3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Ogień w równaniach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Ogień w równaniach
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp do wydania z 2004 roku

Podziękowania

Uwaga

Rozdział pierwszy. „Pochowali go w opactwie westminsterskim”

Rozdział drugi. Postrzeganie rzeczy

Czy racjonalny wszechświat jest złudzeniem?

„W nieskończonej księdze tajemnic natury...” Czy potrafimy coś z niej odczytać?

Czy obiektywna rzeczywistość jest mirażem?

Czy naprawdę jesteśmy wolnymi podmiotami?

Czy wszechświat odznacza się jednością?

Rozdział trzeci. Niemal obiektywne

Gdzie się rodzą fantazje?

Okulary za oczami

Muza nauki: Czy prawda jest piękna?

Czy prawda wykracza poza dowód?

Elita nauki

Duch czasów

Nieobecność Boga w nauce

Granice naukowej prawdy

Pierwsze kroki poza obraz widziany oczami umysłu

Czy istnieje coś jeszcze?

Perfidia Boga

Moralność nauki: Czy prawda jest dobra?

Rozdział czwarty. Romantyczny obraz stworzenia

Niewygodne pojęcie początku

Gordyjski węzeł osobliwości

Magia urojonego czasu

Pulsujący wszechświat i nieuchwytna ciemna materia

Tajemnicze kipienie nicości

„Rzeczywistość (czymkolwiek to jest)”

Rzeczywistość bez jabłek

Jakie miejsce zostaje dla Stwórcy?

Trzecia kandydatura

Pierwowzór wszystkich opowieści o kurze i jajku

Rozdział piąty. Nieuchwytny umysł Boga

Bóg jako ucieleśnienie praw fizyki

Podmiot stojący za procesem

Skok do celu: Bóg, który chce się napić herbaty

Zegarmistrz

„Ukartowany” wszechświat

Drugi węzeł gordyjski: zasada antropiczna

Przecięcie drugiego węzła gordyjskiego

Wszechświat inflacyjny

Wszechświaty niemowlęce ratują sytuację!

Tylko nie eter!

Tęsknota Johannesa Keplera

Skrzypek na dachu

Rozdział szósty. Bóg Abrahama i Jezusa

Bóg łamiący prawo

Surowa strona legalizmu

Łagodna strona legalizmu

Śmierć Boga luk

Chaos przeciw sterowaniu

„Odgórny” determinizm

„Ja jestem”

Kolizja prawd

Najwyższa, samopotwierdzająca się hipoteza

Mistrzowskie wykorzystanie równoległych kwint

Kim jest „Ja” w „Ja jestem”

Rozdział siódmy. Niedopuszczalne dowody

Wiedza publiczna a prywatna

Dopuszczalne dowody?

Okulary za oczami raz jeszcze

Chmara świadków

Gra w „wątpię w to”

Problem Łucji

„Nie uwierzyłbym w taką historię, nawet gdyby opowiedział mi ją sam Kato!”

„Niezwyciężona ignorancja nauki”

„Tak jest zapisane w Biblii” – dowody z Pisma Świętego

Czego dowodzi praktyka? Dowód z wyników

Gabinetowa prawda: dowód rozumowy

Dowód z siły wyjaśniającej

Dowód z natury

Dowód z dostępności

Rozdział ósmy. Teoria wszystkiego... Umysł Boga

Bibliografia

Przypisy

© Copyright by Copernicus Center Press, 2016

Originally published by Bantam Press 1994

Templeton Press Paperback Edition 2004

© 1994 by Kitty Ferguson

Polish translation copyright © Anna Amsterdamska, Jerzy Amsterdamski (2016)

Tytuł oryginału:

THE FIRE IN THE EQUATIONS. SCIENCE, RELIGION AND THE SEARCH FOR GOD

Projekt okładki: MICHAŁ DUŁAWA

Ilustracja na okładce: Binkski, Rafinade | Fotolia.com

Projekt typograficzny: MIROSŁAW KRZYSZKOWSKI

Skład: MELES-DESIGN

ISBN 978-83-7886-266-6

Wydanie drugie (pierwsze w tej edycji)

Kraków 2016

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

 

Konwersja: eLitera s.c.

