PsychopataTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Psychopata
Psychopata
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Psychopata
Psychopata
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Choć odwaliłam kawał dobrej roboty, ciągle jeszcze mam sporo zaległości. Ale nie mogę dłużej zwlekać z telefonem do Olka. Zżera mnie poczucie winy.

Barykaduję się w toalecie, siadam na zamkniętej klapie sedesu i podciągam nogi pod brodę. Szukam jego numeru na liście kontaktów. Waham się, przez moment nawet mi się wydaje, że nie dam rady wykonać tego telefonu.

Wygrywa tęsknota. Tak bardzo chcę usłyszeć jego głos. Niecierpliwie wertuję listę kontaktów, marząc o tym, że Olek zapewni mnie, że nic takiego się nie stało, że lada chwila wszystko sobie przypomnę. Tyle że taki scenariusz absolutnie nie wchodzi w grę.

Czekam na połączenie z ciężko bijącym sercem. Naprawdę jest spora szansa, że zejdę na zawał przed końcem tygodnia.

– Maja? – Już drugi raz tego dnia słyszę, jak ktoś ostrożnie wypowiada moje imię, choć przecież posługuję się stałym numerem telefonu. Czuję się podle, że napędziłam niemałego strachu ludziom z mojego otoczenia, a szczególnie Olkowi. Znam go na tyle dobrze, aby się domyślać, że zdążył już założyć najgorsze.

– Tak, to ja – odpowiadam słabym szeptem.

– Chryste Panie, Maja! Nic ci nie jest? – pyta z zatrważającym niepokojem w głosie, mimo że na co dzień jest twardym funkcjonariuszem policji, który niejedno widział i niejedno przeżył.

– Nie, nic mi nie jest – oznajmiam, choć wcale nie jestem tego taka pewna. – Wszystko ze mną w porządku.

– Co się dzieje? Dlaczego nie odbierasz telefonu? Gdzieś ty była przez cały ten czas? – Olek zasypuje mnie kolejnymi pytaniami, a ja nie mam odwagi się odezwać. – Maja, halo, jesteś tam?

– Tak, Oluś, jestem… – Przełykam łzy, dokładając wszelkich starań, aby Olek tego nie usłyszał. Muszę mu w końcu powiedzieć. Biorę głęboki wdech i oświadczam: – Trochę mi się zabalowało po konferencji…

– Słucham?!

– Po prostu poszło tak rewelacyjnie, że postanowiłyśmy z Lilką trochę dłużej poświętować sukces…

– Żartujesz sobie ze mnie?! – wrzeszczy Olek. Słyszę, że jego zaniepokojenie zastępuje złość. Zaciskam mocno powieki i zastanawiam się, czy dobrze robię, wciskając mu bajeczkę, którą chwilę temu ustaliłam z Lilką. Może lepiej byłoby mu wyjawić, co się tak naprawdę stało? Ale tak bardzo się tego wstydzę, a jeszcze bardziej się boję, że mogłabym wiele stracić w jego oczach. Zwłaszcza jeśli faktycznie pozwoliłam sobie dosypać coś do drinka.

– Po Krakowie lata jakiś popierdoleniec z nożem i zażyna młode kobiety, a ty znikasz na blisko dwie doby bez słowa?! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co ja przeżywałem?!

– Przepraszam, naprawdę przepraszam… – mówię słabym głosem, niemal zmiażdżona przez wyrzuty sumienia. Brnę jednak w kłamstwo, bo jest już za późno, aby się z niego wycofać. – Trochę popłynęłyśmy…

– Wystarczyło zadzwonić! – Olek grzmi nadal. Postanawiam mu nie przerywać, uznając, że najlepiej będzie, jeśli pozwolę mu wykrzyczeć gniew. – Jeden krótki telefon! Chryste, SMS by wystarczył!

Po chwili okazuje się, że to było bardzo dobre posunięcie. Olek bierze dwa głębokie wdechy, po czym mówi, już znacznie ciszej i spokojniej:

– Martwiłem się o ciebie, Maju.

– Wiem, Olek, przepraszam.

– W porządku. – Wzdycha głośno. – Zaraz porozmawiamy o tym na spokojnie.

– Yyy… – Robi mi się gorąco.

– Właśnie parkuję pod twoim blokiem – oznajmia nieco pogodniejszym tonem, a mnie na nowo ogarnia panika. – Rankiem pojawił się sygnał w twoim telefonie, nie oddzwaniałaś, wyrwałem się więc z roboty przy najbliżej okazji, żeby sprawdzić, czy nic ci nie jest.

