Piękni i bogaciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Clare Connelly

Piękni i bogaci

Tłumaczenie: Maria Nowak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Redemption of the Untamed Italian

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Clare Connelly

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6453-2

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

Powiew wiosennego wiatru, zaskakująco ciepły, przyniósł kompozycję woni charakterystyczną dla luksusowej dzielnicy wielkiego miasta. Pachniały kwiaty moreli rosnących w prywatnych ogrodach bogaczy, w powietrzu snuła się smuga słodko-gorzkiego dymu z fajki, którą palił siwy dżentelmen, wyprowadzający na wieczorny spacer dwa psy rasy corgie, a przez uchylone okno kuchni znajdującej się na tyłach eleganckiej restauracji wymykał się boski zapach, świadczący o tym, że przyrządzano tu kaczkę w pomarańczach. Wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze zwolnił kroku, uniósł głowę, z lubością zaciągnął się przesyconym miejskimi zapachami, łagodnym powietrzem. Gdyby ktoś przyjrzał mu się teraz, na pewno by dostrzegł, że ma przed sobą samotnego drapieżcę, władcę miejskiej dżungli. Ale ten mężczyzna potrafił, jeśli chciał, wtopić się w tłum przechodniów i pozostać niezauważony. Nauczył się tego jako chłopiec, mały obdartus z blokowiska na przedmieściach Rzymu. I choć przeszłość zostawił daleko za sobą, wciąż potrafił korzystać z nabytych za młodu umiejętności.

Stanął nieruchomo w cieniu niewielkiego drzewka o koronie przystrzyżonej w ozdobną kulę, dokładnie naprzeciwko wielkich okien ukazujących skąpane w ciepłym świetle wnętrze restauracji. Lokal nosił niezbyt apetyczną nazwę „Pod stryczkiem”, ale wtajemniczeni wiedzieli, że jest to właściwy adres, gdy ktoś chciał rozkoszować się wykwintną kuchnią w atmosferze spokojnej dyskrecji. Oczywiście, dotyczyło to tylko posiadaczy portfeli dostatecznie grubych, by wytrzymać tutejsze ceny.

Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi, zapatrzony w okna, za którymi w eleganckim zaciszu wąskie grono wpływowych i bogatych ludzi raczyło się wyrafinowanymi daniami. Kelnerzy bezszelestnie krążyli pomiędzy stolikami, nosząc ogromne tace z taką swobodą, jakby to były papierowe zabawki, i dolewając wina każdemu, kto opróżnił już swój kieliszek.

Wciąż nieporuszony, skrzywił usta w cynicznym uśmiechu. Co go podkusiło, żeby obcym ludziom gapić się w talerze? Nie miał takiego zwyczaju. To znaczy, owszem, miał, ale porzucił go już niemal dwadzieścia lat temu. W dniu, w którym powiedział sobie, że ma dość. Kiedy postanowił, że nie będzie więcej zazdrościł ludziom, którzy przez życie podróżowali pierwszą klasą, podczas gdy on jechał na gapę, o głodzie i w chłodzie. Nie pozwoli, by nim pomiatano, tylko dlatego, że był biedny jak mysz kościelna, w dodatku zawsze sam, bo jego mama pracowała od rana do nocy, a i tak ledwo jej wystarczało na opłacenie czynszu za obskurny pokoik z kuchnią na jedenastym piętrze budynku z szarego betonu, który lokalne władze postawiły na przedmieściach, by wielkodusznie dać dach nad głową takim jak oni wyrzutkom społeczeństwa. Jako mały chłopiec całe dnie spędzał, włócząc się po mieście, i gdy burczało mu w brzuchu, zatrzymywał się przed oknami restauracji, by popatrzeć, jak beztrosko spędzają czas ludzie o grubych portfelach. Nieraz wracał do domu zapłakany. Życie było niesprawiedliwe, a on, cóż, po prostu głodny. Aż pewnego dnia jego rozżalenie zamieniło się w gniew.

„Jeszcze się policzymy” rzucił przez zaciśnięte zęby, patrząc przez zapocone okienko ciasnego pokoju na dalekie, rzęsiście oświetlone centrum metropolii. „Jeszcze wam wszystkim pokażę, na co mnie stać”.

