Szatan i spółkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Szatan i spółka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

Rozdział pierwszy, w którym poznajemy głównego bohatera, a on straszy i bierze wszystko na siebie

Rozdział drugi, w którym poznajemy bliżej główną bohaterkę, a ona energicznie wchodzi w konflikt z globalną korporacją

Rozdział trzeci, w którym resocjalizacja Bryły czyni zdumiewające postępy

Rozdział czwarty, w którym powstaje projekt znacznie większej afery i pojawia się pytanie, czy żywy człowiek może być wirusem komputerowym

Rozdział piąty, w którym Ewa uczy się być żywym wirusem komputerowym, zostaje odnaleziony pierwszy trop, po czym sytuacja dramatycznie się komplikuje

Rozdział szósty, w którym odbywa się wielkie polowanie w wirtualnej dżungli

Rozdział siódmy, w którym odkrywamy wyspę biurowych robinsonów

Rozdział ósmy, w którym pojawiają się: dziwne słowo, stworzona na poczekaniu legenda miejska oraz nagłe komplikacje

Rozdział dziewiąty, w którym robi się dzikie zamieszanie z kropidłem w roli głównej

Rozdział dziesiąty, w którym spiskowcy starają się rozszyfrować tajemnicze słowo WARLET, po czym sytuacja znów wymyka się spod kontroli

Rozdział jedenasty, w którym nic nie jest tym, czym się wydaje

Rozdział dwunasty, w którym firma SZATAN i SPÓŁKA nawiązuje pierwsze kontakty biznesowe, ale omal nie zaczyna od katastrofy i wywołuje karambol

Rozdział trzynasty, w którym najwyraźniej ktoś zwariował, ale do ustalenia pozostaje, kto i dlaczego

Rozdział czternasty, w którym pytanie, czym są wirtualne termity, nabiera coraz większej wagi

Rozdział piętnasty, w którym sytuacja znów się komplikuje, a żarty zdecydowanie kończą

Rozdział szesnasty, w którym nasi bohaterowie stawiają wszystko na jedną kartę, a właściwie na jajo...

Rozdział siedemnasty, w którym nadchodzi decydujący moment, a nawet kilka takich momentów, jeden po drugim

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Rozdział pierwszy,

w którym poznajemy głównego bohatera, a on straszy i bierze wszystko na siebie.

Adaś Cisowski zdaniem kolegów ze szkoły był postacią z filmu szpiegowskiego. Jeszcze w jego podstawówce istniała popularna teoria, jakoby tuż przed premierą Małych agentów odkleił się od taśmy i zamiast do kin całego świata z sobie tylko znanych powodów trafił do warszawskiego gimnazjum imienia Bohaterów Września, do klasy II b. Niektórzy żałowali, że niezwykłe gadżety stanowiące wyposażenie tajnego agenta musiały pozostać w hollywoodzkim śnie, ale najważniejszy z nich, czyli własną głowę, Adaś szczęśliwie zabrał ze sobą do rzeczywistości przyziemnej. Jego największą pasją była informatyka, ale komputerem, na którym rozgrywał swoje hakerskie gry – cały świat. Ogólnie przyjęty podział na realność i wirtualność uważał za nieaktualny i przereklamowany.

Szalone pomysły Adasia brały się przede wszystkim z bystrej i uważnej obserwacji otoczenia. Na przykład ta historia z bezgłowym duchem w szkolnej piwnicy... W piwnicach, jak wiadomo, bywa ciemno, a w miejscach źle oświetlonych wzrok płata nieliche figle. Odkrył to już w średniowieczu polski uczony Witelon, który w swym dziele Optyka opisał niezwykły przypadek rycerza Kota. Ów mąż szlachetny pewnego razu wybrał się szarym świtem na polowanie i zobaczył wilka ogromnego jak najwyższe drzewa. Wzięło się to stąd, że w gęstym porannym półmroku nie można było dokładnie ocenić odległości i wilk sunący na tle odległego lasu wydawał się bardzo wysoki. Cała świta uciekła w dzikim popłochu, sam zaś pan Kot, będąc, bądź co bądź, rycerzem, odważnie wytrwał na posterunku, zdecydowany stawić czoła olbrzymiej bestii... aczkolwiek stał na miękkich kolanach i „w wielkim strachu”, jak uczciwie przyznał. Wytrzymał jednak dość długo, by zobaczyć, że wilk, podchodząc bliżej, zaczyna maleć, a na koniec powraca do naturalnych rozmiarów. Rycerz Kot opowiedział o tym zdarzeniu znajomemu mnichowi, którym okazał się magister Witelon, nauczyciel w szkole klasztornej w Legnicy, i tak historia owa została zapisana i dotrwała do naszych czasów. Zauważmy jednak, że gdyby rycerz Kot haniebnie dał drapaka razem z resztą towarzystwa, zamiast naukowej rozprawy o złudzeniach optycznych mielibyśmy straszliwą legendę o wilkach-potworach pożerających niewinne dziewice (oraz inne cielątka). Strach ma wielkie oczy, ale czasem wystarczy chwilę zaczekać z ucieczką, aby sprawy odzyskały właściwe proporcje...