– Olek… – zaczynam, ale nie kończę. Za to on od razu się orientuje, o co chodzi.

– Nie do wiary – prycha. – Jesteś w pracy?

Milczę.

– Zdążyłaś już na tyle się ogarnąć, aby pojechać do roboty, ale nie zdołałaś się ze mną skontaktować po tym, jak przepadłaś na blisko czterdzieści osiem godzin?!

– Musiałam. – Przełykam głośno ślinę. – Olek, wiesz, że badania, w które jestem zaangażowana, nie mogą czekać.

– Cieszę się, że zajmuję tak wysoką pozycję na liście twoich priorytetów – rzuca kpiącym tonem, po czym się rozłącza.

Wciąż trzymam telefon przy uchu. Potrzebuję chwili, aby ochłonąć.

Wreszcie ocieram te kilka łez, które uroniłam, gdy Olek się rozłączył, i podnoszę się z miejsca. Choć rozmowa nie poszła tak, jak bym sobie życzyła, czuję się odrobinę lżej. Przynajmniej Olek już wie, że żyję i mam się dobrze, a czas pokaże, co będzie dalej. W tej chwili nie jestem w stanie zrobić nic więcej, aby załagodzić tę nieprzyjemną sytuację.

Biorę się do roboty. Natrafiam jednak na poważny problem na bloku operacyjnym. Nie potwierdziłam jutrzejszego zabiegu na czas, więc sala została przydzielona innemu zespołowi. Staję na rzęsach, aby wcisnąć Karola w grafik, i szczęśliwie mi się to udaje.

Gdy wychodzę z pracy, jest sporo po dwudziestej pierwszej i dosłownie padam z nóg. Jedyne, o czym marzę, to prysznic i łóżko. Niemniej wszystko jest gotowe i jutrzejszy zabieg dojdzie do skutku. Nie mam żadnych wątpliwości, że regeneracja uszkodzonej części mózgu Karola przyniesie zadowalający skutek. Zebraliśmy już wystarczająco dużo danych, aby mieć pewność, że terapia wystymulowanymi komórkami macierzystymi jest skuteczna. Jednak żeby przejść dalej, czyli przystąpić do testów na ludzkim organizmie, musimy wykazać jej wysoką powtarzalność.

Cieszę się, że udało mi się wyjść na prostą w pracy. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Nie darowałabym sobie, gdyby przez jakąś głupotę runęła moja kariera. Tyle że wcale nie wiem, czy chodzi o głupotę. Coraz bardziej skłaniam się ku teorii o pigułce gwałtu, bo innego racjonalnego wytłumaczenia na lukę w mojej pamięci nie widzę. Niestety, to oznaczałoby, że jednak zostałam wykorzystana seksualnie, pomimo że nie znalazłam na swoim ciele żadnych śladów o tym świadczących. Chyba że faktycznie porwał mnie jakiś nietypowy zboczeniec… albo, jak zasugerowała Lilka, kulturalny gwałciciel.

Niewiedza doprowadza mnie do szału, ale mam bardzo ograniczone pole działania. Właściwie nie mam żadnego konkretnego punktu zaczepienia, choć usiłowałam znaleźć cokolwiek, na czym mogłabym dłużej się skoncentrować. Zanim wróciłam do domu, prześwietliłam listę obecnych na bankiecie osób i nikt nie wzbudził moich podejrzeń, w mojej głowie nie zrodziły się też żadne przypuszczenia czy choćby mgliste skojarzenia. Co prawda skupiłam się głównie na mężczyznach, nie pomijając kelnerów, ochroniarzy i personelu sprzątającego, ale może powinnam z równą uwagą przyjrzeć się kobietom?

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, aby choć w minimalnym stopniu ustalić, co mi się przytrafiło. Może gdy porządnie się wyśpię, coś mi się przypomni?

Prysznic odrobinę zmywa ze mnie zmęczenie. Siadam na kanapie i raczę się lampką dobrego czerwonego wina. Amor, krótkowłosy chihuahua o biało-czarnym umaszczeniu, podchodzi do mnie i radośnie macha ogonem. Przestępuje przy tym niespokojnie z łapki na łapkę. Daję mu znak ręką i psinka wskakuje mi na kolana. Ledwo go czuję, bo waży niewiele ponad dwa kilogramy. Dziękuję niebiosom za przezorność. W dzień, kiedy odbywała się konferencja, przewidując, że mogę wrócić znacznie później niż zwykle, zostawiłam go pod opieką sąsiadki. Gdybym tego nie zrobiła, biedny zwierzak spędziłby blisko dwie doby w osamotnieniu i bez pożywienia.