Mojemu ojcu i matce, Hermanowi i Tinie Vetter

Wstęp do wydania z 2004 roku

Od czasu ukazania się pierwszego wydania książki Ogień w równaniach miałam okazję odbyć na jej temat wiele rozmów, zarówno udzielając wywiadów, jak i gawędząc nieformalnie z moimi przyjaciółmi i współpracownikami. Ukazało się też w druku wiele poświęconych jej komentarzy i recenzji. Ponieważ niektóre pytania na temat mojej książki i tego, w jaki sposób ją napisałam, pojawiają się regularnie, wydaje mi się stosowne, aby odpowiedzieć na nie w przedmowie do nowego wydania.

Po pierwsze, czy kierował mną jakiś osobisty cel, gdy zaczynałam pisać tę książkę? Odpowiedź brzmi: tak, jednak było to chyba coś innego, niż można by przypuszczać. Moim „celem” było wybranie się w podróż badawczą, nie wiedząc, gdzie mnie ona zabierze i jak się skończy. Gdy zaczynałam pisać tę książkę, moje poglądy na kwestię nauka-religia różniły się od obecnych. Wykrystalizowały się w trakcie pisania. Jeśli więc niektórzy czytelnicy czują zdziwienie następującymi w książce nagłymi zmianami linii argumentacji – cóż, mnie samą one zdziwiły.

Związana jest z tym kwestia, która zaniepokoiła wielu czytelników i komentatorów, że nie „stawiam sprawy jasno”, wygłaszając własne zdanie na temat Boga. Zdecydowałam się pisać z perspektywy agnostycznej. Czy jednak JESTEM agnostyczką? Czy jestem „osobą wierzącą”? Czy jestem ateistką? Kimkolwiek jestem, musiałam to ukryć bardzo zręcznie, ponieważ w mojej skrzynce pocztowej znajduje się równie wiele listów od osób, które chcą mnie nawrócić, co od osób, które oskarżają mnie o bycie apologetką religijną. Czy w niniejszej przedmowie, pisanej dziesięć lat po pierwszym wydaniu Ognia w równaniach, powinno zostać wyjawione, jaka jest moja odpowiedź na pytanie, czy Bóg istnieje? Mam na ten temat wyrobione własne zdanie i chętnie wygłaszam je w rozmowach prywatnych, ale po raz kolejny postanowiłam nie robić tego w kontekście tej książki. Została ona napisana zgodnie z założeniem – wiem, że niemodnym przy dzisiejszym klimacie intelektualnym – że jest czymś cennym i sensownym, gdy odłoży się na bok wszelkie żywione dotychczas założenia czy poglądy i podejdzie do tematu obiektywnie i z otwartym umysłem. To ćwiczenie przyszło mi o tyle łatwo, że mam naturalną skłonność do przyjmowania roli „adwokata diabła” i ustawiania się po obu stronach w rozmaitych debatach, a także głęboko zakorzenione przekonanie, że nie powinno się nigdy czuć pewności w danej sprawie, dopóki się nie wysłuchało i zrozumiało najlepszych argumentów na korzyść tezy przeciwnej.

Gdy pisałam tę książkę, starałem się z równą pilnością opisywać nawet te argumenty, które zdawały mi się być płytkie lub błędne, bez względu na to, z której „strony” pochodziły. Kierowałam się jednak również zasadą, że wspaniały, doskonale logiczny argument niekoniecznie jest źródłem „prawdy”. W toku moich badań wielką przyjemnością była dla mnie możliwość zaprzyjaźnienia się z osobami, lub choćby zasłużenia na ich szacunek, o poglądach odbiegających od moich, gdy wysyłałam im fragmenty pisanej książki z pytaniem: „Czy przedstawiłam Twój punkt widzenia uczciwie i przekonująco? Czy widzisz jakieś problemy w tym, w jaki sposób Twoje przekonania i słowa pojawiają się w tej książce? Jeśli tak, to czy pomożesz mi przy pracy nad tym fragmentem, dopóki będzie on napisany bez zarzutu?”

Trzecia kwestia, którą należy poruszyć w tym „Wstępie” to pytanie, czy – biorąc pod uwagę szybki rozwój nauki – książka sprzed dziesięciu lat nie jest już przestarzała. Myślę, że osoby uczęszczające na konferencje kosmologiczne oraz inni naukowcy i myśliciele zajmujący się kwestią nauka-religia zgodzą się ze mną, że wciąż zajmujemy się tymi samymi problemami, o których mowa w tej książce; rozważamy te same pytania, badamy te same argumenty, odwołujemy się do tych samych odkryć i teorii.

