedy, kiedy „figlarka biegła szparko” i „cieszyła się zdrowiem”. Nie inaczej grecki wędrowny pieśniarz wygłaszał ustęp o śmierci Hektora niż ciocia Amelia wiersz: „Jestem dziewuszka hoża i szczęśliwa, chłopcy mnie pragną jak słodkiego piwa”. Tak to można potęgę i moc ognistą nalać do każdego najmierniejszego nawet słowa. Czyniła to kobiecina wiotka i jagnięcej dobroci.