Chłopak, który oszalał na moim punkcie

Tekst
Z serii: Love For Days #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pięć
Lucie

Theo odchodzi takim samym dumnym i pewnym siebie krokiem jak Conor McGregor. Cholera, ten koleś dobrze wie, że jest seksowny. A ja tymczasem jestem w rozsypce.

Łapię kilka głębokich oddechów i patrzę, jak zmierza korytarzem w kierunku sal konferencyjnych, przeczesując dłonią trochę potargane brązowe włosy. Nie umyka mojej uwadze, że wszystkie stojące wokół dziewczyny – a nawet faceci – także odprowadzają go wzrokiem, śledząc każdy jego ruch w tym szarym, szytym na miarę garniturze i koszulce w stylu retro z motywem z serialu ThunderCats. Wcale się im nie dziwię. Jest boski pod każdym względem. Garnitur układa się na nim idealnie i podkreśla jego wysoką, wysportowaną sylwetkę, silne, szerokie ramiona, zwężającą się talię i długie nogi. A ten jego uśmiech? Jest wprost olśniewający. Ale najlepsze są jego oczy. Mają lekko bursztynowy odcień; zupełnie jakby człowiek patrzył na szklaneczkę whiskey. Są wręcz hipnotyzujące i emanują takim apetytem na życie, jakiego ja chyba nigdy nie miałam. Theo jest po prostu niesamowity, a z tą posturą powinien trafić na okładkę „GQ”.

Jego zdjęcie na pewno zachęciłoby mnie do zakupu.

Nagle uświadamiam sobie, że nawet nie wiem, co on tu robi. Nie zapytałam go, co to za spotkanie z Patricią. Pewnie jest agentem literackim albo autorem, a może księgarzem? Stawiałabym raczej na księgarza; jak na nieśmiałego, roztrzepanego autora (z takimi mamy tu zwykle do czynienia) jest zbyt opanowany, a agent próbujący się ugadać z wydawcą raczej nie przyszedłby w T-shircie i adidasach. Wiem tylko, jak ma na imię, a także to, że ciągnie go do słodyczy... i do narzeczonej swojego brata.

Wygładzam spódnicę i unoszę brodę na widok ciekawskich spojrzeń, które w chwili, kiedy on znika, skupiają się na mnie. Odwracam się na pięcie, wyrzucam do kosza puste kubki oraz te pełne z zimną już kawą, której nie wypiliśmy, i ruszam w przeciwnym kierunku, do mojego maciupkiego boksu. Ciskam torbę na biurko i opadam na krzesło, biorąc kilka głębokich wdechów.

Co to było, do jasnej anielki? Co tu się właśnie wydarzyło?

Zgodziłam się spędzić weekend z kimś, kogo dosłownie dopiero co poznałam. Zupełnie jakbym nagle doznała zaćmienia i zapomniała o tym wszystkim, co kładli mi do głowy rodzice, jeśli chodzi o zadawanie się z obcymi. Teraz, kiedy wydostałam się z tej stalowej klatki dwa i pół na dwa i pół metra, myślę trzeźwiej i z pełną mocą uderza we mnie to, jak bezdennie głupi był to pomysł. Chyba doświadczyłam czegoś na wzór syndromu sztokholmskiego, bo wtedy to miało sens. Ale teraz? Już nie bardzo.

– O Boże. – Śmieję się do siebie i kręcę z niedowierzaniem głową, bo to takie absurdalne.

Mimo iż wcześniej, kiedy to proponował, wydawało się to takie proste i fajne – a Bóg jeden wie, jak bardzo przydałoby mi się trochę odpoczynku i słońca – nie mogę pojechać na urlop z dopiero co poznanym facetem.

Co mnie opętało, żeby się zgodzić?

Ponownie kręcę głową i zginam się wpół, czując, jak ściska mi się żołądek. Nie mogę tego zrobić.

Nie jestem już tą rozrywkową, niezależną, impulsywną dziewczyną, którą byłam jako osiemnastolatka. Owszem, Lucie „sprzed Lucasa” być może dałaby się porwać Theo i poleciała z nim do Szkocji, ale dorosła Lucie „po Lucasie” jest bardziej rozsądna i przywiązuje większą wagę do tego, co ludzie o niej myślą i jak ją postrzegają. Nie mogę sobie pozwolić na weekendowe szaleństwo z superprzystojniakiem... prawda?

Nie.

Nie mogę.

