Ksin sobowtórTekst

Z serii: Saga o kotołaku #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Konrad T. Lewandowski

Saga o kotołaku

KSIN SOBOWTÓR


Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Saga o kotołaku KSIN SOBOWTÓR

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

W serii

1 GARSTKA DESPERATÓW

2 ZAPĘTLONE FATUM

3 DUŻO RÓŻNYCH PIERŚCIENI

4 SPLĄTANA PRZESTRZEŃ

5 GAŁĘZIE DRZEWA ŚWIATÓW

6 PSY POD SZAFOTEM

7 WOJOWNICZKA BEZ MIECZA

8 ZAPACH ZUPY RYBNEJ

9 PUŁAPKA

10 WIZJA PRZYSZŁOŚCI

11 UCIECZKA BESTII

12 DZIEŃ BERTII

13 W MARTWEJ CISZY

14 PODZIELONE SERCE

15 ZWIERCIADŁA DUSZY

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia


KSIN. POCZĄTEK

KSIN DRAPIEŻCA

KSIN SOBOWTÓR

W przygotowaniu

RÓŻANOOKA

KSIN KOCZOWNIK

KSIN NA BAGNACH CZASU

1


GARSTKA DESPERATÓW

Kamienica, obskurna czteropiętrowa czynszówka, wyglądała, jakby zaraz miała przemienić się w jakiegoś domołaka. Z pewnością już dawno by do tego doszło, gdyby moc Onego działała na twory architektoniczne. Właściwie to samo można było powiedzieć o całej tej dzielnicy, która ze stołeczną świetnością miała doprawdy niewiele wspólnego. Wieść gminna niosła, że na Sodowych Dołach można spotkać wampira w samo południe na środku ulicy. Zdaje się chodziło o to, że do dna większości tutejszych zaułków światło dzienne nigdy nie docierało. Innych czarnych dowcipów, których wiele zdążyli usłyszeć o swoim nowym miejscu zamieszkania, zmęczeni najemnicy nie mieli chęci ani sił rozszyfrowywać.

Kiedy weszli na podwórze, w oczy rzuciło się im jednak jedno cywilizacyjne udogodnienie. Budynek miał wspólne latryny na każdym piętrze, które umieszczone jedna nad drugą układały się w coś na kształt osobnej przybudówki, stylizowanej na zamkową basztę. Nieczystości specjalnym, krytym rynsztokiem spływały do szamba w rogu posesji, akurat pod czyimś oknem, ale to najwyraźniej nikomu tu nie wadziło. Osobliwością tej instalacji sanitarnej była niezwykle solidna, grubo okuta żelazem pokrywa kloaki, jakby przechowywano tam skarby.

Właścicielka, ponura, zgarbiona kobieta, w wieku około pięćdziesięciu lat, wyszła do nich w złachmanionym szlafroku i z włosami poskręcanymi w strąki – trudno powiedzieć, czy były to początki kołtuna, czy pamiątka po bardziej wyrafinowanej fryzurze. W kąciku ust trzymała wygasłą, zaślinioną fajkę. Przelotnym spojrzeniem osoby, której już nic w życiu zadziwić nie potrafi, obrzuciła czterech ponurych, poranionych, zarośniętych drabów przy mieczach i toporach, obwieszonych jukami oraz siodłami po straconych wierzchowcach.

Najstarszy z nich, zarówno wiekiem, jak i doświadczeniem najemnego żołnierza, był siwy Sargon, z tej racji traktowany jak mąż zaufania całej kompanii. Jako taki miał pieczę nad ich wspólnymi pieniędzmi i decydował o podziale łupów – od jego decyzji w tej mierze nie było odwołania.

Najmłodszy, jasno- i długowłosy Miridz, nie był bynajmniej wyrostkiem ani młokosem. Zdołał zachować najwięcej młodzieńczej energii i bystrości zmysłów, w ostatnich dniach zatem to on przeważnie wydawał rozkazy znacznie starszym, zmęczonym kamratom. I dobrze na tym wszyscy wychodzili.

Saris, czarny, krępy, skośnooki, pochodzący z dalekiej Północy, dziwnym zrządzeniem losu najlepiej z nich wszystkich znał Suminor i władał tutejszym językiem niemal bez obcego akcentu. Mało się jednak odzywał, gdyż ta jego wiedza okazała się mocno bałamutna, nieaktualna i parę razy narobiła im już dużych kłopotów. Wszystko przez to, że kiedyś ożenił się z suminorską wieśniaczką, która na Północy pragnęła uchodzić za arystokratkę i miała wrodzony talent do wymyślania niestworzonych rzeczy, jakby prawdziwe życie w Suminorze było jeszcze nie dość dziwne.

