Awantura o BasięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Awantura o Basię
Awantura o Basię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Awantura o Basię
Awantura o Basię
Audiobook
Czyta Wioletta Smolińska
14,99  11,69 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Słowa ważne należy ryć na miedzi, a nie na papierze

Basia siedziała w przedziale wagonu jak skowronek wśród puchaczów. Podróżni zawsze na początku podróży są napuszeni i dopiero po niejakim czasie układają pióra, aby je nastroszyć znowu, ile razy nowy podróżny wchodzi do przedziału. Wtedy wszyscy, jak gdyby zmówieni, milkną i starają się przybysza odstraszyć. Ponieważ o tych obyczajach wszyscy wiedzą, nikt sobie przeto wiele nie robi z groźnych min i bezwstydnie zajmuje wolne miejsce. Podróżni zazwyczaj przypatrują się sobie spode łba, wedle ceremoniału zachowanego od czasu wynalezienia kolei żelaznej. Tym razem zaniedbano lekkomyślnie tego roztropnego obyczaju, gdyż wszyscy obserwowali dziewczynkę. Zajęcie się tą okruszyną było tak żywe, że zaniedbano również wzajemnych zapytań: „Czy pan(i) daleko jedzie?”. Z podnieconego przemówienia pani doktorowej wiedziano, że ta mała jedzie do Warszawy, nie miało więc sensu pytanie jej o cel podróży. Wiele jednak w tym wszystkim było punktów niewyjaśnionych: dlaczego ten berbeć jedzie sam, kim jest ta wymowna dama, która im groziła boskim skaraniem, skąd ta gwałtowna troska o dziecko nazwane sierotą? Z tych tajemnych zagadnień wypłynie oczywiście jeszcze kilka innych.

W przedziale siedziały dwie panie i jeden pan. Basia, skulona w kąciku, była czwarta. Panie nie wyglądały na wielkie panie i różniły się zaledwie tym, że jedna miała czerwony kapelusz, a druga zielony. Poza tym nie posiadały cech wybitnych i jaskrawych, którymi mogły się odróżnić w gromadzie stu tysięcy pań. Obie miały oblicza pomazane margaryną uśmiechu i te same musiały mieć przyzwyczajenia, nie upłynęło bowiem pół godziny, a obie wydobyły z koszyczków smakowite zapasy i zaczęły jeść. Jest to sprawa godna podziwu filozofa, o ile nam jednak wiadomo, żaden dotąd filozof nie usiłował rozwikłać zagadnienia, dlaczego ludzie podróżujący zawsze jedzą. Są dane, że jedzenie, szczególnie jajek na twardo, znakomicie skraca podróż i jest wybornym lekarstwem na jej rozciągliwą nudę. Należy przyznać, że obie panie – i kapelusz zielony, i kapelusz czerwony – jadły z mniejszym entuzjazmem, niżby się tego można było spodziewać. Czyniły to raczej w celu podtrzymania dobrego zwyczaju. Tajemnicza dziewczynka pozbawiała je apetytu.

Naprzeciwko Basi, tuż przy oknie, siedział jedyny w tym damskim zgromadzeniu mężczyzna. Byłoby przesadą nazwanie go egzemplarzem okazałym. Nie ulega wątpliwości, że wielki rzeźbiarz grecki Fidiasz nie zatrzymałby się na widok tej postaci i nie złapałby się z zachwytu za głowę. Jegomość był mocno zażywny, tak że przy każdym gwałtowniejszym ruchu twarz jego oblewała się czerwienią. Na twarzy tej malowała się żywa niechęć do całego świata i niezadowolenie z jego urządzeń; wzrokiem, wyraźnie jadowitym, spojrzał na obie damy i wzruszył ramionami, z czego można było domyślić się, że wzruszenie prawego ramienia przeznaczone było dla kapelusza czerwonego, lewe zaś skrzywiło się na obraźliwą intencję kapelusza koloru szpinaku; następne spojrzenie było tępym sztyletem, który zagroził morderstwem Basi, resztę zaś spojrzeń, chmurnych i zabarwionych smołą piekielną, rozdzielił sprawiedliwie pomiędzy okno, drzwi, lampę, lustro i hamulec bezpieczeństwa. Ukończywszy tę rewię, oddzielił się od życia i jego małych spraw, nieczuły na wszystko, i z pasją, godną lepszej sprawy, chwycił gazetę obok leżącą. Można było oczekiwać, że po chwili gazeta, dotknięta jego spojrzeniem, zatli się i zacznie dymić albo się zacznie roić od straszliwych morderstw i nieszczęśliwych wypadków. Ów dziwny jegomość przypominał żywo żelazny imbryk, w którym bulgoce ukrop wody. Należy dodać, że wprawdzie dość rzadko, ale za to gwałtownie zgrzytał zębami.

