Oczami radzieckiej zabawkiTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Projekt okładki FAJNE CHŁOPAKI

Kompozycja kolaży KONSTANTY USENKO

Copyright © by KONSTANTY USENKO, 2012

Redakcja BARBARA GÓRSKA

Korekta AGATA CZERWIŃSKA, DANUTA PORĘBSKA / D2D.PL

Redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Dołożono wszelkich starań, by odszukać właścicieli praw autorskich

fotografii i tekstów piosenek wykorzystanych w książce.

W przypadku ewentualnych niejasności wydawca zapewnia,

że prawa wszystkich właścicieli będą respektowane.

ISBN 978-83-7536-475-0

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa

tel. +48 18 351 00 70,

e­-mail: redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2012

Wydanie I

Skład wersji elektronicznej: MAGDALENA WOJTAS / VIRTUALO SP. Z O.O.

Spis treści

  Dedykacja

  Intro

  Beatnik z blokowiska Kupczino Mao gra riffy Black Sabbath A jak Akwarium Winylowy półświatek Leningradu Bananowiec Lake zostaje Świnią Nekrorealiści – filmowcy z urwanym filmem Baby w futrach spragnione punka Zoopark – ironia i blues Aluminiowe ogórki na brezentowym polu Marianna – dziewczyna z cyrku Zdać egzamin do Rock Klubu 45 to strona kasety 90

  Od Sajgonu do Kamczatki Uspokajające zamiast Afganistanu Między Bruce’em Lee i Duran Duran Czarne koszule w strefie bezatomowej Nowa estrada czy barykada? Joanna – agentka czerwonej fali Anarchia na płycie Melodii Słodkie słowo „Kamczatka” Fenomen oświetlony przez reflektor Radziecka rewolta rockowa

  Kino – projekcje na wielkich ekranach Woodstock pod okiem Dywizji Dzierżyńskiego Wytrawne wina w skażonej strefie Assa – napisy końcowe Na rękawie grupa krwi Igła – romans nad wyschniętym morzem Walka o koncerty bez krzeseł Paczka papierosów – ocean zapalniczek Czasy skór i przyciemnianych szyb Czarny album w szarym moskwiczu

  Pontony niesione falą znad Newy Hyde Park Ciepłej Rury We wszystkim pierwsi – pierwsi na dno TV Ostankino i „Non Stop” Zerowa grupa – bajan i tokarka Progres rucha progres Tajemnicze zakamarki H4/B4 Cyklodol – różowe loty Sny błędnego biorobota Newa zdechłych ryb Petersburski freak show Monthy Python po rosyjsku Coraz mniej piwnic i strychów

  Moskwa Mu Atomowe boogie z demobilu Twist festiwalowych dzieci Podwórka w cieniu wieżowców – blues menelskiej Moskwy Między urłą a sistiemą Miś olimpijski i hordy kiboli Toniki konceptualistów – punk w literackich mieszkaniach Czernienko – ostatnie drgawki betonu Eksperymenty w Rock Laboratorium Ocean Lodowaty – uzbeckie plantacje maku Jurodiwy in New York Wampiryczny doktor – saksofonista pijak – czekoladowy Puszkin Uzdrowiciel z leśnej pustelni

  Syberyjska ballada o Jegorze i Jance Kontestatorzy z nowosybirskiego kampusu Uciec z neuroleptycznego zoo Jesteśmy lodem pod nogami majora Czasy dzwoneczków Helikopter bez okien i drzwi Pójdziemy na spacer po torach Pająki w słoiku Angedonia – diagnoza braku radości Niech płynie wosk Robotnicy wojny 1993 Ze swastyką czy bez? Chwała psychonautom

  Eastern ’90 – rytmy pokolenia bez kryszy American boy – ujedu s toboj Tam Tam – by miało gdzie zagrać Sonic Youth Przyszła pora na hardkora Hotele i dziewczyny Kostii Mogiły Dyskoteki w LDM – od farcowki do didżejki Skórzane kanapy przeciw czerwonym rurom Ufoludki i kontrabasiści Kwasowe potańcówki u nowych malarzy Zgrzyty pod Piotrową Godzillą Nocne ćmy z zachodu szukają adrenaliny Król i błazen na mecie w Ermitażu Mister Maloy – Kris Kross z Proswietu Bum szakalaka! – z wokala w szakala W Stanach – Nirvana, w Rosji – Chimera Squat Bułhakowa i squat Puszkina Katiusza – ujarana stacja Maski atakują petersburskie CBGB Teledyski z MTV – Rosja poza polityką Orgazm ludzi z wodogłowiem Timur Mucurajew – gitara i kałasznikow Czołgi w Paryżu – imperium potrzebuje Pinocheta

