Ksin sobowtór

Tekst
Z serii: Saga o kotołaku #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Kim jest ta wielka dama, która tutaj była, panie? – zapytał pokornie Sargon.

– To jaśnie wielmożna pani Danezja Lado, pierwsza faworyta naszego miłościwego króla Redrena.

Teraz dopiero dotarło do nich, w jak paskudną kabałę wdepnęli. Życie każdego z nich było jak zapalona świeca, bez żadnej osłony wyniesiona z domu w wietrzny dzień. Starczył jeden mocniejszy podmuch...

Pierwszy na kolana osunął się Miridz, za nim wszyscy pozostali. W tej pozycji sięgnęli po miecze i zwrócili je rękojeściami w stronę Ksina.

– Szlachetny panie – zaczął z powagą Saris – przyjmij nasze wierne usługi oraz hołd dla wielmożnej pani, której służysz, a której i my teraz pragniemy służyć do ostatniego tchu.

Zwykle ceremonia zawarcia umowy z najemnikami sprowadzała się do uścisku ręki. To wystarczyło, aby połączyć ich ze zleceniodawcą na śmierć i życie do czasu wygaśnięcia kontraktu. Teraz jednak zbyt wielką łaskę im okazano, żeby przyjmować ją inaczej niż na kolanach. W szczególnych sytuacjach kodeks honorowy zezwalał na takie upokorzenie. Konkretnie wtedy, gdy częścią zapłaty było darowanie życia.

– To tylko zaliczka, jak powiedziałem. – Ksin wskazał na sakiewkę leżącą na podłodze. – Poza tym przyrzekam wykupienie waszych karyjskich kontraktów, zwrot wszelkich kosztów i trzykroć tyle dla każdego po pomyślnym wypełnieniu zadania.

– Będziemy twoimi psami, panie, dopóki nas nie zwolnisz z tej przysięgi! – zapewniali jeden przez drugiego, a Ksin kolejno położył dłoń na głowicy miecza każdego z nich.

Słowem, kontrakt był bezterminowy. Jedyne, czego Ksin nie mógł im rozkazać, to walczyć przeciwko wojskom Karu. Gdyby jednak wydał taki rozkaz, musieliby od razu przebić się swoimi mieczami.

– Jesteśmy twoimi ludźmi! – oznajmili chórem najemnicy na koniec zaimprowizowanej ceremonii i powstali.

Kiedy formalnościom stało się zadość, przyszła pora na piwo. Ksin bez mrugnięcia okiem upił łyk najpodlejszego chmielowego sikacza, jakiego w życiu próbował.

– Opowiedzcie mi teraz, jak weszliście w posiadanie tego listu.

Historia była długa, mroczna i zupełnie niezgodna z prawem, ale kotołak nie dał nic po sobie poznać. Szczerość najemników była potwierdzeniem ich lojalności.

– Mieliście szczęście – powtórzył tylko na zakończenie.

– A czego, panie, jeśli wolno zapytać, szukała tutaj jaśnie wielmożna pani Danezja? – spytał Darmin.

– Jako przyszła matka chciała kupić zwyczajowy amulet przeciw porońcom. Nie wiadomo jednak, dlaczego pani Danezja uparła się na tak plebejską wersję. Mogła wszak mieć talizman najwyższej jakości od nadwornego maga Rodmina, on sam zresztą taki jej proponował. Jednak ktoś wmówił tej dziewczynie, że tutaj kupi coś wyjątkowego. Moim zdaniem to wierutna bzdura, ale z brzemienną niewiastą nie sposób się spierać, więc postanowiłem jej towarzyszyć osobiście. Król zapałałby strasznym gniewem, gdyby Danezję spotkał w tej dzielnicy choćby najmniejszy despekt, nie mówiąc już o jakimś wypadku. – Ksin upił piwa i spojrzał znacząco na nadpalony skrawek papieru. – Po tym, co teraz od was usłyszałem, rozumiem już, czemu miały służyć te dziwne namowy... Teraz życzliwi doradcy będą musieli tłumaczyć się przed królewskim katem, czego nie należy życzyć nawet najgorszym wrogom.

– Hadena znów się doigrała... – mruknął Saris. – Jak mogła być aż tak głupia?

– Ona nie żyje, więc nic jej nie grozi – odparł niedbale kotołak.

– Zabiłeś ją, panie, zanim wyszedłeś ze sklepu? – zdumiał się Sargon.

– To nie ja – odrzekł Ksin. – Ona nie żyje już od wielu lat. Zapewne skonała niedługo po tym, jak zagoiły się jej rany. Pewnie serce nie wytrzymało wspomnień egzekucji albo przypadkiem na ulicy zobaczyła swego kata...