Kapelusz czerwony, zauważywszy bystrze te wewnętrzne niepokoje miotające jegomościem, spojrzał wymownie na kapelusz zielony, który wydał westchnienie, jak gdyby chcąc powiedzieć:

– Świat, moja pani, przepełniony jest wariatami!

Obie damy wykreśliły natychmiast owego mruka z towarzyskiego zespołu i uznawszy, że już wielki czas zająć się dziewczynką, rozpoczęły wywiady:

– Może zdejmiesz płaszczyk, kochanie – zaproponowała czerwona papryka.

– Tak, tak, tu bardzo gorąco – oznajmił zielony szpinak.

– Dobrze! – zgodziła się Basia.

Oba zabójcze kolory pochyliły się nad nią, pomagając jej w zdejmowaniu okrycia, co spowodowało nagłe zbiegowisko przed wrogiem całego świata. Rzucił on na obie damy spojrzenie nadziane siarką, dynamitem i gazem trującym, po czym z trzaskiem zmiął gazetę, czym całej ludzkości dał do poznania, że uczciwy człowiek w tych warunkach czytać nie może, więc czytać nie będzie.

– Przecie panu nie przeszkadzamy! – rzekła cierpko dama na czerwono.

– To się tylko pani tak zdaje – odrzekł człowiek ponury.

Zdawało się, że wydobył z gardła nie głos, lecz jakby nastroszonego jeża.

– Dziecko ma swoje prawa! – ogłosił szpinak.

– Dziecko nie ma żadnych praw, bo dziecko nie spełnia żadnych obowiązków! – krzyknął człowiek ponury.

Zdawało się, że nie słowa padły na obie damskie urocze głowy, lecz grad wielkości kurzych jaj.

Oba wspaniale barwne kapelusze pominęły milczeniem straszliwie głęboką uwagę niedźwiedzia, uwagę ich bowiem zajęło odkrycie owej tajemniczej kartki, zawieszonej na mocnym sznureczku na piersiach dziewczynki.

– To ten adres... – szepnęła papryka.

– Ciekawe, bardzo ciekawe! – odszepnął szpinak.

Szpinak jest to jarzyna, która nie jest zdolna do uwag godnych uwiecznienia.

Obie damy odczytały kilka słów z niecierpliwą ciekawością, zgoła zachłannie, od razu jednak okazały sobie wzajemne rozczarowanie. Nazwisko i adres nie były czymś nadzwyczajnym.

– To ty, maleńka, nie masz rodziców? – zapytała jedna dama.

Basia spojrzała na nią, jakby nie rozumiejąc pytania. Jegomość-chmura gradowa ni stąd, ni zowąd zaczął bębnić palcami o szybę, dając tym do poznania wszystkim obecnym, że zaczyna się w nim przewracać zirytowana wątroba.

– Pewnie nie ma – objaśniła druga dama. – Przecież ta pani mówiła, że to sierota. A powiedz mi, dziecko, czy ta pani, co cię tu przyprowadziła, to twoja ciocia?

– Ciocia! – zgodziła się dziewczynka.

Zielone spojrzało na czerwone.

– Jacy to dzisiaj ludzie, moja pani – rzekła dama do damy. – Najbliższa krewna, a dziecko samo puszcza w daleką podróż. Z kartką, proszę pani, wysyła jak zająca... Ale krzyczeć to umie, że nie daj Boże!

Czarny jegomość wpadł bez rozumnego powodu w jakieś nagłe delirium, gdyż przejechał ręką po włosach, zburzywszy ich przyrodzoną, leniwą spokojność, i zaczął gwałtownie poruszać szczękami, jak gdyby żuł kawałek kalosza lub twardy rzemień. Czynność ta była tak zajmująca, że Basia, spojrzawszy na niego, nie mogła już oderwać wzroku od tej maszynerii. Nagle, ku niezmiernemu zdumieniu obu pań, nastrojonych smętnie jak smutno grające basetle, zaśmiała się jasnym, rozperlonym śmiechem i pisnęła:

– Ja też tak!