Przełykam ogromną gulę żalu, która nagle wyrosła mi w gardle. Po części chcę z nim lecieć, zaszaleć i przeżyć przygodę, tak jak mówił. A perspektywa tego, że w ramach rewanżu przyjdzie na przyjęcie mojego ojca, jest niezwykle kusząca. Pomysł wzbudzenia w Lucasie zazdrości bardzo do mnie przemawia. Po tym, co mi zrobił, zasługuje na odrobinę cierpienia.

Ale wystarczy tylko, że o nim pomyślę, a już serce ściska mi się boleśnie. Brakuje mi go. A właściwie brakuje mi naszej codziennej rutyny, tego komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Brakuje mi seksu na zawołanie, tej czułej intymności, jaką daje zasypianie u boku drugiej osoby, tego, jak szeptał mi do ucha „kocham cię”. Brakuje mi tej sielanki bycia w stałym związku. Nie jestem naiwna, bynajmniej, ale gdyby Lucas wrócił do mnie na kolanach i przyznał, że popełnił największy błąd w swoim życiu... po namyśle pewnie przyjęłabym go z powrotem. Kocham go. Byłam pewna, że to jest to. Być może i obracał jakąś inną, ale nie potrafię ot tak z dnia na dzień wyzbyć się wszystkich uczuć, jakie do niego żywię – choć bardzo bym chciała. Mam nadzieję, że któregoś dnia tak się stanie.

Przyciskam rękę do piersi, gdy nagle przed oczami widzę Lucasa i jego osobistą trenerkę bzykających się na mojej aksamitnej sofie w kolorze palonego pomarańczu. Uch! Dlaczego nie mogę wytrawić sobie tego obrazu z pamięci wybielaczem albo przewinąć tej sceny do tyłu, jak na filmie? Oddałabym wszystko, żeby tylko o tym zapomnieć i wrócić do tego, jak było.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy mój świat rozsypał się na kawałeczki. Wszystko się zmieniło, a ja nadal staram się zbudować swoją przyszłość bez Lucasa, próbując załatać tę ziejącą dziurę, którą zostawił w moim życiu. Udając, że wszystko gra, aż sama w to uwierzę.

Theo z całą pewnością jest wystarczająco seksowny, żeby wpędzić Lucasa w kompleks niższości, jeśli zabiorę go na to przyjęcie. Lucas, owszem, jest przystojny, ale Theo to prawdziwe ciacho.

Ale... nie... Już postanowiłam. Odwołam całą sprawę. Tak, przyznaję: jestem wielkim, tłustym cykorem.

Złapię go, zanim wyjdzie ze spotkania, i powiem, że jednak nie dam rady mu towarzyszyć. Albo zachowam się, jak na tchórza przystało, i poinformuję go o tym w wiadomości, na wypadek gdyby wpadł w złość, że z nim pogrywam. Załatwienie tego przez esemesa będzie łatwiejsze i mniej krępujące dla nas obojga. Poza tym właściwie nie może mieć mi tego za złe. To była decyzja podjęta pod wpływem chwili, no i przecież to nie jest tak, że spisany naprędce kontrakt i uścisk dłoni od razu mnie do czegoś prawnie zobowiązują. Zresztą on pewnie też nabrał wątpliwości i właśnie próbuje wymyślić jakąś taktowną wymówkę, żeby się z tego wykręcić.

Podjeżdżam na krześle do biurka i sięgam po torbę. Nawet się jeszcze nie rozpakowałam. Kiedy przyszłam rano do pracy, od razu wręczono mi listę zakupów na spotkanie i wygoniono mnie z budynku. Nie miałam nawet czasu usiąść przy biurku. A potem wydarzyła się afera z windą.

Wyciągam moją magiczną kulę i kładę ją na blacie, zamierzając jej użyć jako przycisku do papieru. Poza kilkoma parami butów i dwiema torebkami to jedyna przydatna rzecz, jaką znalazłam w pudłach od Lucasa, które wczoraj podrzucili mi rodzice. Cała reszta to śmieci, których ostatecznie będę musiała się pozbyć.

Wyjmuję telefon i już mam napisać wiadomość do Theo, kiedy na moje biurko pada czyjś cień. Podnoszę wzrok i widzę mojego szefa Davida, który spogląda na mnie i dla otuchy ściska za ramię.

– Lucie! Ale ten dzień się dla ciebie fatalnie zaczął, a jest dopiero po dziesiątej. Jak się masz? – pyta, mierząc mnie troskliwym wzrokiem.

Zmuszam się do uśmiechu i wzruszam ramionami.

