PsychopataTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Psychopata
Psychopata
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Psychopata
Psychopata
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Przerażona, choć zarazem wdzięczna losowi za tę szansę, zrywam się do ucieczki. Zanim jednak wybiegam z salonu, jakiś wewnętrzny impuls nakazuje mi się zatrzymać. Z histerycznie walącym sercem powoli oglądam się przez ramię.

Leży na podłodze i jęczy. Chyba jest przytomny, ale najwidoczniej mocno zamroczony. Wiem, że powinnam stąd jak najszybciej wyjść, tymczasem stoję niczym betonowy posąg. Walczę ze sobą dłuższy moment. Na przemian nakazuję sobie, żeby w tej chwili opuścić mieszkanie, i jednocześnie przekonuję samą siebie, że przecież nie mogę go tak zostawić.

Nie wiem, jak długo trwa moje wahanie, ale wreszcie powoli robię krok w jego stronę. Nie mogę go tak zostawić.

Nie mogę.

Potem drugi krok.

I trzeci.

Przystaję przy nim, niespiesznie odwracam głowę w bok i mu się przyglądam. Chcę ocenić sytuację na chłodno, ale to, co się przed chwilą wydarzyło, zakłóca moją percepcję. Szaleją we mnie skrajne emocje, czekam, która z nich wybije się na prowadzenie.

Porusza się mozolnie, jakby powietrze stanowiło zbyt wielki opór dla jego ciężkich kończyn. Chyba jednak nie jest w pełni przytomny. Bezsprzecznie potrzebuje pomocy, może nawet natychmiastowej.

O tym, co robię później, przesądzają ułamki sekund.

Unoszę dłonie. Przez chwilę tylko na nie patrzę – to na jedną, to na drugą. W końcu przenoszę wzrok z powrotem na niego i ogarnia mnie niepokój tak wielki, że zaczynam dygotać.

Czuję ciepło jego skóry. Wyczuwam puls, przepływającą w żyłach życiodajną krew. Wyobrażam sobie, że podobnie jak ona przez tchawicę przepływa potrzebne do życia powietrze, i paraliżuje mnie strach przed ostatecznym wzięciem sprawy w swoje ręce.

Nie dam rady, myślę.

Nie dam rady, kurwa, nie dam rady! krzyczy głos w mojej głowie, ale nie zaprzestaję swoich działań. W pewnym momencie zauważam, że jego mętne spojrzenie zaczyna nabierać ostrości. Widzę, że powoli przytomnieje – i to mnie motywuje.

Z wysiłku zaczynają mi drżeć ręce, jednak nie przestaję. Zaszłam już zbyt daleko, aby teraz się wycofać. Nie mogę tego tak zostawić. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym przez głupi ból mięśni skapitulowała. Zawiodłabym samą siebie.

Jestem już porządnie zmęczona, gdy zauważam, że opuszcza go energia i przestaje się poruszać. Nachylam się ku niemu. Moja twarz jest tuż przy jego twarzy.

Patrzę w szeroko otwarte, odpychająco wytrzeszczone oczy, których białka pokryły się czerwonymi popękanymi naczynkami, i widzę, jak gaśnie w nim życie.

Prostuję się powoli, nie spuszczając wzroku z jego ciała. Zaczyna do mnie docierać, co się stało.

W domu panuje głucha cisza, jakby wszystko wkoło umarło wraz z nim.

A potem słyszę wrzask.

Gdy zdaję sobie sprawę, że ten przeraźliwy, nieludzki ryk, który rozsadza mi uszy, wydobywa się z mojego gardła, milknę i cały dom znów ogarnia grobowa cisza.


1

– Kurwa, nie teraz… – sapie poirytowany Olek, a ja myślę dokładnie to samo.

Obowiązkowość Olka znam aż za dobrze i wiem, że dzwoniący telefon może wszystko zepsuć. Oplatam więc ciaśniej jego biodra udami, a dłońmi chwytam go za pośladki i dociskam mocno do siebie. To zawsze działa. Wchodzi we mnie pomimo ciągle brzęczącego telefonu, napiera jak szaleniec, aż odlatuje.

