Wyspa na końcu świataTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

St u k!

Gwałtownie budzę się ze snu. Czuję się, jakbym we śnie spadała z dużej wysokości.

S t u k! S t u k! S t u k!

Ktoś puka do drzwi. Nanay już nie śpi. Łóżko po jej stronie zdążyło wystygnąć, a zagniecenia w pościeli stopniowo się rozprostowały. Bicie mojego serca zwalnia, kiedy słyszę skrzypnięcie otwieranych drzwi i głos Bondoca.

– Tala, jakoś to wyjaśnimy. Chodź ze mną.

– Co ty... – zaczyna Nanay.

– Chodź. Siostra Małgorzata załatwiła nam spotkanie.

– Spotkanie? W jakiej sprawie?

– Chcemy to wyjaśnić. Idziemy!

– Nie mogę zostawić Ami.

– Idę z wami! – wołam. Szybko wsuwam sandały na nogi i biegnę do drzwi. Nanay już stoi przy wyjściu. Bondoc dotyka jej policzka, ale natychmiast opuszcza dłoń, choć przecież wiele razy widziałam, jak gładzi Nanay po twarzy, albo ona jego. Wtedy wydawało im się, że tego nie widzę. Nanay zwraca się teraz do mnie:

– Nie wiem nawet, dokąd mamy iść...

– Wytłumaczę ci po drodze – mówi Bondoc. Cofa się o krok i wyciąga ręce w naszą stronę. – Musimy tam być o dziewiątej. W przeciwnym wypadku nie spotka się z nami.

– Kto?

– Chodź, Tala! – Capuno wyłania się z cienia brata. – Musimy już iść.

Capuno ma więcej rozsądku niż Bondoc, a jeśli nawet on pogania Nanay, to znaczy, że sprawę należy potraktować poważnie. Nanay zasłania twarz chusteczką, bierze laskę, ja zamykam za nami drzwi, a potem próbuję dotrzymać kroku Bondocowi.

Idziemy tą samą drogą, którą pokonaliśmy wczoraj. Ja byłam tu jeszcze w nocy. Najpierw maszerujemy wzdłuż naszej ulicy, a potem przez pole, na którym teraz stoją domy. Idziemy w kierunku szpitala. Po drodze patrzę na progi domów, szukając rozłożonych wczoraj jagódek, ale ich nie widzę. Nie ma ani jednej. Kiedy tak idziemy, Nanay syczy coś do Bondoca, domagając się wyjaśnień. Bondoc tłumaczy jej, że idziemy do pana Zamory, żeby przedłożyć mu nasze argumenty.

– Nasze argumenty?

– Żeby Ami mogła tu zostać.

Nanay ściska moją dłoń. Czuję, że zwalnia kroku, jak gdyby szła przez błoto. Po chwili muszę ją ciągnąć za sobą.

– Nie chcę widzieć tego człowieka.

– Wiem – odpowiada łagodnie Capuno. – Ale warto chociaż spróbować, prawda?

Nanay zatrzymuje się i wciąga duży haust powietrza.

– Warto – potakuję w jej imieniu.

Bondoc ściska mnie za ramię. Jego wielka dłoń jest ciężka i ciepła. Nanay kiwa głową i idziemy dalej. Mijamy kolejne domy bez jagódek na progu. Przed szpitalem stoją ludzie: czekają w kolejce do domu doktora Tomasa. To ładny, kwadratowy dwupiętrowy budynek z balkonami z kutego żelaza. Bondoc stuka dwa razy w drewniane drzwi. Po chwili otwiera nam siostra Małgorzata.

– Wchodźcie szybciutko. Już prawie pięć po.

W środku jest chłodno, kamienna posadzka, jak w kościele. Na cytrynowożółtych ścianach wiszą oprawione w ramki obrazy. Pierwszy pokój, który mijamy, jest wypełniony po brzegi papierami. Doktor Tomas siedzi na niskim krześle, opiera ramiona na kolanach i pisze coś w dużej księdze. Podnosi wzrok, kiedy siostra Małgorzata prowadzi nas korytarzem i zamyka drzwi do pokoju pełnego papierów. Na drzwiach widnieje mała, kwadratowa, koślawo zawieszona tabliczka z napisem: DOKTOR TOMAS.

– Jest teraz gościem we własnym domu? – pyta Nanay, ale Capuno nakazuje jej milczenie. Bondoc tylko parska. Siostra Małgorzata prowadzi nas po schodach na górę, a potem zatrzymuje się w wąskim korytarzu na piętrze. Stajemy pod drzwiami. Są całe białe, nie licząc niepomalowanego kwadracika czystego drewna na środku. Przypuszczam, że wcześniej to w tym miejscu wisiała tabliczka doktora Tomasa. Nad kwadratem zawieszono na gwoździu sporych rozmiarów szyld z napisem:

PAN ZAMORA

OFICJALNY PRZEDSTAWICIEL

MINISTRA ZDROWIA

Poznaję to czerwone pismo – takie samo widziałam na powiadomieniach porozwieszanych w miasteczku. Czuję, że w gardle rośnie mi wielka gula. Siostra Małgorzata puka do drzwi.

