Obrazki z naturyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Klemens Junosza

Obrazki z natury

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst wg edycji:

Klemens Junosza

Obrazki z natury

Nakładem Rodziny

Warszawa 1899

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-875-4

NIEKOSZTOWNA KURACJA

Na niewielkim dziedzińcu, rozciągającym się przed skromnym dworkiem szlacheckim, zatrzymała się przechodząca piękność wiejska.

Postawiła konewkę z wodą na ziemi, oczy przysłoniła ręką czerwoną, muskularną, obnażoną po łokcie i bacznie przypatrywała się tumanowi kurzu na drodze.

Wśród tego tumanu, jak w obłoku widniał zdaleka punkt drobny zrazu, potym większy, większy, aż nareszcie zarysowały się dość widocznie sylwetki trzech koni i wozu, na którym siedziało dwuch ludzi.

Przysadzista piękność przymrużyła oczy i poznała przedewszystkim fornala Maćka, potym konie dworskie i wóz, klasnęła w ręce i pobiegła pędem do kuchni, wołając na cały głos:

— Pan jedzie! pan jedzie!

Wieść ta rozbiegła się lotem błyskawicy po folwarczku, dworku, ogrodzie. Kto żył, powtarzał: pan jedzie!

— Tatuś jedzie! — zaśpiewała melodyjnym sopranem panienka z dużym warkoczem barwy lnu, pełną, niby świeżo upieczona bułka, buzią i habrowemi oczami.

Pan wracał z Warszawy, po całotygodniowej nieobecności — nic więc dziwnego, że go z podwójną czułością witano.

Taka podróż przecież nie trafia się codzień. Z zapadłych kątów, od dróg żelaznych oddalonych, rzadko wyruszają ludzie; chyba ważny bardzo interes może ich skłonić do takiego kroku.

Wybiera się więc szlachcic do Warszawy, jak do Kamerunu; a sprawunki! Boże miłosierny, czyż można obejść się bez sprawunków?

Maciek jeszcze wczoraj rano wybrał się po pana na kolej i, naturalnie nie wybrał się bryczką, ani koczem, ale długim wozem w drabinach, jak do siana. Sama pani tak kazała i zaleciła, żeby słomy nabrać dużo, bo sprawunków będzie moc, a co jeden, to delikatniejszy.

Maciek medytował godzinę przynajmniej, zanim wóz jak się należy, narządził. Rozpuścił go na całą długość drabin, lusznie wybrał, co najmocniejsze, zaopatrzył się w postronki i w słomę... boć to warszawskie sprawunki na byle jakim wozie wieźć ryzyko. Licho wie, z czego one są, ale najprędzej ze szkła, bo warszawiacy, wiejskim ludziom na psotę wszystko ze szkła robią, żeby się tłukło w drodze.

Sama pani mówiła, że tego będzie sporo, a pani zwykle dobrze wie, co mówi...

Przed tygodniem, gdy mąż miał do Warszawy wyjeżdżać, pani wypisała litanję przerażająco długą — aż jegomość jęknął, ujrzawszy taki cyrograf.

Ale w błogim stanie małżeńskim nie można się lada czym przerażać, przeciwnie, trzeba być nieustraszonym a cierpliwym.

Wiedział dobrze o tym pan Ignacy (właśnie ten pan Ignacy, którego powrót do domu anonsowano tak głośno) i jak tylko przybył do Warszawy i ulokował się w Saskim hotelu, w tej chwili uzbroił się w okulary i zaczął odczytywać rękopis swej małżonki wraz z licznemi komentarzami.

Czego tam nie było?... Począwszy od igieł i nici, a skończywszy na najmodniejszym kapeluszu dla Zosi, tej jasnowłosej śpiewającej dzieweczki; od bucików dla najmniejszego chłopca, aż do materjału na suknię dla samej pani; od mosiężnego żelazka do jakichś walansjenek, filozeli, sznelek, miniardizy i tym podobnych dziwolągów, których nazwy pan Ignacy nietylko, że spamiętać nie mógł, ale nawet wymówić nie potrafił.