Po kilku chwilach pieszczotliwego ocierania i lizania Amor układa się obok mnie, zwija w kłębek i zasypia. Głaszczę go czule po łebku, po czym włączam telewizor. Leci jeden z najpopularniejszych w tym sezonie seriali i choć za nimi nie przepadam, zerkam na odcinek, starając się połapać w perypetiach bohaterów. Dziś nie mam siły na zajmowanie się czymś pożytecznym.

Kiedy wypijam ostatni łyk wina, czuję się o niebo lepiej. Alkohol rozpuścił część moich trosk. Wyciągam obolałe nogi na stolik, Amor poprawia się, tak aby grzbietem przylegać do mojego uda. Biorę do ręki telefon.

Pozostało mi naprawić coś równie ważnego, a może nawet ważniejszego niż zawodowa niesubordynacja.

Olek nie odbiera. Nie poddaję się jednak tak łatwo, bo dobrze wiem, iż nie zawsze może swobodnie rozmawiać przez prywatny telefon. Często jest zbyt zajęty, a czasem zwyczajnie nie pozwala mu na to sytuacja.

Sprawdzam godzinę. Jest już dość późno, nawet jak na Olka. Jeśli nadal pracuje, to powinien być poza komendą i robić to w domu. Dzwonię więc jeszcze raz. Niestety, skutek jest ten sam: Olek nie odbiera.

Ponownie ogarnia mnie przygnębienie, wobec czego decyduję się na drugą lampkę wina. Nalewam trunku do kieliszka, zastanawiając się, czy powinnam zostawić Olkowi wiadomość na poczcie głosowej czy może lepiej napisać SMS-a. Ostatecznie rezygnuję z obu pomysłów.

Kiedy po jakimś czasie bawię się ponownie pustym kieliszkiem, odzywa się mój telefon. Odbieram natychmiast.

– Oluś – mówię bez zbędnego wstępu. – Przyjedź do mnie.

Chwila ciszy.

– Jadę, aniołku.

Nie miałam pojęcia, że tak bardzo się za nim stęskniłam do momentu, gdy stanął w progu mojego mieszkania. Rzucam się na niego jak wygłodniałe zwierzę, a Olek nie protestuje. Najpierw kochamy się na kuchennym stole. Bez słowa i mało delikatnie sadza mnie na blacie, sprawiając swoimi brutalnymi ruchami, że zaczynam szczytować, zanim we mnie wchodzi. Później przerzuca mnie przez ramię i niesie do sypialni. Na łóżku sytuacja się powtarza, choć jest w tym już nieco więcej miłości, a nie tylko dzikie pożądanie.

W końcu Olek przekręca się na brzuch i leży nieruchomo. Po tym poznaję, że jest wykończony. Tym bardziej doceniam, że przyjechał, gdy tylko go o to poprosiłam.

Przytulam się do niego z głową między jego łopatkami.

– Nie rób tak nigdy więcej – mówi.

 

Nie odpowiadam, bo boję się, że gdy zaczniemy o tym rozmawiać, przyznam się do kłamstwa i wyznam mu, co tak naprawdę się stało. A wtedy nie dość, że wyjdę na nierozsądną, to jeszcze na kłamczuchę. Mogłam od razu zdecydować się na szczerość, teraz jest już za późno. Poza tym, cóż, gdybym powiedziała prawdę, Olek na pewno by to rozdmuchał, nie zostawiłby czegoś takiego bez wyjaśnienia. I choć bardzo chciałabym wiedzieć, co się ze mną działo, nie mam ochoty na policyjne dochodzenie, które notabene mogłoby odkryć jakieś niewygodne fakty.

Niestety, biorę pod uwagę, że jednak pozwoliłam sobie na flirt, który nieco przekroczył granice niewinności, i to z bardzo nieodpowiednim facetem. Zarzekałam się przed Lilką, że to niemożliwe, lecz nie mogę jednoznacznie wykluczyć takiego scenariusza. Choć pojawiający się na konferencjach i bankietach ludzie należą do naukowej elity kraju, to przecież zupełnie ich nie znam. Nie wiem, co komu chodzi po głowie i czy ktoś z nich nie skrywa głęboko niezdrowych fascynacji, które czasem dochodzą do głosu.