 

  Gwiazdy prawdziwe, bo nie z fabryki gwiazd Krowostok – Moskwa z filmów Jarmuscha i Tarantino Superalisa – tatarska elektroksiężniczka Nikołaj Woronow – biała ważka na klawiaturze Casio Jura Demidowicz – króliczy omen Klimbatika – wampiry z uralskiej podstawówki KA4 – pogromca fabryki gwiazd Barto – wiwisekcja parkietów stolicy Reper Sjawa – pacany, pestki i jaguary Noggano – gangsta rosyjskiego południa

  Migawki z „zerówki” Dzieci kolorowej prasy i patriotycznego survivalu Pochuizm – cynizm – rozpiździajstwo Rosja 88 i jej geneza Antifa – zmyć hańbę z miast bohaterów Kaukaska lezginka i słowiański hard bass Gwoździe pod koła merców z migałkami Dinozaury niezgody powracają

  Trochę slangu

  Chronologia

  Bibliografia

  Źródła ilustracji wykorzystanych w kolażach

Pamięci mojej Mamy, Danki Wawiłow,

i wszystkich bohaterów tej książki,

którzy są już po drugiej stronie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes



Lata osiemdziesiąte XX wieku – sam początek. Pierwsza podróż wagonem plackartą (kuszetką bez przedziałów) do dziadka i babci w miejscowości Kropotkin, z przesiadką w Kijowie. Ekstremalnie mieszane odczucia, z nerwów temperatura 39,5 od jazgotu odkurzacza w korytarzu. Metaliczno­-synkopowe ukołysanie, wielkie oko lampy z szarego plastiku, brązowy półmrok z przeciągłym buczeniem jarzeniówki. Gumy, smary, rdza, mozaiki i witraże w zajezdni (depo), stukanie młotków, gdy zmieniają koła na szersze. Dworce­-pałace z kryształowymi żyrandolami i wielkimi rzeźbami, jazgoczące elektroniczne dźwięki z megafonów. Strach przed grubą prowadnicą (szefową wagonu) o złotych zębach i w czapce i przed rdzawymi szumiącymi kiblami „na narciarza” (z dziurą w ziemi) przeradza się w fascynację, gdy leżysz na półce kołyszącego miarowo stalowo­-drewnianego potwora, który jedzie przez niekończący się las. Jeszcze jedna gałka pod sufitem i gra Radio Majak. Dzwony i dzwonki, smyczkowe tła, natchnione głosy spikerów, postawione, wytrenowane głosy dzieci. To audycja Mała pionierska zorza z całą kolekcją przebojów wykonanych z akompaniamentem dziecięcej orkiestry symfonicznej. „Przyjaźnić się mocno i do końca, / Znać cenę wielkiej przyjaźni / Uczą w szkole, uczą w szkole, uczą w szkole”. Miks melancholijnej śpiewności i ciężkiej stali. Wszystkie elementy w wagonie układają się w dziwne stalowe twarze, czworokątne, trapezowe albo kwadratowe, z wielkimi okrągłymi oczami. Oczami radzieckiej zabawki. To było moje intro z punktu widzenia trzylatka. „Latająca huśtawka leci ponad chmury. / Tylko niebo i wiatr. / Tylko radość przed nami […]. Jeszcze jesteśmy dziećmi” (piosenka z filmu Przygody Elektronika).