Kiedy więc w szkolnej piwnicy zepsuła się żarówka, Adaś zaobserwował podobny fenomen. Otóż w piwnicznym korytarzu pojawiła się niezwykła smuga cienia. Każdy, kto przez nią przechodził, tracił na chwilę głowę, ta bowiem znajdowała się wówczas w trochę ciemniejszym miejscu niż reszta ciała, tak że oko ludzkie przestawało ją dostrzegać. Reszta ciała zdekapitowanego przez złudzenie optyczne też rysowała się zdecydowanie widmowo... Oczywiście wystarczyło, aby „ścięty duch” postąpił pół kroku w przód albo w tył i głowa zaraz się odnajdywała, a upiór zmieniał się w bezczelnie roześmianego gimnazjalistę. Gdyby jednak do kompletu dodać efekty akustyczne w postaci szczękania zardzewiałym łańcuchem gdzieś w ciemnościach, a przewidzianego do nastraszenia delikwenta zawczasu odpowiednio przygotować psychicznie, rezultat przerósłby dzieła Stephena Kinga.

Wobec takiego odkrycia o dotychczasowych grzecznych rozrywkach nastolatków natychmiast zapomniano. Adaś i jego paczka niezwłocznie podzielili się zadaniami i ustalili, w którym dokładnie miejscu powinna stanąć bezgłowa zjawa, gdzie jej pomocnik z łańcuchem oraz ofiara. Po czym szajka zabrała się do wyrównywania rachunków z osiłkami słynącymi z gnębienia młodszych kolegów.

Na pierwszy ogień poszedł niejaki Micha, czyli drugoroczny Michalski z II a. Urobiony wcześniej opowieścią, że w piwnicy „coś straszy”, i doprowadzony na miejsce, zwiewał tak, że w drodze powrotnej zapomniał użyć klamki i nabił sobie o drzwi trzecie oko na czole. Ma się rozumieć, sine. Tak go przy tym oświeciło, że przestał zaczepiać pierwszaków i zajął się pisaniem mrocznych wierszy w stylu emo. Doceniono je potem w kilku konkursach poetyckich zorganizowanych przez podwarszawskie gminy.

Po tak spektakularnym sukcesie Adaś postanowił, że teraz nastraszą niejakiego Bryłowicza z III b, zwanego pospolicie Bryłą. Już sam ten pomysł w gronie samozwańczych duchów wzbudził szczerą grozę. Bryła był postrachem szkoły, bali się go wszyscy, nawet nauczyciele. Pochodził z rodziny patologicznej od pokoleń, a każdy, kto mu podpadł, musiał płacić tygodniowy haracz, by zachować całą skórę.

Samo to, żeby w ogóle podejść do Bryły i do niego zagadać, wydawało się akcją w stylu kamikadze. Nikt z grona spiskowców się na to nie odważył, więc za radą Adasia podrzucono Bryle liścik, niby od nieśmiałej wielbicielki proponującej mu randkę w piwnicy. Aby wzbudzić w ofierze metafizyczny niepokój, list ów napisano na skrawku starego, pożółkłego papieru, który Adaś wyszukał w szpargałach swojego pradziadka Adama. Treść nagryzmolili znalezionym w parku wronim piórem i rozwodnionym keczupem, by atrament wyglądał jak krew. Litery wyszły tak koślawo, że całość wyglądała jak najprawdziwszy list z zaświatów spisany w mrocznej krypcie, na wieku spróchniałej trumny, gnijącą ręką martwej narzeczonej.

 

Bryła ze swej bulwiasto-kartoflanej natury był zbyt tępy, aby takie subtelności dostrzec i zrozumieć, ale przecież jakiś niejasny, zabobonny lęk zdołał się do jego dresiarskiej duszy przebić. Obserwowany przez spiskowców z bezpiecznej odległości, oglądał pismo długo i podejrzliwie. Chyba nawet uruchomił przy tym jakieś procesy myślowe w partiach mózgu znajdujących się powyżej uszu, bo wyraźnie poczerwieniał z wysiłku. W końcu zmiął list, wyrzucił do kosza, a następnie z zaciętą miną, niczym mroczne fatum, zstąpił do piwnicy...