Trudno mi powiedzieć, co w Olku pociąga mnie najbardziej. Nie jest ani zbyt przebojowy, ani przesadnie elokwentny, wygląda też zupełnie przeciętnie, zwłaszcza z tym swoim zawsze o kilka dni za długim zarostem. Choć ciało, muszę przyznać, ma niezłe. Na domiar złego Olek należy do zrównoważonych i odpowiedzialnych osób, przez co czasem sprawia wrażenie wręcz nudnego.

Ma jednak w sobie to coś. I wcale nie mam na myśli tego, że ot tak potrafi doprowadzić mnie na szczyt cielesnej rozkoszy, ale to, jak bardzo normalnie się przy nim czuję. Co prawda już wcześniej wydawało mi się, że moje życie wskakuje na dobre tory, głównie dzięki długiej i żmudnej psychoterapii, na którą wydałam krocie, ale dopiero znajomość z Olkiem pozwoliła mi zostawić przeszłość za sobą i otworzyć się na przyszłość. Nigdy jednak nie odważyłam się odstawić escipramu.

– Chyba powinieneś sprawdzić, kto się tak usilnie do ciebie dobijał – mówię, podczas gdy Olek nadal przygniata mnie swoim ciałem do materaca.

– Faktycznie! – Natychmiast podrywa się z łóżka, a ja w końcu mogę rozprostować stawy biodrowe, które od kilku minut były wygięte pod mało komfortowym kątem.

Zanim Olek dopada do telefonu, w pokoju ponownie rozbrzmiewają ciężkie nuty Sweet dreams w wykonaniu Marilyna Mansona. Żeby było jasne – lubię tę mroczną, przepełnioną psychodelicznymi dźwiękami wersję, ale zastępowanie nią dzwonka w telefonie wydaje mi się zwyczajną dziecinadą. Nigdy jednak nie powiedziałam tego Olkowi i nie zamierzam tego robić. Wystarczy, że śmieję się z jego kolekcji komiksów Marvela i DC Comics.

– Komisarz Rudek – rzuca do aparatu poważnym tonem, wciąż odrobinę zziajany.

Olek zawsze mnie zaskakuje, gdy odbiera służbowy telefon. W mgnieniu oka z pogodnego, nawet nieco nieokrzesanego chłopca, którym jest przy mnie, zmienia się w rzeczowego, sztywnego funkcjonariusza policji, komisarza Aleksandra Rudka. Zgaduję, że w pracy przypięto mu metkę sztywniaka, ale jeśli nawet tak jest, to Olek zupełnie się tym nie przejmuje. Nie zależy mu na sympatii kolegów, ale na wynikach, o czym najdobitniej świadczy fakt, że jest najmłodszym komisarzem w województwie. W niewielu sprawach jesteśmy z Olkiem do siebie podobni, ale akurat podejście do zawodowych ambicji należy do tych nielicznych podobieństw.

Kiedy Olek słucha uważnie swojego rozmówcy, ja przekręcam się na bok, podpieram na łokciu i zaczynam podziwiać jego męskie wdzięki. Dochodzę do wniosku, że stwierdzenie, iż ma niezłe ciało, jest karygodnym niedopowiedzeniem. Już nigdy więcej nie pozwolę sobie na tak krzywdzącą opinię pod adresem jego bicepsów, pleców, no i – a nawet może przede wszystkim – pośladków.

– Hej, komisarzu – wołam, gdy Olek, ciągle z telefonem przy uchu, zaczyna w pośpiechu i odrobinę, ale tylko odrobinę niezdarnie zakładać bokserki wolną ręką. – Nie waż mi się stąd teraz wychodzić, chcę jeszcze! – grucham wesoło, choć dobrze wiem, że zaraz zostanę sama.

Olek posyła mi rozczulająco przepraszające spojrzenie, po czym bąka do słuchawki:

– Zaraz będę.

Gdy odkłada telefon na stolik, przekręcam się na plecy, wyginam ciało w kuszącej pozie i wydaję z siebie głośny jęk zawodu.

Podchodzi do łóżka, już w dżinsach, ale nadal bez koszulki, i wspierając się na dłoniach, zawisa nade mną.

– Muszę lecieć, Maju – mówi z żalem.