Czeburaszka, Krokodyl Giena, Starucha Szapoklak i inne postacie z bajek Eduarda Uspienskiego. Wilk z Zającem, Kot Leopold. Wokół nich automaty z wodą sodową, z otworem na jedną kopiejkę i kubkiem stanowiącym mienie publiczne. Wesołe miasteczka z diabelskim młynem i gabinetem śmiechu. Stadiony, cysterny z kwasem, trolejbusy, pancerne ciężarówki. Sklepy Gastronomy z kwitkiem do kasy, przerwy obiadowe. Metro, schody w przepaść, lampy – białe patyki, pięć kopiejek, bramki z zatrzaskującymi się łapami. Elementy codzienności radzieckiej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w bajkach i kreskówkach. Już nie groźne, tylko śmieszne i groteskowe jak muzyka z Nu, pogodi! Tajemniczy klimat seansów oglądania starych diapozytywów na rozgrzanym projektorze. Bajki, filmy popularnonaukowe, biografie sławnych ludzi. Mój ulubiony film nazywał się 20 lat pod łóżkiem. Były też adaptacje literatury dziecięcej z całego świata, w tym bardzo dużo Astrid Lindgren i nawet przełożona na rosyjski Akademia Pana Kleksa. Wszystkie dzieci radzieckie wychowały się na diapozytywach, tak samo jak na kultowej płycie, bajce muzycznej Muzykanci z Bremy. Przygody psa, kota, osła i koguta są oprawione bigbitem i twistem, a główną rolę odtwarza Muslim Magomajew – radziecki Frank Sinatra, pochodzący z azerbejdżańskiego Baku. Jeszcze filmy muzyczne na podstawie Mary Poppins, Sherlocka Holmesa, Trzech muszkieterów. Kult aktora Michaiła Bojarskiego, w kapeluszu, z szarmanckim wąsem, zawsze ubranego w czerń. W czasie wolnym od telewizora dziecięce zabawy w altankach biesiadkach, pełnych plotkujących babuszek, rajdy wielkimi samochodzikami na pedały wokół piaskownic pod drewnianymi, czerwonymi muchomorami w kropki. Romantyczne wieczorne spacery po niekończących się wertepach. „Słyszę głos z Przepięknej Dali, / Woła mnie w cudowne kraje. / Słyszę głos, który pyta mnie surowo, / Co zrobiłem dziś dla mego jutra? / Obiecuję, że będę lepszy i czystszy / I nie porzucę przyjaciela w nieszczęściu. / Słyszę głos i jak najszybciej pędzę / Po drodze, na której nie zostawię śladów. / O, Przepiękna Dali, / Nie bądź dla mnie taka okrutna. / Od czystego źródła do Przepięknej Dali, / Do Przepięknej Dali rozpoczynam lot”. Tytułowa piosenka z kultowego filmu science fiction dla dzieci Goście z przyszłości (na podstawie opowiadania Kira Bułyczowa) grała w sercu całego pokolenia. W Alisie Sielezniowej, tajemniczej przybyszce z przyszłości, i w jej nieziemskich niebieskich oczach byli zakochani wszyscy chłopcy z podstawówki.

Z tęsknoty za dzieciństwem wyłania się fragment rzeczywistości radziec­kiej. Jest on subiektywny i w stu procentach prawdziwy. Tak samo jak inne równoległe rzeczywistości ZSRR lat osiemdziesiątych, brutalne i pełne beznadziei. Geriatryczni generalni sekretarze, pijący menele, „niewygodni” pacjenci szpitali­ psychuszek i więźniowie w zonie, generałowie i zwykli chłopcy z poboru, inwalidzi afgańskiej masakry. Głośny film Aleksieja Bałabanowa Ładunek 200 pokazuje między innymi ludzkie szczątki wracające seriami z Afganistanu (to one są tytułowym ładunkiem) i funkcjonariusza, przy którym Hannibal Lecter z Milczenia owiec jest wzorem łagodności. Gwałty i morderstwa w samogonowej mgle są finałem abstrakcyjnych rozważań o duszy, a wszystko to dzieje się w drewnianej chatce, w nocnym lesie. Nagromadzenie horroru w filmie miało być odtrutką na bezrefleksyjną nostalgię za ZSRR i wywołało przed pięcioma laty dyskusję, który obraz początku lat osiemdziesiątych jest prawdziwy, a który nie. A prawdziwe są wszystkie. Nikomu po prostu nie udaje się pozbierać wszystkiego do kupy. Nie sposób pojąć tych kontrastów. Dlatego właśnie najwięcej o Rosji można się dowiedzieć z tekstów piosenek.