Blady, przygarbiony Darmin ledwo stał na nogach. Wszyscy byli zdrowo potłuczeni i pokiereszowani, ale on oberwał najmocniej. Starał się trzymać fason i nie siadał, choć kolana się pod nim uginały, ale już mimo woli macał dłonią po ścianie jak ślepiec, starając się nie stracić równowagi. To przez wzgląd na niego musieli jak najszybciej dobić targu i wypocząć.

Właścicielki nie interesowały ich imiona, stan zdrowia, pochodzenie ani plany. Fakt, że dostrzegła u jednego z tych przybłędów w miarę pełną sakiewkę, był wszystkim, co chciała o nich wiedzieć, i oszacowawszy wzrokiem zawartość kiesy Sargona, nie zadawała już żadnych dodatkowych pytań. W jej oczach pojawił się błysk aprobaty. Potem też nie skomentowała ani półsłówkiem jego obcego akcentu.

Nie przedstawiła się ani nie wyjęła fajki z ust. Miała tylko jedno życzenie, za to bardzo dziwaczne. Zależało jej, aby szczegółowe negocjacje w sprawie wynajmu pokoju toczyły się koniecznie przy tej okutej klapie od szamba.

– Ja tam nic nie chcę wiedzieć i o nic nie pytam – wymamrotała na wstępie i powtarzała to zrzędliwie co chwila. – Tylko żeby mi żadnych noworodków w sraczu nie topili! Rozumieją to oni? – Spojrzała zezem na ich toboły, jakby to były zawiniątka z tuzinem bachorów gotowych do topienia. – Bo zaraz bazyliszek jaki znów z tego będzie... Ooo! – Pokazała palcem na mocno osmolony fragment pokrywy szamba. – To po takim o... Co ja się potem przed Tępicieluchami natłumaczyłam! Oj, co się ja nagadała i koszty jakie były! Aj, jakie! No to jak? Noworodków mi tu oni topić nie będą? – Popatrzyła natarczywie na najemników.

Niedorzeczny ów warunek aż prosił się o jakąś bystrą a złośliwą odpowiedź, ale żaden z nich nie miał sił i chęci wysilać dowcipu, nawet ramionami wzruszać im już nie szło. Tylko więc pokiwali dla świętego spokoju głowami na znak, że noworodków topić w szambie nie będą. Nieważne, skąd by mieli je wziąć.

Kobieta uspokoiła się wyraźnie i zbystrzała.

– Cztery sztuki złota za miesiąc z góry! – przeszła do rzeczy.

– Nie wiemy, czy będziemy tu aż tyle mieszkać... – zaczął negocjacje Sargon.

– Jak będziecie mniej, to mój zysk! – odparowała właścicielka.

– Za jedną izbę na czterech dam trzy sztuki złota.

– Trzy złote i trzy srebrne za trzy tygodnie.

– Dobrze, stoi. – Sargon sięgnął do sakiewki. Teraz dało się dostrzec, że było w niej chudo, ale wymaganą sumę wysupłał. Pytanie tylko, ile tam jeszcze zostało.

Kobieta wzięła pieniądze i obróciła się na pięcie. Poszli za nią na trzecie piętro, z mozołem taszcząc po schodach siodła, sakwy i rzędy, które zdjęli z koni straconych w potyczce przed Katimą, dwa dni temu. Po chwili z ulgą zwalili to wszystko na podłogę wskazanego pokoju z jednym łóżkiem. Nawet zadziwiająco czysto tu było, a i pościel też całkiem niczego sobie. Pewnie wcześniej właścicielka wynajmowała tę izbę na godziny co bogatszym kochankom, którzy nie życzyli sobie zabierać wszy na pamiątkę miłosnych uniesień.

– Chcielibyście do ladacznic, to dwie mieszkają naprzeciwko i jedna nad wami – zakomunikowała, oddając klucz Sargonowi. – Tylko ich teraz nie budźcie, bo za dnia odsypiają.

Nikt tego nie skomentował, choć wiadomość o komentarz aż się prosiła. Skoro bowiem cała ta kamienica była bez mała zamtuzem, to doprawdy nie do zdrożonych mężczyzn należało kierować pretensje, żeby przypadkiem noworodków w szambie nie topili... Baba jawnie zdurniała, ale wciąż żaden z nich nie miał siły podsumować tego grubszym słowem.

 

Zamknęli drzwi i jeden po drugim osunęli się pokotem obok swoich bagaży. Darmin jako najciężej ranny zajął łóżko. Nikt mu tego nie wypominał.