Zarzucam mu ręce na szyję.

– Dokąd? – pytam, muskając przy tym ustami jego wargi. – Nie chcę, żebyś sobie szedł. Chcę, żebyś mnie zerżnął jeszcze raz, tak jak przed chwilą albo i lepiej. Wiem, że potrafisz.

– Aniołku… – wzdycha, ochoczo przyjmując mój pocałunek. – Wiesz, że muszę – mamrocze niewyraźnie w moje usta.

– To naprawdę takie ważne? – Delikatnie wpijam się zębami w jego szyję.

– Naprawdę.

– Dobra, to leć – rzucam, po czym ujmuję jego podbródek i odsuwam od siebie jego twarz.

– Wrócę, gdy tylko skończymy – obiecuje i próbuje jeszcze raz mnie pocałować.

– Nie, nie dziś – odpowiadam łagodnie, ale zdecydowanie. Nie pozwalam mu się pocałować. Wyswobadzam się z jego objęć i wstaję z łóżka. – Pewnie zejdzie ci do północy albo i dłużej – dodaję, wkładając bieliznę.

Olek też się ubiera, ale nie przeszkadza mu to w bacznym obserwowaniu moich ruchów. Kiedyś wyznał mi, że najbardziej podniecam go w zwykłych bawełnianych majtkach. Dwuznacznie mi się to skojarzyło, bo przecież w takich majtkach chodzą głównie małe dziewczynki, ale mimo to od tamtej pory zaczęłam nosić tę mało szykowną bieliznę specjalnie dla niego. Wcześniej preferowałam koronkowe zestawy w soczystych barwach.

– Lepiej będzie, jeśli wrócisz do siebie i odpoczniesz – oświadczam, celowo odwracając się do niego tyłem, aby mógł popatrzeć na moją pupę odzianą w białe figi z naszytymi uszkami kota. – Zresztą chyba pamiętasz, że jutro jest ta konferencja. Mam wygłosić bardzo ważną prelekcję. Chcę wypaść jak najlepiej. – Obracam się ku niemu.

– Nie mam najmniejszych wątpliwości, że poradzisz sobie śpiewająco – zapewnia, biorąc mnie w ramiona. Jest już kompletnie ubrany i gotowy do wyjścia. – Nie zajmę ci dużo czasu, małe bara-bara i grzecznie spać.

– Nie – odmawiam stanowczo i daję mu buziaka w nos. – A tak w ogóle co się stało?

Nie muszę rozwijać tego pytania. Olek często opowiada mi o prowadzonych przez siebie dochodzeniach. I choć zawsze wtedy podkreśla, że nie może tego robić, łatwo jest skłonić go do zmiany zdania. Uwielbiam go słuchać, nawet gdy opowiada o sprawach kryminalnych i szerzącej się patologii w mieście. Jego niski, lekko chropowaty głos działa na mnie kojąco. A poza tym to po prostu interesujące i wciągające historie, nieraz rodem z krwawych kryminałów, których jestem zagorzałą fanką.

– Wolałabyś nie wiedzieć – mruczy mi do ucha.

 

– Och, dobrze wiesz, że musisz mi powiedzieć. – Chichoczę.

– Chyba mamy drugą – wzdycha, wyraźnie sztywniejąc.

Odsuwam się nieco, aby móc lepiej mu się przyjrzeć.

– Żartujesz?

– Nie – wzdycha ponownie.

– Znów kobieta? – Ciągle pamiętam, jak kilka dni temu Olek napomknął mi o morderstwie, którego wyjaśnienie mu powierzono. Jak zwykle się wzbraniał, ale w końcu wyjawił mi najistotniejsze okoliczności sprawy.

Kobieta została zadźgana nożem – kilkanaście ran kłutych zadanych z dużą siłą i odcięte palce u prawej dłoni. Prawdopodobnie zbrodnia w afekcie, tak przynajmniej wtedy uważał Olek. Wyobrażenie kilkunastu ran kłutych zmroziło mi krew w żyłach, ale najbardziej przeraziły mnie te odcięte palce – przez dłuższy czas ten obraz nie chciał opuścić mojej głowy. Zastanawiałam się, co musi się dziać w umyśle takiego człowieka, w umyśle mordercy.

