Zlecenie: Walka z szatanem

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Wydawnictwo Arbitror sp. z.o.o. 2019

Projekt okładki i stron tytułowych

Łukasz Stachniak

Redakcja

Magdalena M. Baran

Skład, łamanie, korekta

Witold Kowalczyk

Przygotowanie wydania elektronicznego

Michał Nakoneczny, Hachi Media

Wydanie I

ISBN 978-83-66095-17-5

Wydawnictwo Arbitror spółka z o.o.

ul. Krucza 41/43 lok 67

00-525 Warszawa

www.arbitror.pl

e-mail: kontakt@arbitror.pl

Spis treści

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Posłowie

1  Okładka

2  Strona przedtytułowa

3  Strona tytułowa

4  Strona redakcyjna

5  Spis treści

6  Prolog

7  Rozdział I

8  Rozdział II

9  Rozdział III

10  Rozdział IV

11  Rozdział V

12  Rozdział VI

13  Rozdział VII

14  Rozdział VIII

15  Rozdział IX

16  Rozdział X

17  Rozdział XI

18  Rozdział XII

19  Rozdział XIII

20  Rozdział XIV

21  Rozdział XV

22  Rozdział XVI

23  Rozdział XVII

24  Rozdział XVIII

25  Rozdział XIX

26  Rozdział XX

27  Rozdział XXI

28  Rozdział XXII

29  Rozdział XXIII

30  Rozdział XXIV

31  Posłowie

32  Reklamy

Rzecz oparta na faktach

Prolog

Nie miała jak dalej uciekać. Żeby nie mogli jej dosięgnąć, starała się wcisnąć w szczelinę między ścianą a piecem, boleśnie ocierając się o wystające z niego rurki. Ale kryjówka była marna. I tak zaraz ją stąd wyciągną… Miała wrażenie, czuła, że ci mężczyźni szykują się, by zrobić jej krzywdę. Dokonać na niej zbiorowego gwałtu? Nic ich już nie powstrzyma. Banda oszalałych zwyrodnialców. Kiedy ją gonili, szarpali się z nią i prawie całkiem zdarli z niej ubranie. Była teraz półnaga. Odruchowo zasłoniła rękami drobne piersi. Miała tylko piętnaście lat – dlaczego ją to spotkało?

W rytuale uczestniczyła grupka duchownych i świeckich wstawienników. Ciasnym pierścieniem otaczali miejsce, gdzie się schroniła. Trudno byłoby im tam wejść, więc na razie tylko stali z boku, a niektórzy klęczeli, krzyżami blokując jej drogę odwrotu. Demony, które weszły w dziewczynę, muszą być z niej wypędzone. Tak chce Bóg. Zaintonowali pieśń, pokorne błaganie do Ducha Świętego o pomoc w walce z szatanem.

Ona kuliła się w wąskiej niszy, zasłaniała uszy rękami… Trzęsła się cała, patrząc z przerażeniem na mężczyzn, którzy mieli za chwilę rzucić ją na ziemię i rozpocząć rytuał. Wiedziała, że nie zdoła im uciec. Ich ręce były coraz bliżej, dotykały już ciała, nie miała żadnych szans na ratunek. Ojciec, który ją w to wszystko wpakował, gdzieś przepadł – dlaczego go tutaj nie ma?

Jeden z egzorcystów sięgnął po kropidło, uniósł je i zaczął pryskać wodą święconą. Zimne krople ją dosięgły, zawyła…

Z boku wysunął się niewidoczny dotąd zakonnik. Śpiewał:

– Za tobą, Duchu Święty… Duchu Święty, pouczaj mnie. Duchu Święty, poprowadź mnie. Chcę iść za Tobą, Duchu Święty! Alalalala… Alalala… Alalala…

Zebrani zaczęli się kiwać, powtarzając:

– Alalalala… Alalala… Alalala…

– A teraz wszyscy pomodlimy się w językach, bo kiedy przyjęliśmy chrzest, to każdy otrzymał ten dar. Więc wszyscy razem w Duchu Świętym… Alalalala… Alalala… Alalala… – głos zakonnika znowu przekształcił się w niezrozumiałe, orientalnie brzmiące zawodzenie.

Najchudszy z prześladowców zdołał wcisnąć się do szczeliny i chwyciwszy dziewczynę za ręce, mocno ciągnął ją ku sobie. Zaczęła rozpaczliwie krzyczeć, piszczeć, wyła jak ranne zwierzę, bo wiedziała, co za chwilę się stanie.