Ostatni tydzień naprawdę mocno dał im w kość. Dość powiedzieć, że dziesięć dni temu, kiedy wdali się w Kardzie w podstępne porachunki dwóch magów, było ich ośmiu. I wciąż jeszcze nie zostało powiedziane, że ostatni czterej przeżyją, a jeśli już, to za co?

Dobry kwadrans wszyscy leżeli jak zabici, odpoczywając i ciesząc się z dawna już niezaznaną chwilą spokoju i ulgi. Zbyt długo ostatnio żyli w stanie najwyższego wytężenia zmysłów i nerwów. Wreszcie z wolna zaczęli siadać i urządzać się na nowej kwaterze.

Na początek wyciągnęli pozostałą w jukach żywność i posilili się w milczeniu, przekazując z rąk do rąk manierkę z resztką wódki. Po posiłku Sargon demonstracyjnie wysypał na podłogę resztę ich wspólnej gotówki. Było to pięć sztuk srebra i jakieś żałosne miedziaki, z których może uzbierałaby się równowartość szóstego srebrnika.

– Jemy czy chędożymy? – zapytał kwaśno Saris, oszacowawszy stan budżetu.

– Pochędożki starczyłoby tylko na dwóch – zaoponował fachowo Miridz. – Albo jedną porządną wyżerkę w karczmie dla wszystkich... I już całe złoto poszło? – zreflektował się i z frasunkiem podrapał po głowie.

Sargon odsunął na bok dwie sztuki srebra.

– To musi zostać na maści gojące dla Darmina, na wypadek gdyby rany mu się dłużej jątrzyły – oznajmił.

Pozostali w milczeniu pokiwali głowami. Darmin miał złamane trzy żebra i wygryziony z prawego boku kęs ciała wielkości dłoni. Gdyby go ta strzyga użarła o grubość palca głębiej, jak nic wypadłyby mu flaki. Na szczęście kolczuga przetykana srebrnym drutem zniechęciła potworzycę do wyrywania wątroby. Wprawdzie Darmin mógł chodzić o własnych siłach, ale zaniedbanie takich obrażeń wciąż groziło śmiercią z zakażenia.

– No to będzie tego na tydzień o podpłomykach, słoninie i najtańszym piwsku... – skwitował kwaśno Saris.

– Chyba że znajdziemy robotę – oznajmił Sargon, nie wiedzieć po co, bo to było oczywiste dla nich wszystkich. Jak również to, że kiedy skończą się im pieniądze, będą musieli najpierw sprzedać uprząż, a potem stopniowo wyprzedawać się z oręża. Teoretycznie ich broń była sporo warta, ale jeśli najemnik sprzedawał swoje narzędzia pracy, znaczyło to, że jest w skrajnej desperacji i musi przystać na najgorszą proponowaną cenę. Żaden kupiec nie przepuściłby takiej gratki. Poza tym każda taka transakcja coraz bardziej zmniejszała szanse na otrzymanie dobrego zlecenia. Bo kto zatrudni wojownika z kijem i procą ze sznurka? Potem zostawała już tylko żebranina albo szafot za rozbój. Prędzej czy później.

Wszyscy czterej pochodzili z Wysp Północnych, a zwerbował ich Kar na kolejną planowaną wojnę z Suminorem. I tak się przewrotnie złożyło, że utkwili teraz w stolicy Suminoru, a dokładniej mówiąc, na jej najpodlejszym przedmieściu.

Ich statek miał przemknąć chyłkiem na południowy zachód, szerokim łukiem omijając suminorskie wybrzeża, ale jak na złość sztorm zepchnął ich właśnie tam, do kompletu wbijając na skały opodal portu w Samni. Skończyli jako rozbitkowie, przezornie podając się za ochronę statku przed piratami, ale to niewiele poprawiło ich niewesołą sytuację. Nie mogli ruszyć do Karu drogą lądową, boby ich powieszono, gdyby się tylko wydało, w którym kierunku zmierzają. Z kolei zaciągnąć się do najemnych oddziałów suminorskich nie mogli, bo zaliczki od Karyjczyków już wzięli i przepili lub potracili w katastrofie, więc zwrócić tych pieniędzy nie było jak. Gdyby zaś stanęli zbrojnie przeciwko tym, którzy ich najęli, byłoby to najgorsze możliwe pogwałcenie honoru najemnika, oznaczające wyjęcie spod niepisanego prawa. Każdy mógłby potem zrobić z nimi wszystko, a gdyby dostali się w ręce jakiejkolwiek wolnej kompanii, ich koniec byłby równie ponury jak w przypadku magów przyłapanych na używaniu zakazanych zaklęć. I tu, i tu obowiązywała zasada: „Nie ma dosyć bólu”. Fantazja najemnych oprawców skutecznie konkurowała z profesjonalizmem suminorskich katów.