– Kobieta – przytakuje Olek, po czym ujmuje w dłonie moją twarz. – Aniołku, uważaj na siebie, proszę. – Gładzi mnie kciukami po policzkach. – Kraków nie jest teraz najbezpieczniejszym miastem…

– Na szczęście pracuję poza Krakowem – wchodzę mu w słowo.

Ośrodek naukowo-badawczy BCT, którego nazwa pochodzi od angielskich słów: Brain-Cancer Therapy, znajduje się dziesięć kilometrów od miasta i jedynym środkiem transportu, którego używam, aby się tam dostać, jest moje urocze audi A1.

– Zmykaj już, mój ty superbohaterze. – Cmokam Olka w usta. Zawsze wesoło się uśmiecha na przytyk o jego zamiłowaniu do komiksów, zwłaszcza po tym, jak kiedyś zapytałam go, którym superbohaterem chciałby być, a on z rozbrajającą powagą wyznał, że Spider-Manem. Od tamtej pory uwielbiam Tobeya Maguire’a, który wcielił się w postać Petera Benjamina Parkera, i nawet dostrzegam pewne podobieństwo rysów twarzy Olka i tego ujmującego chłopięcą urodą aktora. – Leć ratować miasto!

Żegnamy się oczywiście pocałunkiem, tym razem długim i namiętnym, jakbyśmy już za sobą tęsknili. I w pewnym sensie tak właśnie jest. Gdy tylko drzwi zamykają się za Olkiem, już żałuję, że kazałam mu po pracy wracać do siebie. Ale wiem, że tak jest najrozsądniej.

Siadam za biurkiem i odpalam laptopa. To najnowszy model MacBook Pro, który sprawiłam sobie po ostatniej hojnej premii. Jestem z niego ogromnie zadowolona, zwłaszcza z jego pamięci operacyjnej, która w końcu zaspokaja moje potrzeby.

Nie okłamałam Olka. Jutro czeka mnie prelekcja i chcę ją wygłosić perfekcyjnie. To ważne dla mnie z kilku powodów. Po pierwsze, ośrodek BCT regularnie organizuje konferencje naukowe, na których pojawiają się badacze z całego kraju i nie tylko. Nigdy nie brakuje uczestników z zagranicy. Kompromitacja przed tak szerokim gronem zacnych uczonych po prostu nie wchodzi w grę. Po drugie, od dwóch lat przedstawiam na tychże zebraniach swoje naukowe osiągnięcia i zawsze wypadam na nich rewelacyjnie. Nie mogę sobie pozwolić na zepsucie statystyk. A po trzecie, zagadnienia, które będę prezentować, to przełomowe osiągnięcia zespołu z dziedziny neurogenezy i nieinwazyjnych operacji mózgu. Od właściwego zrozumienia, jak potężną wiedzę dzierżymy w dłoniach, mogą zależeć dalsze losy projektu nowatorskiej terapii nowotworów tego narządu. I to ten ostatni powód kazał mi zrezygnować z nocnych przyjemności z Olkiem.

Przeglądam przygotowane przeze mnie wystąpienie i po raz wtóry stwierdzam nieskromnie, że jest znakomite, a odkrycia, którymi chcę się podzielić, absolutnie fascynujące. Otwieram kolejne wykresy, które tak naprawdę wcale nie są mi potrzebne do wygłoszenia wykładu. Znam na pamięć wyniki prac, ale grafy, które będę prezentować, mają ułatwić słuchaczom przyswojenie nie najłatwiejszych treści. To zbyt ważna prelekcja, aby pozwolić sobie na jakiekolwiek niedopatrzenia, więc metodycznie sprawdzam, czy dane zawarte na każdym z wykresów są poprawne.

Pomiędzy analizowane dane wkradają mi się niespokojne myśli. Z początku ich nie zauważam, później je ignoruję, aż w końcu łapię się na tym, że zapomniałam o moich rycinach i cyferkach, a myślę o niej. A właściwie teraz już o nich.

O kobietach z odciętymi palcami.