My jesteśmy ziarna grochu wyhodowane w gorzkiej glebie. / Wrzucono nas tu razem, można częstować się i jeść. / Ale, drogie dzieci, wiedzcie o tym, że / Hoduje się nas i suszy nie tylko po to, by zjeść. / Zrobili z nas twardą zmianę, którą można rzucić w ścianę. / Gotowali długo w zupie, zjedli nas – jesteśmy trupy. / Kto powiedział, że walenie głową w ścianę nie ma sensu? / Łup! Wylazły oczy z orbit! Łby się robią jak z kamienia! / Tak powstaną z ziaren kule, z kul powstaną odważniki. / Rozbijemy wszystkie ściany tym zestawem perkusyjnym (NAUTILUS POMPILIUS).

Abchazja – kilka kadrów z zaginionego raju, na dziesięć lat przed apokalipsą bombardowań i czystek etnicznych. Morze Czarne, miasteczko Picunda, aleja Cyprysowa i stołówka, gdzie Abchazi i Gruzini siedzieli jeszcze razem przy winie i improwizowali, śpiewając na parę głosów. Leniwe psy, zmieszane z szakalami, arbuzy, czerwone robale czurczcheły i placki chaczapuri. Grecka świątynia i puszcza sosnowa z okresu trzeciorzędu, a każda sosna o wysokości kilkunastopiętrowego bloku. Abchazja ma też własnego yeti, zwanego Ałmastym, a wszystkie rzeczowniki po abchasku zaczynają się na literę „a”. Na dzikiej plaży płot z żelaznych prętów, non stop wyginanych w celu przedostania się na teren kurortu. Po drugiej stronie płotu tonące w morzu sosen bloki, a wśród nich kina pod gołym niebem, obsypane przeżutymi pestkami słonecznika przez siedzących na drzewach małych opalonych łobuzów – darmowych widzów. Na ekranie indyjskie musicale z lat pięćdziesiątych, z amantem Radżem Kapurem w roli głównej. W sali koncertowej koncerty symfoniczne i występy ludowe zespołów z całego Kaukazu. I wreszcie moje ulubione miejsce – salon gier. Radzieckie flippery i gry, na przykład Safari lub Morski bój, z grafiką wzorowaną na ośmiobitowych grach Atari i Commodore. Na końcu promenady tancpłoszczadka, czyli dansing. Zespół panów z plerezkami gra estradowe hity obecnego lata na zawieszonych na szyjach keyboardach i elektronicznej sześciokątnej perkusji. Przeboje takie jak ten: „Jabłka na śniegu / Różowe na białym. / Co mogę z nimi zrobić. / Z jabłkami na śniegu. / Jabłka na śniegu. / Widzisz, jak zamarzają. / Ogrzej je swymi łzami. / Ja już nie zdołam, nie”. Stojąc za płotem, można pooglądać sobie umalowane paniusie z torebkami, podrygujące z pijanymi wąsatymi dziadami, a potem wrócić do dzikiej części Picundy, w której grube łaciate świnie wyżerają śmieci z koszów i wywracają je z hukiem na jezdnię.



I powrót do północnej strefy geograficznej. Malinowo­-fioletowa zorza, poprzewracane brzózki bez gałęzi. Niebieski betonowy mur, benzynowe kałuże, garaże po horyzont. Kwadratowe pismo na cysternach: litery, cyfry, skróty. „Polonez”, pociąg Moskwa–Warszawa, kuszetka z umywalką w przedziale, pomalowaną na kolor ciemnej boazerii. Wszystkie przedziały wypchane po sufit telewizorami firmy Rubin i samochodzikami na pedały. „Nie wieziecie państwo żadnego telewizora? Jak to, dlaczego?” – wąsaty sąsiad z przedziału obok jest wyraźnie zdziwiony. Rubin był generatorem fioletowo­-zielonkawych zórz. Kropek, kresek i esów­-floresów w różnorakich konfiguracjach. Elektroindustrialne, zdeformowane zwierciadełko późnego ZSRR. Ja za to wiozę do Warszawy swój pierwszy prawdziwy syntezator z moskiewskiego uniwiermagu Świat Dziecka – zaczarowane skrzeczące pudełko z trzema kwadratowymi przyciskami i jednym potencjometrem. Z takim syntezatorem i telewizorem można było zrobić inscenizację którejś ze straszyłek lub podkład do wierszyków katastroficznych. „Dzieci w piwnicy bawiły się w gestapo. / Bestialsko zarżnięty hydraulik Potapow”. „Mały chłopczyk bawił się w wykopie, / Z tyłu podjechała wielka betoniara. / Nie było słychać żadnego jęku, / Tylko biała panamka wystaje z cementu”. „Daj cukierka – prosiła dziewczynka tatę. / Tata powiedział – włóż paluszek do kontaktu. / Szybko zwęgliły się cieniutkie kości, / Długo się śmiali z żartu goście”. Rymowane straszyłki, opowiadane przez dzieci na dobranoc, były horrorem­-folklorem obozów pionierskich. Podobnie jak bajki o czerwonym sztandarze, który wysysał krew z kolejnych dyrektorów obozu, o trumnie na kółkach, „która znalazła już adres twojego domu”, albo o czarnej ręce wlatującej przez okno i duszącej ludzi.