Rozdział I

Dwa miesiące wcześniej

Ten tydzień okazał się wyjątkowo pechowy. Kolejna rogacizna miała być łatwa i przynieść sporo funtów, a zakończyła się wpadką, co gorsza, nie tylko finansową. Początkowo śledzenie figuranta – tak z przyzwyczajenia z pracy w komendzie Andrzej nazywał osobę, na którą dostał zlecenie – wydawało się proste. Klientka podejrzewała, że jej mąż kogoś ma. Facet był zatrudniony w wytwórni kanapek przy lotnisku Heathrow, gdzie odbywał regularne dyżury, często z nadgodzinami. Po pracy zwykle szybko wracał do mieszkania i szedł spać. Nic ciekawego. Nie było jednak jasne, co – poza rytualnym chodzeniem na mszę do polskiego kościoła na Ealingu – figurant robi w weekendy. To właśnie wymagało sprawdzenia.

 

We wstępnej rozmowie zazdrosna żona była bardzo rzeczowa.

– Pieniądze na dzieci przysyła. Nie powiem złego słowa, terminowo.

– O co więc pani chodzi? – dopytywał Andrzej.

– No bo przedtem latał co miesiąc do domu, wie pan, tymi tanimi, co to grosze kosztuje. Ale teraz jakoś nie ma do tego melodii, a od piątku wieczór w ogóle nie odbiera ode mnie telefonu. Musi jaką dupę podłapał – stwierdziła. – Ze mną nie sypia od roku. A wcześniej był zupełnie inny, zabiegający. Opędzić się nie mogłam.

Ze zrozumieniem pokiwał głową. Patrząc na twarz i sylwetkę klientki, w głębi duszy myślał, że i jemu też by się nie chciało wracać do takiej kobiety nie tylko na weekendy, ale i na święta. Trudno było znaleźć w niej coś pociągającego: przysadzista, niezgrabna, brzydka. W dodatku nakładała zbyt mocny makijaż i malowała kredką łuki brwi, które wcześniej kompletnie wyskubała. Tworzyło to groteskowy efekt, jakby nosiła na twarzy maskę klauna.

– A facet bez ruchania długo nie potrafi, prawda? – uzupełniła diagnozę, najwyraźniej znając życie i męskie potrzeby. – W tym wieku chce mu się już mniej niż kiedyś, ale raz w miesiącu na pewno musi, bo inaczej go nosi – stwierdziła. – I wtedy może chodzić bokami…

Nękana podejrzeniami i zachęcana przez koleżanki nie wytrzymała ciągłej niepewności i ukradkiem przyleciała do Londynu. Musiała sprawdzić, jak to naprawdę jest z tym jej mężem. Może chory? Ale chyba jednak nie, boby coś przecież wyczuła, zna go tyle lat. Bardziej doświadczona przyjaciółka, już rozwódka z dobrymi alimentami, poradziła, by zdradzana żona wynajęła detektywa, to w razie czego będzie od razu dowód do sądu.

Po pobraniu zaliczki Andrzej energicznie zabrał się do pracy. Rzeczywiście facet chyba z kimś się spotykał, bo w wynajmowanym z kolegami mieszkaniu w weekendy na ogół nie nocował i dokądś – dość elegancko ubrany – wyjeżdżał. Ale dokąd? I po co? Poszlaki wskazujące na romantyczną przygodę istniały, ale równie dobrze mógł to być zarówno mały skok w bok, jak i weekendowa chałtura – dodatkowa, nieopodatkowana praca, którą mąż nie pochwalił się żonie, bo pewnie zaraz chciałaby od niego więcej kasy. A jeśli gość po prostu oszczędza na samochód? Dorabia jako kelner, portier czy opiekun do dzieci lub domowych zwierząt? Albo ma jakieś hobby ukrywane przed rodziną?

Dyskretna obserwacja figuranta w piątkowy wieczór doprowadziła detektywa do taniego pensjonatu na przedmieściu. Facet, uwieczniany teraz na zdjęciach robionych długim, 300-milimetrowym teleobiektywem, raźno wmaszerował do budynku z kupioną po drodze butelką wina… Sytuacja zaczęła się klarować. Wprawdzie kochanki nie było nigdzie widać, ale mogła przyjść wcześniej. Pewnie mości gniazdko lub za chwilę się pojawi, jeśli to rzeczywiście jest miłosna schadzka – rozważał Andrzej. Odczekał chwilę, obserwując wejście, przez które wyszła jakaś zgarbiona staruszka, a wszedł czarnoskóry młodzian w meloniku. Potem wszelki ruch ustał.