Może faktycznie pozwoliłam sobie na zbyt dużo, ale zostałam za to ukarana zdecydowanie za surowo. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, jest to, żeby Olek dowiedział się o wszystkim.

– Myślałem, że umrę ze strachu – ciągnie Olek, wyrywając mnie z korowodu rozszalałych myśli. – Nie odpowiadałaś na telefony, nie było cię w mieszkaniu, w pracy też się nie pojawiłaś – wylicza, a ja tylko utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, zachowując prawdę dla siebie.

Już raz straciłam coś równie wielkiego, nie mogę pozwolić na to po raz drugi! Nie przeżyłabym tego.

– Maju, już cię widziałem…

– Z odciętymi palcami? – pytam i ze zdziwieniem stwierdzam, że się uśmiecham.

– To nie jest zabawne – karci mnie Olek. Najwyraźniej usłyszał uśmiech w moim głosie.

– Wiem, Oluś. – Całuję jego plecy. – Przepraszam.

– Wiesz, że bardzo mi na tobie zależy.

– Wiem, bo mnie tak samo bardzo zależy na tobie.

Teraz to ja wiem, że Olek się uśmiecha, choć nic nie mówi.

– Macie drugą czy to odrębne morderstwo? – pytam, ciesząc się, że nie chce dłużej drążyć drażliwego tematu mojego zniknięcia. Między innymi za to tak bardzo go kocham: jest skrajnie bezkonfliktowym człowiekiem.

– Nie mówmy o tym – odpowiada, ale za chwilę wzdycha i dodaje: – Tak. Skurwysyn zrobił jej to samo co pierwszej. A najgorsze jest to, że możemy spodziewać się kolejnej.

9

Karol leży na chromoniklowym stole w sterylnej i bardzo nowoczesnej sali na bloku operacyjnym ośrodka. Na tym etapie jedyne, co mogę zrobić, to obserwować przebieg zabiegu zza szyby. Stoję więc ze skrzyżowanymi rękoma i ze skupieniem przyglądam się całej procedurze.

Zwierzę zostało już uśpione i znajduje się pod stałą kontrolą anestezjologa. Za kilka godzin się wybudzi i nie będzie czuło nic poza lekkim bólem głowy. Zabieg przeprowadza profesor Krzysztof Berczyński, ceniony specjalista z zakresu chirurgii onkologicznej. Lekarz z godną podziwu zwinnością posługuje się mikrolaparotopem, którego na co dzień używa do diagnostyki pacjentów neurologicznych w szpitalu uniwersyteckim. To tam spędza większość czasu. Profesor jest jednak bardzo ambitnym człowiekiem z szerokimi zainteresowaniami, dlatego dodatkowo współpracuje z ośrodkiem BCT w zakresie naukowo-badawczym. Jestem pod niesłabnącym wrażeniem jego wiedzy i umiejętności.

Cieszę się, że Karol trafił właśnie pod skrzydła profesora Berczyńskiego. Choć mikrolaparotop jest uznawany za nieinwazyjną metodę, w niewprawnych rękach może być zabójczy, a ja bardzo polubiłam tego włochatego wariata.

Wszyscy wiemy, że małpy wykazują zadziwiająco podobne zachowania do ludzkich, ale obserwując te zwierzęta przez ostatnie kilka miesięcy, przekonałam się, jak dalece posunięty jest to proces. Czasem jest mi zwyczajnie przykro, że wykorzystujemy te sympatyczne i bardzo inteligentne stworzenia do badań, ale niestety, nie mamy innego wyjścia. Do opracowania nowych skutecznych terapii, które ratowałyby ludzkie życie, nie istnieje droga na skróty.

Drugi chirurg umieszcza głowę Karola w metalowej obręczy, aby ją całkowicie unieruchomić. To niezbędne, bo nagłe, choćby minimalne poruszenie się głowy zwierzęcia podczas zabiegu mogłoby przynieść katastrofalne skutki.

Profesor Berczyński sprawnie umieszcza mikrolaparotop na obręczy – w miejscu specjalnie przygotowanym do tego celu. Takich miejsc jest kilka, a wybór konkretnego zależy od tego, który płat mózgu pacjenta wymaga ingerencji.

Specjalistyczne oprogramowanie na komputerze rozpoznaje urządzenie i zewnętrzne rusztowanie obręczy zaczyna się poruszać wokół własnej osi. Wiem, że towarzyszy temu dźwięk przypominający cicho pracującą wkrętarkę, ale stojąc za szybą, nic nie słyszę.