Ponieważ młode osoby posiadają w wysokim stopniu małpie zdolności naśladowania, zaczęła poruszać szczękami, wcale zgrabnie marszczyć czoło, po czym zerwawszy z głowy berecik, przejechała rączką po jasnych włosach. Była to zabawa tak wspaniała, że cały świat razem z damą na czerwono i z damą na zielono nie był wart już uwagi.

Jegomość-widmo znieruchomiał na moment i rozwarł oczy w przeraźliwym zdumieniu, co przez dziewczynkę zostało przyjęte z zachwytem, bo i ona starała się wydobyć z ocząt wzrok dziki i straszliwy. Zgrzytnął zębami, a Basia uczyniła to samo, zresztą dość marnie i bez należytego efektu, ze względu na mizeracki stan uzębienia.

Jegomość-upiór stężał nagle i znieruchomiał.

– Jeszcze, jeszcze! – prosiła dziewczynka.

– Dziwne dziecko – oświadczył kapelusz czerwony.

– Pomylone dziecko! – krzyknął człowiek-cmentarz. – Cóż dziwnego? Dziewczyna!

Słowem tym, rzuconym pogardliwym ruchem, dotknął obie damy jak rozpalonym żelazem.

– Więc cóż z tego, że dziewczyna? Co się panu w tym nie podoba? Nie wolno się dziecku śmiać?

– Wolno, ale nie ze mnie.

Nie wypowiedział tych słów, lecz je ulepił z gorącej smoły.

– Korona panu z głowy nie spadnie! Dobry człowiek sam zabawiłby dziewczynkę i uśmiałby się razem z nią. Nie bój się, maleńka...

– Ja się nie boję! – oznajmiła Basia. – Zrób to jeszcze... – zaproponowała serdecznie mordercy niewinnych dzieci.

Herodes w okularach żachnął się i chciał zazgrzytać pełnym uzębieniem, ale zatrzymał się w samą porę.

– Powiedz tym paniom, aby się one też trochę pokrzywiły! – rzekł zjadliwie.

Zdawało się, że nie powiedział tych słów, lecz je z wielkim sykiem wypuścił z syfonu sodowej wody.

Obie damy spojrzały z największym niesmakiem na zgrzytającego awanturnika, potem porozumiewawczo na siebie; czerwony kapelusz dotknął nieznacznie palcem czoła, z czego kapelusz zielony łatwo pojął, że ponurego jegomościa należy uważać za człowieka, któremu brak piątej klepki. Jak wszystkim wiadomo, do prawidłowego rozporządzania rozumem konieczna jest pełna liczba klepek pięciu. Zatrwożone tym odkryciem i przejęte współczującą troską o dziewczynkę, starały się nakłonić ją do zerwania wszelkich towarzyskich stosunków z tym Madejem-zbójem. Kapelusz czerwony rzekł bardzo przymilnie:

– Odsuń się, moje dziecko, bo pewnie przeszkadzasz temu panu...

– Nie trzeba drażnić tego pana – pouczył Basię kapelusz zielony.

Widać było od razu, że dobre rady zostały zmarnowane; dziewczynka była zachwycona człowiekiem poruszającym szczękami i wciąż rzucała w niego uśmiechy w błogiej nadziei, że i on wreszcie, wedle sprawiedliwych reguł gry, też się roześmieje. On jednak patrzył w okno i zdawał się liczyć słupy telegraficzne; tak się w tym zapamiętał, że Basia postanowiła zwrócić na siebie jego uwagę, więc go pociągnęła za połę ubrania.

 

– Skaranie boskie! – wrzasnął ów jegomość. – Czego ten pędrak chce ode mnie?

– Śmiać się! – pisnęła nieustraszona Basia.

Zmartwiały obie panie, przeświadczone, że ten Iwan Groźny jednym uderzeniem pięści zamorduje dziewczynę. Istotnie śmierć miał w oczach, ale jej nie zabił. Najpierw prychnął jak nosorożec, gdy łeb z wody wynurzy, potem spojrzał spode łba na dwa kolorowe kapelusze. Uderzywszy zębami o zęby, wykrzesał z nich iskry, które prysnęły w kształcie słów.

– Takie dzieci nie powinny znajdować się w przedziale... Takie dzieci powinno się wieszać za nogę na sznurku poza oknem wagonu... Jeśli ta pannica natychmiast nie zaprzestanie swoich igraszek...