Postanowił działać dalej. Jakoś bez problemu zdobył numer pokoju – pod pozorem dostarczenia zamówionej przez Mr. Kowalskiego niezwykle pilnej, a zarazem cennej przesyłki, którą on, kurier, musiał doręczyć osobiście. Piegowata recepcjonistka, sądząc z akcentu Czeszka, była wyraźnie znudzona i dosyć gadatliwa. Bez zbędnych fochów dała się przekonać ostatecznym argumentem, 10-funtowym banknotem, a jej lekko dwuznaczny uśmiech potwierdzał podejrzenia detektywa.

But please, do not disturb him, might be busy, he’s got a very nice partner – dodała, szczerząc zęby. Chyba myślała, że Andrzej coś kręci. Bo jaki kurier daje łapówki? Pewnie naprawdę jest dilerem i przywiózł klientowi zamówiony koks, mający uatrakcyjnić erotyczną zabawę.

Bez problemu dotarł do właściwych drzwi na samym końcu korytarza i się zatrzymał. Wolał nie podchodzić zbyt blisko, nadstawił uszu.

– Jednak zwykłe dymanko – skonstatował, słysząc skrzypiące rytmicznie łóżko. Z pokoju dobiegały ciche westchnienia i charakterystyczne stłumione okrzyki. Para już poważnie zabrała się do dzieła… A jako że klientka była w Londynie i niecierpliwie czekała na wieści, ponaglając Andrzeja SMS-ami, zdecydował się na przyspieszenie wielkiego finału.

Wycofał się i zaproponował telefonicznie, by jak najszybciej przyjechała do pensjonatu, bo kochankowie mogą w każdej chwili skończyć spotkanie, a przecież on sam do ich miłosnego gniazdka nie wtargnie. W Anglii groziłoby mu za to oskarżenie o naruszenie prywatności, a nawet i fizyczną napaść. Nie będzie niepotrzebnie ryzykował. Co innego żona, która chce po prostu zobaczyć się z mężem i przy okazji, niejako przypadkiem, odkryje, co małżonek wyczynia. W razie czego Andrzej ma wymówkę, będzie jej towarzyszył jako przyjaciel, przewodnik po Londynie i nikt nie będzie mógł się o to do niego przyczepić.

Gnana zazdrością kobieta dotarła tak zdyszana, jakby cały dystans pokonała pieszo, choć faktycznie przyjechała metrem i taksówką. W recepcji drogę otworzył im kolejny banknot, skwapliwie schowany do torebki przez dyżurującą Czeszkę. Potwierdziła, że Mr Kowalski nadal jest u siebie i można mu dostarczyć kolejną przesyłkę. Tu znacząco mrugnęła, zapewne myśląc, że teraz ma do czynienia z parą dilerów przybywających ze świeżym towarem. A może nawet także amatorów zabawy, chętnych do wzięcia udziału w orgietce?

Stanęli przed drzwiami na końcu korytarza. Z pokoju nie dochodził żaden dźwięk. Zaniepokoił się – czyżby para skończyła już zabawę i po cichu się wyniosła, omijając recepcję? A może śpią? Na szczęście po chwili rozległy się jakieś szurania i westchnienia. Odetchnął.

– Ale czy to na pewno on? – spytała szeptem żona. – Bo może jednak…

Nie zdążył odpowiedzieć, gdyż ze środka dobiegł stłumiony, męski głos:

– O, ooo, dobry Jezu… Józefie Święty… Maryjo… Matko Fatimska… Pomóż, zmiłuj się… Orędowniczko nasza…

Słysząc wypowiadaną po polsku modlitwę, kobieta zbladła i otworzyła usta jakby do krzyku. Na wszelki wypadek mocno przycisnął dłoń do jej twarzy. Nie chciał pozwolić na wrzaski, które mogły przedwcześnie spłoszyć figuranta. Bo wtedy cała robota na nic. Ale co tam się, do cholery, dzieje? – pomyślał zbity z tropu.

– To on! On! – żona wydyszała przez palce blokujące jej usta. – Wiedziałam! Co za kutas! Boga w sercu nie ma.

Cofnął rękę i spostrzegł, że rozmazał kobiecie makijaż. Na palcach zostały mu ślady ciemnoczerwonej szminki, wyglądały jakby ubrudził je krwią.

– Czy on często tak się… modli? – zapytał. Nie przepadał za religijnymi świrami, bo nigdy nie wiadomo, co zrobią.