– Jest martwiaczką? – upewnił się Darmin.

– Tak.

– I jeszcze prowadzi sklep?!

– Powtarza machinalnie stare nawyki, ale gdybyście kazali jej zrobić coś niezwyczajnego, natychmiast stanie jak głucha.

– Tak było... – Sargon przypomniał sobie, jak opatrywali u wiedźmy rany Darmina.

– Ale przecież martwiaki nie mówią – zaoponował sceptycznie Miridz.

– To prawda – przyznał Ksin.

– A ona mówi...

– Nie ona, tylko gadający amulet, który wepchnięto jej w gardło. Kieruje nią z dala jakiś mag. Te słowa – kotołak znów pokazał na list i przeczytał głośno: – „którą polecam uwadze i wszelkiej łaskawości”, to w istocie zawoalowana przechwałka czarnoksiężnika wobec kolegi po fachu.

– Co nam rozkażesz, panie? – zapytał Saris.

Ksin wstał.

– Róbcie to, co do tej pory, to znaczy obserwujcie Hadenę – powiedział. – Tylko pamiętajcie, że mag, który ją animuje, może patrzeć jej oczami i słuchać jej uszami. I bądźcie ostrożni, bo w tej dzielnicy potwory Onego są równie pospolite jak gdzie indziej szczury.

Pokiwali twierdząco głowami.

– Ja tymczasem mam parę spraw do załatwienia w pałacu. Jak się czegoś dowiem, dam wam nowe instrukcje.

– Będziemy na nie czekać, panie! – zapewnił Miridz.

Kiedy kotołak wyszedł, Sargon rozsupłał sakiewkę i wysypał zawartość na stół. Było to dwanaście sztuk złota.

– Towarzysze, przyjaciele, kamraci! – oznajmił z emfazą. – Kobiety znów nam się zaczęły podobać!

– Te pyskate suki z naprzeciwka dość się już naspały! – Miridz energicznie ruszył do drzwi. – Powiem im, żeby się dobrze umyły i pachnideł nie żałowały.

– Skoroś taki gorliwy, to idź też kupić dobre wino i jakieś pieczyste, masz! – Sargon rzucił mu złotą monetę.

– Tylko mi potem bękartów w szambie nie topić, bo się bazyliszki od tego lęgną... – zamarudził zrzędliwie Darmin ze swojego łóżka, nader udatnie naśladując głos gospodyni.

Wszyscy czterej parsknęli głośnym śmiechem.

Byli pewni, że ich kłopoty definitywnie się skończyły.

2

ZAPĘTLONE FATUM

W pałacowych podziemiach rozległ się chichot wstawionej kobiety.

– Gdzie to jest?! Gdzie?! – zaczęła dopytywać się natarczywie. – Wino mi się kończy!

– Już niedaleko – odpowiedział jej spokojny głos Hanti. – O, tam, gdzie widać światło...

Kobieta, która wcześniej się śmiała, teraz przyspieszyła kroku, trochę za bardzo, bo aż zatoczyła się w progu przedsionka izby tortur. Złoty kielich wypadł jej z ręki, resztki wina rozprysły się na podłodze. Było białe.

– O, pan kotołak! – zawołała na widok Ksina. – Niczego nie będę oglądać, dopóki mi nie nalejecie!

– Jak szlachetna pani sobie życzy. – Do pomieszczenia przeciwległymi drzwiami wszedł mistrz Jakub. Trzymał w rękach dzbanek i srebrny kubek. Nalał i podał damie dworu.

– Dlaczego to wino jest takie gorzkie? – zapytała, upiwszy łyk.

– Ten smak, pani, pochodzi od ziół zwiększających wrażliwość nerwów – wyjaśnił rzeczowo królewski kat.

– Lubię być bardzo wrażliwa... – Zachichotała i wypiła duszkiem. – To gdzie jest ta czarownica, którą macie oprawiać? Tam?! – Szybkim krokiem weszła do izby tortur. – Jak to...? – Przystanęła rozczarowana. – Nikt nie leży...

Stół do zadawania męki w istocie był pusty. Za to pod ścianą, na rzeźbionym krześle, siedział czarno ubrany mężczyzna, który teraz zwrócił głowę w stronę rozbawionej kobiety. Nie wstał jednak, aby ją powitać.

– Szlachetnie urodzona Ladia Azaro – wymówił z powagą jej imię. – Małżonka zmarłego chwalebnie sługi królewskiego Nirona Azaro, udzielna pani na włościach Pomo i Basicz.

– Dikin? A ty co, sędziulku, nie poznajesz mnie?! – parsknęła zdziwiona. – Przecież nigdy nie pokładaliśmy się razem po ciemku...