Mikrolaparotop zostaje nakierowany na właściwe miejsce z perfekcyjną precyzją. Odpowiednie dane zostały wprowadzone do oprogramowania sterującego obręczą już wcześniej, jeszcze na etapie przygotowywania pacjenta do zabiegu, więc komputer doskonale wie, co ma robić.

Lekarze wymieniają jakieś uwagi. Tego, co mówią, też nie słyszę. Mogę tylko się domyślać, że powtórnie sprawdzają parametry aparatury, aby nie doszło do najmniejszego uchybienia.

Denerwuję się. Przyglądałam się zabiegowi wszczepienia komórek macierzystych do mózgu przeróżnych zwierząt już wielokrotnie, ale dziś jestem wyjątkowo przejęta. Procedura wzbudza we mnie niewyjaśnione poczucie niepokoju oraz dziwne wrażenie namacalności. Czuję, jakby dziś była dla mnie bardziej znajoma niż zwykle.

Oby wszystko poszło dobrze, myślę, zaciskając mocno kciuki. Karol to mój ulubieniec. Chyba jeszcze z żadnym zwierzęciem laboratoryjnym tak się nie zżyłam, co oczywiście absolutnie nie powinno mieć miejsca. Tyle że o ile nie jest to problemem, gdy w grę wchodzą szczury czy króliki, o tyle trudno nie przywiązać się do towarzyskich małp człekokształtnych.

Gdy igła mikrolaparotopu bez większego oporu przebija się przez kości czaszki, zaciskam kciuki jeszcze mocniej. To kluczowy moment. Z napięciem obserwuję personel zajmujący się Karolem. Chirurdzy, anestezjolog, a nawet towarzyszące im pielęgniarki – wszyscy wydają się w pełni rozluźnieni. To mnie odrobinę uspokaja.

Piętnaście minut później procedura dobiega końca. Profesor Berczyński wychodzi z sali operacyjnej, a drugi chirurg uwalnia głowę zwierzęcia z obręczy. Dokonało się. Komórki macierzyste pobrane od starannie wytypowanego dawcy i poddane laboratoryjnej stymulacji trafiły do uszkodzonej części mózgu Karola. Wyobrażam sobie, jak te małe, zaledwie kilkunastomikrometrowe, żywe struktury o niesamowitym potencjale rozwojowym zaczynają nowe życie w nowym organizmie. Zaraz zaczną się intensywnie dzielić, mnożyć i różnicować. Rozwijać we właściwe, pożądane komórki, regenerując tym samym uszkodzoną tkankę mózgu. Rozpoczęła się neurogeneza. Po raz kolejny jestem świadkiem narodzin neuronów.


10

– Tylko dla przypomnienia powiem, że inkubacja, jako termin biologiczny, oznacza okres pomiędzy zapoczątkowaniem choroby, czyli czas tuż po infekcji danym patogenem, a wystąpieniem pierwszych objawów owej choroby – mówię do drepczącej za mną grupki studentów z tabletami w dłoniach.

W ośrodku BCT panuje absolutny zakaz fotografowania wnętrz oraz nagrywania dźwięku, ale tablety służą studentom do sporządzania notatek. Wydaje się, że papierowe zeszyty i długopisy dawno już odeszły do lamusa, przynajmniej jeśli chodzi o przedział wiekowy ludzi, którymi się dzisiaj opiekuję. Swoją drogą, sama nie pamiętam, kiedy ostatni raz użyłam tradycyjnego notatnika.

– Przejdźmy teraz do zwierzętarni. – Dłonią wskazuję kierunek, w którym będziemy podążać.

Studenci bez słowa, w pełnym skupieniu, posłusznie idą za mną.

Ośrodek BCT chętnie współpracuje z najlepszymi uniwersytetami w kraju, stwarzając możliwość praktyk studenckich dla najzdolniejszych uczniów. Liczba miejsc jest ograniczona, a zainteresowanie większe niż podczas rekrutacji na najbardziej oblegane kierunki. Młodzi ludzie, dla których studia są czymś więcej niż tylko dobrą zabawą czy społecznym przymusem zdobycia tytułu magistra, walą do ośrodka BCT drzwiami i oknami.