Nie chodzi o to, że w tych dziedzinach wiedzy nie nastąpił postęp. W latach 90. XX wieku Ogień w równaniach wykraczał poza swoje czasy. Omawiane w tej książce tematy, jak teoria chaosu czy teoria złożoności, dopiero zaczynały być rozumiane i cenione; hipotezy takie, jak pole Higgsa, dopiero dziś są testowane eksperymentalnie, a niektóre spekulatywne teorie matematyczne (jak choćby propozycje Stephena Hawkinga czy Andreia Lindego) wciąż pozostają poza granicami eksperymentów i obserwacji. W pewnych przypadkach omawiane przeze mnie idee i perspektywy badawcze były tak świeże, że musiałam w ich kwestii polegać wyłącznie na rozmowach i wywiadach, ponieważ nie znalazły się one jeszcze w druku. Gdybym pisała ją na nowo dziś, poświęciłabym więcej miejsca zasadzie antropicznej i „precyzyjnemu dostrojeniu” wszechświata – po prostu dlatego, że są to tak modne dziś tematy, jednak ich omówienie w Rozdziale 5, jak się okazuje, nie wymaga korekty czy poprawek. Warto też zauważyć, że w niniejszej książce nie zestawiono z nauką wyłącznie akademickiej teologii, a opisywana tu „religia” uwzględnia również „religię oddolną” – czyli to, w co tak naprawdę wierzą ludzie uczęszczający do kościołów czy synagog. To nie zmieniło się radykalnie. Nie znaczy to, że wszyscy się zgadzają; ale nie zgadzają się ze sobą również teolodzy akademiccy czy naukowcy.

Na zakończenie chciałabym zauważyć, że moim modus operandi przy pisaniu Ognia w równaniach nie była próba odnalezienia czy wręcz samodzielnego wytworzenia zgody pomiędzy nauką a religią. Nie kierowałam się nawet założeniem, że taka zgoda jest potrzebna. Wydawało mi się najrozsądniejsze, aby podążać w poszukiwaniu konfliktu, a nie rozwiązań, udając się tam, gdzie zwykle uważa się, że leży sedno problemu. Zapraszam czytelników, aby towarzyszyli mi w tej podróży i samodzielnie wyciągali wnioski na bazie argumentów i dowodów, które przedstawiam tu tak uczciwie, bezpośrednio i precyzyjnie, jak tylko potrafię.

Tłum. Łukasz Lamża

Podziękowania

Następujące osoby zechciały przeczytać w całości lub części maszynopis tej książki, odpowiedzieć na pytania i podzielić się swymi uwagami, za co autorka jest im głęboko wdzięczna: Richard Dawkins, Savas Dimopoulos, Andrew Dunn, Caitlin Ferguson, Yale Ferguson, Joseph Ford, Matthew Fremont, Alan Guth, Marissa Herrera, Stephen Hawking, David Hegg, P. Susie Maloney, Robert Maseroni, D. Paul La Montagne, sir Brian Pippard, John Polkinghorne, Herman Vetter, Tina Vetter, Steven Weinberg. Dziękuję również tym osobom, które przesłały mi interesujące wycinki, listy i inne materiały oraz podzieliły się swymi ideami i sugestiami, czy też pomogły mi w inny sposób. Byli to: Serafina Clarke, Chuck Collins, Colin Ferguson, Duff Ferguson, Howard Ferguson, Peter Harmon, Howard Helms, Richard Langhorne, Jim Morgan, Peter Ochs, Allan Sandage, Veronica Towle, Richard Westfall.

Uwaga

Autor książki o nauce i religii potrzebuje zaimka określającego Boga. Niezależnie od tego, czy określam Go jako „On” czy „Ona”, czuję, że wyrażam pewne stwierdzenie, którego wcale wyrazić nie chcę. Używanie tych zaimków na zmianę wydaje mi się sztucznym i kłopotliwym rozwiązaniem. Z kolei „On/Ona” lub „Ona/On” jest równie niezręczne, a do ustalenia pozostaje jeszcze kolejność. „To” również się nie nadaje. Z braku lepszego rozwiązania postanowiłam używać zaimka „On”, gdyż takie stwierdzenie jest słabsze i łatwiej je interpretować jako neutralne.