Oglądać lub czytać horrory to jedno, ale osobiście znaleźć się w scenie jak z powieści grozy, to doprawdy przeżycie niezapomniane. Czesiek Zalewski z nerwów zapomniał szczękać swoim łańcuchem, Adasiowi spociły się dłonie, reszta kolegów wręcz zapomniała oddychać.

Wszyscy wsłuchiwali się w odgłos ciężkich kroków na schodach – stopień po stopniu, coraz głośniejszych... Chwilę potem w głębi piwnicznego korytarza zamajaczyła sylwetka zbliżającego się Bryły. Gdyby nie zdołali go nabrać, rozjuszony osiłek ścigający po ciemnych zakamarkach przerażonych drugoklasistów sam jawiłby się wilkołakiem, wampirem i potworem Frankensteina w jednym. Po prostu dramat i trwoga!

Kto tutaj kogo bał się bardziej, to doprawdy szekspirowskie pytanie! Decydujące, jak w przypadku rycerza Kota, było jednak, komu pierwszemu zabraknie odwagi.

Na widok cienia dziewczyny bez głowy Bryła stanął jak wryty. Wręcz skamieniał. Gdyby postąpił jeszcze dwa kroki bliżej, złudzenie optyczne przestałoby działać, ale on nie był w stanie się ruszyć choćby o centymetr.

– Przyszłam po ciebie... – wyszeptała widmowa zjawa uroczystym pogrzebowym tonem i powoli wyciągnęła ku niemu rękę. Skinęła, wzywając go do siebie.

Bryła wydał bardzo dziwny dźwięk. Było to coś pomiędzy piskiem zagryzanej przez kota myszy a pomrukami towarzyszącymi niestrawności. Mówiąc wprost, Bryłowicz dał głos jednocześnie z obu końców.

– Chodź ze mną... – powiedziała bezgłowa dziewczyna, głosem dobywającym się z mrocznej pustki.

Pod Bryłą ugięły się kolana. Zatoczył się, oparł ręką o ścianę, namacał włącznik światła, ale ponieważ żarówka była przepalona, desperackie pstrykanie nic nie dało. Jedynie wzmogło ogólny nastrój daremności i zatracenia w otchłani lęku.

Czesiek Zalewski wziął się wreszcie w garść i zaszczękał łańcuchem. Nieżyczliwi złośliwcy utrzymywali potem, że to nie był łańcuch, tylko jego zęby, ale tak czy owak, stanął na wysokości zadania.

– Jesteś mój... – Upiorzyca wyciągnęła przed siebie obie ręce. – Pójdź w me ramiona...

Bryła konwulsyjnie szarpnął się do tyłu i rzucił do rozpaczliwej ucieczki. On, postrach gimnazjum, okazał się większym tchórzem od najbardziej tchórzliwej ze swoich ofiar i uciekł z piwnicy z obłędem, który w oczach się nie mieści, jak pisał poeta. Wprawdzie głowy o drzwi sobie nie rozbił jak jego poprzednik, ale w zamian stało się coś o wiele gorszego i bardziej kompromitującego, o czym powiemy za chwilę.

– I jak wypadłam? – zapytała Ewka Olszowska, wychodząc ze smugi cienia i odzyskując głowę.

Adaś musiał najpierw odkaszlnąć, przełknąć ślinę i wziąć głęboki wdech, zanim zdołał powiedzieć, że świetnie.

– I nic się nie bałaś?! – zapytał Czesiek głosem drżącym jak łańcuch w jego rękach.

– A niby czego miałam się bać? – zdziwiła się Ewa. – Przecież byście mnie obronili jakby co, prawda?

Chłopcom najpierw mocno wydłużyły się miny, ale zaraz potem skwapliwie, jeden przez drugiego, zaczęli zapewniać, że tak, że oczywiście, no ma się rozumieć! Trochę przy tym musieli przekonywać samych siebie, choć przecież koleżanki z klasy na pastwę mrocznego losu nigdy by nie zostawili. A już zwłaszcza Ewki – tej najładniejszej.

Przyszła pora wyjaśnić, skąd w tym spisku wzięła się dziewczyna. Z głupiego pomysłu, mówiąc krótko, jak wiele genialnych idei na tym dziwnym świecie. Otóż po udanej akcji z drugorocznym Michalskim kompani Adasia uznali, że teraz kolej nastraszyć koleżanki. Nie było to ani rycerskie, ani mądre, ale w ostatecznym rachunku bardzo pouczające.