Gniew kazał mu zacisnąć zęby i dotrwać do końca liceum. Gniew napędzał go, gdy uczył się nocami, by wyśrubować średnią. A kiedy zdał maturę z wyróżnieniem, dostał się na wymarzony kierunek studiów i otrzymał stypendium naukowe, jego gniew zabarwił się odcieniem satysfakcji. Złożył papiery na znaną uczelnię w Londynie i został przyjęty. Miał wrażenie, że podbił świat, ale prawdziwa szkoła życia była jeszcze przed nim. Na uniwersytecie roiło się od młodych arystokratów, przekonanych, że wszystko im wolno. Dla nich był nikim. Albo raczej – chłopcem do bicia. Słali mu rozbawione spojrzenia i pobłażliwe uśmieszki. Nie przepuścili żadnej okazji, by dać mu odczuć, jak bardzo jest żałosny. Do czasu. Gniew, który wciąż się w nim żarzył, buchnął jasnym płomieniem. „Jeszcze się policzymy”, powtarzał za każdym razem, kiedy rozbawione towarzystwo obierało go sobie za temat do żartów. Egzaminy zaliczał na maksimum, szczegółowo planował przyszłą karierę. I pielęgnował gniew, który pchał go naprzód.

Dziś był na samym szczycie. Stał na czele potężnej grupy kapitałowej, posiadał firmę inwestycyjną, a jego osobisty majątek dawał mu poczesną pozycję na liście Forbesa. Wszystkich paniczyków, którzy kiedyś bawili się jego kosztem, mógłby dzisiaj dziesięć razy kupić i sprzedać. Nie musiał już kryć się w cieniu, wsłuchany w wariacką melodię, którą na instrumencie jego ciała wygrywał głód, wpatrzony w suto zastawione stoły, przy których bogacze ucztowali niespiesznie, popijając absurdalnie kosztowne trunki. Kiedy za chwilę wejdzie do tej restauracji, maître d’hôtel zegnie się w ukłonie, a kelnerzy, ile ich tylko, ustawią się na baczność. Już czekał na niego najlepszy stolik, a przy nim kręcił się niecierpliwie człowiek, który gotów był zapłacić niemałe pieniądze, żeby zapewnić sobie parę godzin jego niepodzielnej uwagi.

Rozpoznał go bez trudu. Niejaki Lawrence Woodcroft, przylizany blondas, który swoje arystokratyczne pochodzenie potrafił wywieść od czasów bitwy pod Hastings, lecz dziś był w rozpaczliwej sytuacji. Potrzebował pieniędzy, żeby uratować swój fundusz inwestycyjny. Bez natychmiastowego zastrzyku gotówki zostanie z niczym, i to nie tylko on, ale też jego rodzina. Przepadnie historyczna, rodowa siedziba. Cały majątek pójdzie pod młotek. Cóż, kiedy stawia się wszystko na jedną kartę, tak bywa. A panicz Woodcroft był na tyle niefrasobliwy, że sobie na to pozwolił. Teraz gotów był pewnie lizać buty każdemu, kto zechce wyciągnąć go za uszy z bagna, w jakie się wpakował.

Na początek, zamiast lizania butów, Lawrence oferował potencjalnemu wybawcy „kolację w miłym towarzystwie”. Mężczyzna w mroku skrzywił się z niesmakiem. Czyżby paniczyk raczył zniżyć się do stręczycielstwa? Cóż, to uczyniłoby zarówno kolację, jak i ofertę partnerstwa finansowego całkowicie niestrawną… Przez oświetlone okno restauracji widać było wyraźnie kobietę o długich, lśniących popielatych włosach, która wysoką szklankę z wodą obejmowała smukłymi palcami obu dłoni, kurczowo, jakby trzymała koło ratunkowe.

Nieśmiała córa Koryntu? To było naprawdę komiczne. Gdzież ten nieudacznik, Lawrence, wynalazł takie kuriozum? Obserwator uśmiechnął się cynicznie i w tym momencie dziewczyna siedząca przy stoliku uniosła głowę, jakby nagle wyczuła, że ktoś na nią patrzy. A on wzroku od niej nie odrywał.

Popielate włosy.

Długa grzywka, opadająca miękko na połowę twarzy, zakrywająca prawe oko.

Idealnie wyprofilowany kształt brwi i ciemna oprawa rzęs, podkreślająca – co nawet z tej odległości było widać – lewe oko o tęczówce tak intensywnie zielonej jak mech w deszczowym lesie.

Uśmiech zamarł na wargach mężczyzny, wciąż nieruchomo stojącego w mroku. Ostatecznie to nie Lawrence, tylko on okazał się durniem. Nie wpadł na rzecz oczywistą – panicz Woodcroft zagrał kartą atutową, jedyną, jaką miał. Przy stoliku nie czekała na bogatego kontrahenta dama lekkich obyczajów, gotowa umilić biznesową rozmowę. Siedział tam nie kto inny, tylko sama lady Jemima Woodcroft.