 

Przeboje estrady radzieckiej w głośniczkach w pociągu. Italo disco, a wcześniej włoska estrada z San Remo. Toto Cutugno i Adriano Celentano. Joe Dassin i Demis Roussos. Ich piosenki było słychać w barach i restauracjach zamiast anglosaskiego popu i rocka. Grały też zespoły profesjonalne WIA (Wokalno­-Instrumentalne Ansamble, z pozwoleniem na granie), później oficjalnie pojawił się rock symfoniczny i rock­-opera. Składanki były kompilowane na szpulowcach, na taśmach zwanych bobinami. Film Ładunek 200 pokazuje jedną z takich dyskotek – w opuszczonej cerkwi przeznaczonej na magazyn. Zazwyczaj dyskoteki odbywały się na obozach pionierskich i w regionalnych domach kultury. Dyskdżokej miał opracowaną technikę puszczania z dwóch szpulowców, bez miksera. To właśnie na bobinowym składaku u siostry ciotecznej po raz pierwszy usłyszałem elektroniczny przebój grupy FORUM Biała noc, który brzmiał dla mnie jak KOMBI. FORUM miało progresywne brzmienie i fryzury w stylu new romantic, choć było częścią estrady oficjalnej. Na Festiwalu Piesnia i w Jurmale, kurorcie łotewskim, królowali: nieśmiertelna domina Ałła Pugaczowa, gejowaty Walerij Leontiew z fryzurą afro, perwersyjny wąsacz Igor Nikołajew oraz młody przystojniaczek Igor Skliar. Kompozytorem estradowym numer jeden był Łotysz Raimond Pauls. Teksty profesjonalnych autorów były pełne metafor przyrodniczych i słodko­-gorzkiego, pseudoegzystencjalnego kiczu. Jesień jak dusza, miłość jak róża, opadające liście jak rozstanie, życie jak przelotny wiatr i tak dalej. Zdarzały się też ironiczne teksty obyczajowe: „Nie martw się, ciociu, / wujek jest w pracy, a nie z jakąś panią w kinie” albo takie jak ten: „Wot bilet na balet, / na tramwaj bileta niet”. Brzmienia były przaśne, lecz nie zawsze. Bujający funk, grany na brutalnych basach radzieckich syntezatorów, pomieszany z ludową nutą króluje dziś na nowo w dyskotekach retro. Najbardziej jednak zwracały uwagę elementy wizualne – migoczące podświetlane schody, dym po pas, ekstremalnie tapirowane fryzury i specyficzne efekty specjalne w teledyskach. Jeden z odcinków Nu, pogodi! bardzo śmiesznie ukazuje radziecki estradowy glamour. Ponury Hipopotam oświetleniowiec przesuwa wajchę i włącza schody elektryczne, Wilk wdmuchuje do studia dym z biełomora, a chowający się przed nim Zając nakłada perukę w lokach i śpiewa z playbacku, udając Ałłę.

Fudżijama śpi wśród szkarłatnych chmur. / Nad ziemią promień słońca zgasł. / Wśród ciszy dźwięki Mu od krów, / To pastuch wyprowadził je na stok. / W głębi duszy jest awangardzistą, / Tańczy sobie agrotwista, / A księżyc jak głupia ryba gapi się w pole, / A Matka Ziemia woła poprzez noc, / Słyszysz, kochanie, wołają nas! Bonzai! / Słyszysz, kochanie – nazywamy się Bonzai! (AUKCJON).