– Niniejszym ostatni raz wymówiono twoje imię i tytuły – zakomunikował jej królewski sędzia Dikin Fergo. – Z tą chwilą wszelkie wydarzenia twojego przeszłego życia stały się pyłem zapomnienia – wymówił oficjalną formułę oskarżenia. – Odtąd istnieje tylko twoja wina i sama nie jesteś niczym innym jak tą winą, która może być zmazana jedynie prawdą lub bólem.

– Cóż to za błazeństwa?! – Kobieta oprzytomniała nieco.

– Jesteś oskarżona o spisek na życie króla z udziałem czarnej magii. Nie ma dość bólu, aby zmazać taką winę, jeśli zostanie dowiedziona.

– Ty kłamliwa żmijo! – Istota nosząca jeszcze przed chwilą imię Ladia z furią obróciła się do stojącej za nią żony kotołaka. – Zwabiłaś mnie tu!

– Nie skłamałam ani trochę – odrzekła spokojnie Hanti. – Powiedziałam, że będą dzisiaj ciekawe tortury i że powinnaś tu być...

– Rozbierz się, pani – powiedział mistrz Jakub. W jego głosie jak zwykle słychać było współczucie. – Wobec oskarżenia o tak ciężkie przestępstwo wszelkie prawa przysługujące ci z natury, obyczaju i ustaw królestwa niniejszym ustały. Jesteś już tylko mówiącym mięsem – wygłosił oficjalną formułę.

– Nie... – Zrobiła krok do tyłu.

Hanti szybko położyła jej ręce na ramionach i jednym gwałtownym ruchem zerwała suknię. Znać było, że ma w tym wprawę i że od dawna wyczekiwała na tę właśnie chwilę. Dość skąpy strój frywolnej damy dworu nie stawiał wielkiego oporu. Z kolei żona kotołaka zamiast karyjskich jedwabi, które zwykle nosiła, dziś włożyła obcisły skórzany damski kostium myśliwski. Naprawdę dobrze przygotowała się, by własnoręcznie dokonać zemsty.

– Nigdy cię nie lubiłam! – zawołała wzburzona, powalając z kolei oskarżoną na kolana i zdzierając z niej szeroki naszyjnik z amuletami oraz przepaskę biodrową, też zresztą trzymającą się symbolicznie na kilku delikatnych tasiemkach. – Zawsze mnie brzydziła twoja żądza okrucieństwa! – Z rozmachem cisnęła zmięty strój w kąt izby tortur. – Dobrze, że teraz sama zasmakujesz tego, co zawsze tak pragnęłaś oglądać!

– Pani... – mistrz Jakub łagodnie zmitygował Hanti. – Małość charakteru zasługuje na współczucie. Tym większe, im większe nieszczęście ta wada sprowadza na skarlałą duchowo istotę.

 

Żona Ksina nic na to nie odpowiedziała. Wciąż z furią w oczach stanęła z boku.

Naga winowajczyni, łkając, skuliła się pod stołem tortur. Kat jeszcze nie wezwał swoich pomocników, aby ją na nim rozciągnęli.

– Czy oskarżona jest dość świadoma, by słuchać i mówić? – zwrócił się do niej królewski sędzia.

Ogarnęła ją nadzieja, że jeszcze może uniknąć tortur, więc uspokoiła się natychmiast i skwapliwie pokiwała głową.

– Czy to ty namówiłaś jaśnie wielmożną Danezję Lado, pierwszą nałożnicę naszego miłościwego monarchy, zaszczyconą przywilejem noszenia królewskiego potomstwa, aby kupiła talizman przeciw porońcom w sklepie niejakiej Hadeny na Sodowych Dołach? – padło pierwsze pytanie.

– Tak, ja – odpowiedziała szybko. – I cóż w tym złego?

– Kto ci nakazał tak zrobić?

– Nikt... Miałam sen...

– Mistrzu, oskarżona odmawia wyjawienia prawdy.

Królewski kat tylko pstryknął palcami.

Pomocnicy ukryci dotąd w bocznej piwnicy wpadli do izby tortur i porwali z podłogi przeraźliwie krzyczącą winowajczynię. Jej rozpaczliwa szamotanina w niczym im nie przeszkodziła ani nawet nie opóźniła ich w pracy. Każdy ruch był pewny i doskonale wyćwiczony. Błyskawicznie rozciągnęli ją i przywiązali, po czym pochylili ruchomy blat i ustawili go w pozycji półleżącej, aby przesłuchiwana mogła widzieć swoich rozmówców oraz narzędzia, które miano jej okazać zgodnie z następnym punktem procedury.

– Kto ci kazał namówić panią Danezję na zakupy w Sodowych Dołach? – Sędzia powtórzył pytanie.