– W porządku. Nie było najgorzej. Przepraszam, że nie dotarłam na spotkanie. – Miałam robić notatki.

Macha lekceważąco ręką i przysiada na brzegu biurka, poprawiając sobie okulary na nosie.

– Ach, nie przejmuj się tym! Cieszę się, że nic ci nie jest. Trochę tam siedziałaś; musiało być okropnie.

A nie! Właściwie to było całkiem miło.

– Mogło być lepiej, ale przeżyłam – żartuję, uśmiechając się szeroko.

Wypuszcza głośno powietrze z płuc i przeczesuje dłonią włosy, nieco je zwichrzając.

– Dobrze, że nie padło na mnie. Nie cierpię zamkniętych przestrzeni. Chyba od teraz będę korzystał wyłącznie ze schodów! Może nawet wyjdzie mi to na dobre i zgubię parę kilo. Żona w kółko mi powtarza, że powinienem więcej ćwiczyć. – Śmieje się i poklepuje po zaokrąglonym brzuchu.

Myślami wracam do Theo i tej jego uroczej, spanikowanej miny, kiedy zdał sobie sprawę, że utknęliśmy. Na ten widok aż ścisnęło mi się serce. Pragnęłam go dotknąć, pocieszyć, uwolnić od zmartwień. Może to dziwne, ale w pewnym sensie podobało mi się, że trochę się boi. Zważywszy na to, jak wygląda – wysoki, imponujący, po prostu doskonały – ta jego bezbronność sprawiła, że z miejsca go polubiłam i rozluźniłam się, bo to znaczyło, że nie jest bez wad.

David wstaje i jeszcze raz poklepuje mnie po ramieniu.

– Dobrze, że jesteś cała. Odpocznij sobie chwilę i trochę ochłoń. A jak będziesz gotowa, zajrzyj do magazynku i zrób tam porządki, dobrze? Dostarczyli próbne wydruki naszych jesiennych premier, które trzeba rozesłać recenzentom. A po południu przychodzi fotograf, żeby zrobić zdjęcia nowej książki Johanssona. Mogłabyś mu pomóc i dopilnować, żebyśmy mieli wszystko, co niezbędne na potrzeby mediów społecznościowych i promocji?

Przytakuję głową.

– Jasna sprawa.

Kiedy odchodzi, chowam telefon do kieszeni, a potem zbieram do kupy wszystkie papiery dla recenzentów, które przydadzą mi się przy sortowaniu i wysyłce tak zwanych szczotek. Idę do magazynku (a raczej do zwykłej szafy), zamykam się w środku i wyjmuję telefon.

Muszę pogadać z Aubrey; oszaleje, kiedy jej powiem, co mi się przytrafiło. Wysyłam jej krótkiego esemesa, proponując, żebyśmy się spotkały w naszej ulubionej kafejce na późny lunch – skoro mój lunch spałaszował Theo.

Już mam zablokować ekran, kiedy moją uwagę przykuwa powiadomienie z Twittera. Ktoś oznaczył mnie na zdjęciu. Rozglądam się dookoła, upewniając się, że jestem sama i nikt mnie nie przyłapie na przeglądaniu kont społecznościowych w godzinach pracy, po czym wyświetlam powiadomienie.

 

Jest od Theo; to selfie, które zrobił nam w windzie.

Przesuwam po nim wzrokiem. Dżizas, jest boski.

Kiedy się uśmiecha, wszystko się we mnie ściska, a każda moja kobieca część zostaje pobudzona i postawiona w stan czujności. Mam wielką ochotę zanurzyć palce w jego włosach, które opadają mu na czoło, i odgarnąć je do tyłu. Jego uśmiech jest tak zaraźliwy, że kiedy na niego patrzę, czuję, że wpełza także na moje usta.

Zmuszam się, aby przestać się wślepiać w jego zdjęcie, i biorę się do roboty: otwieram pudła, układam książki w stosy i odhaczam je na liście. To żmudna i monotonna praca, ale sama się nie zrobi.


W porze lunchu w kawiarni panuje spory tłok. Wchodzę i od razu kieruję się do ostatniego wolnego stolika. Umieram z głodu. Te niecałe dwa pączki zjedzone rano bynajmniej nie wystarczyły, żeby zapchać mój żołądek, w którym burczy mi już od jakiejś godziny.

Kiedy podchodzi kelnerka, zamawiam dwie latte i dwie kanapki klubowe, bo wiem, że Aubrey też będzie chciała to samo. Tutaj robią najlepsze.