Рок, czyli rock. To słowo coraz częściej pojawia się w prasie. Najpierw tylko w pamfletach, lecz czasy nieubłaganie się zmieniają. Osiemdziesiąty piąty, szósty, początki pierestrojki. Firma Melodia rozpoczyna reedycje zachodnich płyt rockowych. W społeczeństwie poruszenie – co to za jakaś nowa fala, heavy metal, breakdance…? Wbrew pozorom radziecka kontrkultura ma bardzo bogatą historię. Jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych pojawili się, tępieni przez brygady komsomolskie, stiladzy. Bikiniarze, którzy jako pierwsi w Związku Radzieckim chcieli wyglądać i żyć kolorowo. Jazz i twist były względnie tolerowane, a ten ostatni przeżył w latach sześćdziesiątych niespotykany boom. Bigbit brzmiał w ścieżkach dźwiękowych kreskówek dla dzieci, a patetyczny rock hipisowski tkwił w ukryciu. W latach osiemdziesiątych historia radzieckiej muzyki rockowej nabrała rozpędu. W mieszkaniach odbywały się nielegalne akustyczne koncerty – kwartirniki. W Leningradzkim Rock Klubie „amatorskie” zespoły mogły grać i występować, co prawda, pod bacznym okiem organów. Powstawały rockowe ziny – samizdaty, takie jak „Rio”, „Roxy” i „Urlajt”. Początki punka i nowej fali w Leningradzie to uliczne skandale i wygłupy urządzane przez grupę świrów, słuchających BLACK SABBATH i nazywających siebie beatnikami. Inscenizowali oni zrzucanie manekinów z wiaduktów, malowali się jak stare baby lub łazili po zaśnieżonym osiedlu na golasa, prowokując zdezorientowanych i ogłupiałych milicjantów. W tym środowisku powstał pierwszy zespół punkowy AU, a później KINO – najważniejszy zespół rosyjskiego rocka. Tymczasem w Moskwie działały awangardowe ZWUKI MU ze znanym dziś aktorem Piotrem Mamonowem, a konceptualiści z DK (skrót od Dziewczęcy Kał), eksperymentujący z industrialnymi szumami i nawet operą, nagrali około pięćdziesięciu albumów. Każdy miał w Rosji mniejsze lub większe problemy z powodu uprawiania undergroundowej sztuki. Niektórzy, wzywani przez KGB na dywanik, dostawali takie druki do podpisu: „Zobowiązuję się nigdy nie wymyślać i nie wykonywać swoich utworów, a także przeciwdziałać rozprzestrzenianiu uprzednio wymyślonych”. Nową kulturę beton tępił najsilniej w regionach. Klaustrofobiczne, depresyjne motywy w muzyce wielu kapel, poprzetykane akordami akustycznych gitar, schizofreniczne generatory i quasi­-więzienne ballady – to nie wzięło się znikąd. Radziecka kontrkultura była bogata w brutalne doświadczenia z psychuszki i zony. Dla porównania weterani undergroundu PRL, z całym szacunkiem, ryzykowali nieporównywalnie mniej. Nikogo w Polsce lat osiemdziesiątych nie osadzano za twórczość w psychiatryku i nie faszerowano chemią tak jak Jegora Letowa z syberyjskiej punkowej GRAŻDANSKIEJ OBORONY.

Upaćkana gniewem, obsypana tynkiem, / Zła ciemność zamilkła w rękawie. / Naprężył się muskuł. Osłabło tętno. / Nacisnął się przycisk. Wyciekł mózg. / A tym, co nigdy nie widzieli, zakryjcie oczy obojętną dłonią. / Nikt nie chciał umierać. Nikt nie chciał umierać. / Lecz nikt nie mógł wybierać (GRAŻDANSKAJA OBORONA).