A przy każdej pozycji przerażającego regiestru były jeszcze obszerne komentarze, w tym rodzaju naprzykład:

«Przedewszystkim pamiętaj, że jedziesz do Warszawy głównie dla zdrowia. Prosto więc z wagonu idź do doktora; nie żałuj, daj mu choćby rubla więcej, ale niech cię na wszystkie strony opuka; niech cię opuka nawet dwa, albo choćby i trzy razy, a co ci powie, to sobie napisz, a recepty nie zgub...

«Tylko proszę pamiętać, żebyś się nie dał oszukać; najlepiej to kupisz na Żabiej ulicy, albo za Żelazną Bramą, a targuj się do upadłego i powiedz żydom, że temu lat pięć, pani Michałowa kupowała takie same po złotemu groszy trzy... Dobrze pamiętaj, że teraz nie noszą nic w zęby, tylko w kliny, i żeby miało drobny deseń. Masz tu załączone próbki i staraj się znaleźć takie same, albo w podobnym rodzaju, a swoim gustem nie rządź się, bo znowuż kupisz takie czupiradło, że tylko w konopiach jako strach na wróble postawić. Guziki wybieraj ładne i stosowne do materjału, a pytaj się w sklepie jakie teraz noszą.

«Za kapelusz Zosi nie waż się płacić drożej jak pięć rubli i żądaj, żeby ci dali oryginalny fason, paryski koniecznie, a jak będziesz szedł przez ulicę, to przypatruj się uważnie, co jest najmodniejsze, co najwięcej noszą i według tego się rządź.

«Nie zapomnij także o cukrze, bo u nas w miasteczku jest dużo droższy; nie gniewałabym się też, gdybyś kupił samowar i maszynę do szycia. Nawet cię bardzo proszę o maszynę, kup koniecznie, tylko proś, niech cię zaraz w sklepie nauczą, jak się igłę zakłada i nici nawłóczy. Niech cię także nauczą w sklepie obrębiać, podwrębiać, stębnować i pikować, oraz wszywać sznureczki.

«Pamiętaj, wyucz się tego wszystkiego jak pacierza, żebyś mógł nam pokazać, jak co się robi, bo inaczej nic nam z maszyny nie przyjdzie.

«Szpilek czarnych nie bierz, bo są nic nie warte, tylko kup białe i nie na żadne papierki — to do niczego niepodobne — tylko na łuty, i na wadze się nie daj oszukać. Warszawskie sklepowe umieją okłamać, zwłaszcza jak widzą, że mają do czynienia z mężczyzną i to z takim, który na niczym się nie zna.

«Włóczkę dobierz podług załączonych próbek, co są w niebieskim papierku, a prócz tego kup zielonej (wielka szkoda, że nie mam próbki); otóż ta zielona ma być nie jasna i nie ciemna, coś pośredniego między dębowym liściem a sałatą.

«O oliwie nie zapomnij! Kup wazę, tylko dużą, talerzy ze dwa tuziny, szklanek, biletów wizytowych, pieprzu, angielskiego ziela, kopert z cyframi i dobrze by było, żebyś przywiózł ze sześć garncy octu, ponieważ tutejszy żydowski jest fatalny. I nafta u nas dużo droższa, niż w Warszawie, ale nie wiem, czy będziesz miał tyle funduszów.

«Woalka dla Zosi ma być biała i nie szeroka, tak aby tylko oczy i nosek zakryła i nie w kropki, broń Boże, nie w kropki! bo w kropkach Zosi wcale nie jest do twarzy. Parasolka najlepsza czarna, ale jeżeli teraz noszą inne, to kup taką, jakie noszą... etc. etc.»

Odczytawszy to wszystko, pan Ignacy długo usnąć nie mógł, tylko rozmyślał i rozmyślał, jak wybrnąć z tego labiryntu, — ale że szlachcic ma twardą naturę i z gorszych jeszcze tarapatów umie się wydobywać, więc wziął na odwagę i nazajutrz od samego rana puścił się na wędrówkę za Żelazną Bramę, na Żabią, Graniczną... Targował się do upadłego, ujadał z żydówkami ząb za ząb, odsyłał do hotelu paczki i tłomoczki, aż wreszcie załatwił wszystko co do joty i cieszył się tym błogim przekonaniem, że zasłużył na nieograniczoną wdzięczność i serdeczne ucałowanie od żony.