– To co będzie?! – krzyknęła pierwsza dama.

– Będzie nieszczęście! – warknął on.

– Niech pan to powie jej, nie nam! – krzyknęła druga dama. – Dlaczego pan zwraca się do nas?

– Mówię głośno i po polsku, a kto chce, niech słucha.

– Pan nie jest zbyt uprzejmy... Zresztą dość spojrzeć... Pan utopiłby to niewinne dziecko w łyżce wody.

– Trzeba było tę operację zrobić znacznie wcześniej, bo teraz już za późno. Chińczycy są mądrym narodem, bo topią dziewczęta zaraz po urodzeniu. Szkoda, że szanowne panie nie urodziły się przypadkiem w Chinach...

– Gbur! – krzyknął kapelusz czerwony, który od nagłych wzruszeń wydawał się jeszcze czerwieńszy.

Kapelusz zielony nie rzekł ani słowa, lecz z lodowatą powagą, zacisnąwszy usta, chwycił Basię i posadził ją przy sobie. Basię bawiły serdecznie te niewinne przekomarzania się starych, więc uśmiechała się bez przestanku.

Ponury człowiek, uwolniony od wszelkich napaści, zgrzytnął raz jeszcze, aby mieć ostatnie słowo, i znowu wetknął nos w gazetę.

Ponieważ pociąg zatrzymał się na stacji i krzykliwe chłopaki, drąc się wniebogłosy, oznajmiały całemu jadącemu światu, że mogą mu zaofiarować mleko, herbatę, pomarańcze i lemoniadę, czerwony kapelusz orzekł, że trzeba dziewczynkę napoić ciepłym mlekiem.

– Pij prędko! – rzekła dama.

– Kiedy gorące – odpowiedziała Basia.

– Nie grymaś... prędko... prędko!

Basia ujęła szklankę i chciała ją podnieść do ust. Wtedy stało się małe na pozór, lecz wielkie w rzeczywistości, nieszczęście: całą szklankę mleka wylała na kartkę zapisaną chemicznym ołówkiem. Szklanka upadła na podłogę wagonu, a Basia w nagłej rozpaczy, chcąc zetrzeć mleko z sukienki, przejechała ręką po kartce, ścierając i pracowicie rozmazując litery. Nikt tego nie zauważył w pierwszej chwili, jegomość bowiem zapadł w zadumę jak w czarną smołę, oba zaś damskie kapelusze zajęte były biadaniem i trajkotaniem na temat niezgrabnego gapiostwa dziewczynki.

– Ach, ty niezdaro! – krzyknęła jedna dama.

Ponieważ Basia przerażona była i nieszczęsnym wypadkiem, i ostrym krzykiem, uczyniła w zamieszaniu rzecz najstraszliwszą: przelazłszy szybko po ławce, przytuliła się nagłym ruchem do pożeracza dzieci, jak gdyby oddając się pod jego opiekę.

– Ma pani wdzięczność! – krzyknęła dama numer dwa.

Czarny jegomość – o dziwo! – wcale nie wybuchnął ani nie wyrzucił Basi przez otwarte okno, lecz zachichotał jak puszczyk albo jak mizerny szatan.

– To wcale roztropne dziecko – rzekł zjadliwie.

Damy spojrzały ponuro, lecz zachowując rozprawę na najbliższą przyszłość, zajęły się teraźniejszością.

– Odjeżdżamy! – ogłosiła dama zielona. – Niech pani zapłaci za mleko... No i za szklankę.

– Dlaczego ja?

– Dlatego, że to był pani pomysł. Ja nie dawałabym dziecku gorącego mleka. Licho wie, co to za mleko.

– Najpewniej kozie! – zauważył kąśliwie Herod.

– Mogę zapłacić za mleko – gniewnym głosem oznajmiła czerwona. – Owszem, bardzo proszę. Stać mnie jeszcze, aby nakarmić sierotę, ale za szklankę niech pani zapłaci.

Cudowna zapowiadała się awantura, bo dama, zielona na kapeluszu, uczyniła się zielona i na obliczu, całą jednak zabawę popsuł jadowity jegomość, który najniespodziewaniej wpadł w humor wisielczy i zaczął się śmiać. Wprawdzie tych bulgotań, rżenia, pomruków i ryków w najniższej, jakiejś grobowej tonacji nie można było uważać za śmiech ludzki, obie damy jednak spostrzegłszy, że impertynencki barbarzyńca czyni sobie z nich szatańskie igraszki, pogodziły się czym prędzej. Tak skłóceni Grecy zawierali przymierze, gdy Pers nadciągał. Zapłaciły szybko po połowie i usiadły zdyszane.