Kodeks honorowy najemnych kompanii znał sytuację, w której oni się znaleźli, i jasno mówił, co mają robić – zachować neutralność. Skoro nie mogli wziąć udziału w wojnie zgodnie z zawartą wcześniej umową, musieli innymi sposobami zarobić na utrzymanie i zwrot zaliczki zleceniodawcy. Dopiero wykupiwszy swój kontrakt, mogli zmienić stronę konfliktu. To oznaczało, że najlepsza robota była dla nich teraz zakazana. Zamiast jawnie zgłosić się do werbowników, musieli najmować się do przedsięwzięć szemranych albo i całkiem nielegalnych. Na to ostatnie zaś nie mieli dobrych koneksji w tutejszym półświatku, właściwie żadnych. Ludziom znikąd nikt w przestępczej gildii nie zaufa. Równie dobrze mogli przecież być tajniakami straży tylko podającymi się za rozbitków.

Tym sposobem dwa tygodnie temu wplątali się w sprawę, od której każdy szanujący się zbój i złodziej wolałby się trzymać jak najdalej, a wmieszany przypadkiem – sam natychmiast poderżnąłby sobie gardło, żeby go nie spotkał o wiele gorszy koniec. Innymi słowy, przymuszeni koniecznością uwikłali się w skryte porachunki czarnych magów – mistrzów Barlidesa i Arnona, oby obaj sczeźli na dnie Otchłani! Magowie ci zajmowali się potajemnie hodowlą potworów Onego i zapewne sprzedawali je ludziom pragnącym wykorzystać je w zbrodniczych zamiarach. Konkurenci weszli sobie w drogę i stąd Barlidesowi były potrzebne miecze do wynajęcia. Obcy ludzie znikąd, których potem nikt żałować ani mścić nie będzie, wydawali się do tej roboty idealni. Oni zaś nie pytali o szczegóły, nie liczyło się bowiem, kto ma rację, ale kto płaci, a pieniędzy potrzebowali na gwałt.

Fakt, że najemnicy zostali przestępcami, to jeszcze pół biedy. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Gorzej, że teraz ich tropem oprócz przedstawicieli bezlitosnego prawa podążały jeszcze potwory nasłane przez maga Arnona – przeciwnika byłego zleceniodawcy, który w owych porachunkach zginął pierwszy, czyli nie zapłacił. W desperacji próbowali okraść Arnona albo jakoś się z nim ułożyć, ale on też zginął wkrótce od pośmiertnej klątwy swego przeciwnika. Nie zdążył wyjawić, gdzie jest jego osobisty skarbczyk, ale nasłać na nich swoje potwory to i owszem. Ma się rozumieć, odwołać ich też już nie zdążył...

Były patron zasługiwał jednak na nieco cieplejsze wspomnienie, gdyż zawczasu zaopatrzył najemników w dość dobrą magiczną broń i amulety ochronne, dzięki którym ich trupy nie przekształcały się teraz w upiory gdzieś w podmiejskiej piwnicy na peryferiach Kardy albo w przydrożnych krzakach traktu do Katimy. Aczkolwiek ten los wciąż jeszcze nad ocalałą czwórką wisiał.

Uciekali więc potem na złamanie karku do stolicy Suminoru, gdyż był to jedyny kierunek, w którym mogli zdążać szukający honorowego zajęcia najemnicy, nie wzbudzając podejrzeń władz naturalnych. Za to bestie nadprzyrodzone deptały im po piętach bez litości. Podczas ostatniej potyczki, która kosztowała ich życie dwóch kolejnych towarzyszy, wszystkie konie oraz ostatnie sprawne amulety, zdołali się obronić i zmylić tropy, ale chyba nie na dobre. Najlepiej było się więc ukryć przed potworami Onego tam, gdzie było ich tak wiele, że żaden obcy upiór nie mógł wejść, nie naruszając granic rewiru któregoś ze swoich pobratymców. Twory Onego zaś zwykle schodziły sobie z drogi. Tyle o nich wiedzieli.