– Chuja tam się modli… On tak ma w łóżku – wyszeptała. – Jak się seksi.

– Wcześniej wyraźnie słyszałem, że oni się tego…

– Czasem tak gada, kiedy go bierze. Jak już się dobrze rozgrzeje. Pan słucha.

Rzeczywiście, za drzwiami rozległa się kolejna litania:

Matko, Maryjo Niepokalana, Królowo i Matko nasza, co królujesz nad Jasną Górą i świecisz światłem miłości ogromnej nad Polską i całym światem, módl się za mną biednym grzesznikiem, niegodnym Twojej bezgranicznej miłości…

Kobieta spojrzała na detektywa z bolesnym uśmiechem, jakby chciała powiedzieć: „Widzi pan, jaki to pokręcony facet?” – i westchnęła.

– Na końcu, jak dochodzi, zaczyna kląć jak szewc… Bardzo to lubię – dodała niespodziewanie. – Znaczy lubiłam. Ale żeby tak z obcą zdzirą…?

Nadstawili uszu. Z pokoju dobiegał hałas, jakby klaskanie i jakieś jęki, przekleństwa wykrzykiwane po polsku, choć trochę niewyraźnie. W oczach zdradzanej żony pojawiły się łzy. Grymas wykrzywił jej twarz, popatrzyła bezradnie na Andrzeja, po czym gwałtownie rzuciła się w kierunku drzwi, zza których dochodziły coraz głośniejsze wrzaski. Chwycił ją mocno za ramię, przytrzymał, uruchomił kamerę – i… zapukał. Okrzyki zamarły, zapanowała cisza.

Who is it? What do you want? – padło ze środka.

Room service – odparł, nacisnął klamkę i z całej siły pchnął drzwi. Jakimś cudem nie były zamknięte na klucz i otworzyły się na oścież, mało nie wypadając z framugi. Dał przyzwalający znak, a wtedy kobieta ruszyła z kopyta i galopem wpadła do pokoju. Przy łóżku stanęła jak wryta i z niedowierzaniem wpatrywała się w parę, którą zaskoczyła swoim wtargnięciem. Chwilę później osunęła się na kolana, wykrzykując:

– Jacusiu… co ci się stało? Co on ci zrobił?

Starszy z mężczyzn, do którego się zwracała, zastygł na łóżku w pozycji na czworakach, wspierając się na rękach jak pies na przednich łapach. Był goły i patrzył na intruzów w niemym osłupieniu szeroko otwartymi, wytrzeszczonymi oczami. Nic nie mówił, tylko głośno dyszał. Za nim stał wielki, czarnoskóry młodzian. Także był nagi, ale na głowie miał żółty melonik.

– A ty skąd się tutaj wzięłaś? – wysapał starszy mężczyzna.

Nie odpowiedziała, nie wymówiła ani słowa. Wpadła w stupor i tylko z natężeniem wpatrywała się to w męża, to w Murzyna. Wstała, zatoczyła się, jakby była pijana, i wybiegła, po drodze obijając się najpierw o ścianę, później o framugę drzwi i klamkę, o którą zaczepiła, z głośnym trzaskiem rozrywając rękaw sukienki. Zniknęła jak kamfora. Nie odbierała telefonu – po prostu przepadła. Andrzej bał się, czy nie wskoczyła pod metro lub do Tamizy. A może pojechała na lotnisko i nie oglądając się za siebie, od razu poleciała samolotem prosto do Polski? No i oczywiście poza zaliczką nie zapłaciła ani pensa. Jak jej teraz szukać? Ale nie to było najgorsze.

Naprawdę fatalne było to, że w gołym Murzynie rozpoznał księdza Olivera Okoye, czarnego wikarego z polskiego kościoła na Ealingu. A w dodatku wikary rozpoznał także i jego. Uśmiechnął się, błyskając zębami.

– Nie spodziewałem się tu ciebie, Andzeju – stwierdził po polsku, ale z lekkim akcentem. Przy tym seplenił, co nadawało jego wypowiedziom nieco infantylny charakter. – Ale to dobze, ze to ty, a nie ktoś obcy.