Więcej jeszcze ucieszył się po konferencji z doktorem. Był u jednego z tych głośnych lekarzy, których nazwiska są znane nawet w najbardziej zapadłych kątach kraju. Taki znakomity człowiek opukał go, ostukał własnoręcznie, rozmawiał z nim przez całe pięć minut i dał radę, w jaki sposób na bardzo długie lata może zakonserwować swoje zdrowie.

Załatwiwszy wszystko szczęśliwie i pomyślnie, pan Ignacy z lekką kieszenią, ale też i z lekkim sercem powraca do domu.

Widzi już zdaleka folwarczek swój, swoją rodzinną Wygnankę, na której dachach siedzą sroki, a na hypotece żydzi; widzi dworek stary z dachem porosłym mchem i pleśnią... Tu bąki zbijał za młodu, tu w wieku dojrzalszym biedę klepał, tu się dziatwy dochował, tu długów narobił, że aż jęczy teraz pod ich ciężarem. Tu zaznał trochę szczęścia i wiele goryczy — tu miał swoich sercu blizkich, żonę kochającą, pod której pantofelkiem, jak każdy sprawiedliwy szlachcic siedział, dwuch synków i ukochaną jedynaczkę — jasnowłosą Zosię.

Z uczuciem błogiej radości obejmował wzrokiem siedzibę swoją.

Wojtek smagnął batem nad końmi — i wielki, wyładowany różnemi sprawunkami wóz, majestatycznie zatoczył się przed ganek.

W taki sam sposób bohaterowie starożytni powracali z odległych wypraw pod opiekuńcze skrzydła bogów domowych na łono kochającej rodziny, ażeby po niewywczasach i trudach walk, po doznanych wrażeniach i niewygodach — kosztować słodkiego a zasłużonego spoczynku...

Pan Ignacy, ile że był człowiekiem dość korpulentnym, nie bez trudu pewnego wydobył się z pomiędzy wysokich drabin wozu i odrazu wpadł w objęcia żony i dzieci.

— Mężu, Ignasiu! tatunieczku! tatuniu! — wołała pani Ignacowa i dziatwa.

Pierwsza zawisnęła na grubej, ogorzałej szyi hreczkosieja, drugie czepiały się jego rąk.

— Magda, Kaśka, Maryna! — krzyknęła pani domu na swoje służebne — poznoście ostrożnie wszystkie tłomoczki do kancelarji pana, tylko pomalutku, żeby czego i nie uszkodzić. Maciek, pomóż-no im, koniska, zbiedzone z drogi, postoją. Chodź Ignalku do pokoju, zmęczony jesteś, zdrożony, posil się trochę, a potym spocznij. Pewnie całą noc nie spałeś w wagonie.

— Naturalnie, moja duszko; jechałem sobie, panie dobrodzieju, po gospodarsku, oszczędnie, trzecią klasą.

 

— Mój Boże! czemuż nie drugą?!

— A pamiętasz, kochanie, jak raz jechałem drugą, to powiedziałaś sama, że Wygnanka na takie zbytki nie starczy, pamiętasz?

— To co innego było, a dziś co innego; wtenczas jechałeś w dzień, teraz w nocy... Przecież nie jesteś już młodzik, mój kochany; taka niewygoda może twemu zdrowiu zaszkodzić. Spodziewam się, że miałeś przynajmniej tyle przezorności, że jadąc trzecią klasą wsiadłeś do wagonu dla niepalących.

— Niestety, zgadłaś, moja duszko.

— Dlaczego niestety?

— Bo do wagonu napchało się ze trzydziestu niepalących żydów, którzy nie mogąc spać z powodu ciasnoty, wrzeszczeli w najokropniejszy sposób, tak, że literalnie przez calutką noc nie zmrużyłem oka.

— Dziś to sobie powetujesz.

— Ech! moja duszko, teraz to już nic; wetowałem sobie na wozie. Od kolei siedm mil opętanych, droga ciężka, koniska szły powoli, więc też kiwałem się jak żyd nad talmudem i spałem.