Wraz z nastaniem pierestrojki coraz więcej można się dowiedzieć z telewizji. Rekordy oglądalności bije program Wzgliad. Białe plamy, represje, epoka zastoju, beton – te słowa słychać najczęściej. Można obejrzeć ukrywane wcześniej informacje na temat Czarnobyla, zobaczyć lądowanie awionetki Mathiasa Rusta na placu Czerwonym, posłuchać dyskusji na temat sensu „spełniania internacjonalistycznego obowiązku” w Afganistanie. Syberyjski rodzinny jazzband SIEDMIU SYMEONÓW i jego nieudana próba porwania samolotu do Izraela, zakończona krwawą łaźnią. Sprawa litewskiego dezertera, który w amoku rozstrzelał kolegów z koszar – pierwsze informacje o wojskowej fali. Wywiad z Mowglim z Tadżykistanu, ledwo mówiącym pięćdziesięciolatkiem, byłym pacjentem psychuszki, który do dziesiątego roku życia wychowywał się w lesie ze stadem wilków. Informacje o partyjnych kacykach z Azji Środkowej, dorabiających się na handlu heroiną i utrzymujących swoje lokalne mafie. To wszystko było poprzetykane pierwszymi rockowymi teledyskami. Pierwsze wizyty podziemnych zepołów w telewizyjnym show pod tytułem Muzyczny ring. Jeden z dialogów uczestniczących w programie nauczycielek po paralityczno­-trupim performance grupy ZWUKI MU: „Powinno się ich zamknąć w szpitalu!” – „Nieprawda! Ten występ był metaforą bolących problemów społeczeństwa, takich jak debilne dzieci z rodzin alkoholików”. Do kin przychodzą tłumy – rozliczająca się ze stalinizmem Pokuta Tengiza Abuładzego albo Mała Wiera z pierwszą śmiałą sceną erotyczną. Wreszcie film Assa i tłumy czekające na scenę finałową, w której Wiktor Coj z grupy KINO śpiewa piosenkę Chcemy zmian:

Światło elektryczne przedłuża nasz dzień i pudełko zapałek już puste, / Ale w kuchni gaz płonie jak niebieski kwiat, / Papierosy w dłoniach, herbata na stole – to łatwy schemat. / I nic więcej nie ma, bo wszystko jest w nas. / Zmian żądają nasze serca […]. / Nie możemy pochwalić się mądrością oczu / I ładnymi gestami rąk. / Nie potrzebujemy tego, by się zrozumieć. / Papierosy w dłoniach, herbata na stole. / Tak zamyka się krąg. / I nagle boimy się zmieniać cokolwiek. / Zmian żądają nasze serca.

Teksty zespołu KINO były jak japoński rysunek. Proste jak słońce, lecz jednocześnie wielowymiarowe. „Natchniony język bardów brzmi już w naszych czasach fałszywie” – mówił Coj. Tradycja literacka w Rosji jest na tyle silna, że wpływa na wszystkie dziedziny sztuki, nawet na folklor najgłębszych nizin. Metafory i przenośnie mieszają się tu z ostrym konkretem, a kwieciste słowa i czułe zdrobnienia z głębokim jak ocean i bardzo obrazowym językiem rynsztokowym. Jednocześnie po rosyjsku można zawrzeć maksimum treści w zaledwie kilku słowach i powszechne są skróty, dlatego teksty piosenek łatwiej tłumaczy się na angielski niż na polski.

Euforia pierestrojki wymyka się spod kontroli.

Ludzie, którym wierzyliśmy, już odeszli […]. / W skacowany poranek podpierająca płot gitwa / Tatuuje sobie kolką na piersi / Przeczucia wojny domowej

– śpiewa Jurij Szewczuk z grupy DDT.

Rockowa fala przenosi się na stadiony, po czym ustępuje miejsca Biełym rozom. Wkrótce początek czarnej serii: ikony rosyjskiego undergroundu giną i umierają niczym amerykańskie pokolenie lat sześćdziesiątych. Fatalne prognozy zaczynają się spełniać. Na terytorium ZSRR trwa już około pięciu konfliktów zbrojnych. Nad pustymi półkami w halach targowych latają gołębie. Alkoholizm, gangsterka, dziwne sekty, telewizja opętana przez uzdrowicieli­-szarlatanów. Gorbaczow przyjmuje na Kremlu SCORPIONSÓW, gwiżdżących melodię hymnu pierestrojki Wind of change, i nie zauważa, że jego współpracownicy z Politbiura kopią pod nim dołki. Pewnego dnia we wszystkich programach telewizyjnych od rana leci zapętlone Jezioro łabędzie z Teatru Bolszoj, a na wielopasmowe moskiewskie ulice wyjeżdżają czołgi i wozy opancerzone. Wkrótce po puczu w 1991 roku mój czerwony paszport staje się egzotycznym gadżetem, a ja otrzymuję w Polsce status bezpaństwowca. Ładna nazwa, pomijając to, że z takim dokumentem nie można nigdzie wyjeżdżać.