– Tak… ja… przepraszam… – bąkał Andrzej. – To… nieporozumienie… Ja… nie sądziłem, że… ksiądz…

– Wlaśnie: nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni – powiedział sentencjonalnie Oliver, owijając się białym prześcieradłem niczym rzymską togą. – Demon potlafi skusić nawet świętego. Taką moc ma sila niecysta… Bóg wystawia nas na cięzkie plóby i nie zawse potlafimy splostać jego psykazaniom – smutno pokiwał głową. – Więc moze najlepiej będzie, jak od lazu oddas mi kaltę z naglaniem, bo móglbys niechcący baldzo zaskodzić nasej palafii. Pomyśl, co by bylo, gdyby taki film wpadl psypadkiem w niepowolane lęce i jesce nie daj Boze tlafil na YouTube’a… – Wikary poprawił opadające prześcieradło i zdecydowanym ruchem sięgnął po kamerę detektywa.

Andrzej odruchowo się cofnął, wcisnął aparat za pazuchę, po czym rzucił się do ucieczki, nie słuchając dalszych słów duchownego. Pognał do wyjścia, w recepcji minął zdziwioną jego zachowaniem piegowatą Czeszkę i pobiegł dalej. Zatrzymał się dopiero na ulicy, za rogiem, z trudem łapiąc oddech. Co za los. Że też musiał trafić akurat na Olivera!

Rozdział II

Kiedy jechał z powrotem metrem, trochę już się uspokoił i zastanawiał, co robić dalej. Uznał, że niepotrzebnie spanikował. Ale teraz – nawet gdyby wrócił i oddał kartę wikaremu – Oliver raczej nie uwierzy, że detektyw do tego czasu nie zrobił kopii. Tak na wszelki wypadek. Każdy fachowiec by tak postąpił… Jeśli jednak Andrzej się z nim nie dogada, może napotkać problemy w parafii, gdzie czasem musi przecież bywać, gdy śledzi figurantów lub zdobywa informacje.

Z drugiej strony bez kompromitującego nagrania nie uzyska od klientki reszty umówionego honorarium – nawet jeśli zdoła ją odszukać… I tak źle, i tak niedobrze. Jak w ogóle doszło do tego, że znalazł się w tak głupiej sytuacji? Chyba znowu zaczął prześladować go pech – jak kilka lat wcześniej, kiedy w czasie dochodzenia niechcący odkrył coś, co nie powinno być nigdy ujawnione, a co wywołało lawinę nieszczęść i zmusiło go do zmiany pracy. Jakieś cholerne fatum?

Wyjazd do Anglii miał być receptą na problemy, z jakimi borykał się w kraju. Mogło być pięknie i nawet przez chwilę było, ale teraz wszystko znowu zaczęło się psuć… Przypomniał sobie optymizm, który go ogarnął, gdy rok wcześniej czekał w kolejce do fryzjera i dla zabicia czasu sięgnął po leżącą na stoliku gazetę. Przeczytał znaleziony w niej artykuł:

Rekordowa liczba Polaków w Wielkiej Brytanii

Piątek, 26 sierpnia 2016 r.

Według stanu z końca 2015 roku w Wielkiej Brytanii mieszkało wyjątkowo wielu Polaków – 916 tys., czyli o 63 tys. więcej niż rok wcześniej – poinformował w czwartek brytyjski urząd statystyczny (ONS). W porównaniu z 2003 rokiem – tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej – populacja Polaków w Wielkiej Brytanii wzrosła ponad 20-krotnie. Według wyliczeń ONS Polki rodzą rocznie na Wyspach 23 tys. dzieci – najwięcej ze wszystkich imigrantek (3,3 proc. wszystkich urodzeń)…

 

Wtedy Andrzeja olśniło. Po co się ukrywać przed nękającymi go wierzycielami, codziennie ryzykując, że go znajdą? Po co tropić rogaciznę w Polsce, skoro można robić to samo, ale bezpiecznie w Anglii, w dodatku za dużo większe pieniądze? Nasze dziewczyny masowo korzystają tam z hojnie rozdawanego brytyjskiego socjalu i zachodzą w ciążę chętniej niż nad Wisłą, gdzie na zasiłek 500+ do niedawna mogły liczyć dopiero przy drugim dziecku. Zapewne dlatego rodacy rozmnażają się na Wyspach znacznie szybciej niż w ojczyźnie, niczym króliki wywiezione niegdyś do Australii, gdzie trafiły na idealne dla siebie środowisko.