Rozdział pierwszy

„Pochowali go w opactwie westminsterskim”

25 kwietnia 1882 roku o godzinie ósmej wieczorem ciągnięty przez konie karawan z trumną, w której zamknięto zwłoki Karola Darwina, dotarł do opactwa westminsterskiego. Licząca trzydzieści pięć kilometrów droga z wioski Downe w Kent zajęła cały dzień. Trumnę przeniesiono krużgankami opactwa do kaplicy Świętej Wiary, surowej komnaty z łukowym sklepieniem, lodowato zimnej i oświetlonej zaledwie dwiema migającymi lampami. To była wspaniała trumna, ale on i jego rodzina pragnęli innej. Wybrali dębową skrzynię, „surową, prosto z warsztatu, bez żadnego wykończenia, bez żadnych ozdób – opowiadał John Lewis, stolarz z Downe, który ją zrobił. – Gdy zgodzili się posłać go do Westminsteru... moja trumna była niepotrzebna. Zastąpili ją inną, którą widziałeś”[1]. Teraz Karol Darwin należał jednak do narodu i historii, a nie do swej rodziny i wioski. Następnego dnia w południe miał się odbyć państwowy pogrzeb.

Gdy w niedzielę poinformowano o śmierci Darwina, z wszystkich ambon Londynu popłynęły peany na jego cześć. Gazety podjęły tę nutę: „Doktryna Darwina w żaden sposób nie jest sprzeczna z silną wiarą religijną i nadzieją” – zadeklarował „Daily News”[2]. „Prawdziwi chrześcijanie mogą zaakceptować główne fakty naukowe ewolucji, podobnie jak akceptują odkrycia astronomii i geologii, bez żadnej szkody dla starszych i drogich sercu przekonań” – stwierdził „Standard”[3]. Kanonik H.P. Liddon w popołudniowym kazaniu wygłoszonym w katedrze Świętego Pawła porównał Darwina do świętego Tomasza – „niewiernego” Tomasza. Kanonik Liddon wolał nie potępiać religijnego sceptycyzmu Darwina, natomiast wychwalał „cierpliwość i staranność, z jaką obserwował i opisywał najdrobniejsze fakty”. Światy Tomasz nie chciał uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa, dopóki nie dotknął ran zadanych mu w czasie ukrzyżowania. Darwin, podobnie jak Tomasz, nalegał na przedstawienie dowodów na to, co kanonik nazwał „jasno potwierdzonym świadectwem zmysłów”[4]. „Guardian” uspokajał czytelników, że nie powinni żywić obaw, iż „pod świętą posadzką opactwa westminsterskiego zostanie złożony ukryty wróg wiary”. Honorowy pogrzeb w opactwie należało raczej uważać za „szczęśliwy wynik pogodzenia wiary z nauką”[5].

Co takiego? Czyż Darwin nie dowiódł ostatecznie, że jednoczesna wiara w naukę i judeochrześcijańskiego Boga wymaga intelektualnej nieuczciwości? Tak właśnie twierdzili zwolennicy skrajnych poglądów zarówno wśród uczonych, jak i wśród ludzi religijnych. Darwin zdemolował dosłowną interpretację biblijnej opowieści o stworzeniu i podważył jeden z najważniejszych dowodów na rzecz istnienia Boga, zgodnie z którym świat jest miejscem idealnie zaprojektowanym, by służył ludziom. Ewolucja i mechanizm przetrwania istot najlepiej dostosowanych stanowiły naturalne wyjaśnienie tego pozornego cudu. Jednak już po Darwinie, a nawet obecnie, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, wielu uczonych nadal wierzy w Boga. Czy – tak jak ktoś powiedział o Maksie Plancku – w laboratorium zapominają o wierze, a w kościele o nauce?

26 kwietnia 1882 roku niebo pokrywały ciężkie chmury. Oświetlone gazowymi lampami opactwo było wilgotne i ponure. Nawy wypełnili dygnitarze z rządu i środowisk naukowych ubrani w ciemne, żałobne stroje. Zwykli obywatele z klasy średniej, bez specjalnych biletów, mogli zająć najgorsze miejsca. Pogrzeb był ceremonią religijną; odczytano fragmenty z Biblii i odśpiewano psalmy. Organista J. Frederick Bridge skomponował na tę okazję specjalny hymn. Słowa zaczerpnął z Księgi Przysłów: „Szczęśliwy, kto mądrość osiągnął, mąż, który nabył rozwagi”[6]*. Później główni żałobnicy i publiczność przedefilowali przed grobem do dźwięków „Marsza zmarłych” z Saula Händla; w oryginale marsz ten był lamentacją nad królem, który wyrzekł się miłości Boga, by polegać na własnych siłach.