– Wejść.

Powoli obraca gałkę.

W środku aż mieni się od kolorów. Ściany są pstrokate jak witraże w kościele: tu i ówdzie widać czerwone, fioletowe, zielone i niebieskie plamy, jak gdyby na ścianach wiły się pnącza gumameli. Ale to nie kwiaty zdobią ściany tego pomieszczenia – to motyle. Motyle ułożone w równych rządkach jak dzieci w szkole albo jak wojsko.

– Co to ma być? – warczy Bondoc.

– Ach, podoba wam się moja kolekcja? Nigdzie się bez niej nie ruszam – mówi pan Zamora, powoli wstając zza niskiego drewnianego biurka. Kiedy się tak unosi, przypomina budzący się do życia koszmar. Ma na sobie różowy krawat zawiązany tak ciasno, że kiedy pan Zamora mówi, krawat zaciska się na jego jabłku Adama. – Są dla mnie jak dzieci. Rhopalocera. Pewnie znacie je pod potoczną nazwą...

– Wiemy, c o to jest – przerywa mu Bondoc. – Pytałem, co robią tutaj?

– Jestem lepidopterologiem – wyjaśnia pan Zamora.

– Nie używamy tego słowa – przypomina ostrzegawczym tonem Bondoc.

– L e p i d o p t e r o l o g i e m, Bondoc – prostuje siostra Małgorzata. – To nie ma nic wspólnego ze słowem Leproso.

– Ach – Bondoc kuli się. Teraz wydaje się niższy.

– Właśnie – dodaje ze złośliwym uśmieszkiem pan Zamora. Chudymi palcami wskazuje na swoją kolekcję na ścianach. – Mówiąc prościej, tak żebyście byli w stanie zrozumieć, zajmuję się zbieraniem i badaniem motyli.

– One wszystkie nie żyją? – pytam, choć wiem, że raczej nie ma innej możliwości. W przeciwnym wypadku nie siedziałyby tak nieruchomo. Kolory skrzydełek mienią się jak rybia łuska pod wodą.

– Nie, wyszkoliłem je, żeby tak siedziały – odpowiada sarkastycznie pan Zamora. – Oczywiście, że nie żyją. Hoduję je, pozwalam im się rozmnażać, a potem przyczepiam szpilką...

– Hoduje je pan tylko po to, żeby zginęły? – dopytuje Nanay.

– Żebym mógł je badać – powtarza pan Zamora, przypatrując się chusteczce Nanay świdrującym wzrokiem. Po chwili siada za biurkiem, ostentacyjnie odsuwając od Nanay krzesło. – Po to przyszliście? Żeby wypytywać mnie o motyle?

– Nie – odpowiada chłodno Nanay. – Ale to też dobrze wiedzieć.

– Przyszliśmy – dodaje szybko Capuno, przerywając krępującą ciszę – żeby porozmawiać o pańskich planach wywiezienia dzieci...

– To plany rządu – przerywa mu pan Zamora.

– Ale jest pan oficjalnym przedstawicielem rządu, prawda? – wtrąca Bondoc. Już się nie garbi. – A może źle zrozumiałem treść tabliczki, którą powiesił pan na drzwiach gabinetu doktora Tomasa?

– W rzeczy samej, jestem przedstawicielem rządu – potwierdza pan Zamora, mrużąc oczy. – Nie do końca podoba mi się pański ton.

Capuno staje teraz między Bondokiem a biurkiem i wyjmuje z kieszeni starannie poskładaną kartkę papieru. – Mam tu petycję podpisaną przez rodziców wszystkich Niedotkniętych dzieci, które mają zostać stąd zabrane. Ludzie, którzy nie mają dzieci, tak jak ja, też złożyli swoje podpisy pod tym wnioskiem. Prosimy...

– Żądamy... – przerywa mu Bondoc.

– Żeby przemyślał pan plany związane z wywiezieniem dzieci Za Morze.

– Za morze? – w głosie pana Zamory pobrzmiewa szyderstwo. Jego gęste brwi unoszą się w stronę linii przerzedzonych już mocno włosów.

– Na inną wyspę – wyjaśnia spokojnie Capuno. – Na Coron.

– Rozumiem – pan Zamora wygląda na rozbawionego. Czuję, że moja skóra płonie, jak gdyby ten człowiek się ze mnie wyśmiewał.