– Wróć tutaj! – krzyknęła dama, która zapłaciła za mleko.

– Po co? – rzekła dama, która zapłaciła za szklankę. – Niech tam siedzi... Swój zawsze swego znajdzie...

Stropiona dotąd dziewczynka nagle zaśmiała się głośno, co obie panie przejęło zgrozą; żadna z nich nie dostrzegła, że człowiek-niedźwiedź trącił Basię nieznacznie łokciem w bok. Niewinne dziecko w błogiej nieświadomości zawarło pakt z czortem.

Był to czort przemyślny, którego złodziejskiemu spojrzeniu nic, widocznie, ujść nie mogło, nagle bowiem zaczął z wielkim zainteresowaniem przyglądać się tekturowej tabliczce zawieszonej na piersiach dziewczynki. Tabliczka ta przedstawiała widok żałosny. Z wielu liter ocalały tylko niektóre, inne spłynęły w łzawych czarnoniebieskich smugach; aby odczytać treść tych słów, trzeba by być takim wielkim uczonym, co umie odczytać egipskie hieroglify. Na tabliczce pozostały zniekształcone nonsensy, cały zaś sens, jako rozmazana plama, mieścił się na rękawie dziewczynki.

– To bardzo zabawne! – mruknął czarny charakter.

Damy spojrzały na siebie, aby sobie oznajmić bez słów, że do pomieszania zmysłów, jako bezpłatny, nadprogramowy dodatek, należy gadanie z samym sobą.

– Co zabawne? Powiedz! – pisnęła Basia.

Upiór z pociągu nie zaszczycił jej jednak odpowiedzią, lecz zmrużywszy oczy, patrzył na obie damy. Przez czas dłuższy mieszał arszenik z żółcią, z sokiem z cebuli i wielu innymi żrącymi płynami; uznawszy wreszcie, że trucizna gotowa, nalał ją w każde wymówione słowo.

– Szanowne panie – rzekł głucho, jakby mówił z trumny – obiecały zająć się tą pannicą?

Damy usiłowały nie odpowiedzieć, wymowna jednak natura nie mogła zdzierżyć.

– I cóż z tego? – zapytał kapelusz czerwony z wyraźnym lekceważeniem gadającego diabła.

– Do Warszawy niedaleko – mruczał wilkołak. – Któż się nią zajmie na dworcu?

– Co to pana obchodzi? Skąd się pan zrobił nagle taki troskliwy?

– Przyjdą po nią! – powiedziała twardo dama zielona.

– Aha! przyjdą... A jeżeli nie przyjdą?

Człowiek-koszmar milczał przez chwilę, a potem rzekł z nietajoną radością:

– Jeżeli nie przyjdą, będą szanowne panie miały ładny bal, powiadam! Cała rodzina będzie się mogła uśmiać... Ha, ha! Gratuluję szanownym paniom...

– Co to wszystko ma znaczyć? Może pan łaskawie objaśni?

– Ja nie jestem encyklopedia – zachichotał pomylony pasażer.

Istotnie, mało przypominał poważną encyklopedię, raczej książkę o diabłach i czarownicach.

Damy znowu spojrzały po sobie, jak gdyby jedna chciała zapytać drugą, o czym mówi ten dziki narwaniec. Dlaczego ma być „ładny bal”? Ten złośliwy pawian albo wie o czymś, albo wymyślił głupią jakąś sztuczkę.

– Będzie przedstawienie! – krzyknął on nagle takim głosem, że Basia poczęła trząść się w napadzie niepowstrzymanej radości.

– To złe dziecko – szepnęła dama do damy. – Mam dość tej całej zabawy.

Ponieważ w tkliwym jej sercu zrodził się jakiś dziwny niepokój, druga dama zauważyła to bystrym spojrzeniem i zaraziła się nim jak odrą.

– Ten dzikus wplącze nas w jakąś awanturę, zobaczy pani. Żebym tak zdrowo dojechała do Warszawy!

– Myśli pani, że to nieczysta historia?