Jak to wszystko rozumieli żałobnicy, dygnitarze i zwykli ciekawscy obecni na pogrzebie Karola Darwina? Czy mądrość nauki jest mądrością Księgi Przysłów? Księga ta opisuje również upartą walkę człowieka, która kończy się, gdy „osiągniesz znajomość Boga”[7]. Sto lat po śmierci Darwina inny wielki uczony angielski, Stephen Hawking, napisał, że ostatecznym tryumfem ludzkiego rozumu byłoby poznanie bożych myśli. Jego zdaniem nauka może niemal, ale nie całkowicie osiągnąć ten cel. Czy znajomość Boga z Księgi Przysłów to poznanie bożych myśli z Krótkiej historii czasu? Czy też stwierdzenie Hawkinga jest metaforą, zgodnie z którą pełna wiedza da nam boski status? Czy jakaś Osoba czeka na nas na końcu drogi, czy też Osobą tą jesteśmy my, rozumująca ludzkość, arcydzieło ewolucji?

Ostateczna rzeczywistość, niezależnie od jej charakteru, stanowi kres poszukiwań. Paradoksalnie musi ona być również ich początkiem. Musimy zapytać, czy wolno nam uznać za pewne jakieś cechy wszechświata lub nas samych; czy jest jakaś podstawowa prawda, którą moglibyśmy wykorzystać do wyjaśnienia wszystkiego innego. Jeśli trudno wskazać taki „punkt podparcia” – a jak się przekonamy, jest to bardzo trudne – to poszukiwania ostatecznej prawdy muszą się rozpocząć od aktu wiary. Nie chodzi tu o wiarę, że jesteśmy w stanie osiągnąć pełne zrozumienie, lecz o wiarę, że w ogóle możemy się czegoś dowiedzieć.

 

Rozdział drugi

Postrzeganie rzeczy

Kick at the rock, Sam Johnson, break your bones,

But cloudy, cloudy is the stuff of stones[1*].

Richard Wilbur, Epistemology

Pod ścianą naprzeciwko mojego biurka stoi stare dębowe krzesło. Zrobił je ręcznie stolarz z teksaskiej wyżyny ponad sto lat temu, gdy była to jeszcze kraina pionierów. Odziedziczyłam krzesło po dziadkach. Gdy dziadek i babcia patrzyli na nie w swej jadalni na plebani w okręgu Mason, widzieli to samo krzesło, które ja widzę w swoim gabinecie, a w każdym razie tak zakładam. Być może z biegiem lat drewno nieco pociemniało. Gdy ktoś mnie odwiedza, widzi to samo krzesło, które widzieli moi dziadkowie i które ja widzę, a w każdym razie tak zakładam. Zdrowy rozsądek mówi mi, że mam rację.

Moja wiara w zdrowy rozsądek słabnie. Gdy pisałam poprzednią książkę, Stephen Hawking: Quest for a Theory of Everything, zajmowałam się światem bardzo odległym od domeny zdrowego rozsądku. Człowiek obdarzony niezwykłym geniuszem, a równocześnie skazany na dożywotnie zamknięcie w bezużytecznym ciele, pozbawiony możliwości ruchu i mowy, który dzięki ogromnej odwadze został nie tylko jednym z najwybitniejszych fizyków stulecia, ale również światową znakomitością – Hawking nie jest postacią z krainy zdrowego rozsądku. Mechanika kwantowa i ogólna teoria względności nie są dziedzinami, w których panuje zdrowy rozsądek. A jednak po odbyciu tej podróży na drugą stronę lustra i z powrotem, po przekonaniu się, jak absurdalny i sprzeczny z intuicją jest świat, wciąż siedzę tutaj i powiadam: tak, realność tego krzesła była taka sama dla moich dziadków, jaka jest dla mnie.

Niedawno ponownie przeczytałam wstęp do książki sir Arthura Eddingtona The Nature of the Physical World[1], gdzie mówi on o stole tak jak ja o krześle. O Eddingtonie krąży następująca anegdota. Gdy ktoś w jego obecności stwierdził, że tylko trzej ludzie na świecie rozumieją ogólną teorię względności Einsteina, Eddington powiedział: „Zastanawiam się, kim może być ten trzeci”. Jednak Eddington oprócz wielkiej inteligencji miał również talent do wyjaśniania prostymi słowami skomplikowanych pojęć naukowych. W czytanej przeze mnie książce opisuje on mebel taki jak moje krzesło z punktu widzenia fizyki. Moi dziadkowie nie rozpoznaliby krzesła na podstawie tego opisu.