– Na pewno jest jakiś sposób, żeby dzieci mogły zostać na wyspie Culion, nawet jeśli nie będą mogły mieszkać w miasteczku. Być może mogłoby zostać tak, jak jest, a jeśli nie, może dzieci mogłyby mieszkać na wyznaczonych przez was obszarach i widywać się z rodzicami w obecności przedstawicieli władz. Wszystko będzie lepsze od rozdzielania rodzin.

Capuno był nauczycielem, zanim tu przyjechał. Musiał być dobry w swoim zawodzie. Do takiego wniosku dochodzę, patrząc na jego wyprostowane plecy i słuchając dźwięcznego głosu.

– Proszę – z tymi słowy rozkłada kartkę i podsuwa ją panu Zamorze.

Mężczyzna przez dłuższy czas nawet nie wyciąga po nią ręki. Wydaje mi się, że to trwa całe wieki. Jego twarz jest całkowicie pozbawiona emocji, niczym tafla jeziora, pod którą skrywa się krwiożerczy krokodyl. W końcu siostra Małgorzata bierze petycję i kładzie ją na biurku przed panem Zamorą. Na kartce widać plątaninę imion. Ludzie podpisywali się nawet na marginesach i między słowami stanowiącymi treść petycji. Czuję, że nareszcie pojawiła się iskierka nadziei. Przecież nie można zignorować tylu podpisów, prawda?

– Proszę to przeczytać, proszę pana – sugeruje siostra Małgorzata. – Proszę.

– Mam nadzieję, że swoje modlitwy odmawia siostra nieco bardziej przekonującym tonem – zauważa pan Zamora, podkreślając słowo „siostra” dokładnie tak samo, jak ona podkreśliła „proszę pana”. Po chwili mężczyzna wydaje przeciągłe westchnienie i nachyla się, by otworzyć górną szufladę biurka.

Wyjmuje szczypce i ostrożnie kładzie je obok petycji. Następnie wyjmuje szklany dysk z drewnianą rączką, przysuwa go do szczypiec i przez chwilę próbuje ustawić oba przedmioty w równej linii. Jak dzieci w szkole, jak wojsko, albo jak motyle na szpilkach. Następnie zamyka szufladę. Wszystko to robi bardzo powoli. Gdy na to patrzę, przechodzą mnie ciarki.

Pan Zamora chwyta jedną ręką szczypce, zaciska je na rogu kartki papieru i unosi ją w wyprostowanej ręce. Drugą ręką chwyta za drewnianą rączkę przymocowaną do okrągłego szkła i patrzy przez dysk. Gdy przyglądam się mu z drugiej strony szklanego okręgu, widzę jego wyłupiastą gałkę oczną, która skacze to w lewo, to w prawo. Po chwili pan Zamora zaczyna odczytywać na głos treść petycji:

 

– „My, niżej podpisani, wyrażamy sprzeciw wobec treści paragrafu czwartego Artykułu Piętnastego wydanego przez reprezentującego rząd pana Zamorę. Wnioskujemy, by osobom poniżej osiemnastego roku życia przyznać takie same prawa jak pełnoletnim, a mianowicie, by Minister Zdrowia zezwolił takim osobom pozostać na wyspie Culion pod warunkiem, że będą zamieszkiwać w dzielnicach oznaczonych jako Sano. Takie osoby miałyby ograniczony dostęp do obszarów oznaczonych jako Leproso i mogłyby tam wchodzić jedynie pod nadzorem wyznaczonych osób”.

Czułam się strasznie, słysząc słowa, które widniały na tabliczkach ustawionych przy każdej ulicy, tym bardziej że teraz były wypowiadane na głos, szyderczym tonem pana Zamory, w którym wyczuwałam nutę rozbawienia.

– „Jesteśmy zdania, że byłby to najlepszy i najrozsądniejszy sposób zminimalizowania traumatycznych skutków przymusowej rozłąki, bez konieczności uciekania się do przymusowej migracji”. Podpisano... – pan Zamora podniósł wzrok znad petycji. – Wychodzi na to, że podpisy złożyli w s z y s c y mieszkańcy tej nieszczęsnej wysepki.

– Jeszcze nie wszyscy – protestuje Nanay. Stoi tak nieruchomo, że przez moment czuję, jakbym trzymała za rękę kamienny posąg albo gałąź drzewa. Teraz jednak wyciąga ramię i wyjmuje pióro z kałamarza stojącego na biurku pana Zamory.

– Nie... – krzyczy pan Zamora, ale Nanay wyrwała już petycję ze ściskających ją szczypiec, odrywając przy tym rożek kartki. Znajduje maleńki kawałek czystej przestrzeni, wpisuje tam swoje imię, a potem odkłada kartkę na biurko, pióro zaś gwałtownym gestem wsuwa z powrotem do kałamarza. Dookoła rozbryzgują się małe czarne kropki atramentu.