W Rosji lat dziewięćdziesiątych wszystkie chwyty były dozwolone i wszystko dało się załatwić. Dzięki specjalnym pieczątkom AB dwa razy odwiedziłem Petersburg czasów easternu, w którym kwitł underground naznaczony piętnem autodestrukcji. Squat na Puszkińskiej, klub Tam Tam, kwasowo­-dadaistyczny raper Mister Maloy, hardcore’owa CHIMERA natchniona klimatem skandynawskiej północy… Niewielu bohaterów tych wesołych i strasznych czasów żyje do dziś. Głównym tematem były wtedy substancje, takie jak cyklodol, PCP lub wint. Do historii przeszedł moskiewski koncert PRODIGY na placu Czerwonym w 1997 roku. W historii tego miejsca żadna defilada nie zebrała tylu tysięcy osób. Na potęgę naćpanych i chóralnie wrzeszczących pod murami Kremla razem z wokalistą Keithem Flintem: „Fuck them and their law!” („Jebać ich i ich prawo!”). Lata dziewięćdziesiąte to kadry z chorego filmu. Kartony z żółwiami przemycanymi przez granicę, krokodyle w basenach w podmoskiewskich posiadłościach. Marmurowe pomniki gangsterów na cmentarzach, trzymających kluczyki od bmw. Bluzgi zamiast komunikatów przez megafony na dworcach kolejowych. Ekipa bezdomnych dzieci biegających między dwoma kantorami, bo w jednym z nich jest lepszy kurs dolara. Wśród nich dziewczynka w dresie, paląca szluga za szlugiem. Na głowie wielkie białe kokardy – takie same, jakie noszono w szkołach w prehistorycznych czasach Kraju Rad.

° ° °

Mija kolejne dziesięciolecie.

Kiedy na YouTubie pojawiła się drum’n’bassowa przeróbka ulubionego przeboju radzieckich dzieci z lat osiemdziesiątych o przepięknej dali z filmu Goście z przyszłości, posypała się lawina komentarzy z całego świata od byłych obywateli Kraju Rad. W klipie samotny czteroletni chłopiec z balonem w kształcie serca jedzie obskurnym tramwajem do zajezdni. Wysiada niechcący na jednym z przystanków. Stoi, kiwając się na wąskiej wysepce pośrodku autostrady. Suną po niej ciężarówki transportujące nowe lśniące samochody wprost z taśmy, pędzą ochlapane błotem TIR­-y. Balonik wymyka się chłopcu z rąk, leci ponad blokami i znika za horyzontem. „Do przepięknej dali rozpoczynam lot”. Forumowicze z USA, Gruzji, Kirgistanu, Estonii, Izraela, niektórzy nawet z Ameryki Południowej i Australii piszą: „Jak to obejrzałem, to płakałem. To była moja ojczyzna, to były moje piosenki”. „Wtedy uczono nas, że najważniejsza jest przyjaźń, nie pieniądze”. „Nacjonalistyczna, korporacyjno­-kapitalistyczna Federacja Rosyjska to już nie mój kraj”. „Wtedy nieważne było, kto jest jakiej narodowości”. „Miałam przyjaciół z Kuby, Wietnamu i Mozambiku, z którymi korespondowałam”. „Małe dzieci uczyły się prowadzić pociągi i konstruować radia”. „Był w nas entuzjazm”. „Chłopcy w szkole przyjaźnili się z dziewczynkami bez podtekstów, romantycznie. Chodziliśmy po drzewach, biegaliśmy po wertepach, wokół nas była przestrzeń”. Idealizm i tęsknota za dzieciństwem? Nie tylko. Imperialistyczne reminiscencje? Zupełnie nie w tę stronę. Nie chodzi o żadną politykę. Chodzi po prostu o to, że zwykły, pojedynczy homo sovieticus, od dwudziestu lat utożsamiany ze wszystkim, co najgorsze w historii ludzkiej cywilizacji, chce wreszcie podnieść głowę. Chce przestać się wstydzić własnej tożsamości. Tego, co było dla niego wtedy ważne, i tego, czego tak dziś mu brakuje.