Na pierwszy ogień poszła Ewka, chyba właśnie dlatego, że najładniejsza. Przygotowania poszły sprawnie, tylko że wszystko skończyło się kompletnym niewypałem. Ewa nie przestraszyła się ani trochę. Zaprowadzona na miejsce kaźni, przyjrzała się z ciekawością bezgłowemu Adasiowi, po czym zaczęła bić mu brawo.

– Ale fajnie, chłopaki! – zawołała. – Jak na to wpadliście? Może się zamienimy? Mogę teraz ja być duchem?

Dlaczego Ewa się nie przestraszyła? To pytanie nurtowało Adasia tak bardzo, że wieczorem postanowił zapytać o zdanie pradziadka-imiennika. W rodzinie mawiano, że wraz z imieniem chłopak odziedziczył wszystkie talenty czcigodnego przodka. Pan Adam skończył już dziewięćdziesiąt trzy lata, ale bynajmniej nie żegnał się z tym światem. Ubrana na czarno anorektyczka z kosą wyraźnie wolała z nim nie zadzierać. Ich wzajemne stosunki to temat na osobną historię, którą pominiemy, aby nie komplikować tej opowieści. Dość rzec, że pradziadek Adam w głębi duszy pozostał nastolatkiem, żwawością ciała i umysłu budząc podziw kolejnych pokoleń gerontologów – rosnący w miarę jak ci specjaliści od starości robili się coraz starsi.

Tym razem Adaś usłyszał od staruszka reprymendę.

– Uważasz, że to ładnie straszyć dziewczęta?

– Ale ona, dziadku, wcale się nie przestraszyła... Dlaczego?

– A ty byś może chciał, żeby uciekła z krzykiem? Czułbyś się wtedy lepszy i dzielniejszy?

– Chyba nie, dziadku, ale to nie był mój pomysł...

– Teraz jeszcze się wykręcasz, mój późny wnuku, potomku od siedmiu boleści?!

– Chłopaki to wymyśliły, a ja im się tylko nie sprzeciwiłem.

– A dlaczego, drogi późny wnuku, nie sprzeciwiłeś się głupiemu pomysłowi?

– No bo... bo... – Adaś zebrał myśli oraz odwagę. – Ja nie chciałem, żeby oni sobie pomyśleli, że nie jestem z nimi – wyznał szczerze.

– I dlatego musiałeś być baranem, który idzie z resztą stada, tak?

– Dziadku, już wiem, że zrobiłem głupio. Chciałem, żeby mnie lubili, a powinienem bardziej się szanować...

– No nareszcie!

– I obiecuję, że to się już więcej nie powtórzy.

– Niech ci będzie, trzymam za słowo!

– Ale, dziadku, dlaczego ona się nie przestraszyła?

– To całkiem proste, mój drogi. Czego tu się bać, skoro nie ma się nic na sumieniu? To musi być dobra i miła dziewczyna. Nie pasuje do waszej bandy opryszków!

– No, to się, dziadku, jeszcze okaże... – Adaś puścił oko. W tej bowiem właśnie chwili wpadł na pomysł, aby zaproponować Ewie rolę upiora w planowanej akcji nastraszenia Bryły.

Na tym kończymy dygresję na temat pradziadka Adama i czym prędzej wracamy do szkolnej piwnicy, gdyż tam po zamachu na nerwy kolegi Bryłowicza rozkręciła się doprawdy szatańska afera.

Przezorny Adaś, na wypadek gdyby straszenie się nie powiodło, a rozwścieczony Bryła postanowił autorów dowcipu wymordować, wystawił czujkę na szkolnym korytarzu. Gdyby w piwnicy rozległy się odgłosy rzezi niewiniątek (no dobrze, powiedzmy, że półniewiniątek), miała ona wezwać na pomoc służby specjalne w osobie woźnej Zielińskiej, o której krążyła tajemnicza fama, że wcześniej sprzątała dla mafii.

A zatem teraz właśnie do piwnicy zbiegł zziajany Paweł Chęciński, komendant straży tylnej, i wykrzyknął spanikowany:

– Chłopaki, jest afera, spadamy!

– Co z Bryłą? – Chwilowo wszyscy zignorowali ostrzeżenie. – Osiwiał czy zaczął wiersze pisać?