– No. Teraz można powiedzieć, że petycję podpisali wszyscy mieszkańcy tej nieszczęsnej wysepki – syczy Nanay. Walczy o każdy oddech, a chusteczka na jej twarzy unosi się i opada. Stojący za nią Bondoc patrzy na nią z podziwem, jakby patrzył na rozjuszoną tygrysicę.

Pan Zamora też na nią patrzy, ale raczej tak, jakby widział ducha. Ma uniesione ręce, jak gdyby w dalszym ciągu trzymał przed sobą petycję, choć w rzeczywistości ściska szczypcami tylko oderwany róg arkusza. Jego twarz jest blada jak kartka papieru, a rybie usta poruszają się, lecz nie wydobywa się z nich żadne słowo. Spogląda to na Nanay, to na krople atramentu, które przed chwilą upstrzyły leżące na biurku kwadratowe kartki. Świdrującym wzrokiem przeszywa chustkę na twarzy Nanay. Jęczy jak zbity pies, po czym spuszcza wzrok i patrzy na czarne plamy, które wykwitły na jego różowym krawacie.

– Panie Zamora? – odzywa się siostra Małgorzata.

Mężczyzna szepcze coś pod nosem.

– Słucham? – pyta zakonnica.

– Wyjdźcie stąd – mówi cichym, urywanym głosem pan Zamora. – Wynocha.

– Ale nie udzielił nam pan odpowiedzi – protestuje Capuno, robiąc krok do przodu.

Pan Zamora zatacza się w tył, na krzesło. Przewraca się i gwałtownie wstaje.

– Nie zbliżaj się do mnie!

Capuno przystaje w pół kroku, z błagalną miną.

– Chcecie odpowiedzi? – pan Zamora odwraca się do nas tyłem i otwiera szufladę, o którą się potknął. Wyjmuje z niej niewielką buteleczkę i druciany zmywak, po czym spryskuje plamę z atramentu na krawacie przezroczystym płynem. Do moich nozdrzy dociera przenikliwa woń, która kojarzy się ze szpitalem. Pan Zamora zaciekle szoruje krawat, jednocześnie zwracając się do nas:

– Odpowiedź brzmi: nie. Możecie sobie pisać kolejne petycje i składać niezliczone podpisy. Nawet jeśli wy, trędowaci, i wasze potomstwo żądacie innej odpowiedzi, za każdym razem usłyszycie: nie.

– Ale... – mówi Capuno.

– I pewnie domagacie się jeszcze uzasadnienia, jak gdyby nie było oczywiste! – pan Zamora nie patrzy przy tym na żadne z nas. Może to i dobrze, bo nie chcę, żeby widział, że płaczę. – Chcemy wyplenić tę chorobę. A wiecie, jak to się robi? Powstrzymuje się... jej... rozprzestrzenianie.

Z tymi słowy przestaje szorować krawat, spryskuje sobie dłonie płynem i czyści je drapakiem.

– Jeśli chcemy wyeliminować chorobę, musimy powstrzymać namnażanie się bakcyli. A żeby to było możliwe, musimy dbać o czystość.

Jego dłonie są teraz starannie wyszorowane. Siostra Małgorzata dotyka ramienia Nanay. Wszyscy kierujemy się z powrotem do drzwi. Pan Zamora wciąż mówi, zwracając się już tylko do swoich dłoni, które od intensywnego szorowania zaczęły krwawić.

– Możemy zatrzymać dalsze rozprzestrzenianie się choroby. Zabieramy zdrowych, czystych. I dajemy im nowe, czyste życie. Zgodzicie się ze mną, że to sprawa najwyższej wagi. Spójrzcie na te motyle – wskazuje na ściany. – Nigdy nie poznały, co to choroba lub zagrożenie. Zadbałem nawet, by śmierć miały higieniczną. Czy to nie akt dobroci? Są piękne, czyste, nietknięte i niezepsute przez świat.

Siostra Małgorzata otwiera drzwi, a my w pośpiechu wychodzimy na korytarz. Zanim je zamknęła, zdążyłam po raz ostatni spojrzeć, jak pan Zamora zacięcie czyści sobie dłonie, otoczony tęczową chmarą martwych motyli. W końcu podnosi wzrok. Oddycha ciężko, a w jego oczach dostrzegam błysk szaleństwa.

– Trędowaci wkrótce przejdą do historii – mówi. – A z tej wyspy zrobimy muzeum.

Siostra Małgorzata zatrzaskuje drzwi.

Ręce mi się trzęsą. Bondoc też cały drży, kiedy opuszczamy dom doktora Tomasa. Na koniec słyszę jeszcze, jak doktor Tomas pyta siostrę Małgorzatę, co się stało, ale ona tylko kręci głową i mija nas bez słowa. Rusza ścieżką w stronę morza, do kościoła. Wiem, że idzie się pomodlić.