Pięć minut później, akurat kiedy kelnerka stawia na stole nasze zamówienie, wpada Aubrey. Odgarnia z twarzy swoje blond loki, zdejmuje ogromne okulary przeciwsłoneczne i z szerokim uśmiechem kroczy dumnie w moją stronę. Siada na krześle naprzeciwko i podnosi kawę, wbijając we mnie zaintrygowane spojrzenie niebieskich oczu.

– No więc – rzuca znad brzegu filiżanki – utknęłaś w windzie z przystojniakiem? Opowiadaj! Ze szczegółami!

Uśmiecham się tajemniczo i przewracam oczami.

Kiedy do niej zadzwoniłam, prosząc, żeby poinformowała mój dział o sytuacji, pierwsze, o co mnie spytała, to: „Jest przystojny?”.

Typowa Aubrey.

Nic dziwnego, że pracuje na dole dla Hummingbird Ink, imprintu mojego wydawnictwa, w którym ukazują się same romanse – zawsze doszukuje się szczęśliwego zakończenia, czy to w prawdziwym życiu, czy też w powieściach. Żeby nie było, ja też docelowo chciałabym tam pracować. Ja również jestem fanką romansów: nic nie przebije dobrej powieści o miłości, która chwyta za serce.

– Cóż, jest bardzo przystojny. – Upijam łyk latte. – I nigdy nie zgadniesz, na co się zgodziłam. – Kręcę głową i śmieję się do siebie.

Aubrey prostuje się na krześle i wpatruje we mnie z nadzieją.

– Proszę, powiedz, że chodzi o randkę.

Aubrey wciąż ciosa mi kołki na głowie o to, żebym wreszcie zapomniała o Lucasie i znalazła sobie nowego faceta.

– Tak jakby – przyznaję i marszczę nos. – Poprosił mnie, żebym poleciała z nim do Szkocji w ten weekend.

– Co?! – Piszczy tak głośno, że wszyscy wokół nagle milkną i bezceremonialnie się na nas gapią.

– Cii... – uciszam ją ze śmiechem i nachylam się do niej, żeby nikt mnie nie słyszał. – Leci na ślub brata i nie ma pary, więc zapytał, czy nie chciałabym mu towarzyszyć. Mam to potraktować jak czterodniowy urlop z open barem.

Aubrey otwiera i zamyka usta jak ryba, i wygląda przy tym komicznie.

Zagryzam dolną wargę, wzruszam ramionami i po chwili kontynuuję:

– Ale raczej się nie wybieram. Co prawda wtedy się zgodziłam, ale trochę nie miałam wyboru. Teraz, kiedy nie jestem z nim uwięziona w metalowej klatce, dotarło do mnie, że to było bezdennie głupie. Nie mogę wyjechać na weekend z dopiero co poznanym facetem. – Chyba mi odbiło, że w ogóle na to przystałam.

– Chwila, co to właściwie za koleś? Też pracuje dla Bluebird, tak jak ty? – Nachyla się do mnie, nie dbając o jedzenie, i z narastającą ekscytacją otwiera szeroko oczy.

Wzruszam tylko ramionami i marszczę nos.

– Nie, do kieszeni miał przypiętą plakietkę gościa, więc na pewno tam nie pracuje. Tak na dobrą sprawę, to nie wiem, kim jest. Na imię ma Theo. Jest przezabawny i superseksowny. To wszystko, co wiem. – Wyciągam telefon, odpalam jego zdjęcie na Twitterze i podsuwam jej pod nos. – To on.

Spogląda na fotkę i ze zdziwienia aż otwiera usta, a oczy robią jej się wielkie jak spodki.

– Mój Boże! Utknęłaś w windzie z Theo Stone’em?

Odgryzam kęs kanapki.

– No, chyba. Nie wiem. Nie przedstawił mi się z nazwiska. Znasz go?

Kładzie dłoń na czole i gapi się na mnie, mrugając z niedowierzaniem.

– Theo Stone zaprosił cię na grzeszny weekend we dwoje w Szkocji, a ty się wahasz, czy z nim lecieć? Oszalałaś?

Krzywię się, słysząc jej drwiący ton.

Aubrey ściąga wargi.

– Lucie, lecisz tam. Jeśli tego nie zrobisz, przestanę się z tobą kumplować. Musisz tam polecieć i się z nim przespać!

Niemal dławię się jedzeniem.

– Co? Weź przestań! Nie ma mowy!