Ale co ważniejsze, słyszał od znajomych i czytał w tabloidach o rozluźnieniu obyczajów, jakiemu ziomkowie ulegają za granicą. Wcześniej żyli w domu, w atmosferze potępienia swobody erotycznej, pod kuratelą rodziny, teściów, ciotek, wścibskich sąsiadów, a także proboszcza, znającego na wylot grzechy swych owieczek. Po przyjeździe na Wyspy Brytyjskie ci sami ludzie, gdy tylko złapią pracę i zaczną jako tako zarabiać w funtach, czują się wyzwoleni z wszelkich więzów. W każdy weekend obowiązkowo muszą się wyluzować, wypić kilka pint piwa, a także w miarę możliwości przeżyć jakąś przygodę – choćby i erotyczną. A dlaczego nie spróbować szczęścia z chętną koleżanką, a nawet kilkoma naraz? Później można sprawdzić, czy nie będzie jeszcze lepiej, gdy dziewczyna ma nie tylko inny kolor włosów, ale i skóry: do wyboru są przecież imigrantki z Afryki, Azji, Ameryki Południowej.

Wpojone w kraju zasady, uprzedzenia religijne i rasowe zostają odwieszone na kołku, przelotne romanse i z białymi, i z kolorowymi stają się chlebem powszednim. Jak jest się tak daleko, wśród obcych, to przecież właściwie nie zdrada, tylko chwilowa słabość, zew natury wsparty alkoholem. Przecież wystarczy się potem wyspowiadać i sprawy nie ma, a miłe wspomnienia zostają.

Z czasem weekendowe podrywaczki i podrywacze stopniowo się statkują, a nawet stabilizują w alternatywnych związkach. Bywa, że zakładają drugie rodziny, nieformalne, równoległe do tych, które mają w Polsce. Tak jest po prostu wygodniej i taniej. Emigracyjna prowizorka się przedłuża, nabiera cech trwałych relacji partnerskich. Te stopniowo przestają być ukrywane – tu wszyscy szybko przyzwyczajają się do faktu, że się z kimś mieszka, dzieląc nie tylko lokal, ale także stół, a w razie potrzeby i łóżko. Pozostawione w domu żony w końcu się orientują, co jest grane, stopniowo tracą cierpliwość i wreszcie chcą się rozwodzić. Potrzebują wtedy dla sądu dowodów winy, dokumentacji zdrady. W ten sposób można uzyskać od wiarołomcy porządne alimenty, nie tylko na dzieci, ale i dla siebie. Kosztem byłego małżonka daje się całkiem dobrze zarobić.

Detektyw żył więc w Londynie z tropienia rogacizny. Pozwalało mu to spłacać zaciągnięte w Polsce długi, choć – gdyby miał wybór – zdecydowanie wolałby prowadzić inne sprawy: porządne dochodzenia kryminalne. Tyle że takich zleceń prawie nie dostawał ani wcześniej w kraju, ani teraz w Anglii… Po zwolnieniu ze służby w policji imał się różnych zajęć – od budowlanki przez handel obwoźny po agencję ochrony – aż w końcu, trochę z przypadku, został prywatnym detektywem. Pierwsze zadanie polegało na tropieniu niewiernej żony strapionego sąsiada, któremu chciał po ludzku, zupełnie za darmo pomóc, bo facet był poczciwy i bezradny, a jego kobieta okazała się wredna. Andrzej niespodziewanie otrzymał od niego pokaźne honorarium i zrozumiał, że to może być sposób zarabiania na życie.

Miał do tego smykałkę i sporą praktykę śledczą z czasów, gdy pracował jeszcze w komendzie wojewódzkiej. Wyspecjalizował się więc w nadwiślańskiej rogaciźnie. Kiedy jednak z czasem zalegalizował działalność, odkrył, że dochód zjadają wygórowane i wciąż mnożone podatki, a co więcej musi się borykać z rosnącą konkurencją takich jak on eksfunkcjonariuszy. Zaczął więc rozglądać się za lepszym rozwiązaniem biznesowym. Mimo słabej znajomości języka angielskiego zdobył się na odwagę i przeniósł swoją jednoosobową firmę do Londynu.

Okazało się to dziecinnie proste w porównaniu z biurokratyczną mitręgą, jakiej doświadczał wcześniej w kontakcie z polskim urzędem skarbowym i funkcjonariuszami MSW, wydającymi i kontrolującymi licencję na prowadzenie tego rodzaju działalności. A nad Tamizą w kilka godzin załatwił praktycznie wszystkie formalności – i stał się z dnia na dzień brytyjskim podatnikiem. Co więcej, w okresie rozruchu firmy w ogóle nie musiał się dzielić swoim dochodem z fiskusem. Angielskie władze, aczkolwiek teoretycznie kontrolujące pracę prywatnych detektywów, okazały się znacznie bardziej liberalne niż polskie – może dzięki tradycji Arthura Conan Doyle’a i Agathy Christie?