My zaś maszerujemy w milczeniu obok szpitala i stojącej tam kolejki ludzi. Mijamy nowo wybudowane domy. Nanay wyraźnie utyka. Wspiera się na lasce i na moim ramieniu. Bondoc też trzyma się w pobliżu na wszelki wypadek, ale Nanay nie upada.

Po powrocie do domu gotuję wodę z korzeniem imbiru. Przysiadam się do Nanay i obie popijamy napar.

– On jest chory – odzywa się w końcu Capuno.

– To już wiedzieliśmy – warczy Bondoc.

– Nie, ten człowiek naprawdę jest chory – powtarza jego brat. – Widzieliście, jak układał szczypce i lupę? Z jaką precyzją? I jak równo poukładał te motyle?

L e p i d o p t e r o l o g, myślę. Obracam to słowo w myślach. Le-pi-do-pte-ro-log. Sylaby układają się w delikatne fale, niczym pocałunki motyli.

– I jak zareagował, kiedy się do niego zbliżyłam – dodaje cichutko Nanay. – To nie było tylko obrzydzenie. To był autentyczny strach.

– Powinniśmy złożyć na niego skargę – mówi Bondoc.

– Do kogo? – wzdycha Capuno.

– Do rządu, który go tu przysłał!

– Przecież on reprezentuje rząd. Działa w imieniu władz – wyjaśnia Capuno.

– W takim razie po co była ta cała petycja? – pyta ostrym tonem Nanay. – Po co daliście nam złudną nadzieję?

– Bo zawsze warto próbować, prawda? – pyta Capuno. – Trzeba spróbować wszystkiego.

Nanay nie odpowiada. Ja też nie jestem już tego taka pewna.


To ostatnie dni, jakie przyjdzie nam spędzić razem – przez następne sześć lat będę musiała mieszkać bez Nanay, a dopiero potem mogę wrócić na Culion i zostać na obszarze oznaczonym jako Sano – więc postanowiłyśmy poświęcić ten czas na miłe rzeczy. Niestety, średnio nam to wychodzi i dlatego chodzę smutna. Sześć lat. Połowa mojego dotychczasowego życia. To tak, jakbym co drugi dzień miała spędzać bez niej. W tej chwili wydaje mi się to niemożliwe.

A kiedy robimy razem przyjemne rzeczy, przyszłość wydaje się jeszcze bardziej niemożliwa. Siejemy w ogródku warzywa, choć wiem, że plonów już nie doczekam. Naprawiamy wiklinowe krzesła, które nie będą się już do niczego nadawać, gdy wrócę z wyspy Coron. Przez cały czas mówię „my”, ale prawda jest taka, że Nanay przez większość czasu krzywi się w pełnym bólu grymasie, kiedy myśli, że tego nie widzę. Coraz trudniej jej uklęknąć, chwycić za łopatę, rozsiać nasiona. Nawet nie próbuje mi pomagać przy krzesłach. Jak sobie z tym wszystkim poradzi, gdy mnie tu nie będzie?

Dopiero teraz, kiedy mam ją opuścić, dociera do mnie, jak bardzo jej pomagam. Niczym przypływ, który zbliża się centymetr po centymetrze, z każdym rokiem robiłam coraz więcej: pomagam jej się ubierać, gotować, sprzątać. Ale nawet jeśli Nanay się martwi, nie daje tego po sobie poznać. Każdego dnia nalega, żebyśmy szły na naszą ulubioną plażę i tam zjadły drugie śniadanie, choć to kawał drogi stąd. Na plaży jest bielusieńki piasek, a choć niedaleko jest mała przystań i molo, żaden z rybaków nie cumuje łodzi z tej strony skał, więc często jesteśmy tam same. Myślę o naszej wizycie u pana Zamory, o jego strachu, a przede wszystkim o motylach.

– Dlaczego je tam trzyma? – pytam dzień po tym nieszczęsnym spotkaniu.

– Bo chce mieć władzę – odpowiada Nanay. – Dzięki temu czuje się mądrzejszy.

– A może również dlatego, że one są takie piękne?

– Myślisz, że można coś uwięzić i zabić tylko dlatego, że twoim zdaniem jest piękne? Wiesz, ja też kocham motyle – Nanay wzdycha. – Twój ama posadził kwiaty właśnie po to, żeby zwabić do naszego domu motyle. Widywałam je przez dwa lata, tuż przed porą deszczową. Obsiadały dom jak liście, jak... – marszczy czoło, próbując znaleźć właściwe słowo. – Jak kolorowe płatki kwiatów: pomarańczowe, białe, niebieskie. Był taki rok, kiedy przyleciały aż na tydzień. Lepiej widzieć je żywe przez kilka dni, niż oglądać je zawsze, ale martwe.

Wstrzymuję oddech, słuchając tej opowieści. Nanay rzadko kiedy mówi o moim ojcu. Nigdy nie opowiadała mi o ich wspólnym życiu. Dom, który obsiadły motyle – próbuję to sobie wyobrazić.