Takim oto sposobem trafili do Sodowych Dołów, omijanej przez tępicieli, najpodlejszej dzielnicy Katimy. Ludzie żyli tutaj, przestrzegając kilku prostych, acz bezwzględnych reguł. Należało nie schodzić do piwnic, omijać z daleka stare kupy śmieci i pod żadnym pretekstem nie wyściubiać nosa na ulicę podczas pełni księżyca. Sąsiadami interesować się też za bardzo nie należało, co akurat dla najemników było okolicznością pomyślną. Ponoć tutaj, kiedy lokator przestawał płacić czynsz i pokazywać się na oczy, choć odgłosy świadczyły, że jest w domu, kamienicznicy woleli zabić mu drzwi mieszkania srebrnymi ćwiekami, niż dopraszać się o komorne.

Podobno też w tej części Katimy od dawna nie budowano domów z podziemiami, a istniejące piwnice wieki temu zamurowano grubo, mury zaś opatrzono magicznymi zabezpieczeniami. Nikt przy zdrowych zmysłach ani nawet umiarkowanie szalony nie próbował naruszać tych pieczęci. Mimo to śmierć od kłów i szponów była tutaj rzeczą nagminną.

Kiedy tylko do Sodowych Dołów przybyli, zaraz na pierwszym skrzyżowaniu ulic najemnicy ujrzeli scenę, która gdzie indziej byłaby powodem wielkiego zbiegowiska, tutaj zaś ledwie skłaniała przechodniów do zwolnienia kroku. Na stole wyniesionym na sam środek owego skrzyżowania leżał świeży trup z odgryzioną głową i prawą ręką. Zapewne dzieło strzygi lub wilkołaka. Zwłok pilnowało dwóch strażników miejskich, którzy nawoływali i zachęcali przechodzących, aby dobrze przyglądali się nieboszczykowi, czy przypadkiem nieszczęśnika nie poznają. Napominali przy tym pobożnych wyznawców Reha, że podczas pogrzebu należy podać bóstwom imię nieboszczyka, inaczej ów będzie miał kłopoty w zaświatach. Strażnicy czynili zadość obowiązującemu prawu i przepisom religijnym, acz wyraźnie bez wielkiego przekonania. Żywy bowiem był na Sodowych Dołach przesąd, że na ofiary potworów Onego lepiej nie patrzeć z bliska, jak już trzeba, to kątem oka, wymieniać zaś imię zagryzionego przy jego szczątkach to już doprawdy jawne proszenie się o nieszczęście, bo można takiego przywołać i potem nocą przylezie... „Kogo zwierzuny poznały, tego ludziom nie znać” – głosiło stare ludowe przysłowie. Wiadomo było więc niemal na pewno, że przed zachodem słońca obsypany solą i opiłkami srebra trup bezimiennie pójdzie w ogień rozpalony pod cmentarnym murem. I niech się w zaświatach martwią, co z nim dalej zrobić!

Tę i wszystkie pozostałe historyjki o Sodowych Dołach opowiedział im żebrak, którego najęli jako przewodnika, aby doprowadził ich do Płaziego Zaułka, w którym znaleźli to oto mieszkanie.

Adres wybrali nieprzypadkowo.

Tutaj wiodła jedyna nić, która mogła wybawić ich z matni. Dziesięć dni temu, kiedy w wielkim pośpiechu przetrząsali dom świeżo uśmierconego mistrza Arnona, szukając pieniędzy i kosztowności, zamiast nich znaleźli strzęp listu, który był teraz ich jedyną szansą na odmianę losu.

„Po rozważeniu hojnej oferty waszej dostojności podjąłem się wypełnić zlecane mi, porywające i imponujące zadanie jak najsumienniej. Niezbędna będzie mi jednak pomoc zaufanej i znającej magię przyjaciółki Hadeny, właścicielki sklepu z talizmanami i eliksirami na Płazim Zaułku w Katimie, którą polecam uwadze i wszelkiej łaskawości waszej dostojności. Co się tyczy...”

Dalej papier wypalił odprysk kuli magicznego ognia, który z jednej strony zniszczył resztę tekstu, z drugiej jednak zdezaktywował zaklęcie zabezpieczające list przed przeczytaniem go przez niepowołane oczy, dzięki czemu zyskali przydatny trop.

Autor listu podpisał się inicjałami „C.M.”, które nic im nie mówiły, ale prócz tego zachowała się jeszcze całkiem świeża data, co oznaczało, że magiczny spisek pozostaje aktualny i jest szansa zarobić, przyłączając się do niego albo go denuncjując – rzecz do ustalenia już na miejscu.

Dzięki Darminowi mieli wygodny pretekst, żeby zamieszkać blisko sklepiku Hadeny, gdzie mogli tanio zaopatrzyć się w leki dla rannego towarzysza. Zaszli tam zresztą od razu z drogi, jeszcze zanim dogadali się w sprawie mieszkania, bo opatrunki pokąsanego kompana pilnie już wymagały zmiany.