Kuzynka Lawrence’a. Supermodelka pozująca do najgłośniejszych sesji zdjęciowych i pojawiająca się na wybiegach najbardziej ekskluzywnych pokazów mody. Istota o nogach aż do nieba, rozkołysanych biodrach i dziewczęcych piersiach. Śnił o niej nieraz, jak chyba każdy zdrowy facet, który choć raz widział ją na bilbordzie reklamującym obcisłą suknię albo strój kąpielowy.

Mężczyzna w mroku z niedowierzaniem pokręcił głową. Może i nie docenił panicza Lawrence’a, ale, tak czy owak, tamten grubo się mylił, zakładając, że towarzystwo zjawiskowo pięknej kobiety mogłoby choćby na jotę zmienić jego decyzję, gdy szło o poważny biznes. Fundusz Woodcrofta potrzebował niebagatelnego zastrzyku pieniędzy – co najmniej kilkuset milionów. Nawet gdyby Lawrence przywlókł do restauracji samą boginię Afrodytę, dla niego i tak liczyłby się tylko bilans zysków i strat.

 

Lawrence powiedział coś, gestykulując ze swadą. Smukła piękność o niespotykanym kolorze włosów, o których mówiono, że są jak mgła nad deszczowym lasem, zwróciła się ku kuzynowi i roześmiała, unosząc dłoń do ust. Obserwator zupełnie nie był przygotowany na to, że poczuje nagły dreszcz zachwytu. Pomyślał mimowolnie, że chyba nawet Afrodyta nie wyglądała z profilu tak bosko, jak Jemima Woodcroft. Wpatrzony w finezyjnie zarysowaną linię jej wysokiego czoła, zgrabnego noska i zmysłowych ust, wyszedł z cienia. Spotkanie, na które szykował się ze świadomością, że będzie to jeden z wielu koniecznych w jego pracy, lecz przeraźliwie nudnych wieczorów, okazało się czymś innym. Szedł ku oświetlonym drzwiom restauracji, wiedziony nagle rozbudzoną ciekawością. I czymś jeszcze – chyba nakazem instynktu, który przemawiał bez słów, imperatywem tak starym i tak żywotnym, jak ludzki gatunek. Nie był już biznesmenem rozważającym kolejną inwestycję. Był mężczyzną i obchodziła go tylko kobieta siedząca przy restauracyjnym stoliku.

Pragnął jej.

Zanim dotarł do wejścia, zdołał nad sobą zapanować. Cała sytuacja była bardzo prosta – zepsuty, spłukany paniczyk uważał go zapewne za naiwniaka, który dla pięknych oczu kuzyneczki wysupła ostatni grosz. Chcieli z nim pogrywać? Cóż, ich błąd. Nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Interesowało go wyłącznie całkowite zwycięstwo, a kiedy czegoś chciał, zawsze dopinał swego.

O, tak, wieczór zapowiadał się interesująco…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nie była osobą pewną siebie, ale ukrywała to skutecznie od dnia, gdy jako piętnastolatka po raz pierwszy stanęła przed obiektywem aparatu. Fotograf wykrzykiwał polecenia i strzelał fleszem, jakby to miała być egzekucja, trzy stylistki uwijały się wokół niej, nerwowo poprawiając makijaż i fryzurę, lecz do młodocianej właścicielki pięknych oczu i bujnych włosów o niespotykanym odcieniu odnosiły się tak, jakby była przedmiotem mogącym znieść bez szwanku obcesowe traktowanie. Wytrzymała kilkugodzinną sesję wyprostowana, z głową uniesioną wysoko, tak jak uczyła ją babcia, i z uśmiechem na ustach. Zdjęcia wyszły znakomicie, obwołano ją odkryciem sezonu. Spojrzenie określono jako magnetyczne, uśmiech nazwano zaraźliwym, przed małoletnią modelką stanęła otworem światowa kariera. Wtedy zrozumiała, że posiada przynajmniej jedną mocną stronę – potrafi robić dobre wrażenie.

Tego przekonania uczepiła się całą siłą woli, kiedy wysoki mężczyzna pojawił się drzwiach restauracji, a potem, nie czekając na to, by wskazano mu stolik, zdecydowanym krokiem ruszył w jej stronę, mierząc ją ostrym spojrzeniem ciemnych oczu. Uśmiechnęła się promiennie, ale jego usta, zacięte w niemal wrogim, aroganckim grymasie, nawet nie drgnęły.