– Uciekając, wdepnął w wiadro z mopem Zielińskiej, wylał mydliny, a potem się w nie wywalił. Na dodatek się poryczał. Mówię wam, kliniczne załamanie nerwowe!

Takiego triumfu się nie spodziewali. Wielki łobuz i początkujący bandyta nie dość że okazał się nikczemnym tchórzem, to jeszcze został wobec wszystkich haniebnie ośmieszony. Dobrze mu tak! A jednak smak zwycięstwa psuła im jakaś gorycz...

– Nie wiedziałam, że mam aż taki talent – oświadczyła kwaśno Ewka. – Myślicie, że powinnam iść do szkoły teatralnej?

– Przestańcie! – zdenerwował się Paweł. – To nie wszystko! Mokry Bryła wpadł na Kamińskiego, który miał akurat dyżur! Wszystko mu wygadał!

Magister Kamiński był świeckim katechetą. Zwykle lekcje religii w gimnazjum prowadził ogólnie lubiany, siwiuteńki jak gołąb ksiądz Koszyczek, lecz niestety staruszek dość często chorował, a wtedy zastępował go właśnie Kamiński. Był to chudy, nerwowy okularnik, który chodził i gestykulował w tak przedziwny sposób, że każda połowa jego ciała zdawała się poruszać w innym rytmie. A rozsierdzony, wręcz dwoił się w oczach. Skutki zastępstw w jego wykonaniu były takie, że w najbardziej zatwardziałych grzeszników wstępowało szczere pragnienie, by pomodlić się o szybki powrót księdza Koszyczka do zdrowia.

Mówiąc krótko, magister Kamiński miał duże skłonności do przesady. Mawiano o nim, że jest bardziej papieski od trzech papieży i jednego arcybiskupa naraz. Wielkim idolem zastępcy szkolnego katechety był zaś szeroko znany w mediach egzorcysta Brytanek, który dosłownie w każdej rozrywce współczesnego młodego pokolenia widział szatana oraz jego niecne sprawki.

– Nie panikuj! Mów dokładnie i po kolei, co się stało – rozkazał Adaś.

– Bryła wybiegł stąd blady, jakby zaraz miał zemdleć. Cały się trząsł. Mówię wam, wyglądał tak okropnie, że nikt się z niego nie śmiał...

– Aż tak go wzięło? – zdumiał się Adaś. – To naprawdę musiał być szok.

– Podobno ci, którzy udają twardzieli, wcale nie są tacy silni psychicznie – powiedziała Ewa, z której uleciał już cały entuzjazm. – Wiecie co, chyba jednak przesadziliśmy...

– Dyżur na korytarzu miał akurat Kamiński, no i to on zaczął Bryłę wypytywać, co mu się stało – mówił dalej Paweł. – A Bryła w szloch, że w naszej piwnicy straszy i że diabeł chciał go porwać, słowo daję, tak było! Wszyscy mu uwierzyli, nikt się nie śmiał. Kamiński zaczął krzyczeć, że trzeba wezwać egzorcystę i dyrektora. Dłużej ich nie słuchałem, przybiegłem tu do was. Zwiewajcie!

Adaś zaczął nasłuchiwać odgłosów z góry. Zwykły gwar długiej przerwy wyraźnie przybrał na sile i skupił się koło wejścia do piwnicy.

– Chyba już za późno... – stwierdził po chwili. – Nie wyjdziemy niezauważeni.

– Jedno okienko na końcu tego korytarza jest otwarte. Może tamtędy wydostaniemy się na ulicę? – zaproponował Czesiek.

– Dobra! – zgodził się Adaś. – Uciekamy oknem. Ewka pierwsza!

Niestety było ich razem pięcioro, a ledwie Ewa i Paweł zdążyli wydostać się na zewnątrz, w piwnicy rozległ się tubalny bas dyrektora Sękowskiego.

– Spokojnie, panie kolego! Wszystko się zaraz wyjaśni!

Żarty się skończyły. Najtęższe ciała pedagogiczne w szkole w osobach dyrektora Sękowskiego, wuefisty pana Kalickiego (z racji łysej i charakterystycznie wydłużonej głowy zwanego pospolicie Bejsbolem) oraz magistra Kamińskiego zstępowały po schodach, przyświecając sobie latarkami. Za nimi podążała woźna Zielińska z uniesionym bojowo mopem, dalej pan Zawrocki, wychowawca ich klasy, oraz liczni ciekawscy.

– Nakryją nas! – jęknął rozpaczliwie Czesiek. – Nie zdążymy!

Adaś podjął męską decyzję.