– Nie przestanę! Czy ty go widziałaś?

– No raczej. Siedzieliśmy w tej windzie prawie przez godzinę – rzucam sarkastycznie, przewracając oczami i ostrożniej przeżuwając kanapkę.

– Jest przystojny jak cholera. U mnie w biurze wszystkie na niego lecą. W zeszłym roku, kiedy przenieśliśmy się do nowego budynku, zgubił się i zawędrował na nasze piętro, szukając działu dziecięcego. Wszystkie niemal się pozabijałyśmy o to, żeby wskazać mu drogę. A teraz, ilekroć przychodzi na spotkanie, każda z nas stara się chociaż rzucić na niego okiem. Och, ta twarz! Chciałabym na niej usiąść.

Zasłaniam usta dłonią i się śmieję.

– Aubrey!

Wciąga powietrze przez zęby i ciska we mnie paczuszką cukru, którą wyjęła z miseczki na stole.

– Idziesz na ten ślub. To się musi wydarzyć. Jedna z nas musi go przelecieć. Zgłosiłabym się na ochotnika, ale mnie nie zaprosił do Szkocji, więc... – zawiesza głos, poruszając wymownie brwiami.

Z ust wyrywa mi się jęk.

– Jeszcze nie jestem gotowa, żeby zacząć się umawiać na randki. Na pewno się z nim nie prześpię – oznajmiam stanowczo, ale już wyobrażam sobie dotyk jego skóry i jego ust całujących moje ciało. Od dawna nie uprawiałam seksu, a faceci raczej nie zasypują mnie łóżkowymi propozycjami. Poza tym on jest naprawdę cholernie seksowny.

– A kto tu mówi o umawianiu się na randki? Dajże spokój, chcesz mi powiedzieć, że ani trochę cię nie kręci? No pewnie, że cię kręci! – stwierdza z całym przekonaniem.

Zagryzam dolną wargę i marszczę nos. Ona ma rację; no pewnie, że mnie kręci! Na jego widok aż mi się robi mokro w majtkach. Zwłaszcza kiedy się uśmiecha.

Aubrey kontynuuje:

– Słuchaj, jesteś sfrustrowana. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, a ty jesteś nowoczesną kobietą. Ulżyj sobie! To tylko seks i jeśli chcesz, tym pozostanie. Nie musisz się wstydzić tego, że pragniesz, aby ktoś cię zaspokoił. Wszyscy mamy potrzeby. Możesz się z nim przespać bez wyrzutów sumienia czy zobowiązań. Nie mówię, że masz go od razu poślubić. Podejdź do tego z otwartym umysłem. Nie pozbawiaj się szansy na coś miłego, zanim tego nie spróbujesz.

Chichoczę i upijam łyk kawy.

– I nie pozwól, żeby takiej szansy pozbawiły cię wspomnienia o tym idiocie Lucasie.

Znowu zagryzam wargę. Niepotrzebnie mówiłam o tej propozycji. Powinnam po prostu napisać Theo, że się rozmyśliłam, i udawać, że to się nigdy nie wydarzyło. A teraz, kiedy jej powiedziałam, nie da mi spokoju, dopóki nie zmienię zdania i się nie zgodzę. Zwłaszcza jeśli jest przekonana, że dzięki temu kogoś zaliczę. Już wcześniej usiłowała mnie przekonać, że aby puścić w niepamięć Lucasa, sama powinnam się z kimś puścić. Na razie udawało mi się stawić opór jej próbom zeswatania mnie z przypadkowymi osobami, które zna (włącznie z jej dentystą i kolesiem, który dostarcza nam pizzę), ale teraz wiem, że tak łatwo nie skapituluje. Będzie za mną łazić niczym mój osobisty GIF z Shią LaBeoufem i powtarzać „Po prostu to zrób!”, dopóki nie dam za wygraną.

– Lucie, musisz z nim lecieć! Zasługujesz na darmowy urlop z boskim ciachem. Koniec, kropka!

Jęczę pokonana i zamykam oczy.

– Lecisz tam! – stwierdza stanowczo.

– Tak, mamo – rzucam żartem, wzdychając głęboko. Ale mówię tak tylko, żeby zamknąć jej buzię.