– Miałam sen... Naprawdę! To mi się przyśniło, więc pomyślałam, że...

Sędzia Dikin znów spojrzał znacząco na mistrza Jakuba. Ten przesunął się w bok i podniósł płat zielonej tkaniny zakrywającej stojący za nim stół.

Zalśniła wypolerowana stal lancetów, szczypiec, pił do kości, haków i dłut...

Winowajczyni w pierwszej chwili krzyknęła rozpaczliwie, ale zaraz głos uwiązł jej w gardle i zwymiotowała z przerażenia.

Jeden z katowskich pachołków, nie czekając na polecenie, przyniósł kubeł wody i obmył przesłuchiwaną. Nieczystości spłynęły do ścieku pod stołem.

– Kto ci kazał?! – Sędzia podniósł głos.

– Naprawdę miałam sen! – wykrzyknęła w desperacji.

Mistrz Jakub pochylił się nad narzędziami, zastanawiając się, które z nich wybrać na początek. Po krótkim namyśle wziął cztery haki, najeżone zębami po zewnętrznej stronie. Zrobił krok w kierunku przesłuchiwanej...

– Zaczekajcie! – powstrzymał go głos Rodmina.

Królewski mag wyszedł z pomieszczenia dla katowskich pomocników.

– Ona chyba mówi prawdę – oznajmił i rozejrzał się po izbie. – Gdzie jest jej naszyjnik?

– Tutaj... – Hanti pochyliła się nad rzeczami zdartymi z byłej damy dworu i podała magowi, o co prosił.

Rodmin przyjrzał się naszyjnikowi z wielką uwagą. Była to typowa część stroju Suminorki z wyższych sfer, pełniąca funkcję ozdobną i jednocześnie chroniąca przed potworami Onego. Naszyjników tego rodzaju z reguły nie zdejmowało się nawet do snu, dlatego były one podszyte od spodu miękką skórką, by nie dopuścić do otarć. Była dama dworu Ladia Azaro chełpiła się swego czasu, że używa w tym celu skóry ludzkiej zdjętej z młodych niewolnic, które za życia też ją pieściły... Ponadto konstrukcja naszyjnika umożliwiała łatwe dołączanie kolejnych amuletów w zależności od potrzeby lub kaprysu właścicielki.

Królewski mag skupił się teraz właśnie na tych magicznie czynnych elementach ozdoby. Mrucząc zaklęcia, kryształowym wahadełkiem sprawdzał je po kolei i w pewnym momencie z satysfakcją pokiwał głową.

– Zsyłacz snów! – oznajmił i z wprawą zdemontował naszyjnik, wyłuskując jeden z paciorków, wykonany ze starego srebra pokrytego znakami runicznymi.

– Kto ci to dał, pani? – Pokazał oskarżonej amulet na otwartej dłoni.

– Dostałam go, by mnie chronił od złych snów... – powiedziała szybko – ...od... od któregoś z kochanków...

– Którego? – naciskał sędzia.

– Nie pamiętam... – Widać było, że bardzo stara się sobie przypomnieć. – Już wiem! – zawołała. – To był prezent od anonimowego wielbiciela! Trzy, cztery miesiące temu ktoś mi go przysłał z liścikiem i komplementami...

Sędzia skrzywił się, nie kryjąc rozczarowania. Kat zrobił krok w stronę stołu z narzędziami, ale Rodmin znów go powstrzymał.

– Co było w tym śnie, pani? – zapytał.

– Śniło mi się, że dziecko Danezji urodziło się martwe, że latał nad nią poroniec! – wyjaśniła szybko. – Nie pamiętam już, co było najpierw... czy najpierw latał, czy urodziła martwe...

– I dlatego doradziłaś jaśnie wielmożnej Danezji, aby kupiła amulet przeciw porońcom? – dociekał sędzia.

– Tak, panie.

– Ale dlaczego w sklepie Hadeny z Sodowych Dołów?

– To imię jakoś przyszło mi do głowy na koniec snu... Bywałam tam wcześniej, panie. Znam wszystkie magiczne sklepy w Katimie... Chciałam dobrze...

– Mnie imię Hadena coś mówi – odezwał się niespodziewanie mistrz Jakub.

– Była klientka... – Ksin uśmiechnął się z przekąsem.

– Nie klientka, tylko penitentka – poprawił go wyniośle kat. Wszyscy wiedzieli, że mistrz Jakub traktuje pracę z najwyższą powagą i nie toleruje żadnych żartów ze swojej profesji oraz skazańców, którzy trafili w jego ręce. – Nie pamiętam już tylko, z jakiego powodu, ale mogę sprawdzić... – Odłożył haki z powrotem na stół i wyszedł z izby tortur.