— Wiesz co, jabym nie mogła spać wracając do domu. Byłabym niespokojna, co się dzieje z dziećmi? daję ci słowo, nie usnęłabym!

— To niby przymówka...

— Ale cóż znowu? Ja tylko powiadam, że ja nie mogłabym spać. Zupełnie co innego jest kobieta, a co innego wy mężczyzni. My żyjemy więcej sercem, wy...

— Petronelciu, duszko? cóż-bo znowu... Sprawunki wszystkie załatwiłem co do joty, jak Pana Boga kocham, szpileczki najmniejszej nie zapomniałem. Kupiłem ci wszystko, wszystko, coś tylko kazała.

— O to mniejsza; przedewszystkim o twoje zdrowie idzie — w tym celu głównie jeździłeś, żeby zdrowie ratować.

— Byłem, byłem i u doktora, dalibóg byłem, jeszcze u jakiego doktora! Powiadam ci, pierwszy majster na całą Warszawę. Nietylko chorych uzdrawia, ale powiadają, że nawet umarłych wskrzesza; krótko mówiąc znakomitość! Opukał, tak jak kazałaś, ostukał i przejrzał mnie na wylot.

— Bogu dzięki! Przywiozłeś recepty?

— Ha! ha! tobie się zdaje, że taki doktor leczy ludzi miksturami, jak nasz miasteczkowy recepciarz...

— No, znowuż na naszego Frankiewicza nie możesz narzekać. Bądź-co-bądź trzymał cię dotąd dobrze.

— Trzymał! Wielkie rzeczy, że trzymał — ale nigdy nie wiedział, co mi jest. Tamten zaś odrazu wszystko wyczytał ze mnie, jak z karty. Powiada tak: pan masz powiększenie wątroby, rozstrojenie nerwów, skłonność do reumatyzmu, trochę rozdęcia płuc, lekki katar żołądka, i wogóle rozstrój organów trawienia.

— Jezus Marja! Przerażasz mnie mężu! tyle chorób... toż ty się z nich przez dwadzieścia lat nie wyleczysz. Jestem tak zgryziona i struta tą wiadomością, że wypowiedzieć nie potrafię. Tego tylko jeszcze brakowało, żeby przy wszystkich naszych kłopotach i zmartwieniach twoje zdrowie było narażone... Boże! Boże! miej miłosierdzie nad nami.

— Petronelciu! śmiej się z tego. Nic mi nie będzie do samej śmierci...

— Tak mówisz, żeby mnie pocieszyć.

— Ale najzupełniej na serjo mówię. Doktór warszawski powiedział, że za miesiąc będę zdrów jak ryba; za miesiąc, a najdalej za kwartał. Zobaczysz, że będę jeszcze na Zosi weselu tak mazura wywijał, że aż drzazgi z podłogi polecą — tylko naturalnie muszę poprzednio przeprowadzić kurację.

— Więc przeprowadzaj, lecz się, jedź, nie zważaj na koszta... Choćby pożyczkę zaciągnąć na najuciążliwszych warunkach — a ratować się, ratować, mój Ignasiu; przecież jesteś ojcem rodziny, masz żonę, dzieci...

— Kuracja, jaką mi przepisano, wcale nie jest kosztowna; nie potrzeba na nią ani jednego grosza.

— Co mówisz?!

— Тak, tak jest... Taki znakomity lekarz nie naraża pacjentów na koszta, nie napycha aptekarzom kieszeni, nie truje ludzi obrzydliwemi miksturami i proszkami, jak naprzykład nasz fuszer Frankiewicz, którego cała medycyna zasadza się na obejrzeniu języka.

— Ale mówże raz, jakaż to kuracja?

— Spokój! Wyraźnie mi powiedział: pan dobrodziej wyjątkowo masz silny organizm i wrócisz w krótkim czasie do zdrowia — tylko przedewszystkim staraj się pan o spokój... Tylko spokój; żadnych zmartwień, żadnych wzruszeń, żadnych irytacji — spokój i nic więcej, tylko spokój!...

Pani Ignacowa zamyśliła się.