Kłopot miał tylko z córką. Gosia nie chciała nagle, w połowie roku zmieniać szkoły, w dodatku na anglojęzyczną, bo z zapałem uczyła się hiszpańskiego i marzyła o iberystyce. Na razie została więc w kraju pod opieką babci Krystyny. Andrzej obiecał, że będzie regularnie dzwonił, by sprawdzać, jak panie same dają sobie radę.

Skype’owe konwersacje, z twarzą rozmówcy widoczną na monitorze komputera lub wyświetlaczu smartfona, stanowiły namiastkę bezpośredniego kontaktu z rodziną. Z Krystyną gorzej to wychodziło, ale Gosia umiała z nim pogadać tak, jakby byli razem w domu, a nawet potrafili w ten sposób wspólnie naprawiać drobne usterki, jak cieknący kran czy zepsuty domofon. Ona pokazywała mu na ekranie uszkodzone urządzenie, rozkręcała je, Andrzej udzielał instrukcji, co, jak i jakim narzędziem należy zrobić. Gosia przejęła po nim talent do majsterkowania i nie gorzej od mężczyzny posługiwała się kluczem francuskim czy śrubokrętem krzyżakowym. Nauczyła się zakładać uszczelki, odpowietrzać kaloryfery i zmieniać bezpieczniki. Skutecznie zastępowała hydraulika i elektryka.

W Londynie, zaraz po przeprowadzce, postawił na promocję swoich usług w sieci. Tą drogą znajdował klientów mających interesy w milionowej polskiej społeczności, która powstała w Anglii wkrótce po naszym wejściu do Unii. Gosia ochoczo współdziałała z ojcem, buszując na Facebooku, rozmaitych portalach i forach odwiedzanych przez potencjalnych klientów. W internecie poruszała się sprawniej niż on, a imponowało jej, że ona, zaledwie piętnastolatka, może pomóc ojcu. Zmodyfikowała jego firmową stronę www, prezentującą ofertę w zakresie wszelkich działań detektywistycznych, realizowanych wraz z niezbędnym w większości spraw materiałem fotograficznym, a także, na życzenie, rejestracjami wideo.

Oferował swoje usługi zarówno Polakom w kraju, jak i tym mieszkającym w Londynie – na przykład wierzycielom pragnącym zbadać, czy ukrywający się gdzieś dłużnicy przypadkiem nie stali się nagle wypłacalni. Sprawdzał ich adresy, możliwości zarobkowe, śledził alimenciarzy, namierzał wszelkiej maści naciągaczy, którzy chowali się w wielokulturowym mieście molochu lub zaszywali gdzieś na angielskiej czy jeszcze bardziej odległej, szkockiej, prowincji. W praktyce takich spraw miał jednak mało. Przeważająca liczba zleceń dotyczyła, tak jak w Polsce, trywialnych zdrad małżeńskich. Zdrad popełnianych wbrew szóstemu przykazaniu przez grzeszników i cudzołożników, jak określano ich z ambony w kościele na Ealingu. Andrzej zaglądał tu, śledząc kolejnych figurantów, bo niektórzy wprost z niedzielnej mszy spieszyli na weekendową randkę… Sama religia była mu właściwie obojętna. Wychowany w tradycyjnej katolickiej rodzinie, odkąd zaczął samodzielnie myśleć, już jako mały chłopak uznał, że znacznie lepiej się skupić na praktycznym rozwiązywaniu problemów niż się modlić i „zawierzać”, bo wiara w jakieś „moce nadprzyrodzone” i opiekę tajemniczego bóstwa to psychiczna podpórka ludzi słabych, nieumiejących poradzić sobie z życiem. Takich, jakimi byli jego dziadkowie, biegający codziennie do kościoła i co roku maszerujący na pielgrzymkę, a biedujący od zawsze, aż do końca ich smutnego życia wypełnionego najpierw płodzeniem potomstwa, a później nieustanną harówką, by je utrzymać. Więc co im dała ta ich cała głęboka wiara?

Nie liczył na żadne „zbawienie”, ale nie był wojującym ateistą czy antyklerykałem. Po prostu uważał, że najlepiej trzymać się z dala od Kościoła. Trzeba samemu dawać sobie radę – ten plan starał się realizować na co dzień. Jako nastolatek postanowił jak najszybciej wynieść się z domu, w którym rodzice nieświadomie powielali beznadziejne wzorce dziadków, dodając do nich słabość do alkoholu wywołaną rosnącą frustracją. Transformacja gospodarcza lat dziewięćdziesiątych pogorszyła i tak marny status materialny rodziny. Miał dosyć klepania biedy, zaraz po maturze się wyprowadził i poszedł pracować do policji. Nieźle tam płacili, a co ważniejsze – dawali mieszkanie.