Wrócił po chwili, trzymając w rękach grubą księgę egzekucji, którą energicznie wertował.

– Jest! – oznajmił po chwili i spochmurniał. – Hadena z Sodowych Dołów... Współudział w stworzeniu wyrodźca...

Sędzia zbladł, słysząc nazwę potwora, Rodmin zmiął w ustach jakieś grubsze słowo.

To była najgorsza rzecz, jaka mogła się przytrafić ciężarnej kobiecie – przeklęty, zmetamorfizowany płód, który w chwili porodu rozrywał ją na strzępy, po czym ruszał w pościg za swoim ojcem, aby jego też zabić. W traktatach poświęconych tworom Onego wyrodźce nazywano porońcami doskonałymi lub bazyliszkami dojrzałymi. Występowały, co prawda, rzadko, lecz po wylęgu nie można było się przed nimi obronić. Do czasu wypełnienia swego przeznaczenia, czyli zgładzenia ojca, wyrodziec chroniony był sferą zapętlonego fatum, co czyniło go praktycznie niezniszczalnym, dając całkowitą odporność na wszelkie zaklęcia i magiczną broń. Niektórzy uczeni uważali wyrodźce za najgroźniejszego z potworów Onego. Co gorsza – o tym wszyscy tu obecni pomyśleli, ale nikt nie powiedział tego głośno – w tym przypadku ojcem dziecka był sam król...

– Dobrze, kapitanie Fergo, że towarzyszyłeś pani Danezji podczas tych zakupów – powiedział sędzia, z trudem kryjąc wzburzenie. – Być może właśnie wtedy zamierzano rzucić na nią zbrodniczy urok.

– Ktoś mnie w to wplątał! – przypomniała o sobie przesłuchiwana. – Ja jestem niewinna! Ja nic nie wiedziałam! Wypuśćcie mnie!

– Ależ jesteś winna, pani – odpowiedział jej oschle Rodmin. – Czyżby nie było ci wiadomo, że pół roku temu, po sprawie z cesarskim ambasadorem Rgbarem, wydano prawo, że każdy pojawiający się na królewskim dworze talizman lub amulet musi przejść przez moje ręce i zostać sprawdzony, czy nie ma jakichś ukrytych magicznych właściwości? Dlaczego więc mi nie przyniosłaś swego prezentu, pani?

– Zapomniałam. To było tak dawno... – Próbowała wzruszyć ramionami, ale więzy jej nie pozwoliły.

– Pół roku temu! – powtórzył z gniewem Rodmin. – Prawo to obowiązuje wszystkich mieszkańców dworu, łącznie z dyplomatami oraz samą królową. Po to je wprowadzono, aby uniknąć kolejnej zdrady! Wszyscy królewscy krewni, korzystający z gościny posłowie władców ościennych, a przede wszystkim dobrzy poddani Redrena III powinni przestrzegać tej ustawy, choćby tylko przez wzgląd na zwykłą wierność panującemu. Niedopełnienie tego obowiązku też jest zdradą...

– Wina została ustalona! – ogłosił sędzia Dikin, wchodząc magowi w słowo. – Stwierdzono nieświadomy udział w magicznym spisku, wynikły z ciężkiego zaniedbania obowiązków wobec panującego miłościwie monarchy.

– Litości! Wybaczcie mi! – krzyknęła była dama dworu.

– Prawo królestwa Suminoru nie zna pojęcia litości wobec przestępców używających czarnej magii – oznajmił wyniośle sędzia. – Królewska sprawiedliwość wszakże jest pełna miłosierdzia dla pospolicie złych poddanych, do których niniejszym zostajesz zaliczona. Niniejszym więc odzyskujesz prawo, by żyć, i znów możesz używać swego imienia, Ladio. Jednak nazwisko, tytuł „pani”, stan szlachecki oraz wszelki majątek zostają ci odjęte bezpowrotnie.

– To z czego będę żyła?! – Zdegradowana dama dworu najwyraźniej myślała już tylko o straconym majątku.

– Zgodnie ze zwyczajem, Ladio, będziesz miała prawo prosić o jałmużnę pod wszystkimi świątyniami Reha, Pana Czystych Gwiazd, w całym Suminorze, pod warunkiem że będziesz przy tym wobec pobożnego ludu wysławiać niezmierzone królewskie miłosierdzie, które pozwoliło ci zachować życie oraz resztę ciała w całości.

– Jakiej całości...?! – zawołała pospiesznie, nie dowierzając. – Jaką resztę...?! Co wy chcecie mi zrobić?!

– Mistrzu, niech się wypełni królewska wola.