— Dziwne lekarstwo! — rzekła, — ale jeżeli działa tak zbawiennie, to trzeba się o nie postarać koniecznie. Ja ze swej strony przyrzekam usuwać wszystko, coby cię niepokoić mogło. Nie mówmy więc o interesach, chociaż... chociaż byłoby dużo do powiedzenia... Nie mówmy, kochany Ignasiu.

— Oho! już coś jest! — zawołał zaniepokojony szlachcic, — już coś ukrywasz przede mną.

— Nic, nic Ignasiu, przejdź do jadalnego pokoju, zaraz podadzą doskonały bigos; napijesz się kieliszek starki, to cię wzmocni i pokrzepi.

— Oho! adju, Fruziu, nic ze starki, ani z bigosu — nie będę jadł.

— Czy popasałeś w drodze? Ciekawam, gdzie? Nie przypuszczam przecież, żebyś o tak wczesnej godzinie wstępował do Pokrzywek; aczkolwiek wiem, że bywasz tam częściej, niżby wypadało... Ale co ja mówię! Zapomniałam, że potrzebujesz spokoju, więc już ze względu na twoje zdrowie, przemilczę, że wizytowanie tej młodej wdowy wcale mi się nie podoba, i że odrywasz się tylko od gospodarstwa bez potrzeby...

— Petronelciu! — zawołał czerwieniąc się pan Ignacy.

— Nic, nic, mój kochany, nie unoś się — pamiętaj, że przedewszystkim spokój... i chodź jeść, bo bigos już gotów.

— Powiedziałem ci, że go jeść nie będę.

— Ciekawam, dlaczego? Bo że na dziesięć potraw nie jadasz dziewięciu, to wiadomo — ale bigos dotychczas lubiłeś.

— I dziś go lubię — i jadłbym chętnie, lecz doktór zakazał... Zalecił oprócz spokoju djetę; przez miesiąc czasu mam się wstrzymać od starki, piwa, wina i wszelkich rozgrzewających napojów; kazał jeść kwaśne mleko, serwatkę, śmietankę, maślankę, jednym słowem nic więcej, tylko mleko i spokój. Przyznaj sama, że tańszej i mniej uciążliwej kuracji trudno sobie wyobrazić.

— Istotnie: więc dobrze, zamiast bigosu przyniosę ci kwaśnego mleka, właśnie mam doskonałe ze śmietaną, zimne jak lód.

— A no, to i owszem, bo nawet jestem, co prawda, trochę głodny.

— Śpieszę, idę — rzekła pani, wyjmując kluczyki z kieszeni; jednocześnie wypadł jej jakiś papier w kilkoro złożony.

Pan Ignacy pośpieszył, aby go podnieść, lecz żona szczuplejsza i zręczniejsza od niego, nie dała się uprzedzić. Podniosła pośpiesznie papier i schowała go do kieszeni.

— Co to jest, Petronelciu? — zapytał zaciekawiony szlachcic, — co to za liścik?

— Chyba nie posądzisz mnie o jakąś tajemną korespondencję.

— W takim razie dlaczego mi go nie chcesz pokazać?

— Bo widzisz... No — spodziewam się, że nie będziesz mi przecie wyprawiał scen zazdrości...

— Ale jestem ciekawy...

— Żałuję, że nie mogę ciekawości twojej zaspokoić.

— Zaczynasz mnie zanadto intrygować, moja duszko, i dalibóg, sam nie wiem, co mam o tym myśleć.

— Najlepiej nic, bo zresztą to jest głupstwo, bagatelka, rachunek pachciarza...

— Doskonale! Pokaż-no, bo właśnie i ja chciałbym się z nim obliczyć, to się jedno z drugim kombinuje.

Pani zmieszała się.

— Możeby na później odłożyć.

— Ciekawym, dlaczego? Wydałem w Warszawie sporo grosza i teraz potrzebuję pieniędzy, to też bardzo będzie mi na rękę coś odebrać.

— Kiedy... kiedy...

— Co?

— Kiedy to właśnie nie jest jego rachunek, tylko taka sobie... notatka.

— A na miłość Boską! tego już dosyć! — zawołał pan Ignacy, sapiąc ze złości, — nie wiedziałem, że jeszcze ciebie się żarciki trzymają.