– Cezare – rzucił, zanim Lawrence zdążył podnieść się z krzesła, by wymienić grzeczności. Jemima wiedziała, że ich gość nazywa się Cezare Durante, ale pierwszy raz posłyszała to imię wymówione z włoska. „Cze-za-re”. Egzotyczny akcent, zarazem twardy i śpiewny, miał w sobie coś takiego, że nie mogła nie pomyśleć o całych wiekach rzymskiego panowania nad Europą. Niemalże zobaczyła blask słońca po tysiąckroć odbity w zbrojach maszerujących legionistów. Zapatrzona we własną wyobraźnię, zasłuchana w ten głos, machinalnie przedstawiła się i podała rękę, którą gość uścisnął krzepko, przenosząc uwagę na Lawrence’a. Kelnerzy nie zdążyli jeszcze podać przystawek, a kuzyn już pocił się w krzyżowym ogniu pytań. Z branżowego żargonu Jemima nie rozumiała nic; pozostawało jej robić dobre wrażenie. Była tu po to, żeby wesprzeć kuzyna. Od powodzenia tego spotkania zależała nie tylko kariera zawodowa Lawrence’a, ale los całej rodziny. Skoro nie mogła pomóc inaczej, będzie się uśmiechać, trzepotać rzęsami, roztaczać swój urok i, jeśli pozwolą jej dojść do słowa, zabawiać gościa lekką, niezobowiązującą rozmową.

– Mocną stroną funduszu jest zróżnicowanie środków. To był główny punkt strategii jego tworzenia i dziś nie zawahałbym się nazwać go wszechstronnym. Gdy zastrzyk gotówki zbilansuje straty spowodowane kryzysem, pojawią się inwestorzy… – perorował Lawrence, gestykulując kieliszkiem. Zamówił szampana, który wart był tyle, ile miesięczny koszt utrzymania mieszkania w Londynie. Jemima była zdania, że zachowanie typu „zastaw się, a postaw się”, jest po prostu niemądre, ale postanowiła zastosować wobec Lawrence’a taryfę ulgową. Z kojącym uśmiechem kiwała głową, jakby chciała potwierdzić prawdziwość słów kuzyna, chociaż doskonale wiedziała, że Lawrence blefuje.

„Uległem pokusie. Zgrzeszyłem. Schemat Ponziego, to z początku wydaje się takie proste. Człowiek czuje się bezkarny. Sama wiesz, jak bardzo potrzebujemy pieniędzy, a tu wystarczyło sięgnąć… Cóż, krótko mówiąc, przywłaszczyłem sobie jedną trzecią kapitału. Jeżeli fundusz nie odrobi strat i inwestorzy dowiedzą się o defraudacji, już po mnie. To suma rzędu stu milionów, chyba jasne, że nie mam jak jej zwrócić. Remont dachów w Almer Hall kosztował oczy z głowy. Utrzymanie stajni też tanie nie jest, sama wiesz. Muszę, po prostu muszę wyszarpać tę forsę Durantemu z gardła! Jeżeli uda mi się go namówić, żeby zainwestował, utrzymamy płynność finansową. Ale mam tylko jedną szansę. Pomóż mi, Jem. Ty jedna możesz…”

Lawrence długo nie musiał prosić. Już jako mała dziewczynka, Jemima go uwielbiała i zrobiłaby dla niego niemal wszystko. A po śmierci rodzonego brata przylgnęła do kuzyna na dobre. Połączyła ich żałoba. Przeżywali ją razem, gdy dla rodziców Jemimy okazało się to za trudne i zamknęli się w sobie, odrzucając rzeczywistość. Co gorzej, odrzucili też córkę, która płakała z żalu i tęsknoty za starszym bratem. Od tamtej pory Jemima żyła w przekonaniu, że rodzice to istoty słabe, w których nie ma oparcia. Pozostał tylko kuzyn Lawrence, który, tak jak ona, nie wstydził się płakać po Cameronie. Lawrence, który nie odciął się ani od niej, ani od wspomnień. Lawrence, z którym zawsze mogła być szczera. Z czasem zaczęła go uważać za jedynego bliskiego człowieka. Rodzicami trzeba się było opiekować, to oczywiste. Ale liczyć mogła tylko na kuzyna. A on przez lata był dla niej podporą. Kiedy więc okazało się, że potrzebuje pomocy, nawet się nie zastanawiała. Po prostu – stawiła się na posterunku. Z włosami ułożonymi w miękkie fale imitujące artystyczny nieład, z makijażem, który podkreślał ciemną oprawę oczu i intensywną barwę tęczówek. Usta pomalowała szminką o chłodnym odcieniu czarnych jagód. Wiedziała, że kontrast z jasną cerą i zielenią oczu bardzo skutecznie przyciąga męskie spojrzenia.