Sędzia i kat wymienili rytualne ukłony. Mistrz Jakub należał do szlachty, więc status wydawcy i wykonawcy wyroku był w tym przypadku równy. Ich głowy pochyliły się dokładnie do tej samej wysokości.

– Nieeeeeeeeeeeee!!!!!!!! – rozległ się potworny krzyk z samych trzewi, już całkiem nieludzki.

Jeden z pomocników, nie czekając na rozkaz, zaczął zakładać skazanej żelazny knebel.

– Chodźmy stąd – powiedział Ksin do Hanti. – Nic tu po nas... – Głos zadrżał mu mimo woli.

Hanti spojrzała na niego z niepokojem. Odgadła, o czym jej mąż myśli. O zapachu krwi... O tym, że za chwilę ta woń wypełni całe to pomieszczenie, a on pragnął smaku krwi ponad wszystko... Straszny nałóg, w który go wpędzili, aby ratować jego życie oraz całe królestwo, wciąż jeszcze trzymał Ksina w mocy i właściwie w każdej chwili mógł zerwać więzy woli. Nawet drobne, przypadkowe skaleczenie w obecności Ksina mogło zmienić go w bestię...

Rodmin odwrócił wzrok, wyszedł pierwszy.

Kotołak i jego żona ruszyli za nim, po czym zaprosili maga do swoich prywatnych apartamentów. Zaczęli się naradzać, co dalej.

Ksin już wcześniej powiadomił Rodmina o swoim odkryciu w Płazim Zaułku i umowie, którą tam zawarł. Przekazał mu też fragment listu zdobytego przez najemników.

– Jest źle – stwierdził Rodmin, patrząc w zadumie na lustro wina w swoim kielichu. – Szykuje się jakiś paskudny spisek, ale w wyrodźca nigdy nie uwierzę...

– Dlaczego? – zapytała Hanti.

– Bo to jest kwestia najbardziej elementarnych podstaw systemu magicznych kręgów chroniących każdego panującego. Wszak u nas średnio co kwartał jakaś kobieta na dworze rodzi Redrenowi dziecko! Sułtan Karu zostaje ojcem bodaj co tydzień. Wyrodziec po prostu nie ma prawa się przydarzyć! Ani tam, ani tu, ani gdziekolwiek. To jest pierwsze i podstawowe magiczne zabezpieczenie kobiet mieszkających w każdym znaczniejszym domu. Od tego zacząłem moją służbę na dworze i tymi rutynowymi obowiązkami zajmuję się przez większość dnia. Wykluczam więc nawet nie możliwość, ale choćby cień cienia szansy, że ktoś zdołałby rzucić klątwę na kobietę, którą król obdarzył swoimi względami. To po prostu być nie może! Nigdy nie bywa i nie bywało! Ani u nas, ani na żadnym monarszym dworze, ani nawet u arystokracji i prostej szlachty. No, może na początku ery Onego, kiedy jeszcze nie wiedziano, co i jak. Teraz wszyscy się dobrze pilnują. Wyrodziec w naszym pałacu jest równie prawdopodobny, co zwykły rzezimieszek obcinający sakiewki dostojnikom podczas posłuchania w sali tronowej...

– Jednak ktoś mógł rozpracować twój system zabezpieczeń – stwierdził sceptycznie Ksin.

– Mógł spróbować – stwierdził stanowczo Rodmin. – Dokonać tego – nigdy! Redren byłby wtedy pierwszym w pisanej historii władcą, który zginął od pazurów wyrodźca!

– No właśnie... – mruknęła Hanti i zacytowała z pamięci fragment wiadomego listu: – „Porywające i imponujące zadanie”, a cóż innego mogłoby takim zadaniem być?

Zirytowany mag machnął ręką.

– Przechwałki zarozumialca, który nauczył się paru zaklęć i myśli, że już jest bez mała władcą świata! Przede wszystkim, moi drodzy, poszlaki są zbyt słabe, by podejrzewać serio, że w grę wchodzi wyrodziec. Wszak to tylko odległa przeszłość drugoplanowej aktorki spisku, na dodatek będącej żywym trupem!

 

– Która jednak mogła i może nadal mieć jakąś istotną wiedzę na ten temat – zaoponował Ksin. – Lub zachować potrzebne umiejętności, tak jak zachowała zdolność handlowania...

– A co należałoby zrobić, gdyby to jednak był wyrodziec? – zapytała Hanti.

– Obciąć matce głowę i przebić jej brzuch srebrnym ostrzem, zanim zacznie się poród – odparł Rodmin. – Powtarzam wam jednak, że to absolutnie wykluczone! Moim zdaniem to fałszywy trop.

– Wolałbym, abyś wyjaśnił mi, jak działają te twoje magiczne kręgi – odezwał się Ksin. – W końcu jestem tu dowódcą straży, powinienem to wiedzieć...