– Idźcie – szepnął do kolegów. – A ja ich zatrzymam.

I śmiało wyszedł na spotkanie przeznaczenia, by odwrócić uwagę pedagogicznego komanda od pospiesznej ewakuacji spiskowców.

Chwilę później światła latarek skupiły się na Adasiu.

– Cisowski?! – rozpoznał go od razu pan Zawrocki. – A więc to taki szatan zalągł się nam w szkolnej piwnicy...

– Co tutaj robisz, młody człowieku? – zapytał surowo dyrektor.

– To ja nastraszyłem kolegę Bryłowicza – przyznał się Adaś.

– W takim razie, młody człowieku, zapraszam do mojego gabinetu – wysapał gniewnie pan Sękowski. – Tam my już sobie porozmawiamy!

Rozdział drugi,

w którym poznajemy bliżej główną bohaterkę, a ona energicznie wchodzi w konflikt z globalną korporacją.

Ewa Olszowska, chociaż miała urodę modelki, nie przywiązywała do tego wielkiej wagi. Nie interesowały jej nowe ciuchy, modne fryzury ani występy w telewizji, tylko Sprawiedliwość, koniecznie przez wielkie „S”. Podpisywała wszelkie możliwe petycje internetowe w obronie więźniów politycznych, wielorybów, koczkodanów, kocanek piaskowych i w ogóle każdej prześladowanej mniejszości w świecie ludzkim, zwierzęcym i roślinnym, minerałów też nie dyskryminując. Towarzyszące tym sprawom zawiłości ideologiczne jej nie interesowały, z wyjątkiem jednej jedynej rzeczy: ma być sprawiedliwość!

 

A co, jeśli nie...? A to poczekajcie, złoczyńcy! W takich chwilach zielononiebieskie oczy Ewy zwężały się w szparki i biada temu, kto zajrzał w nie zbyt zuchwale. Żaden bazyliszek obdarzony zdrowym instynktem samozachowawczym nie próbowałby wtedy spojrzeć jej w oczy. Właśnie ta cecha charakteru sprawiła, że Ewa bez wahania przyjęła propozycję Adasia i zgodziła się nastraszyć wrednego Bryłę.

Rodzice Ewy żartowali, że gdyby urodziła się pół wieku wcześniej, byłaby hipisowską aktywistką, sto lat wcześniej – wojowniczą sufrażystką, a sześćset lat temu – pewnie samą Joanną d’Arc. Potem zaś dodawali całkiem serio, że gdyby w którejkolwiek epoce historycznej takiej osóbki jak Ewa zabrakło, świat stałby się smutny – należałoby zwinąć dekoracje na scenie dziejów i czym prędzej przejść do następnej epoki.

Tego dnia, kiedy Bryła dostał za swoje, może trochę za bardzo, w życiu Ewy wydarzyło się coś jeszcze. Coś tak ważnego, że akcja w piwnicy poszła w zapomnienie, gdy tylko panna Olszowska się stamtąd wydostała. Wyleciał jej z głowy nawet los pojmanego przez dyrekcję Adasia.

Kiedy dziewczyna bezpiecznie znalazła się na ulicy, odezwała się jej komórka. Dzwoniła Basia Budzisz, przyjaciółka Ewy z równoległej klasy.

– Ewcia, możesz do mnie przyjść? – Basia z trudem łapała oddech. Była to w jej przypadku codzienność, ponieważ chorowała na mukowiscydozę. Teraz jednak do zwykłych kłopotów z oddychaniem doszło coś jeszcze. Koleżanka najwyraźniej łykała łzy.

– Basiu, coś się stało?

– Tak... Wpadniesz?

– Mam jeszcze trzy lekcje.

– Rozumiem... – wydyszała Basia.

– Ale powiedz, co się stało...

– Mój tata stracił pracę. Wyrzucili go dziś rano...

– O rany, będę zaraz!

Ewa pobiegła do szkoły po swoje rzeczy. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Całe gimnazjum wciąż jeszcze huczało echem wydarzeń w piwnicy. Na skutek pośpiechu wiadomość, że Adaś jest na dywaniku u dyrektora, wleciała dziewczynie jednym uchem i wyleciała drugim. Ewa nie wiedziała nawet, że Adaś specjalnie dał się przyłapać, bo przecież czmychnęła z piwnicy pierwsza, a teraz była zbyt zaaferowana, by z kimkolwiek rozmawiać.