Dziś zajmuję się piątką studentów z Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Chudy rudzielec idzie z przodu, niemal czuję na plecach jego podekscytowany oddech. Choć szkolę grupę dopiero kilka godzin, zdążyłam się już przekonać, że jego wiedza jest o wiele większa niż przeciętnego studenta na trzecim roku medycyny. Za nim odrobinę powściągliwie kroczą dwie dziewczyny, bardziej ładne niż brzydkie, obie ciemnowłose, jedynie w minimalnym stopniu ustępujące rudowłosemu w entuzjazmie i erudycji. Całkiem przystojny i nieźle zbudowany brunet nie wychyla się i odnoszę wrażenie, że najchętniej zagadnąłby którąś z idących przed nim koleżanek, niekoniecznie zahaczając o tematy naukowe, ale najzwyczajniej w świecie powstrzymuje go respekt przed moją osobą. Peleton zamyka nieśmiały pryszczaty chłopak o bardzo przeciętnej twarzy, ale szalenie wesołych oczach. Zgaduję, że za kilka lat się wyrobi i będzie z niego zarówno fajny facet, jak i fajny lekarz. Ma tak pogodne spojrzenie, że wróżę mu pediatrię, ewentualnie położnictwo.

– Zapożyczyliśmy ten termin, gdyż idealnie pasuje do naszej technologii, a konkretnie do tego, co dzieje się w mózgu pacjenta po wszczepieniu wystymulowanych komórek macierzystych – ciągnę, gdy przekraczamy próg zwierzętarni. – Zabieg wszczepienia komórek możemy z powodzeniem przyrównać do infekcji, po której następuje okres inkubacji. Komórki po znalezieniu się w miejscu docelowym w mózgu zaczynają się intensywnie mnożyć, zupełnie jak chorobotwórczy patogen. Nowo powstała populacja komórek różnicuje się i przekształca w pożądane elementy tkankowe, stopniowo odbudowując uszkodzony obszar mózgu. Dopiero po regeneracji pewnego minimalnego poziomu tkanki nerwowej możemy ocenić postępy terapii, czyli dostrzegamy efekty naszych działań. Jak widzicie, użycie terminu „inkubacja” jest jak najbardziej zasadne.

Zatrzymuję się przed jedną z klatek i wskazując ręką, mówię:

– A oto Karol.

Studenci wydają z siebie westchnienie zachwytu i ostrożnie podchodzą bliżej.

Szympans zdaje się nas nie zauważać. Jest zajęty obgryzaniem zielonych liści z gałązki, którą trzyma w ręce. Choć widziałam to setki razy, nie przestaje mnie zadziwiać precyzja, z jaką to robi. Poziom rozwoju tych człekokształtnych małp jest doprawdy imponujący.

– Czy mają państwo jakieś pytania? – zwracam się do studentów, którym zdążyłam już wcześniej szczegółowo opowiedzieć o testowanej przez ośrodek BCT terapii nowotworów mózgu oraz o zabiegu, jakiemu został poddany Karol dwa tygodnie wcześniej.

Ręka rudzielca natychmiast wystrzeliwuje w górę. To zabawny widok. Chłopak jest wyższy ode mnie o półtorej głowy i dawno już przestał mieścić się w szkolnej ławce, a mimo to nadal swoją aparycją bardziej pasuje do podstawówki niż do elitarnego ośrodka naukowo-badawczego. I na dodatek ciągle podnosi rękę, jakby zgłaszał się do odpowiedzi na lekcji swojego ulubionego przedmiotu, co przekomicznie kontrastuje z jego granatowym, starannie odprasowanym fartuchem laboratoryjnym. Niemniej zadaje bardzo sensowne pytania, udało mu się także poczynić kilka konstruktywnych uwag i poważnie się zastanawiam, czy nie zamieścić przy jego nazwisku stosownej adnotacji w dzienniku praktyk studenckich. To oczywiste, że ośrodek nie udziela szkoleń dobroczynnie, a jedną z bardzo wymiernych korzyści jest właśnie bezpośredni dostęp do narybku młodych naukowców. Momentami odnoszę wrażenie, że te praktyki studenckie to zwyczajne polowanie na przyszłego pracownika.

– Ile wynosi okres inkubacji po zabiegu wszczepienia komórek macierzystych? – pyta chłopak.

Świetnie, myślę. Używając poprawnie terminu, na którego tłumaczenie poświęciłam sporą część czasu podczas obchodu po pracowniach, chłopak punktuje w moich oczach.

– Różnie – odpowiadam. – Czas ten jest zależny przede wszystkim od wielkości obszaru mózgu, który ma ulec regeneracji, ale także od rodzaju odnawianych komórek. Inaczej sprawa wygląda, gdy chodzi o neurony, a inaczej, kiedy mówimy o komórkach gleju. Oczywiście to tylko dwa z całej masy czynników, niemniej są to elementy krytyczne. Średnio przyjmujemy, że okres dwóch tygodni jest wystarczający do odnotowania wyraźnie widocznych zmian i zwykle po takim czasie dokonujemy pierwszej oceny.