Sklepik Hadeny mieścił się dokładnie po drugiej stronie Płaziego Zaułka, w równie obskurnej kamienicy, na parterze, od frontu. Sama zaś wiedźma mieszkała, na ile zdołali się zorientować, w suterenie pod sklepem. Wejście było tam tylko jedno – od ulicy. Przedsiębiorstwo owo wyglądało równie żałośnie jak cała dzielnica, w której miało swą siedzibę. Na wystawie poniewierały się zakurzone minerały, wypchany kruk, któremu wypadło jedno szklane oko, oraz wypchany czarny kot, dobrze już napoczęty przez mole. Szyld z napisem: „Talizmany i likwory wszelakie” dawno spłowiał i zszarzał, niezbyt rzucał się w oczy na tle muru. Okna były niedomyte.

Gospodyni sprawiała jeszcze gorsze wrażenie. Nie chodziło o to, że była stara i szpetna, bo w istocie była, ale o to, że wyszła kiedyś spod ręki kata. Była chodzącym „świadectwem sprawiedliwości i miłosierdzia”, jak mówiono o takich w Suminorze. Przed laty okaleczono ją ciężko za współudział „w rzucaniu klątw na dobrych ludzi”, jak sama to od razu powiedziała. Oskalpowano jej za tę zbrodnię prawą połowę głowy, wyłupiono prawe oko, ucięto prawe ucho, prawą pierś, cztery palce u prawej dłoni oraz pół prawej stopy. Jakimś cudem przeżyła kaźń i teraz wobec każdego, kto zwrócił uwagę na jej wygląd, monotonnym, skrzekliwym głosem wygłaszała obowiązkową urzędową formułę objaśniającą, za co tę „wielce zasłużoną karę odebrała”, dodając, że „z mocy prawa i z całego wdzięcznego serca sławi niezmiernie królewskie miłosierdzie, które zezwoliło jej zachować życie oraz resztę ciała w całości”. Prawo Suminoru zabraniało ukrywać blizny będące pamiątką po wymiarze sprawiedliwości, więc na widok Hadeny nawet doświadczonym najemnikom musiały zadrżeć serca. Potem zaś ogarnął ich szczery podziw, że ona nadal waży się parać rzeczami, za które została tak surowo pokarana. Albo była kobietą niebywale odważną, albo niebywale chciwą. W grę wchodziła też monstrualna głupota granicząca z szaleńczą odwagą.

 

Udali, że są zwykłymi klientami. Lecznicze maści Hadeny, o dziwo, wyglądały całkiem przyzwoicie, oferowała dobry, choć niewyszukany towar, więc nie potrzebowali lepszego i od razu, na miejscu, zmienili kamratowi opatrunki. Właścicielka sklepu im nie pomogła, chociaż tego oczekiwali. Tylko gapiła się obojętnie, puszczając mimo uszu prośby najemników o gorącą wodę, nożyce i miskę. Z trudem powstrzymali się od zrobienia awantury.

Później zaś z całej okolicznej oferty wybrali pokój, z którego okien mogli najdogodniej obserwować interes wiedźmy. Teraz kluczowa była odpowiedź na pytanie, czy będzie ich stać, aby robić to dość długo, aż coś istotnego się wydarzy.

Przez pierwsze trzy dni nic się nie wydarzyło. Pomijając fakt, że mieszkające po sąsiedzku ladacznice uznały ich za klikę sodomitów, ponieważ nie zdecydowali się skorzystać z ich oferty. Najemnicy nie chcieli przyznać, że brakuje im pieniędzy, więc oznajmili, że w kobietach nie gustują.

Czwartego dnia, godzinę przed południem, czuwający przy oknie Miridz zauważył nagły ruch na rogu uliczki. Do Płaziego Zaułka wkroczył niewielki, acz bogaty orszak. Dwóch mężczyzn niosło lektykę udrapowaną zielonym karyjskim jedwabiem, obok której szła starsza niewiasta oraz dwóch innych mężczyzn, trzymających w pogotowiu okute kije, oraz jeszcze jeden na czele, niewątpliwie dowódca. Poruszał się on wyraźnie inaczej niż pozostali – bardziej miękko, sprężyściej i czujniej, jakby kocio...

Cała grupa podeszła do sklepu Hadeny i zatrzymała się przed nim. Kobieta idąca obok lektyki okazała się służącą, teraz rozchyliła zasłony i z wielką troską oraz uszanowaniem pomogła wysiąść swojej pani.