– Cóż, takich funduszów, jak pański, jest na pęczki. – Cesare odchylił się na oparcie fotela i splótł ramiona na piersi. Na szampana nawet nie spojrzał. – Wiele z nich nie poniosło aż tak znaczących strat. Nie po to przyleciałem tu z Rzymu, żeby wysłuchiwać bajeczek dla dzieci. Powiem krótko. Albo przekona mnie pan, dlaczego opłaca mi się zainwestować w pański fundusz, albo się pożegnamy. Nie lubię marnować czasu.

Lawrence zacisnął palce na nóżce kieliszka tak mocno, że pobielały. Jemima widziała, że rozpaczliwie szuka słów. O rany, jakie to było dla niej trudne – widzieć go w takim stresie, być świadkiem walki, jaką toczył. Jeśli przegra, pójdzie na dno. I pociągnie za sobą całą rodzinę, wszystkich pozostałych przy życiu Woodcroftów. On najprawdopodobniej stanie przed sądem za defraudację. Rodzina straci dach nad głową. Jemima zdawała sobie sprawę, że jej rodzice po uszy toną w długach. Zostaną zlicytowani przez komornika. Zagłada domu Woodcroftów – oto, na co się zanosiło.

Pozostawało jej walczyć. Wszystkimi środkami z arsenału, jakim obdarzyła ją matka natura. Sięgnęła po kieliszek, powoli przesunęła opuszkami palców po nóżce, w górę, w dół. I jeszcze raz w górę. Zerknąć spor rzęs, dostrzec moment, w którym ruch jej dłoni przyciągnął jego wzrok – to naprawdę nie było trudne.

– Dziś przyleciał pan z Rzymu? – rzuciła lekko, unosząc dłoń, by na chwilę – tylko na chwilę – odgarnąć z czoła asymetryczną, popielatą grzywkę i zogniskować na mężczyźnie, który miał w ręku los jej rodziny, całą siłę spojrzenia swoich obu zielonych oczu. Wiedziała dobrze, że robi ono duże wrażenie. Wzrok Cesarego powędrował posłusznie ku jej oczom. Wydęła lekko wargi, unosząc kąciki ust w uśmiechu, który miał być szczery, osobisty, przeznaczony tylko dla niego. – Nasz klimat nie umywa się do śródziemnomorskiego, prawda?

„Jem, nie zawiedź mnie. Jeżeli usiądziesz z nami przy stole, wpłyniesz na charakter tego spotkania. Będzie niezobowiązująco, przyjemnie i z klasą. No i może ten Makaroniarz nie uprze się, żeby mnie męczyć pytaniami. Musi złapać przynętę, inaczej leżymy”.

Rozumiała podejście kuzyna, nawet jeśli gdzieś w głębi duszy była na niego wściekła, że zachował się tak niefrasobliwie. Ale na żale i pretensje przyjdzie czas później. Teraz musiała zająć się tym, co do niej należało. Cesare Durante miał się tego wieczoru dobrze bawić. Tak dobrze, by po wszystkim z satysfakcją złożyć podpis pod dyspozycją bankową, przekazującą na cel funduszu Lawrence’a kwotę… której nie umiała sobie nawet wyobrazić.

– Tak mówią. – Cesare odpowiedział jej uśmiechem, trochę zbyt zdawkowym, jak na jej gust. – Ale słyszałem też, że nie ma złej pogody na biznes. Więc nie mam zamiaru się skarżyć.

Uniósł kieliszek do ust, nie odrywając od niej czujnego spojrzenia. Przyglądał jej się uważnie, bez emocji, bez najmniejszego zażenowania. Wytrzymała jego spojrzenie, znów sięgnęła po kieliszek, pozwalając, by lśniące pasma asymetrycznej grzywki opadły miękko na jej twarz.