2

– Na koniec pozwolę sobie przypomnieć najistotniejsze kwestie. Od lat głównymi ograniczeniami skutecznej neurogenezy za pomocą komórek macierzystych były: migracja komórek do miejsca docelowego oraz osiągnięcie integracji funkcjonalnej w miejscu docelowym – konkluduję, wyświetlając slajd ze starannie wykonaną grafiką obrazującą oba problemy.

Zanim znów się odzywam, nabieram głęboko powietrza do płuc. Lekkie zdenerwowanie z początku mojego wystąpienia dawno zniknęło, teraz rozpiera mnie jedynie ekscytacja. Od początku zdawałam sobie sprawę, że to, co zamierzam zaprezentować, jest kompletnie powalające, ale obserwując miny uczestników konferencji w czasie mojej prelekcji, niemal obrosłam w piórka.

Naukowcy słuchają mnie z taką uwagą i podziwem, że większego zainteresowania nie mogłabym sobie wymarzyć, nawet wiedząc, że opowiadam o tak oszałamiających wynikach. Ponieważ wszystkim im wręcz opadły szczęki, postanowiłam na koniec jeszcze raz powtórzyć kluczowe zagadnienia. Mimo że po konferencji każdy otrzyma prezentację w wersji elektronicznej, a niebawem w kilku fachowych czasopismach ukaże się artykuł traktujący o tych rewelacjach, chcę, aby najważniejsze informacje utrwaliły się w ich zaskoczonych i – dam sobie rękę uciąć – zachwyconych umysłach już teraz.

– Pierwszy problem w pełni zniosło opatentowanie technologii mikrolaparotopu, czyli wziernika o średnicy zaledwie pięciuset mikrometrów zaopatrzonego zarówno w teleskop i kamerę transmitującą obraz, jak i w zasobnik na materiał do wszczepienia – mówię, cofając się do slajdu, który pokazuje ten supernowoczesny sprzęt medyczny. Szeroko rozwodziłam się już nad nim na początku mojego wystąpienia, dokładnie wyjaśniając uczestnikom zasadę jego działania. – Mikrolaparotop jest obecnie używany do obrazowania zmian w mózgu ludzi oraz wykorzystywany do wszczepiania komórek macierzystych w badaniach przedklinicznych na ssakach naczelnych. Wszystkie dotychczasowe testy wykazały jego całkowitą nieinwazyjność i w pełni zadowalającą efektywność. Z jego pomocą jesteśmy w stanie precyzyjnie dostarczyć materiał do konkretnego regionu mózgu – krótko podsumowuję to, co zebrani powinni już wiedzieć.

Gdybym miała to wyjaśnić Olkowi, powiedziałabym, że mikrolaparotop to nic innego, jak długa, bardzo cienka igła zaopatrzona w kamerkę na jednym końcu oraz uchwyt i pojemniczek na drugim. Że taką igłę wbija się w głowę pacjenta za pomocą specjalnego osprzętu sterowanego komputerem, dzięki czemu precyzyjnie dociera się do pożądanego obszaru mózgu. I że za jej pomocą możemy badać mózg pod kątem zmian, głównie nowotworowych, a także wprowadzić określony materiał, tyle że, na razie, nie stosuje się tego u ludzi, a jedynie testuje na zwierzętach. Jako główną zaletę mikrolaparotopu wymieniłabym jednak wręcz zaskakujące bezpieczeństwo jego użycia. Pacjenci diagnozowani za jego pomocą jeszcze tego samego dnia wracają do domu i nie odczuwają żadnych większych dolegliwości prócz lekkiego bólu głowy utrzymującego się do kilku dni po zabiegu.

Czekam kilka sekund, zanim znów podejmę temat, aby dać zebranym czas na przyswojenie moich słów na wypadek, gdyby jeszcze nie zdołali tego zrobić. W tym czasie dyskretnie obciągam sukienkę, która uniosła mi się nieco na biodrach. Klasyczna czarna kiecka nie jest przesadnie wyzywająca, ale w połączeniu ze szpilkami na tle masy żakietów i garsonek z pewnością przykuwa uwagę. Nie tylko płci przeciwnej. Zawieszone na mnie spojrzenia odrobinę mnie peszą. Ale powtarzam sobie, że moja atrakcyjna prezencja jest tylko pikantnym dodatkiem, wisienką na torcie mojego imponującego intelektu.