Krzesło jest zbudowane z atomów, a atomy to niemal wyłącznie pusta przestrzeń. To oznacza, że krzesło składa się w dużym stopniu z pustki. Krzesło ulega rozmyciu, zmienia się w nieokreśloną chmurę, którą wolno mi uważać za zbiór niewyobrażalnie małych cząstek poruszających się w przestrzeni w niecałkowicie określony sposób. Wiem, że nie wolno mi myśleć o tych cząstkach jako „rzeczach” w takim sensie, w jakim uważam krzesło za rzecz – coś, co można dokładnie zlokalizować i określić. Zastanawiam się, czy krzesło zbudowane z obiektów niebędących rzeczami można uznać za rzecz i dlaczego tak je postrzegam. Czy moje dobrze znane krzesło jest bardziej rzeczywiste niż to samo krzesło opisywane przez Eddingtona? Czy też powinnam uznać, że najbardziej rzeczywiste są obiekty z najbardziej elementarnego poziomu istnienia? Wrócimy jeszcze do tych pytań. Krzesło wydaje mi się dostatecznie rzeczywiste.

Całkowicie zdroworozsądkowe, teksaskie dębowe krzesło. Wydaje się, że każdy obdarzony pięcioma zmysłami musi przyjąć tę interpretację. Gdy dotykam siedzenia krzesła, rój elektrycznych ładunków dociera do mojej dłoni, która również jest takim rojem. Łączna objętość tych wszystkich ładunków jest mniejsza od jednej miliardowej objętości całego krzesła. Reszta to pusta przestrzeń. Jednak w którymś miejscu w łańcuchu wiodącym od tych ładunków do mojej świadomości następuje cudowna przemiana, która sprawia, że bez wysiłku rozpoznaję źródło impulsów – solidny kawał dębiny.

Być może jest to jedyna możliwa interpretacja na naszym poziomie wszechświata, ale chciałabym wiedzieć, czy ktoś inny na moim miejscu rzeczywiście widziałby i wyczuwał to samo krzesło. Każdy z nas opisywałby krzesło mniej więcej tak samo, ale nasze opisy musiałyby się składać ze słów i zależałyby od umysłowych obrazów, jakie nauczyliśmy się kojarzyć z tymi słowami. A może ktoś pod wpływem słowa „brąz” widzi oczami umysłu inny odcień niż ja? Moje krzesło, widziane oczami mojego umysłu, z pewnością różni się od krzesła w umyśle innego człowieka.

Co naprawdę wiemy o krzesłach i innych rzeczach? Jak je poznajemy? Ludzkość jest już daleko poza takimi prostymi obserwacjami świata wokół nas. Ufamy nie tylko naszym pięciu zmysłom, ale również ogromnemu skarbcowi nagromadzonych obserwacji oraz bardzo skomplikowanym teoriom matematycznym i logicznym. Na podstawie tych danych i pojęć chcemy dowiedzieć się prawdy o wielu, bardzo wielu obiektach i zjawiskach poza krzesłami i stołami. Czym jest wszechświat? Jak powstał? Co działo się wcześniej? Jak i kiedy nastąpi koniec świata? Czym jest przestrzeń oraz – co bardziej zagadkowe – czym jest czas? Mamy nadzieję, że odpowiemy na pytanie Hawkinga: „Czemu wszechświat trudzi się istnieniem?”[2] Wraz z nim mamy nadzieję, że uda się nam poznać myśli Boga.

Chcielibyśmy również znać odpowiedzi na pytania, których Hawking nie sformułował jawnie w swej Krótkiej historii czasu, mimo że każdy musi je sobie zadać po przeczytaniu tej książki. Dlaczego? Dlaczego człowiekowi może przypaść w udziale taki dziwny los – koszmarna choroba, niezwykły geniusz, niezłomna odwaga? To nie tylko dylemat Stephena Hawkinga. Cynik mógłby powiedzieć, że to w pewnym sensie podsumowanie sytuacji całej ludzkości. To właśnie ludzka kondycja, szyderstwo z racjonalności, teatr absurdu.