Umoczyła wargi w pienistym, złotym płynie. Nikt nie zauważył, że nie przełknęła ani łyka, tego była pewna. Kilkuletnie doświadczenie w świecie mody, pieniędzy i prestiżowych imprez nauczyło ją wielu strategii. Potrafiła pozostać absolutnie trzeźwa, gdy wszyscy wokół pili. Potrafiła wpoić mężczyznom przekonanie, że jest zachwycona ich towarzystwem, zgrabnie trzymając ich na dystans. Potrafiła uśmiechać się promiennie do wycelowanych w nią czarnych ślepi obiektywów, jakby byli to jej najserdeczniejsi przyjaciele, podczas gdy w duszy tęskniła do zielonych plenerów Almer Hall, do miękkich trawników otaczających wzniesioną z kamienia rodową siedzibę, do ogromnych drzew rosnących w wiekowym arboretum, założonym przez prapradziadka Woodcrofta. I do jeziora, którego modra toń rozciągała się naprzeciwko głównej osi założenia ogrodowego. O stajniach wolała nie myśleć. Gdyby pozwoliła sobie na tęsknotę za swoją karą klaczą, Patagonią, nie potrafiłaby powstrzymać płaczu, a łzy w jej pracy były surowo zakazane. Mogłyby zepsuć makijaż, choć oczywiście do sesji zdjęciowych i podczas pokazów mody używano tylko kosmetyków z najwyższej półki. Jemima Woodcroft nie popełniała błędów. I była przyzwyczajona do męskich spojrzeń.

Nie była też zupełną idiotką ani fałszywą skromnisią. Akceptowała fakt, że jest atrakcyjna. A nawet – bardzo atrakcyjna, skoro największe agencje modelek i wiodące firmy z branży kosmetycznej prześcigały się w propozycjach kontraktów, oferując niemałe pieniądze. Może i była piękna, ale także mocno stąpała po ziemi i podchodziła do swojej urody w sposób zdroworozsądkowy oraz pragmatyczny. Cóż, z jakiegoś niezrozumiałego powodu matka natura obdarzyła ją urodą, która miała w sobie coś takiego, że przyciągała wzrok, intrygowała, sprawiała przyjemność patrzącym. Może chodziło o harmonię rysów, może o smukłe, śmiałe linie sylwetki albo o kontrast jasnej cery i wyrazistych oczu? Tak czy owak, w żadnym stopniu nie stanowiło to jej zasługi. Nieoczekiwanemu prezentowi od losu, jakim był jej wygląd, winna była należyty szacunek, zwłaszcza że przynosił zyski. Ale tradycyjne brytyjskie wychowanie nie poszło w jej przypadku na marne – dumna była tylko z tego, co osiągnęła własnymi siłami. Liczyły się hart ducha, siła woli, praca nad charakterem, przezwyciężanie słabości. Uroda była tylko narzędziem. Użytecznym narzędziem dla kogoś, kto, tak jak ona, w wieku piętnastu lat musiał zacząć zarabiać na siebie.

Była przyzwyczajona do spojrzeń. Tych taksujących, krytycznych, profesjonalnie obojętnych. Tych pełnych zachwytu. I tych nieprzyjemnie lepkich, których starała się po prostu nie widzieć.

Nie potrafiłaby zliczyć, ilu mężczyzn przyglądało jej się o wiele mniej dyskretnie niż Cesare Durante. Nigdy nie robiło to na niej najmniejszego wrażenia. Cóż, taka była specyfika jej pracy.

Dlaczego więc teraz, gdy mijały sekundy, a on wciąż wpatrywał się w nią ciemnymi oczami, których wyrazu nie potrafiła odgadnąć, czuła, że serce zaczyna się tłuc w jej piersi? Mało tego. Robiło jej się gorąco, jeszcze chwila, a dostanie rumieńców. Tylko nie to. Wyglądała fatalnie z ciemnoczerwonymi plamami na policzkach. W dodatku, o zgrozo, gdy emocje przybierały na sile, takie same plamy pojawiały się też na szyi i dekolcie, a to było naprawdę nieestetyczne. Odruchowo przykryła dłonią wgłębienie u nasady szyi, pomiędzy obojczykami, tam gdzie pod skórą krew pulsowała gorącem. Weź się w garść, idiotko, powiedziała sobie twardo. Jeśli miała być w jakikolwiek sposób pomocna kuzynowi, musiała zachowywać się jak profesjonalistka, którą przecież była. Cesare Durante, w którego wzroku, notabene, zaczynała dostrzegać chłodne rozbawienie, na pewno nie uzna towarzystwa płoniącej się pensjonarki za przyjemną rozrywkę. Chwyciła szklankę z wodą i wypiła duszkiem, dziękując niebiosom za błogosławiony chłód przenikający gardło i rozlewający się w żołądku. Póki co, była uratowana.