– Nie myślę, tylko jestem pewna. Dziecko z kartką na piersi, krzykliwa jakaś opiekunka... Dziwne i niezbyt przyjemne... A skąd można wiedzieć, czy ten tu nie jest jakąś podstawioną figurą? Czemu pani wstaje? Warszawa dopiero za jakiś kwadrans...

– Przy wyjściu zawsze jest tłok... Wolę czekać na korytarzu.

– W takim razie ja z panią...

Udając, że się nie śpieszą, zebrały swoje manatki i przygotowały się do wyjścia.

– Do widzenia, dziecinko! – rzekła dama.

– Bądź zdrowa – rzekła druga.

– Do widzenia! – zawołała Basia, miłująca cały świat.

– Moje uszanowanie! – ryknął człowiek z czarnym sercem.

– Nikt od pana nie żąda uszanowania – rzekła jedna pani stanowczo i dobitnie.

– Cofam, cofam! – wrzasnął człowiek-skorpion.

Gdy pociąg zaczął podskakiwać na skrzyżowaniach szyn przed stacją, ponury jegomość podniósł się i mruknął:

– Niech się panna ubiera...

– Daj mi płaszczyk! – rzekła Basia.

Wilkołak chciał zgrzytnąć zębami, ale nie zgrzytnął.

– Czy wiesz, że mógłbym cię udusić?

– Uduś! – krzyknęła Basia z zachwytem.

– Wdziewaj płaszcz! – mruknął. – Teraz beret... Już wszystko?

– Dziękuję – rzekła dziewczynka i do słowa dodała uśmiech. – Idziemy?

– Ja z tobą? – zdumiał się herszt zbójców.

– Chodź – szczebiotało dziecko, ująwszy go za rękę.

Tak go to zdumiało, że zapomniał wrzasnąć. W niebotycznym roztargnieniu zniósł ją w morderczych rękach z wagonu i postawił na ziemi.

Podróżni opuścili pociąg w pośpiechu, nikt jednak nie zdołał prześcignąć czerwonego i zielonego kapelusza, które gwałtownie zmierzały ku wyjściu.

Człowiek-potwór, trzymany za rękę przez Basię, począł szukać dokoła spojrzeniem tego kogoś, co ma zabrać dziewczynkę. Dokoła było pusto. Ostatni podróżny podreptał, dźwigając ciężką walizę.

– Chodź – wołała Basia. – Tu zimno!

– Poczekamy! – zawołał krokodyl. – Mnie zaczyna być gorąco.

Wrósł w ziemię i szukał oczami.

– Ha, ha! – zawył nagle. – Ładny bal!

Przechodzący urzędnik kolejowy spojrzał na niego z wesołym zaciekawieniem.

– Kto tutaj miał czekać na ciebie? – zapytał człowiek-straszydło.

– Nie wiem, kto miał czekać...

– Pan czy pani? Odpowiadaj!

Basia zrobiła obrażoną minę, uważając to niemądre pytanie za napaść na gładkiej drodze.

– Nie odpowiadasz? Oczywiście... To najwygodniej! Udaje dziecko, a sprytna jak stara baba. Zostańże tutaj sobie i czekaj. Za stary jestem na niańkę.

Wyrwał rękę z jej rączki i uczynił dwa kroki. Basia pobiegła za nim i chwyciła go obiema rękami za poły płaszcza.

Pasja, ta, którą nauka przypisuje nie wiadomo czemu szewcom, nazywając ją „szewską pasją”, usiłowała zatrząść nim gwałtownie. Obejrzał się i ujrzał niebieskie oczęta, pełne ogromnego zdumnienia i żałosnego wyrzutu. Ach, cóż za przewrotna istota, jakie chytre dziewczynisko! Przytuliła twarzyczkę do jego szorstkiej ręki, a on nie znosi żadnych tkliwości i głupich przymilań. Jest zły, wściekły, rozżarty i, gdyby nie było na świecie piwa, piłby ludzką krew. Dlatego krzyknął groźnie:

– Jeśli się rozpłaczesz, to cię zmiażdżę!

Potem zgrzytnąwszy zębami, objął ją ramieniem i niósł, bo do wyjścia było daleko. Lewą ręką dźwigał walizkę. Tak okropnie był rozgniewany, że nawet nie zauważył, jak przytulił swoją krokodylą gębę do jej zziębniętej twarzyczki.

– Drapiesz! – rzekła Basia.

– Na twoją intencję nie będę się golił, ty... ty... Jak ci na imię?

– Basia.

– Ty... ty... Basiu!