– To dlatego chciałaś przyciągnąć tu motyle? – pytam. – Chciałaś, żeby przyleciały na łączkę przed piekarnią?

Nanay mruga, jak gdyby wyrwano ją ze snu. – To było dawno temu. Zresztą łączki już nie ma, teraz wybudowano tam dom.

Nanay patrzy mi teraz prosto w oczy. – Chciałam tylko powiedzieć, że pan Zamora nie kolekcjonuje motyli dlatego, że je lubi. Dla niego to tylko okazy. Projekt. Coś, o czym chce się dużo dowiedzieć, bo wtedy poczuje się mądry.

– Twój dom, cały w motylach...

– To było w innym życiu. No, zjedzmy coś – głos jej drży. Choć oczyma wyobraźni widzę las, a w samym jego środku dom ożywiany trzepotem motylich skrzydełek, już o to nie pytam.

Kiedy przychodzimy na plażę z drugim śniadaniem po raz czwarty, kucamy w wodzie i wypatrujemy krewetek. Właśnie jest przypływ, więc pojawiają się i one, jak chmara malutkich, biało-niebieskich ptaków. Nanay zanurza w wodzie kawałek bawełny i łowi je. Ja rozglądam się za krabami. Jeden z nich szczypie mnie w palec u nogi, zanim zdążę go złapać. Niedaleko nas gra w piłkę kilku starszych chłopców ze szkoły. Pokazują na mnie palcami i śmieją się, gdy podskakuję, rozcierając bolącą stopę.

Nanay proponuje, żebyśmy się zamieniły. W końcu udaje mi się napełnić koszyczek krewetkami, a Nanay w tym czasie łapie kilka niedużych krabów. Są jeszcze młode i mają miękkie pancerzyki. Potem wykopujemy dołek, a Nanay wrzuca do środka drewno, które przyniosłyśmy z domu, i rozpala ogień. Smaży krewetki w płytkiej metalowej misce, na odrobinie oleju z dodatkiem czosnku. Miska szybko się rozgrzewa, a kiedy jest już gorąca, Nanay wrzuca do środka kraby.

– Należała do mojej matki – mówi, stukając w miskę. – A ona dostała ją w prezencie ślubnym od swojej matki. Chciała mi ją dać z okazji ślubu, ale nie zdążyła, bo przywieziono mnie tutaj, więc przysłała mi ją później.

Dostrzegam wiele warstw smutku w jej głosie. Kiedyś co rusz wypytywałam Nanay o jej rodzinę, ale zawsze się wtedy kuliła albo gniewnie burczała, więc przestałam. Nie wiem, jak wyrwać ją z tego nastroju, bo mnie samej też jest smutno. Postanawiam, że zrobię coś pożytecznego, i przynoszę liście bananowca, które posłużą nam za talerze, i proste patyki, którymi będziemy jeść krewetki i kraby.

Skorupki krabów są chrupiące, a środki aż rozpływają się w ustach. Zjadamy je w całości. Krewetki są tak maleńkie, że podskakują na skwierczącym oleju. Udało mi się zebrać kilka, kiedy wypadły z miski. Nanay śmieje się, kiedy robię miny, bo ziarenka piasku utknęły mi między zębami. Podczas jedzenia niewiele mówimy. Kiedy kończymy ostatniego kraba, dochodzi południe. Nanay dzieli go na pół.

Po posiłku jest zmęczona i boli ją stopa, więc kładzie się w cieniu z chusteczką na twarzy. Nie chce, żeby piasek dostał się jej do oczu i nozdrzy.

 

Ja w tym czasie przyglądam się grającym w piłkę chłopcom. Najwyższy z nich, Datu, też popłynie na wyspę Coron. Zastanawiam się, czy do niego nie zagadać, ale kiedy widzi, że na niego patrzę, tylko pokazuje język. Nie przeszkadza mi to. Nauczyłam się dawać sobie radę sama.

Najpierw zasłaniam ognisko, bo wiatr wieje w kierunku kępy drzew. Potem udaję, że woda morska jest żrąca i muszę zbudować wały ochronne. Kopię rękoma tak szybko, jak tylko potrafię, ale gdy odgarniam warstwę miękkiego, sypkiego piasku, docieram do mokrego, bardziej zbitego i wtedy robi się trudniej. Przypływ podchodzi coraz bliżej. Mam ochotę poprosić Nanay, żeby się przesunęła, żeby woda jej nie dotykała, ale wiem, że mnie zgani i powie, że to tylko głupia zabawa.