Nie zmienię zdania. To zbyt absurdalne. Owszem, urlop wydaje się świetnym pomysłem, a perspektywa spędzenia go z przezabawnym przystojniakiem jest niezwykle kusząca, ale... nie mam już tyle odwagi, żeby było mnie stać na taką spontaniczność. Poza tym na ten weekend mam już zaplanowaną randkę z Netflixem i popisowym tiramisu mojej matki. Po prostu napiszę Theo, że jednak nie lecę, a potem powiem Aubrey, że nie mogłam się wyrwać z pracy. To absolutnie sensowna i wiarygodna wymówka.

Przez resztę lunchu Aubrey nawija już tylko o Theo i o tym, jak mi zazdrości. Wyjawia, że Theo jest ilustratorem, i muszę przyznać, że teraz tym bardziej jestem zaintrygowana jego osobą. Już się nie mogę doczekać, żeby wrócić do biura i wyszukać go w internecie, sprawdzić, jakie książki ilustrował, i czy w ogóle jest w tym dobry. Opowiadam jej o naszej umowie – że w ramach rewanżu za moje towarzystwo na ślubie on przyjdzie na przyjęcie mojego ojca i będzie udawał mojego chłopaka, żeby Lucas był zazdrosny. Jak można się było spodziewać, Aubrey jest zachwycona tym pomysłem.

Źle mi z tym, że ją okłamałam, ale nie miałam wyjścia.

Kiedy kończymy lunch i ręka w rękę wracamy do wydawnictwa, czuję się trochę przybita. Ona tak się cieszy i jest pozytywnie nastawiona do całej tej sytuacji, a ja znowu pogrążam się w żalu nad stratą narzeczonego, który wybrał ładniejszą, szczuplejszą i młodszą wersję mnie. Robienie dobrej miny do złej gry jest strasznie męczące.

Kiedy pokazujemy nasze identyfikatory, żeby przejść przez bramki przy recepcji, siedząca tam kobieta posyła mi szeroki uśmiech i podnosi palec.

– Och, moment. Ty jesteś Lucie, prawda? Lucie Gordio?

– Tak. – Potwierdzam skinieniem głowy i zatrzymuję się przy jej biurku, podejrzewając, że ma dla mnie więcej próbnych wydruków albo jakąś przesyłkę, albo umowę do podpisania.

– Świetnie się składa. Właśnie miałam do ciebie dzwonić!

– Naprawdę?

Pokazuje zęby w szerokim uśmiechu i sięga pod biurko, skąd wyciąga pudełko z Krispy Kreme z sześcioma pączkami w środku, głównie migdałowymi.

– Ktoś to dla ciebie zostawił. – Piszczy z zachwytu i ponownie rozciąga usta od ucha do ucha, wodząc spojrzeniem między mną a Aubrey.

Biorę pudełko, a serce skacze mi do gardła. Nawet nie muszę czytać tego, co jest napisane w rogu czarnym flamastrem, aby wiedzieć, że te pączki są od Theo. To by dopiero był niezły zbieg okoliczności, gdyby przysłał je ktoś inny.

– Och, pychotka! Podzielisz się? – świergocze Aubrey, uśmiechając się do pudełka, zupełnie nieświadoma, co się za tym kryje.

– Są od Theo. – Nabieram głęboko powietrza i czytam na głos napisaną przez niego wiadomość. – Żeby nie było, że nie postawiłem ci kolacji. – To takie słodkie, że w duchu niemal mdleję z zachwytu, i jednocześnie przygryzam policzek.

Aubrey klaszcze w dłonie z podniecenia, a recepcjonistka wzdycha rozmarzona.

Ten przemyślany, sytuacyjny żarcik sprawia, że momentalnie zmieniam zdanie. Wchodzę w okno wiadomości i zamiast dać Theo kosza, piszę:

Dzięki za kalorie! Pochłonę je w ciągu trzech godzin.

A na końcu dodaję datę moich urodzin.

Chrzanić to, nie mam nic do stracenia. Poza tym nagle jestem dziwnie podekscytowana tym moim małym nieplanowanym weekendowym wypadem. Aubrey ma rację: rzeczywiście na to zasługuję.

Ruszam na górę, żeby zaklepać sobie wolne.

Później tego wieczoru, kiedy wraz z Aubrey siedzimy przed telewizorem i zajadamy odgrzane cannelloni przygotowane przez moją mamę, Theo przysyła mi esemesa z godzinami i numerami naszych lotów, a także z rozkładem jazdy na cały weselny weekend.

Przez chwilę zmieszana wpatruję się w telefon i wreszcie mu odpisuję.

Ja: Ta piątkowa impreza to jakiś żart?

Theo: Nie, megapoważka.

– O cholera, w co ja się wpakowałam?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?