Pasażerką okazała się młoda, bogato ubrana kobieta w zaawansowanej ciąży. Dziewczyna stanęła przed kramem i rozejrzała się dookoła, masując sobie dłonią krzyż.

W tym momencie do ciężarnej damy podszedł jakiś żebrak, który nagle wychynął z pobliskiej bramy. Jeden ze strażników natychmiast odepchnął natręta kijem, drugi zaś zwrócił się w dokładnie przeciwną stronę, na wypadek gdyby zaczepka ze strony żebraka była próbą odwrócenia uwagi eskorty. Ludzie przy lektyce jak na komendę położyli dłonie na rękojeściach krótkich mieczy i błyskawicznie ustawili się tak, aby pasażerka znalazła się bezpiecznie pomiędzy nimi.

Wszystko trwało tyle czasu, ile zajmuje policzenie do dwóch. Obserwujący zajście najemnicy wymienili znaczące spojrzenia. Tamci na ulicy nie byli zwykłymi pachołkami, lecz zawodowymi ochroniarzami najwyższej klasy.

Ciężarna dziewczyna ruchem ręki powstrzymała mężczyznę z kijem, który chciał obić żebraka. Potem powiedziała coś do służącej, a ta wyjęła monetę i dała ją proszącemu.

Całą tę scenę zauważył patrol straży miejskiej, który akurat przechodził główną ulicą przed wylotem Płaziego Zaułka. Dwóch halabardników i podoficer natychmiast skręciło i podeszło do lektyki. Podoficer zamienił kilka słów z dowódcą ochrony, po czym pokłonił się bardzo nisko ciężarnej damie. Ta z jakiegoś powodu pokręciła głową.

Miridz trochę szerzej uchylił okno, a wtedy do pokoju najemników doleciał z dołu dalszy ciąg rozmowy. Podoficer straży mówił, że dzielnica nie jest zbyt bezpieczna i że lepiej będzie, jeśli on i jego ludzie będą mogli towarzyszyć „jaśnie wielmożnej pani”. Ta popatrzyła pytająco na dowódcę swojej eskorty, który dał znak, że się zgadza. Wtedy obaj halabardnicy zajęli pozycje przed i za lektyką, a trzymanymi poziomo drzewcami zatrzymali ruch w całym zaułku.

Dziewczyna w towarzystwie służącej oraz dowódcy swojej eskorty weszła do sklepiku Hadeny.

Wyszli stamtąd po niespełna pięciu minutach. Młoda dama była blada i zmieszana, ciężko opierała się na ramieniu służącej. Idący za nimi oficer demonstracyjnie splunął na próg sklepiku, po czym razem ze służącą pomógł dziewczynie wsiąść do lektyki.

Sargon zwrócił uwagę, że na szyi pasażerki pojawił się nowy wisiorek, zapewne amulet kupiony u Hadeny.

Cały orszak natychmiast ruszył z powrotem. Do eskorty gorliwie przyłączyli się strażnicy miejscy. Tylko ten dziwny oficer wciąż stał na środku ulicy, jakby nagle zrezygnował z towarzyszenia swej pani i nad czymś się głęboko zastanawiał...

Wtem podniósł głowę i spojrzał wprost w okno, w którym, ukryci za zasłoną i uchylonymi okiennicami, czaili się najemnicy.

– Zauważył nas, taki syn! – wycedził przez zęby Sargon.

Mężczyzna na dole ruszył do bramy ich kamienicy.

– Idzie tu! Co robimy?! – zdenerwował się Miridz. – On jest jeden, nas czterech...

– Skoro spostrzegł, że patrzymy, to pewnie zobaczył też, że jest nas kilku – myślał głośno Darmin. – Więc jeśli sam tu idzie, to albo jest głupi, albo taki wielki z niego wojownik...

Na schodach rozległy się coraz głośniejsze kroki. Za moment przybysz energicznie załomotał pięścią w ich drzwi.

– Otwórzcie i powiedzcie, kim jesteście! – zażądał.

– A ty kto, panie? – Sargon zagrał na czas.

– Kapitan Ksin Fergo, dowódca straży pałacowej jego wysokości króla Redrena III.

Żarty się skończyły. Najemnicy od czasu przybycia do Suminoru słyszeli to imię wielokrotnie. I już za pierwszym razem usłyszeli dość, aby teraz wiedzieć, dlaczego gość zupełnie nie przejmuje się ich przewagą liczebną.

– Jesteście tym sławnym kotołakiem, panie? – upewnił się Sargon.

– Mam wyrwać drzwi, aby wam tego dowieść?!

Miridz podszedł bez gadania i odsunął skoble.