 

– A zatem Karol – rudzielec wskazuje na szympansa, który wreszcie się nami zainteresował i podszedł do metalowego ogrodzenia boksu – przeszedł już wstępną ocenę czy dopiero na nią czeka?

– Karol jest już po pierwszym badaniu – mówię, obserwując zwierzę, które nam się przygląda.

Dałabym sobie rękę uciąć, że Karol wie, iż rozmawiamy o nim. Na jego twarzy rysuje się skupienie doprawione lekkim zaniepokojeniem. Mimika szympansów jest bardzo bogata, co tylko jeszcze bardziej upodabnia je do człowieka.

Nagle Karol wydaje z siebie kilka przeciągłych pisków. Znam go już na tyle, aby się domyślić, że jest nas za dużo. Karol nie jest zwierzęciem cyrkowym i nie przepada za publiką.

– Przejdźmy, proszę, dalej – mówię, mając na uwadze, że zwierzak jest po zabiegu i należy mu ograniczyć stres. Nie chcę go na próżno niepokoić, zwłaszcza że studenci obejrzeli już zwierzętarnię i nie ma potrzeby dłuższego kręcenia się wokół klatek.

Ruszam przed siebie, a studenci potulnie maszerują za mną. Są ewidentnie zafascynowani i nie ma się czemu dziwić – to ich pierwsze godziny w ośrodku.

Właściwie na dzisiaj skończyłam z nimi zajęcia. Zgodnie z tym, co sobie wcześniej zaplanowałam, oprowadziłam ich po części laboratoryjnej placówki i z czystym sumieniem mogę przekazać grupę klinice weterynaryjnej, gdzie studentów czeka wycieczka po bloku operacyjnym. Jutro rano znów przejmę ich na kilka godzin. Mam zamiar wnikliwiej zapoznać ich z pracownią hodowli komórek. Myślę, że jako studenci medycyny mają nikłe pojęcie o tym, jak wygląda praca w warunkach in vitro, i może to być dla nich nie tylko cenne, ale i ciekawe doświadczenie.

– Badanie wykazało zadowalający poziom regeneracji tkanki nerwowej w mózgu Karola – podejmuję, wyprowadzając studentów ze zwierzętarni. – Oczywiście proces trwa, ale już na tym etapie możemy powiedzieć, że spodziewamy się pełnej odnowy uszkodzonego regionu mózgu w ciągu miesiąca. Jak widzieliście, zwierzę ma się dobrze, ale pozostaje pod stałą kontrolą lekarską. Do tej pory nie odnotowano żadnych powikłań po zastosowanej terapii i nie przewidujemy takowych w dalszej fazie obserwacji.

– W którym płacie znajdował się glejak wielopostaciowy, którego zdiagnozowano u Karola? – pyta rudzielec.

– W płacie czołowym.

– Płat czołowy odpowiada za czynności ruchowe. Jak widzieliśmy i jak pokazują okresowe badania lekarskie, o których pani wspomniała, te funkcje nie uległy żadnemu uszkodzeniu w wyniku zastosowanej terapii. Ale co ze sferą psychiczną? – drąży chłopak. – Płat czołowy to również planowanie, postępowanie i stany emocjonalne. Czy wszczepienie komórek macierzystych i ich rozrost w płacie czołowym nie zaburzają tych funkcji?

Teraz już jestem pewna, że pozostawię odpowiednią adnotację w dzienniku praktyk przy nazwisku rudzielca. Chłopak sprawia wrażenie nie tylko mocno zainteresowanego tematem, ale i wybitnie uzdolnionego.

– Według przeprowadzonych badań: nie. – Posyłam mu uśmiech. – Testy kontrolne wykluczyły wszelkie niepożądane zmiany w funkcjonowaniu mózgu i nie dotyczy to jedynie płata czołowego. Podobne dane uzyskaliśmy przy ingerencji na obszarze płata skroniowego i potylicznego.

– To naprawdę rewelacyjne – wzdycha student.

– Tak jest. – Znów się do niego uśmiecham. – Czy mają państwo jeszcze jakieś pytania?

Studenci zgodnie kręcą głowami.

– W takim razie – zerkam na zegarek – proponuję godzinną przerwę na posiłek, a później zapraszam do kliniki weterynaryjnej na dalszą część zajęć.