Po chwili fale zaczynają obmywać jej nogi – Nanay nie ma już czucia na podeszwach stóp. To kolejny objaw choroby u niektórych Dotkniętych. Siadam koło niej i obserwuję morze. Wydaje mi się, że ma w sobie więcej światła niż daje słońce, jak gdyby pod powierzchnią czaiło się drugie słońce albo lustro. Cały ocean lśni jeszcze bardziej niż niebo. Błyszczy tak, że nie da się nań patrzeć. Mrużę więc oczy, wpatrując się w jakiś odległy przedmiot na powierzchni wody.

Z początku wydaje mi się, że to skała albo cienie rzucane przez fale, ale przedmiot zbliża się i z każdą chwilą robi się coraz większy. Od brzegu dzieli go już tylko spory rzut kamieniem – zakładając, że rzucałby Bondoc. Wkrótce wiatr przynosi też głosy i zapach ludzkich ciał. Chłopcy przestali grać, zabrali piłkę i oddalają się już w kierunku miasta.

Widywałam już łódki, ale tak dużej i pełnej ludzi jeszcze tu nie było. Jest głęboko zanurzona w wodzie. Na błyszczącej tafli oceanu wygląda tak, jakby jej pasażerowie chodzili po wodzie. Łódź jest prostokątna, zbudowana z desek zbitych gwoździami, a świeża bejca połyskuje w słońcu. Wydaje mi się, że łódkę zbudowano naprędce, podobnie jak domy na wyspie.

Kiedy patrzę na siedzących w niej ludzi, też wydają mi się niedokończeni. Oczywiście, wiele razy widywałam, jak na wyspę przypływali kolejni Dotknięci, ale zwykle przywożono ich po jednym i towarzyszyli im milczący wioślarze. W tej łodzi przypłynęło mnóstwo pasażerów. Niektórzy nie mają kończyn albo nosów. Jest też mężczyzna, który ma na plecach przytroczony tobołek – początkowo myślałam, że niesie w nim wyrośnięte niemowlę, ale gdy się odwrócił, zobaczyłam, że to staruszka. Sądząc po kształcie jej ciała owiniętego w materiał, kobieta nie ma nóg. Rosita też nie ma nóg, ale ona porusza się na wózku i zakrywa się kocem. Nie jest noszona przez nikogo na plecach jak dziecko. To wydaje mi się nie w porządku.

Łódka jest coraz bliżej – od brzegu dzieli ją już tylko mój rzut kamieniem, nie Bondoca. Teraz widzę, jaka jest długa, tylko przód może dobić do drewnianego molo przy nabrzeżu. W środku jest chyba setka pasażerów. To mniej niż w kościele na mszy, ale nigdy dotąd nie widziałam aż tylu Dotkniętych. Z tego co widzę, nie ma wśród nich ani jednej osoby bez widocznych oznak choroby. Tak jak powiedział pan Zamora, musieli przybyć ze wszystkich zakątków Za Morzem. Zastanawiam się, jak się czują, stłoczeni wśród obcych, z którymi łączy ich tylko jedno – jedna rzecz, którą kieruje się rząd i ludzie tacy jak pan Zamora.

– Ej, mała – chodź tu i pomóż nam zacumować! – mężczyzna siedzący za sterami łodzi też ma na ramionach rany wskazujące na ogniska choroby. Rany są otwarte i sączą. Doktor Tomas mówił nam, że takie rany są zakaźne i nie wolno się do nich zbliżać, ale nie chcę być nieuprzejma.

Nagle dostrzegam przyciśniętą do burty dziewczynkę – może być w moim wieku. Ma zdeformowany nos i bacznie mi się przygląda. W jej oczach widzę strach, jak u złapanego w pułapkę królika. Chciałabym, żeby pierwsze skojarzenie z wyspą Culion miała dobre. Spoglądam na Nanay, która wciąż śpi. Nie przeszkadza jej mdlący zapach niemytych ciał i odgłos rozmów prowadzonych w obcym narzeczu. Podchodzę do molo.

Sternik rzuca mi cumę. Chwytam ciężką, śmierdzącą linę i owijam ją wokół pala tak, jak pokazywał mi Capuno. Węzeł chyba nie jest zbyt mocny, ale nie wytrzymam dłużej w pobliżu tego zapachu, więc nie zwiążę liny na dwa węzły. Cofam się, a kapitan łodzi w tym czasie wychodzi na molo i kładzie deskę na burcie, żeby ludzie mogli po niej wyjść na brzeg.

– Przysłał cię ten człowiek z rządu? – pyta kapitan szorstkim, urywanym głosem.

Kręcę głową.

– Jakżeby inaczej – mamrocze mężczyzna. – Najpierw wszystkim się spieszy, żeby nas tu wysłać, a potem nie ma nikogo, żeby nas przyjął!