Ksin nie kwapił się z wejściem do środka. Stanął w progu i obrzucił wnętrze pokoju uważnym spojrzeniem. Ręce niedbale opierał o biodra. W czasie kiedy tu szedł, podwinął rękawy koszuli za łokcie.

Żaden z najemników nie miał na sobie pasa, ale ich miecze stały oparte o ścianę, w zasięgu ręki. Teraz jednak oni odsunęli się od broni, trzymając przy tym dłonie tak, aby Ksin dobrze je widział. Słyszeli, że potrafi przemienić się w okamgnieniu, i nie chcieli go prowokować. Zbyt dobrze już na własnej skórze poznali potwory Onego, by wiedzieć, że z tym nie mają szans.

– Kim jesteście? – Kotołak powtórzył pytanie.

Sargon wygłosił ich zwykłą bajeczkę o poszukiwaniu „dobrze płatnego zajęcia”, co Ksin zbył wzruszeniem ramion.

– Żyjecie w nędzy – zauważył chłodno – mimo że idzie wojna i dla najemników nastał teraz dobry czas. Wolne kompanie w Deninie dwakroć podniosły żołd, na pewno musieliście o tym słyszeć, a skoro tam nie zmierzacie i nie bierzecie tej roboty, tylko gnijecie w tej norze, znaczy że jesteście na żołdzie Karu... – Zdemaskował ich bez trudu. – Na dodatek cuchniecie Onym... – dodał, nie czekając, aż wymyślą jakieś wykręty. Następnie wszedł do izby, zbliżył się do siedzącego na łóżku Darmina i bezceremonialnie położył mu dłoń na czole.

– Jesteś skażony mocą Onego – zakomunikował po chwili. – Kiedy umrzesz, przekształcisz się w martwiaka. Przemiana będzie trwała mniej niż trzy dni, może nawet nastąpi natychmiast...

Ranny najemnik pobladł i westchnął ciężko.

– W jaki sposób mogę zaznać pośmiertnego pokoju, panie?

– Kiedy odniesiesz śmiertelną ranę, twoi towarzysze muszą od razu odrąbać ci głowę i odsunąć ją z dala od ciała.

Trzej pozostali najemnicy w milczeniu pokiwali głowami na znak, że tak właśnie postąpią.

– Zawsze mogę liczyć na kamratów... – zapewnił Darmin. Jego głos drżał.

– Dobrze – skwitował sucho Ksin i wrócił do tematu. – Czego tu szukacie?

– Mamy swoje plany... – zaczął wykręcać się Miridz.

– Jakie? – wszedł mu w słowo kotołak.

Milczeli trochę zbyt długo, jak na cierpliwość Ksina. Jego przedramiona zamieniły się w kocie łapy. Nie wysunął pazurów, nie wykonał żadnego ruchu, poprzestał jedynie na tej demonstracji. To jednak wystarczyło, aby na twarzach drabów odmalował się strach.

– Macie trzy wyjścia – oznajmił im zimno kotołak. – Powiecie mnie albo katu, albo zabieracie tajemnicę ze sobą do grobu... Co wybieracie?

– Szukamy dobrego zajęcia! – Sargon poszedł w zaparte.

Ksin bez słowa przemienił lewą łapę z powrotem w ludzką dłoń, sięgnął do kieszeni, wyjął sakiewkę i rzucił ją na podłogę. Woreczek z monetami spadł na nią z miłym dla ucha łoskotem.

– Wynajmuję was – zakomunikował im Ksin. – To jest zaliczka, a teraz gadajcie mi wszystko!

Wymienili się spojrzeniami, po czym Saris wyciągnął z sakwy ów skrawek listu ze wzmianką o Hadenie i podał go kotołakowi.

Ten przebiegł pismo wzrokiem.

– Mieliście szczęście – stwierdził na koniec. – Podziękujcie za nie swoim bogom, doprawdy bowiem obdarzyli was wielką łaską.

– Chcieliśmy sprawdzić, co się za tym kryje, i niezwłocznie powiadomić czcigodnych świętców lub Zakon Tępicielski... – Miridz zaczął popisywać się prawomyślnością.

– Oni by was oszukali – wszedł mu w słowo Ksin. – W najlepszym razie dostalibyście jakąś żałosną jałmużnę i zostali wygnani precz z miasta. Najpewniej jednak zgnilibyście w świątynnych lochach. Tępiciele przejęliby sprawę, a was oskarżyli o współudział w zbrodni praktykowania nekrokreacji. Wtedy wy byście modlili się już o szybką i lekką śmierć, lecz nadaremno. W zbyt wielką sprawę, jak na nic nieznaczących przybłędów, się wplątaliście...