Moi dziadkowie skłoniliby przed tym wszystkim głowy jako przed dziełem Boga, którego zamiary wykraczają poza nasze pojmowanie, Boga, którego „surowa miłość” przekracza ludzką miłość rodzicielską. W ten sposób pogodzili się z absurdalną śmiercią najmłodszego syna, który zginął na łodzi desantowej rozbitej na kanale La Manche nie przez ogień nieprzyjaciela, lecz przez przypadkowy pocisk amerykański. Niektórzy z nas nie są gotowi pokornie zadowolić się takim wyjaśnieniem; w istocie, nie byli nim usatysfakcjonowani także moi dziadkowie: nie powstrzymali się od pretensji, buntu i żądań jaśniejszego wytłumaczenia tego zrządzenia, żądań skierowanych pod adresem Boga, który – ich zdaniem – z całą pewnością mógłby udzielić wyjaśnień, gdyby tylko zechciał. Dziadkowie z pewnością nie sądzili, że to fizyka pozwala poznać boże myśli, choć dziadek żywo interesował się wszystkim, co mogli powiedzieć mu naukowcy, i z pewnością nie uważał, by nauka nie miała znaczenia dla jego poszukiwań duchowych.

Hawking nie dzieli wiary w Boga moich dziadków, ale podobnie jak oni dąży do poznania ostatecznej prawdy i ostatecznego wyjaśnienia. Tak jak oni chce wyeliminować wszystkie złudzenia, pragnie poznać prawdę ukrytą za licznymi zasłonami. Realizacja takich dążeń jest rzeczą ryzykowną. Czy ateista pragnie poznać prawdę, jeśli naprawdę Bóg istnieje? Czy wyznawca chce znać prawdę, jeśli w rzeczywistości Boga nie ma? Czy jesteśmy gotowi przyjąć każdą odpowiedź?

Poszukiwacz prawdy musi zaakceptować jeszcze jedno ryzyko. Nie można zaczynać w próżni. Trzeba rozpocząć od przyjęcia pewnych stwierdzeń o wszechświecie, których nikt nie dowiódł, które być może nigdy nie zostaną dowiedzione i mogą nawet okazać się fałszywe. By zadowolić się najprostszym przykładem, każdy musi założyć, że istnieje i jest zdrowy na umyśle. Takie założenia nie wydają się zbyt trudne. Oczywiście trzeba je uznać, gdyż inaczej nie można zaufać własnemu zdrowemu rozsądkowi. Teraz widać już, w jaki labirynt umysłowy zamierzamy wkroczyć!

Poszukiwania prawdy naukowej są oparte na zgodzie w sprawie przyjęcia takich podstawowych założeń. Jeśli ktoś chce, może to uznać za zakład, zakład, że pewne artykuły wiary, których nauka nie może wykazać, są jednak dostatecznie dobrze uzasadnione, by posłużyły za odskocznię do wszystkich badań naukowych. Wydaje się intrygujące, że religijna koncepcja rzeczywistości ma wiele wspólnego z naukową. Jak to możliwe, że nauka i religia, dwie drogi do prawdy, które powszechnie uważa się za wrogie, są zgodne na tak podstawowym poziomie?

Wyjaśnienie jest zapewne bardzo proste: wszyscy postrzegamy ten sam wszechświat i to, co jest oczywiste dla jednej rozsądnej osoby, jest równie oczywiste dla każdej innej. Jeśli tak, to nie powinno nas dziwić, że wszyscy rozsądni ludzie są mniej lub bardziej zgodni w sprawie niektórych fundamentalnych aspektów wszechświata. Zgoda ta nie jest jednak jednogłośna. Mówimy tu o poglądzie na świat wspólnym dla nauki (od XVII wieku) i religii zachodniej (z pewnymi wyjątkami), ale nie dla całej ludzkości, która przecież doświadczała i doświadcza tego samego wszechświata.

Być może wyjaśnienie kryje się w tym, jak powstała znana dziś nauka. Zdecydowana większość uczonych z XVII wieku – choć nie wszyscy – była pod względem poglądów religijnych znacznie bliższa moim dziadkom niż Hawkingowi (wśród pierwszych członków Royal Society było wielu purytan). Stworzyli oni procedurę poszukiwania wiedzy naukowej, która pozwalała w systematyczny sposób oddzielać prawdę od fałszu. Tę procedurę nazywamy metodą naukową. Od chwili narodzin metoda naukowa doskonale nam służy i to jej zawdzięczamy rozwój techniki. Niezależnie od pochodzenia metody naukowej i jej filozoficznych podstaw nie mamy powodu, aby wątpić w jej użyteczność.