– Ami? – Nanay siedzi i osłania oczy przed słońcem. Patrzy najpierw na mnie, potem na łódź, a na końcu na jej pasażerów. Przygląda im się przez dłuższą chwilę, ciężko oddychając przez nozdrza. Nagle wstaje i biegnie w moją stronę, po drodze zasłaniając sobie usta chusteczką. Każdy krok schorowanej stopy sprawia jej ból.

– Ami, uciekaj! Uciekaj stamtąd!

Ludzie odwracają się teraz w jej stronę. Jest mi ich żal. Widzę, że Nanay się boi. Bondoc mówi, że strachem można się zarazić łatwiej niż Dotknięciem. Niektórzy z przybyłych rozglądają się nerwowo, bo nie wiedzą, co tak przestraszyło tę przerażoną kobietę, że biegnie, kuśtykając na obolałej nodze.

– Powiedziałam, że masz uciekać! – mówi do mnie, oddychając ciężko. Wioślarz przygląda jej się z nieskrywanym rozbawieniem.

– Jakiś problem, paniusiu?

Nanay odciąga mnie, przeciskając się obok tych, którzy zdążyli już wysiąść. Gwałtownym gestem przyciąga mnie do siebie.

– Nanay – zwracam się do niej niepewnie, ale widzę, że na jej twarzy maluje się gniew. Zacisnęła palce jak imadło na moim ramieniu i ciągnie mnie w stronę domu, choć jej laska i żelazna miska zostały na plaży.

Oglądam się przez ramię i widzę, że pasażerowie łodzi wciąż stoją na piasku, najwyraźniej czekając, aż ktoś im powie, co mają dalej robić. W połowie drogi na szczyt wzgórza mijamy chłopców. Datu mówi:

– To oni? To ci Zza Morza?

Ale Nanay nie zwalnia kroku, więc nie mogę mu odpowiedzieć.

Kiedy docieramy do domu, Nanay potrząsa mną energicznie i patrzy mi prosto w oczy.

– Coś ty sobie myślała? – krzyczy na mnie zza chustki. – Naprawdę myślałaś, że się nie zorientuję?

– Ale o co ci...

– To przez tę głupią petycję przychodzą ci do głowy takie pomysły!

– Ja nie...

– Nie zgrywaj mi tu niewiniątka. Wiem, co kombinowałaś! Zaciągnęłaś mnie dzisiaj na plażę, bo wiedziałaś, że przypływają. Wiedziałaś, że zasnę...

– Przecież codziennie chodzimy na plażę, Nanay – wodzę za nią wzrokiem, kiedy nerwowo przechadza się po domu. Nigdy jeszcze nie widziałam jej tak rozgniewanej.

– Gdybym się w porę nie obudziła, to... tobyś... – oddycha teraz płytko, rozpaczliwie, jak ryba wyjęta z wody.

– Nanay – odzywam się. – Nie wiem, o co ci chodzi. Ale przepraszam, że cię zdenerwowałam.

Odwraca się teraz tak gwałtownie, że zaczynam obawiać się kolejnego wybuchu, ale ona kuca przede mną, robi głęboki wdech i patrzy na mnie w milczeniu. W jej oczach dostrzegam troskę, gniew już ustąpił. Opada na ziemię, otacza ramionami kolana i opiera na nich brodę.

Kuli się, choć jeszcze przed chwilą była gniewna i wielka jak Bondoc.

Ja też siadam na ziemi i opieram brodę na kolanach. Chcę jej pokazać, że poczekam, aż sama mi powie, co jest nie tak.

W końcu odwija chustę z twarzy.

– Nie chciałaś się specjalnie zbliżyć do tych ludzi na łodzi? Do tych z otwartymi ranami?

Teraz sama już nie wiem, co myśleć. – Nie. Pomagałam im tylko zacumować łódź, tak jak nauczył mnie Capuno.

Nanay opuszcza głowę. Teraz drżą jej ramiona. Podpełzam bliżej i staram się ją objąć.

– Myślałam, że chcesz do nich podejść, żeby się zarazić.

– Zarazić?

Nanay podnosi głowę. Jej twarz jest opuchnięta od płaczu.

– Ci ludzie mieli otwarte, nieopatrzone rany. Mało brakowało, a mogłabyś... zarazić się... tym – wskazuje na swój nos.

– Och – nie wiem, co odpowiedzieć. Nanay delikatnie bierze w dłonie moje ręce i spogląda mi prosto w oczy.

– Ami, wierzę ci. Ale nie wierzę, że nie próbowałaś wymyślić sposobu, żeby zostać na wyspie. Kocham cię, Ami, a to znaczy, że chcę dla ciebie lepszego życia. To cudownie, że tak długo mogłam mieć cię przy sobie. I chciałabym, żeby tak było już zawsze. Ale mnie kiedyś zabraknie – słyszę, że łamie jej się głos. – Ta choroba jest gorsza, niż możesz przypuszczać. Pan Zamora ma rację. Na wyspie trędowatych nie ma przyszłości.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?