 

– A pani jak znosi deszczową londyńską aurę? – rzucił Cesare przesadnie afektowanym tonem.

Nie miała wątpliwości. Robił sobie z niej żarty. Ale jednocześnie dobrze widziała, że nie może oderwać spojrzenia od jej ust. Nie miała pojęcia, co o tym myśleć. Oto prowadzili rozmowę banalną aż do bólu, ale zarazem czuła, że rośnie między nimi napięcie, jak między graczami wykonującymi kolejne ruchy na szachownicy. O jaką stawkę grali? O tym nie miała odwagi myśleć.

– Jemimie deszcz niestraszny, tutaj się urodziła! I proszę pozwolić sobie powiedzieć, że pozory mylą. Moja kuzynka nie jest z cukru. – Lawrence zaśmiał się jowialnie, unosząc pusty kieliszek. Kelner pojawił się znikąd, przynosząc kolejną butelkę. Ani Cesare, ani Jemima nie spojrzeli nawet na gospodarza przyjęcia. Cicha rozgrywka, która toczyła się między nimi, nabierała tempa.

Podano przystawki. Suflet krabowy rozpływał się w ustach, sałatka z marynowanej papryki z rukolą i kozim serem wspaniale kontrastowała z miodowo-musztardowym dressingiem, a śledź doprawiony korzennymi przyprawami był tak wyborny, że pozostawiał niedosyt, który kazał stołownikom niecierpliwie wczytywać się w kartę dań. Lawrence mówił o dywidendach i zyskach, a Cesare i Jemima prowadzili milczący pojedynek na spojrzenia.

Choć menu kusiło wyszukanymi nazwami potraw, zrezygnowała z dania głównego, i podczas gdy Lawrence rozkoszował się labraksem w cytrusach, a Cesare pałaszował krwisty stek z argentyńskiej wołowiny w sosie brandy, ona skubała zieloną sałatę z pokrojonymi na blaszki surowymi pieczarkami i ziołowym winegretem. Kontrakt z agencją modelek, dla której pracowała, zawierał bardzo istotną klauzulę o kontroli wagi. Warzywa były chrupiące i znakomicie przyprawione, więc konieczność dbania o linię nie wiązała się ze zbytnim wyrzeczeniem. Zwłaszcza że i tak nie przełknęłaby niczego bardziej treściwego. Jej uwagę bez reszty zajmował Cesare Durante. Nie mogła się powstrzymać, żeby ukradkiem nie przyglądać mu się spod rzęs, kiedy jadł. On natomiast, odkąd postawiono przed nim talerz, zdawał się skupiony wyłącznie na jego zawartości. Kroił, unosił widelec do ust, wbijał zęby w mięso. Patrzyła, zdumiona własną fascynacją.

Była supermodelką i przystojnych mężczyzn widywała w swojej pracy codziennie. Nie zajmowali się jednak jedzeniem krwistego mięsa ani rozmowami o wielomilionowych inwestycjach, tylko w pośpiechu zmieniali stroje, które mieli zaprezentować na wybiegu, bez żenady rozbierając się do naga albo przed oświetlonymi lustrami garderoby poprawiali fryzury i stylowo stroszyli doklejane brody. Nigdy żaden z nich nie zrobił na niej wrażenia, ale też i żaden nie był choć trochę podobny do tego, który w tej chwili siedział z nią przy stole. Tamci byli… ładni i mili dla oka. Cesare Durante był urodzonym drapieżcą. Widziała to teraz wyraźnie. Ciekawe, czy zdawał sobie sprawę, że rozdyma dziurki od nosa, z lubością wdychając zapach świeżej wołowiny? Albo że mruży oczy w szparki, kiedy patrzy na Lawrence’a, który miał prawdopodobnie być jego następną ofiarą? Im dłużej przyglądała się Cesaremu, tym wyraźniej widziała, jak bardzo jest niebezpieczny. Jego ostre, pełne charakteru rysy były jak znak ostrzegawczy. Powinna trzymać się na dystans, tak jak to miała w zwyczaju, gdy chodziło o mężczyzn. A jednak – było w nim coś, co sprawiało, że chciała zlekceważyć ostrzeżenie. Odpowiedzieć na wyzwanie, jakim była sama jego obecność.