Zależnie od tego, czy wierzymy w Boga, możemy pozostawić lub wyeliminować Go z poniższych artykułów wiary, ale poza tym niewiele znajdziemy rzeczy w tym siedemnastowiecznym światopoglądzie, z którymi byśmy się nie zgodzili. W XVII wieku uczony mógł przyjąć oba stanowiska, nie ryzykując sprzeczności. Pod wpływem religii i bezpośrednich doświadczeń wierzył on w następujące stwierdzenia:

• Wszechświat jest racjonalny, co stanowi odbicie zarówno intelektu, jak i wiarygodności jego Stwórcy. Wszechświat jest przewidywalny, istnieją w nim pewne regularności i symetrie. Skutki są nieuchronną konsekwencją przyczyn, a zatem badanie wszechświata nie jest zajęciem jałowym.

• Wszechświat jest dla nas dostępny; jest otwartą księgą, którą możemy badać. Umysły stworzone na obraz umysłu Bożego mogą zrozumieć wszechświat stworzony przez Boga.

• Wszechświat jest kontyngentny, co oznacza, że poszczególne ciała we wszechświecie mogłyby być w innym stanie, niż rzeczywiście są, a takie czynniki jak przypadek i wybór zadecydowały o tym, że są w takim właśnie stanie. Kontyngentność ta może polegać na tym, że przypadek i wybór nieustannie wpływają na ewolucję wszechświata lub tylko zadecydowały o powstaniu takiego wszechświata, a nie zupełnie innego – lub zgoła żadnego – ale tej kwestii nie można rozstrzygnąć, opierając się wyłącznie na czystym namyśle i logice. Źródłem poznania są obserwacje i eksperymenty.

• Istnieje obiektyw na rzeczywistość. Skoro Bóg istnieje, widzi i wie wszystko, to za wszystkim kryje się pewna prawda. Rzeczywistość jest twarda i nieustępliwa, nie zmienia się niczym pustynne wydmy w odpowiedzi na nasze opinie, postrzeżenia, preferencje, przekonania i tak dalej. Rzeczywistość nie jest demokratyczna. Istnieje coś dobrze określonego, pewna surowa materia, którą możemy badać.

• Wszechświat odznacza się jednością. Istnieje wyjaśnienie – jeden Bóg, jedno równanie, jeden system logiki – które stanowi podstawę wszystkiego. Wszechświat zachowuje się zgodnie z podstawowymi prawami, które nie zmieniają się w arbitralny sposób z miejsca na miejsce czy z minuty na minutę, a nawet z tysiąclecia na tysiąclecie. Nie ma żadnych niejasności, żadnych prawdziwych sprzeczności. Na pewnym głębokim poziomie wszystko do siebie pasuje.

Po eliminacji założenia o istnieniu Boga tych pięć założeń o wszechświecie, tych pięć artykułów wiary, jeśli wolno tak powiedzieć – racjonalność, dostępność, kontyngentność, obiektywność i jedność – w dalszym ciągu stanowią podstawę nauki. Niektórzy twierdzą nawet, że znana nam nauka nie byłaby możliwa bez przyjęcia tych założeń. Najlepszym argumentem na rzecz ich słuszności nie jest ich oczywistość, lecz to, że metoda naukowa najwyraźniej jest tak skuteczna! Dowodem (to niebezpieczne słowo) jest praktyka.

Jednak pewne pytania domagają się jeszcze odpowiedzi. Czy metoda naukowa, która tak cudownie służy nam w poszukiwaniach wiedzy o fizycznym wszechświecie, jest również godnym zaufania sposobem uzyskania zrozumienia zdarzeń wokół nas oraz naszego istnienia? Jeśli metoda naukowa i konstruowanie matematycznych modeli nie mogą odpowiedzieć na pytanie Hawkinga, dlaczego wszechświat trudzi się istnieniem, to jak można na nie odpowiedzieć? Czy istnieje znaczenie i czy istnieje Bóg (lub „umysł Boga”) wykraczający poza zasięg metody naukowej, ale dostępny ludzkiemu rozumowi?

Ludzkiego rozumu nie można oddzielić od zdrowego rozsądku, który powiada: dostrzegam, że wszechświat jest racjonalny, dostępny, kontyngentny i obiektywny, podobnie jak większość znanych mi ludzi... Jeśli przedstawiciele innych kultur patrzą na ten sam wszechświat i wyciągają inne wnioski, z pewnością jest to bardzo tajemnicze, ale niewiele mnie to obchodzi... Zapewne się mylą... Muszę ufać zmysłom.