Basia Budzisz mieszkała niedaleko szkoły w nowym apartamentowcu. Jej ojciec był szefem informatyków w jednym z departamentów wielkiej korporacji, więc jak dotąd zapewniał chorej córce doskonałe warunki leczenia i rehabilitacji. Teraz mogło być z tym różnie... Pytanie o przyszłość przyjaciółki dręczyło Ewę najbardziej.

Mukowiscydoza jest nieuleczalna, ale Basia miewała również lepsze okresy, kiedy normalnie chodziła do szkoły i myślała o studiach muzycznych. Mówiła wtedy, że według najnowszych badań Fryderyk Chopin też cierpiał na mukowiscydozę, więc i ona może wiele w życiu dokonać, a na pewno znajduje się w dobrym towarzystwie. Ostatnio jednak choroba się nasiliła, Basia przestała chodzić do szkoły, a teraz ten dramat z tatą...

Portier czuwający w holu wejściowym dobrze znał Ewę, więc tylko uśmiechnął się przyjaźnie, kiedy przebiegła obok niego do windy.

Jej przyjaciółka, drobniutka brunetka w zielonej piżamie, siedziała na łóżku. Co chwila korzystała z inhalatora, z którego wylatywał strumień ciepłej pary.

– Powiedz dokładnie, jak to było. – Ewa usiadła obok.

– Tata nie chciał mnie denerwować, więc nie mówił za dużo. Więcej sama się domyśliłam. To nie była zwykła reorganizacja czy coś w tym rodzaju. Tatuś odkrył jakieś nieprawidłowości i to nie spodobało się jego szefom. Dlatego go zwolnili.

– Jakie nieprawidłowości?

– Nie wiem dokładnie, ale chyba coś na bakier z prawem... Tata mówił, że nie zdążył zdobyć dowodów. Tamci byli szybsi, zorientowali się, że ich podejrzewa.

– I co teraz będzie z wami? Co z tobą?

– Będziemy musieli się stąd wyprowadzić i poszukać tańszego mieszkania.

– Ale co... z twoim leczeniem, Basiu?

– Tata poszuka pracy za granicą. Zresztą musi, taki mu postawili warunek. Inaczej nie dostałby dobrej opinii.

– Będziecie musieli się rozstać.

– Tak... Ja już wiem, że będę strasznie za nim tęskniła...

– Basiu... – Ewa objęła przyjaciółkę. – Gdybym mogła ci pomóc... Na pewno jest jakiś sposób!

Dziewczyna pokręciła ze smutkiem głową.

– Słyszałam, jak tata mówił do mamy, że gdyby prezes się o tym dowiedział, na pewno zwolniłby tamtych, a nie jego. Tylko że nie ma szansy umówić się z nim na rozmowę. Przełożeni taty już o to zadbali.

– Ale przecież twój ojciec był na wysokim stanowisku, powinien łatwo dostać się do prezesa.

– Ewa, ty nie rozumiesz, jaka to jest wielka firma... Global Enterprise to prawie osobne państwo. Mój tata w tym państwie jest jakby burmistrzem w małym mieście, a komuś takiemu bardzo trudno spotkać się z prezydentem. Po drodze są wojewodowie, ministrowie, różni urzędnicy... Szef Global Enterprise to naprawdę wielka szycha. Tata żartował kiedyś, że on jest prezesem wszystkich prezesów. Zwykły menadżer może spotkać co najwyżej jego asystenta... – Basia znów zaciągnęła się parą z inhalatora.

Ewa wstała energicznie i chwyciła swój plecak.

– Dokąd idziesz? – spytała przyjaciółka.

– Do tego superwielkiego prezesa! – oznajmiła stanowczo Ewa. – Powiem mu, żeby porozmawiał z twoim tatą!

– Weź, nie żartuj...

– Nie ma na co czekać! Nie będę siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak się martwisz. Idę! Raz kozie śmierć!

– Ewcia... jesteś kochana, ale tak się nie da...

– To jeszcze zobaczymy. Pa!

I wybiegła uczynić świat sprawiedliwszym.

Miejsce pracy ojca Basi Ewa znała już wcześniej. Był to Warszawski Pałac Biznesu – olbrzymi, przeszło czterdziestopiętrowy biurowiec wznoszący się przy ulicy Towarowej. Pan Budzisz pracował na piątym piętrze, natomiast ów prezes wszystkich prezesów, do którego Ewa zamierzała się dostać, na czterdziestym czwartym. Te szczegóły Basia wysłała jej esemesem wraz z życzeniami powodzenia oraz zapewnieniem, że jest najlepszą na świecie kumpelą i kochaną wariatką.