– Nie zrozumiałbyś – uciął Rodmin. – Masz tylko podstawową wiedzę magiczną, którą przecież sam ci przekazałem, więc dobrze to wiem. Do tego potrzebne są lata studiów.

– Ale sprawdziłeś amulet, który kupiła Danezja? – upewnił się kotołak.

– Oczywiście, jak tylko wróciła. To zwykła plebejska błyskotka, przejawiająca najniższy poziom reaktywności na moc Onego. Po prostu zrobi się zimny, gdyby poroniec znalazł się w odległości zagrażającej ciąży. Co potem należy zrobić, wie od pokoleń każda przyszła matka w Suminorze, więc nie będę się nad tym rozwodził.

– Twoja pewność siebie mnie niepokoi – stwierdził wprost Ksin.

Hanti milcząco pokiwała głową na znak, że popiera męża.

– Moi drodzy! – Mag z rezygnacją rozłożył ręce. – W tym naprawdę nie ma żadnej filozofii. Stworzenie wyrodźca po pierwsze wymaga czasu, przynajmniej czterech miesięcy, po drugie wywołuje bardzo charakterystyczne i silne wibracje magiczne, których nie sposób ukryć. Reagują na nie nie tylko specjalne amulety, ale nawet przedmioty zupełnie niemagiczne. Na przykład woda w pobliżu zauroczonej kobiety staje się zimniejsza, a lustra, koło których ona przechodzi, tracą blask, zamazuje się ostrość odbijanych osób i rzeczy. Bierze się to stąd, że rosnące wyrodźce pochłaniają olbrzymie ilości magicznej energii, niezbędnej do zapętlenia fatum. I dlatego przypadki takie, jeśli się już zdarzają, to wśród najbiedniejszego plebsu, u ludzi, których nie stać na lustra i którzy żyją w takiej nędzy, że zawsze im zimno. Poza tym pierwsze objawy wyrodźcowej klątwy nie dość, że łatwo wykryć, to jeszcze równie łatwo zablokować i odwrócić. Nawet prości chłopi nieźle sobie z tym radzą. Ten stwór Onego, przemieniając się, potrzebuje naprawdę wiele energii i jeśli nie ma do niej dostępu, proces cały ustaje i zanika. Kończy się to co najwyżej poronieniem i przemianą w zwykłego porońca, jeśli na dodatek zaniedba się ustalone zwyczaje pogrzebowe. Doprowadzenie do wylęgu wyrodźca wymaga doprawdy niezmiernych zaniedbań i głupoty.

– Stwory Onego jednak tworzy się bardzo łatwo – zauważyła Hanti.

– Stanowczo zbyt łatwo! – zgodził się z nią Rodmin. – Dlatego mamy w Suminorze prawo nieznające litości dla tego rodzaju przestępców. Gdyby nie zasada „nie ma dosyć bólu”, z pewnością byłoby ich o wiele więcej. Stąd większość nawet najnikczemniejszych zbrodniarzy woli trzymać się od tych spraw z daleka. Owszem, zdarzają się pyszałkowie parający się magią, którzy myślą, że są tak potężni, że wszystko im ujdzie, ale kiedy spotykają mistrza Jakuba, nie są już do tej idei tacy przekonani, zapewniam...

– Mamy jednak do czynienia z magiem, który potrafił stworzyć żywego trupa, z pozoru zachowującego się jak normalny człowiek, zdolnego nawet samodzielnie prowadzić sklep – rzekł Ksin.

Rodmin stracił cierpliwość i darował sobie wszelkie dalsze wyjaśnienia. Chwycił swój kielich i wychylił go duszkiem.

– Bardzo dobre wino! – demonstracyjnie zmienił temat. – Macie jeszcze?

– Już nalewam... – Hanti przypomniała sobie o obowiązkach gospodyni.

– To co robimy z Hadeną? – zapytał po chwili kotołak.

– To, co do tej pory – odrzekł Rodmin. – Obserwujcie ją. Na pojutrze przygotuję twoim najemnikom specjalne amulety, pozwalające zlokalizować czarnoksiężnika, który przez nią mówi. Wtedy w try miga będzie po sprawie i kolejny zadufany czarownik ze zdziwieniem przekona się, jak wielki ból może odczuć istota ludzka...

– Skoro tak mówisz... – Ksin zgodził się z nim wreszcie.

* * *

Dwa dni później kotołak pojawił się znów w Płazim Zaułku.

Szedł sam, niosąc cztery wykonane przez Rodmina amulety. Zamierzał rozdać je najemnikom i nauczyć ich posługiwać się nimi. Planował, że zajmie mu to godzinę i zdąży wrócić do królewskiego pałacu przed zmierzchem.