Uciszyła więc głos rozsądku i po prostu patrzyła, chłonęła wrażenia. „Cze-za-re”. Intensywne, czujne spojrzenie. Włosy gęste i lśniące, o ton ciemniejsze od oczu. Szczupła twarz, mocno zarysowana szczęka, usta o twardym, lecz zarazem niewiarygodnie zmysłowym rysunku… no i sylwetka. Jemima widziała już tylu mężczyzn pozujących do zdjęć niemal nago, że doskonale potrafiła rozpoznać grę wytrenowanych mięśni pod materiałem koszuli. Posłała mu długie, badawcze spojrzenie spod rzęs, rozpaczliwie szukając jakiegokolwiek słabego punktu. Na próżno. Cesare Durante był po prostu doskonały. I, jak podpowiadał jej instynkt, piekielnie niebezpieczny.

Czy właśnie dlatego jego towarzystwo sprawiało, że czuła dreszcz ekscytacji…?

– Wychowała się pani w Londynie? – rzucił nagle, podnosząc wzrok. Nie zdążyła uciec spojrzeniem.

Przez długą chwilę nie mogła wykrztusić słowa, choć pytanie do trudnych nie należało. Mignęła jej myśl, że gdyby ktoś w tym momencie strzelił jej fotkę, byłaby to żenada roku. Jemima Woodcroft z otwartymi ustami i bardzo niemądrą miną.

– Nie. Kuzyn miał na myśli, że wychowałam się w Anglii. Nasza rodzina ma posiadłość w Yorkshire. Almer Hall… – Głos jej zadrżał, kiedy wypowiadała nazwę ukochanego miejsca. Jej miejsca na ziemi.

– Ach, no tak. – W oczach włoskiego miliardera błysnęło coś nieładnego. – Arystokracja. Własny pałac, park, folwark…

A więc tu cię boli. Jemima zmrużyła oczy. Odsłonił się. Teraz ona zyskała przewagę w rozgrywce.

– Och, owszem, mamy jakiś herb. Nie używamy go. – Uśmiechnęła się, unosząc prawy kącik ust. Wiedziała, że jej rozmówca spojrzy w górę i poczuje się zaintrygowany, widząc gęste kosmyki grzywki dokładnie zakrywające prawe oko.

– Dlaczego nie używacie? – spytał z roztargnieniem. Wpatrywał się dokładnie tam, gdzie przewidziała.

– Bo szanujemy zabytki – odpowiedziała, tym razem wykazując się refleksem. – A ten jest stary i zmurszały. Należy do przeszłości i w niej powinien pozostać.

– Przepraszam was na chwilę. – Lawrence spojrzał na kuzynkę, potem na Włocha, i uśmiechnął się znacząco. – Muszę udać się tam, gdzie nawet król chodzi piechotą. Proszę, moi drodzy, nie przeszkadzajcie sobie. Proponuję, żebyście, nie czekając na mnie, zamówili deser.

Jemima rzuciła mu zaniepokojone spojrzenie, ale Lawrence niczego nie zauważył. Albo udał, że nie widzi. Wciąż uśmiechając się z zadowoleniem, wstał i oddalił się powoli, lawirując między stolikami.

Zostali we dwoje, skupieni, wpatrzeni w siebie, jak gracze siedzący po dwóch stronach szachownicy.

Co będzie, jeśli on zaproponuje mi seks?!

Ta myśl przeszyła ją nagłym dreszczem, potężnym jak uderzenie błyskawicy. I to właśnie było dziwne. Odkąd skończyła lat osiemnaście, a prawdę powiedziawszy, nawet i wcześniej, proponowano jej seks. Niemal po każdym pokazie i podczas każdej sesji zdjęciowej. Nie potrafiłaby zliczyć, ile razy. Na szczęście nigdy nie trafiła na mężczyznę, który nie rozumiałby słowa „nie”. A ona potrafiła powiedzieć je w każdy języku i na wiele sposobów.

Prawdopodobnie dlatego wciąż była dziewicą.

Nie spędzało jej to snu z powiek, ale coraz częściej myślała o tym fakcie z pewnym zniecierpliwieniem. Ostatecznie, nie młodniała. Supermodelka z niemal dziesięcioletnią karierą, która nie miała męsko-damskich doświadczeń łóżkowych, to dla wielu ludzi musiało być kuriozum. Coś, z czego powinna się tłumaczyć. Najwyższy czas wybrać odpowiedniego mężczyznę który… jak by to powiedzieć? Pozbawi ją kłopotu.

Cesare milczał. Spojrzenie miał zimne.

Co będzie, jeśli nie zaproponuje mi seksu…? – przeleciało jej nagle przez głowę i poczuła się zupełnie zagubiona.