Ewa starała się nie myśleć o trudnościach. Nawet nie spojrzała w górę, na ogromne gmaszysko, żeby ten widok jej nie przytłoczył i nie odebrał odwagi. Wyskoczyła z tramwaju, przedostała się na drugą stronę ulicy i pobiegła prosto do głównego holu, wielkiego jak hala sportowa.

Tu dopiero z wrażenia zaparło jej dech.

Wnętrze holu przegradzał w poprzek szereg lśniących stalowych bramek – jak w metrze, tylko ze trzy razy dłuższy. Otworzyć można je było po zbliżeniu identyfikatorów magnetycznych, które nosili pracownicy korporacji. Wchodzących obserwowało dwóch ponurych ochroniarzy, nie było zatem szans przeskoczyć górą. Dodatkowo przed bramkami, na środku holu, znajdowała się recepcja – wielka półokrągła reduta przypominająca średniowieczną warownię, tyle że zbudowaną ze szkła i metalu. Siedziała tam recepcjonistka, której towarzyszył portier. Uważnie przypatrywali się każdej mijającej ich osobie.

Ewą chwilowo nikt się nie zainteresował, ponieważ w holu znajdowały się jeszcze kawiarnia i cukiernia oraz pasaż handlowy na antresoli. Kręciło się tutaj sporo ludzi, ale poruszali się oni zwykle wzdłuż ścian holu. Wystarczyło jednak zrobić kilkanaście kroków do przodu, by znaleźć się jak na patelni i skupić na sobie całą uwagę korporacyjnych cerberów.

Dziewczyna widziała dla siebie tylko jedną szansę: niepostrzeżenie wmieszać się grupę wchodzących i liczyć na łut szczęścia. O tej porze sporo osób wracało z lunchu do biura. Przystanęła przed jedną z wystaw, kątem oka obserwując sytuację.

Nie musiała czekać długo. Po kilku minutach w drzwiach obrotowych od ulicy pokazało się około dziesięciu osób ubranych jak typowi pracownicy korporacji. Na szyjach miały identyfikatory zawieszone na niebieskich smyczach. Rozmawiały głośno, ktoś się śmiał. Skierowały się w stronę bramek. Ewa szybko wzięła głęboki wdech i bez wahania do nich dołączyła.

Wszystkie kobiety były w żakietach. Ewa miała na sobie ciemną dżinsową kurtkę, która od biedy i z daleka mogła za żakiet uchodzić. Należało tylko być stale w ruchu, by nikt nie mógł się jej dobrze przyjrzeć. Plecaczek z zeszytami, niesiony teraz w ręce, udawał szykowną torebkę.

Recepcjonistka zauważyła dziewczynę i już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale Ewa uśmiechnęła się do niej i pomachała jak starej znajomej. Kobieta trochę się zdziwiła, ale przecież nie mogła pamiętać twarzy wszystkich osób pracujących w tym gmachu. Skoro ktoś ją znał, musiał być stąd... Nie odezwała się zatem i odpowiedziała uśmiechem na uśmiech.

Bramki szczękały metalicznie. Ewa niemalże przykleiła się do pleców idącego przed nią mężczyzny. Za nimi nikogo nie było, pozostali przechodzili właśnie po obu stronach. Ochroniarz patrzył jednak akurat na Ewę, więc machnęła legitymacją szkolną, wykonując nią taki sam ruch jak inni nad czytnikiem identyfikatorów. Bramka oczywiście nie zareagowała, ale uspokojony ochroniarz odwrócił głowę.

Tego, co teraz zrobiła Ewa, tak zwinnej figury tanecznej, mogłaby jej pozazdrościć kobra wijąca się w rytm muzyki fakira. Dziewczyna błyskawicznie zanurkowała pod stalową poprzeczką, skręcając się przy tym jak śruba, prześlizgnęła się przez przeszkodę i znów szła jak gdyby nigdy nic.

Była już po drugiej stronie. Nikt nie zauważył!

Ostatni wchodzący pracownicy korporacji na sekundę zasłonili Ewę od strony recepcji oraz przed wzrokiem drugiego ochroniarza. Dziewczyna odetchnęła jak po wynurzeniu z głębokiej wody i razem z innymi podążyła do wind. Teraz należało wjechać na czterdzieste czwarte piętro i improwizować dalej.

Nie zauważyła jednak słuchawki w uchu ochroniarza, która w tej chwili zatrzeszczała gniewnie. Mężczyzna po kilku sekundach zaczął się baczniej przypatrywać ludziom czekającym na windy. Pierwsza właśnie zjechała, otworzyły się drzwi...