— Ależ Ignalku, nie unoś się, nie alteruj; ja tylko dla twego spokoju...

— Ładny mi spokój, że muszę się irytować i złościć!

— No więc nie irytuj się, nie złość; już powiem ci całą prawdę: to jest uważasz... tylko nie zmartw się znowuż... to jest pozew od Icka.

— Co? ten lichwiarz! Dopiero siódmą skórę zdarł ze mnie za procent i już pozywa! Ach, niedoczekanie jego! Czekaj! ja z tobą potańcuję, będziesz odbierał pieniądze, jak rak świśnie! Jutro zaraz jadę do adwokata. Żeby mnie to miało nie wiem ile kosztować, to przeprowadzę sprawę przez wszystkie instancje. Niech mnie popamięta przynajmniej!

— Mój Ignalku, pamiętaj, co ci doktór zalecił, bądź spokojny, nie unoś się, nie irytuj.

— Ja też jestem spokojny, dalibóg, jestem spokojny, ale żebym tego Icka miał pod ręką, tobym mu brodę oberwał, skórę bym z niego zdarł, bo dalibóg, to rozpacz człowieka ogarnia, gdy ma z takiemi ludźmi do czynienia. Ja nie irytuję się, nie rzucam, ale tak mi w głowie szumi jak w młynie... ale co to? Petronelciu — rzekł spoglądając w okno — dlaczego wiatrak stoi? Taki wiatr dzisiaj doskonały...

— Musiał młynarz wyjechać — odrzekła pani pomieszana cokolwiek.

— O proszę tatusia! — odezwał się najmłodszy chłopaczek, który wszedł właśnie do pokoju — nasz młynarz, jak tylko tatuś pojechał do Warszawy, zaraz uciekł.

— Co? co ty mówisz! — krzyknął pan Ignacy.

— A tak, proszę tatusia, młynarz uciekł; mama kazała go gonić, ale on już był daleko.

— Petronelciu, i ty mi nic o tym nie powiedziałaś?!

— Nie chciałam cię martwić, mój Ignasiu, boć jeżeli twoim lekarstwem ma być spokój...

— Niech licho wszystkie lekarstwa porwie! młynarz za pół roku winien — a teraz szukaj wiatru w polu... Czy wiecie przynajmiej, dokąd się wyprowadził? Czy zostawił tu jakie rzeczy?

— To jest... proszę cię, ponieważ już wszystko jedno, więc mogę ci powiedzieć. Uciekł tak pokryjomu, żeśmy dopiero na drugi dzień spostrzegli, że go niema. Poprzedniego dnia kręcili się koło wiatraka jacyś obcy ludzie, ale sądziłam, że przyjechali jak zwykle do młyna.

— Żeby też nie posłać kogo, nie przepytać!

— Czyż mogłam przypuszczać, że ucieknie? Zdawało się, że człowiek porządny — już dwa lata u nas siedział.

— Znam ja, znam takich porządnych. Żeby go najjaśniejsze!

— Dajże już pokój, mój Ignasiu, nie irytuj się; milsze mi twoje zdrowie niż głupi czynsz z wiatraka.

— Tak, ale jak przyjdzie zapłacić głupie podatki, głupie towarzystwo, głupią służbę i głupiego najemnika, a ten i ów zarwie, to ja nie wiem jak będę wyglądał.

— Nie obawiaj się, zyskamy na czym innym; teraz proszę cię, zasiadajże i jedz. Mleko już jest.

Pan Ignacy zabrał się do mleka, ale jadł niewiele, bez apetytu; spoglądał ciągle przez okno na wiatrak i gniewnie ruszał wąsami.

Pani Petronela z córką zajęły się rozpakowywaniem sprawunków, pan Ignacy zaś, nie chcąc im przy tej ważnej czynności przeszkadzać, a może pragnąc uniknąć tak zwanych pierwszych ogni, wymknął się cichaczem na folwark.

Pierwszą osobą, którą spotkał był pachciarz Uszer: mały, szczupły żydek, o osobliwie żółtych włosach i brodzie. Uszer biegł zadyszany, z pośpiechem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?