Nie jestem próżna i to nie są moje osobiste przemyślenia. Słowa te padły z ust Olka po pierwszej konferencji, na której zabrałam głos. Wystąpienie w stu procentach się powiodło, ale niestety ledwo poradziłam sobie z taksującymi i oceniającymi mnie spojrzeniami. Tamtego wieczoru miałam ochotę wyrzucić z szafy wszystkie kiecki, żeby więcej mnie nie kusiły. Olek nie tylko odwiódł mnie od tego irracjonalnego pomysłu, ale także postarał się, abym na kolejną konferencję również włożyła sukienkę. I tak już pozostało do dziś.

– Drugą kwestię, czyli osiągnięcie integracji funkcjonalnej, rozwiązano poprzez opracowanie kierunkowego różnicowania komórek macierzystych in vitro – podjęłam, przeskakując na odpowiednie przeźrocze mojej multimedialnej prezentacji. – Komórki macierzyste w warunkach laboratoryjnych przechodzą wysoce specyficzną stymulację, aby po wszczepieniu w miejsce docelowe mózgu samoistnie rozpocząć neurogenezę w pożądane komórki gleju lub neurony.

Gdybym i tę kwestię miała wyjaśnić Olkowi, zaczęłabym od tego, że neurogeneza jest procesem powstawania nowych komórek nerwowych. A celem naszej terapii jest zapoczątkowanie neurogenezy w chorym regionie mózgu. Aby do tego doszło, komórki macierzyste, czyli takie, które posiadają zdolność do przekształcania się w każdą inną komórkę organizmu, są najpierw odpowiednio programowane w laboratorium, a później za pomocą mikrolaparotopu wprowadzane do mózgu chorego osobnika. Tak, Olek, umieszcza się je w tym pojemniczku na jednym końcu, po czym wstrzykuje przez tę cienką igłę, a kamerka na jego drugim końcu pozwala na pełną kontrolę zabiegu.

– Wiąże się to z pobraniem komórek macierzystych od dawcy – ciągnę wywód – ale w tym przypadku również używamy mikrolaparotopu, przez co pobranie komórek także staje się procesem nieinwazyjnym.

Stwierdzam, że wystarczy tych przypomnień, w końcu mam do czynienia ze śmietanką naukową tego kraju.

– We wszystkich dotychczasowych przypadkach odnotowano pełną wyleczalność glejaka wielopostaciowego u szympansów – uznaję za stosowne dodać. – A obecnie ma miejsce trzecia tura testów z wykorzystaniem tych zwierząt. Pobranie komórek z mózgu szympansów dawców w żaden sposób nie wpłynęło na ich zdrowie, nie odnotowano najmniejszych powikłań.

W końcu biorę duży haust powietrza, przygotowując się do zakończenia prelekcji.

– Procedura wszczepienia do zmienionego chorobowo obszaru mózgu komórek macierzystych po ich uprzedniej stymulacji in vitro skutkuje pełną wyleczalnością szeregu typu nowotworów. Z ekscytacją czekamy na dzień, gdy ta wspaniała nieinwazyjna terapia zostanie przetransferowana na ludzki organizm. Dziękuję!

Milknę, a w auli rozlegają się głośne brawa. Gdy je słyszę, wręcz rozpiera mnie duma. Wiem, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i że niebawem będziemy mogli to dobrodziejstwo ofiarować ludzkości.

Ponownie dziękuję zebranym za uwagę. Dopiero wtedy dociera do mnie, że to nie są zwykłe brawa, ale owacje na stojąco. Zalewa mnie fala niewypowiedzianej radości i satysfakcji. Coś takiego jeszcze mi się nie zdarzyło. Mam ochotę spuścić wzrok, bo tak wielki aplauz zwyczajnie mnie peszy, ale nie robię tego. Powtarzam sobie, że w pełni na to zasłużyłam. Choć zapewne zarumieniłam się po same czubki uszu, uśmiecham się szeroko, odważnie wypinając pierś do przodu. Śmiało patrzę na oczarowaną moim wystąpieniem i zapalczywie klaszczącą publiczność i żałuję, że nie widzi tego Olek.