Po kilku latach spotkał wymarzoną dziewczynę, mógł się ożenić, założyć rodzinę. Przy tym służba w organach ścigania była dla niego szkołą, w której – mimo braku formalnej edukacji – sporo zdołał się nauczyć. Jako funkcjonariusz rzetelnie wypełniał obowiązki, sprawnie tropił przestępców. Ceniony przez zwierzchników liczył na karierę kryminalnego śledczego, w tym także możliwość awansu i dalszego kształcenia. Wierzył w sens swojej pracy aż do samego jej końca, momentu, w którym zmuszono go do zwolnienia się ze służby, a faktycznie go z niej wyrzucono. Nie lubił tego sobie przypominać, bo była to jedna z największych klęsk, jakich doznał w życiu, oczywiście nie licząc przegranej walki ze śmiertelną chorobą żony.

Do praktykujących katolików odnosił się z politowaniem. Sami robili sobie krzywdę. Ale jeśli nie wchodzili mu w drogę nadmierną gorliwością w „nawracaniu” i narzucaniu swoich dziwacznych zasad, nie miał nic przeciwko ich – w jego przekonaniu – zabobonnemu hobby. Wiedział, że większość szła na niedzielną mszę z przyzwyczajenia, bo tak ich wychowano. Robili to też trochę dla towarzystwa, a przede wszystkim po to, żeby sąsiedzi nie wytykali ich palcami. Ci nieliczni naprawdę wierzący to byli dla niego ludzie emocjonalnie niedojrzali lub wręcz niespełna rozumu.

Nie podejrzewał jednak o taką słabość umysłową księży, którym podczas kolejnych śledztw miał okazję przyjrzeć się z bliska. Niektórzy nawet imponowali mu oczytaniem i intelektem lub bezinteresowną chęcią niesienia pomocy bliźnim. Ale wielu miało też różne zawstydzające słabości: bywali kochankami mężatek, uprawiali hazard, pili i zaciągali długi karciane, a nawet zwyczajnie kradli… Widział, że są bardzo różni – dobrzy i źli, mądrzy i głupi, a łączy ich nie jakaś abstrakcyjna, mistyczna wiara, tylko zawodowstwo, rodzaj specyficznego, wyuczonego w seminariach aktorstwa wspartego dyscypliną obowiązującą w korporacji. To etatowi pracownicy wielkiej, ponadnarodowej firmy wyspecjalizowanej w sprzedaży iluzji: wiary w coś, czego nie ma.

Był to jego zdaniem pomysł fenomenalny – zerowe koszty produkcji, jedynie wydatki na promocję, budowę wizerunku, misternie rozbudowanego programu lojalnościowego. Taki genialny start-up uruchomiony w czasie, gdy to pojęcie jeszcze nie istniało, ale recepta została w praktyce, i to jakże skutecznie, zastosowana. Uważał, że sukces religii jako pomysłu biznesowego to jedyny cud, jaki przydarzył się w dziejach ludzkości, znacznie ciekawszy od wszystkich fantazji greckiej czy chrześcijańskiej mitologii. Rzucanie piorunami przez Zeusa czy zamienianie wody w wino przez Jezusa to wymysły dla naiwnych, baśnie dla dzieci. Natomiast religia istniała i istnieje naprawdę. Zawsze był ktoś, kto skutecznie wmawiał prostaczkom, że ma kontakt ze światem nadprzyrodzonym i reprezentuje takie czy inne niewidzialne bóstwo. Zadziwiało go tylko, że ludzkość tak długo daje się na to nabierać. I mimo dostępnej dziś wiedzy, negującej sens religijnego opisu świata, jakoś niewiele się w tej sprawie zmienia.

Podziwiał niezwykłą skuteczność indoktrynacji będącej fundamentem duchowej władzy nad społeczeństwem, ale zarazem odczuwał silną awersję do Kościoła – instytucji, przez którą stracił pracę. Niemniej teraz w Londynie musiał dość często bywać w domu parafialnym na Ealingu i, chcąc nie chcąc, dobrze poznał pełniących tu posługę księży. Wśród nich wyróżniał się sympatyczny czarnoskóry absolwent wydziału teologii KUL-u, pochodzący z Nigerii, ale całkiem już spolonizowany wikary Oliver Okoye.