– Czy to również będą zajęcia z panią?

Przenoszę wzrok na barczystego wysokiego bruneta, który zadał pytanie, i stwierdzam, że błędnie oceniłam jego zainteresowanie koleżankami z grupy. Jego pewność siebie także. Chłopak posyła mi zawadiacki uśmiech, a później prześlizguje się wzrokiem po mojej sylwetce.

– Niestety nie. – Uśmiecham się do niego pogodnie. Nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie robić. Jakiś czas temu stworzyłabym mu dogodną okazję do zaproszenia mnie na randkę, ale teraz różnica wieku między nami wydaje mi się już zbyt duża. Zresztą kocham Olka.

Chłopak robi zmartwioną minę.

– Za to jutro znów będę miała przyjemność państwa szkolić z zakresu technik laboratoryjnych.

Brunet wyraźnie się rozpogadza.

– Wspaniale! – wykrzykuje, a rudzielec mu wtóruje.

Najwyraźniej spodobałam się chłopcom, i to zarówno wizualnie, jak i intelektualnie. Nie ma sensu ukrywać, że łechce to moje ego.

Dziewczyny też wydają się zadowolone, że jutro znów się spotkamy, co mnie nie dziwi, bo w przeciwieństwie do większości personelu ośrodka ja nie traktuję studentów z góry. Staram się być dla nich miła, przystępna i przede wszystkim pomocna. Chcę, aby z tych praktyk wynieśli jak najwięcej, a nie tylko fascynację superważniakami, których nie brakuje w ośrodku BCT.

Tylko pryszczaty wydaje się obojętny, ale myślę, że wynika to z jego zdenerwowania. Jutro pewnie trochę wyluzuje, a pod koniec praktyk z nieśmiałego chłopaka przeistoczy się w najzabawniejszego członka grupy.

Żegnam się ze studentami i w dobrym humorze kieruję się do swojego biura. Polubiłam całą piątkę, cieszę się, że trafili mi się tacy sympatyczni młodzi ludzie. W ubiegłym miesiącu było zdecydowanie gorzej. Nie ma nic gorszego jak banda nadętych dzieciaków, którym się wydaje, że pozjadały wszystkie rozumy, podczas gdy prywatne studia opłacają im dziani rodzice. Nie mam nic przeciwko studiom niestacjonarnym, ale przeciwko niektórym ich absolwentom – owszem. I dla nich już nie jestem taka miła, przystępna i pomocna.

Po drodze wyjmuję telefon z kieszeni spodni i wybieram numer Olka. Na szczęście nasze relacje wróciły do normy. Nie cofamy się do tego feralnego incydentu, który na krótką chwilę nas poróżnił. Olek nie jest pamiętliwy, a ja, nie znajdując żadnego sensownego wyjaśnienia tego, co mi się wtedy przydarzyło, rzuciłam się w wir pracy, której jak zwykle mam aż zanadto. Zresztą całe to absurdalne zdarzenie szybko stało się tylko nikłym wspomnieniem. Czasem nawet wydaje mi się, że wcale nie jest moje, że coś tak niewytłumaczalnego przytrafiło się komuś innemu, a ja znam to tylko z zasłyszanej opowieści.

– Jak leci, aniołku? – słyszę głos Olka w telefonie.

– Zapierdziel, jak zwykle – śmieję się. – A u ciebie?

– Jak zwykle – odpowiada i już oboje się śmiejemy.

– Olek, dzwonię, bo zapomniałam ci o czymś powiedzieć. Obiecałam Lilce, że wieczorem zajmę się Leną…

– Lilka znowu ma randkę?

– Tak. I to z tym samym facetem! – oświadczam podekscytowanym tonem, na co Olek gwiżdże z niedowierzaniem. – Ten Seba to musi być supermegazajebisty gość, skoro Lilka umówiła się z nim ponownie.

– Zajebisty czy nie, ja już go nie lubię – zrzędzi Olek. – Przez niego omija mnie wieczór z tobą!

– Wiem, przepraszam… – skomlę do telefonu. – Obiecałam jej już w ubiegłym tygodniu, ale kompletnie wyleciało mi to z głowy.

– Za dużo pracujesz, Maju. – Olek wzdycha do telefonu.

Rechoczę wesoło. Takie słowa w ustach rasowego pracoholika brzmią przekomicznie.

– Jutro wynagrodzę ci dzisiejszy wieczór – zapewniam.

– Mam taką nadzieję!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?