Mimo późnego popołudnia było jeszcze całkiem jasno. Przynajmniej ponad dachami domów, gdyż w zaułkach Sodowych Dołów panował już mrok. Ksin nie odwiedzał tej dzielnicy często, więc nie zwrócił uwagi na niewielki ruch w pobliżu Płaziego Zaułka. Ludzie pokazywali się z rzadka, poruszali szybkim krokiem, nie patrząc na boki. Nigdzie nie było widać kobiet ani dzieci. Kotołak uznał to za zapowiedź zbliżającego się schyłku dnia.

Dopiero widok samego Płaziego Zaułka wzbudził jego niepokój. Uliczka wyglądała niczym wymarła. Jak okiem sięgnąć, ani żywej duszy, okiennice i bramy domów były zamknięte na głucho. Nigdzie nie dało się też dostrzec żadnych świateł, przesączających się zwykle szparami w masywnych osłonach okien. Kominy chyba także nie dymiły.

Ksin minął sklepik Hadeny. Martwiaczka jak zwykle stała nieruchomo za ladą. Kotołak znów nie zdołał powstrzymać obrzydzenia i splunął jej na próg. Potem skręcił w bramę czynszówki, w której mieszkali najemnicy.

Brama była zamknięta, lecz niezaryglowana, ustąpiła pod naciskiem ręki. Za nią panował bardzo gęsty mrok, ale oczy kotołaka natychmiast się przystosowały.

Nikogo nie zauważył, choć właścicielka miała zwyczaj przesiadywać tam i palić fajkę. Jej puste krzesło stało pod ścianą. Kotołak wytężył słuch, lecz nie dobiegły go żadne odgłosy świadczące o zwykłej domowej krzątaninie. Ludzie udawali, że ich nie ma, zgodnie z popularnym przesądem, według którego należało być cicho, aby ujść uwadze potworów Onego. W istocie niewiele to dawało, ale mieszkańcy Sodowych Dołów wiedzieli swoje.

Z kolei zmysł Obecności Ksina nie dawał jednoznacznych wskazówek. Jak zwykle w tej dzielnicy odczucia tego rodzaju były niejasne, rozmyte i niekonkretne. Mury i ziemia przesiąkły tu mocą Onego, która emanowała z nich słabo, lecz nieustannie, skutecznie zacierając Obecności odległe bardziej niż o kilka, kilkanaście kroków. Podobno źródło tego nadnaturalnego szumu stanowiły złe emocje mieszkańców dzielnicy, żyjących od pokoleń w grzechu i nędzy.

Dopiero kiedy kotołak wszedł na schody, usłyszał cichy, monotonny jęk bólu. Na półpiętrze zastał właścicielkę kamienicy. Siedziała skulona, niewątpliwie w szoku. Kiedy Ksin podszedł bliżej, zobaczył, że kobieta jest poparzona, jakby oblano ją wrzątkiem. Najbardziej poszkodowane miała lewe przedramię i grzbiet dłoni oraz lewy policzek, szyję, okolice ust. Mimo to jej ubranie wydawało się suche. Wzrok miała błędny, ale oczy całe. W ostatniej chwili zdążyła osłonić je ręką...

Kotołak zgadł, co to było – bazyliszek omiótł ją wzrokiem. On sam teraz nie wyczuwał Obecności potworka. Mógł jednak być blisko, wtopiony w nadnaturalne tło wibracji Onego.

Ksin minął poszkodowaną kobietę i ruszył na górę. Na trzecim piętrze poczuł smród spalenizny i zobaczył na podłodze korytarza coś, co wyglądało jak spalona kura. Szczątki bazyliszka były przebite nadtopionym srebrnym ostrzem. Poza tym na ścianie, pobliskich drzwiach, na drewnianym stropie oraz podłodze wokół zwęglonego potworka znać było zamaszyste nadpalenia i ślady sadzy, jakby ktoś zamiatał tu energicznie i na oślep miotłą z rozpalonych do czerwoności żelaznych drutów.

– Tutaj, kapitanie... – usłyszał kotołak i spojrzał w górę.

Na schodach prowadzących na czwarte piętro siedział ranny Miridz. Najemnik miał skręcone od żaru włosy i oparzenie na czole, poza tym przewiązywał sobie właśnie prawe udo, poharatane pazurami bazyliszka. Na stopniach obok wojownika leżały zwykły miecz i jeszcze jeden srebrny sztylet.

– Dobra robota! – pochwalił go Ksin, domyślając się, co tu zaszło.

Miridz pokręcił głową z rezygnacją.

– Zostałem sam... – powiedział zduszonym głosem.