Wyspa na końcu świataTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Tak mówią na wyspie Culion w języku tagalog

WYSPA CULION, FILIPINY, ROK 1906

Gość

Spotkanie

Artykuł 15

Badanie

Wyniki

Kolekcjoner

Łódź

Dom cały w motylach

Wyjazd

Ucieczka

Sierociniec

Sieroty

Pierwszy dzień

List

Wylęgarnia

Lekcje o motylach

Zatruwaczka

Pożar

Tajemnica

Przeprawa

Las

Konie

Zagajnik

Koniec

TRZYDZIEŚCI LAT PÓŹNIEJ

1.

2.

3.

4.

Nota od autorki

Podziękowania


Tytuł oryginału: THE ISLAND AT THE END OF EVERYTHING

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: MARIA ROLA

Korekta: MARIA WOLAŃCZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki i ilustracji wewnątrz książki: © 2018 by Helen Crawford-White

Opracowanie graficzne wydania polskiego według oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Text copyright KIRAN MILLWOOD HARGRAVE © 2017

All character and place names used in this book are KIRAN MILLWOOD HARGRAVE © 2017

and cannot be used without permission.

The Author/Illustrator has asserted his/her moral rights.

All rights reserved.

Oryginalne wydanie anglojęzyczne opublikowało po raz pierwszy w 2017 roku pod tytułem

THE ISLAND AT THE END OF EVERYTHING

wydawnictwo The Chicken House, 2 Palmer St, Frome,

Somerset, BA11 1DS, Wielka Brytania.

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07169-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Dla mojego męża


.

„Świat nie zginie przez brak cudów,

ale przez brak zdumienia”.

J.B.S. Haldane




nanay matka
ama ojciec
lolo dziadek
gumamela hibiscus rodzaj kwiatów często spotykanych na Filipinach
tadhana los
takipsilim zmierzch
habilin coś, co daje się komuś na przechowanie
lihim tajemnica
diwata duchy, które strzegą; zwykle są to siły natury
pahimakas ostatnie pożegnanie


.

Są miejsca, których nie chce się odwiedzać. Nawet gdybym powiedziała, że jest tam czysty, przejrzysty ocean, błękitny jak niebo latem, a w nim pływają żółwie i delfiny. Albo pagórki porośnięte lasami, w których gorące powietrze przeszywa śpiew ptaków. Nawet jeśli wiesz, że jest tu pięknie, cicho, czysto i świeżo.

Ale prawda jest taka, że nikt nie przybywa tu z własnej woli. Nanay powiedziała mi, że ją tu przywieziono, ale mówi też, że to zawsze odbywa się tak samo, nieważne kim jesteś i skąd pochodzisz. Z domu wyjeżdżasz konno lub wychodzisz, potem wsiadasz na łódkę. Wioślarze zasłaniają nosy i usta materiałem, w który zawinięte są zioła, żeby nie oddychać tym samym powietrzem, co ich pasażerowie. Nie pomogą ci wsiąść na łódkę, choć boli cię głowa, a dwa tygodnie temu nogi zaczęły dawać o sobie znać, a potem zdrętwiały. Może utykasz, idąc w stronę łodzi. Wioślarze odruchowo cofają się. Woleliby pewnie, żeby pasażer przeturlał się nad nimi prosto do wody. Byle tylko ich nie dotknął. W końcu wsiadasz, kurczowo trzymając zawiniątko z rzeczami, które udało ci się zabrać z domu, a przede wszystkim ocalić przed spaleniem. Ubrania, lalkę, kilka książek, listy od matki.

Kiedy docierasz do celu, prawie zawsze zapada zmierzch. Wyspa, która najpierw była ciemną kropką w oddali, teraz staje się zielonym rajem na horyzoncie. Wysoko, na skalistym urwisku nad brzegiem morza, na którego szczycie stoi krzyż, widać białe kwiaty. Dopiero kiedy podpłyniesz bliżej, dostrzegasz, że pole kwiatów ma kształt orła. Ale kiedy zbliżysz się jeszcze bardziej, okazuje się, że to nie kwiaty, ale kamienie. Wtedy czujesz, że serce w twojej piersi zamiera i sztywnieje, niczym płatki kwiatów, które zmieniają się w kamyki. Nanay mówi, że symbolika białego orła jest znana na wszystkich sąsiednich wyspach, a nawet w innych zakątkach świata oddalonych od naszego morza. Biały orzeł oznacza: nie zbliżaj się. Nie przypływaj na wyspę, jeśli nie musisz.

Kiedy łódź przybija do przystani, zapada już zmrok. Wysiadasz z łódki. Na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. Ktoś na pewno cię tu przywita. I zrozumie.

 

Ludzie, którzy cię tu przywieźli, od razu odpływają, mimo że są zmęczeni. Nie odezwali się do ciebie ani słowem, choć spędziliście razem kilka godzin, a może nawet dni. Wkrótce odgłos wioseł znika w szumie fal obmywających plażę. Kiedy dotrą na miejsce, spalą łódź. Tak samo postąpili z twoim domem.

Patrzysz na osobę, która przyszła cię przywitać. Sporo się zmieniło, nawet w tobie. Tak jak kwiaty zmieniły się w kamienie, a dzień przeszedł w noc. Zmieniasz się i ty. Od teraz już zawsze będzie ci towarzyszyć ciężar, mrok i ostracyzm. Piętno.

Nanay mówi, że na świecie różnie nazywają nasz dom. Mówią, że to wyspa żywych trupów. Wyspa bez powrotu. Wyspa na końcu wszystkiego.

Jesteś na wyspie Culion, gdzie ocean jest błękitny i przejrzysty jak niebo latem. Na plażach wylegują się żółwie, a gałęzie drzew uginają się pod ciężarem owoców.

To Culion, wyspa trędowatych. Witaj w domu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Miałam więcej szczęścia niż większość pozostałych. Urodziłam się tu, więc nigdy nie musiałam znosić wyzwisk, opluwania ani wytykania palcami na ulicy. Nanay nosiła mnie już pod sercem, kiedy po nią przyszli, choć dowiedziała się o tym, dopiero kiedy zeszła z łódki, miesiąc po opuszczeniu rodzinnego domu. Wtedy poczuła w środku dziwne trzepotanie. To byłam ja.

Nanay przyjechała tu jako jedna z pierwszych, jeszcze zanim pojawił się biały orzeł. Pomagała go budować, gdy byłam mała. To było niedługo po moich narodzinach, więc przytroczyła mnie sobie na plecach. Kiedy wszyscy zbierali na plaży wyblakłe od słońca kawałki korala, to były tylko kamienie. A potem powstał z nich ptak.

Kiedy Nanay się boi, co zdarza się dość często, choć próbuje to przede mną ukrywać, powtarzam jej: „Widzisz, ten ptak jest z kamieni koloru kości, a przecież jest piękny”. Chcę powiedzieć, że nawet kiedy fragmenty jej ciała zaczną powoli odpadać, odsłaniając kości, wciąż będzie piękna. Nanay odpowiada wtedy: „Tak, ale znaczenie tego symbolu nie jest już takie piękne, prawda? To symbol Ministerstwa Zdrowia. Oznacza, że jesteśmy przeklętą wyspą. Miejscem opanowanym przez chorobę”.

Czasami żałuję, że w jej ustach wszystko brzmi tak smutno.

Zauważyłam, że dorośli często dostrzegają głównie złe strony każdej sytuacji. W szkole siostra Klara też mówi przede wszystkim o grzechu i diabłach, a nie o miłości czy dobroci, jak siostra Małgorzata, chociaż obie uczą nas o Bogu i kościele. Siostra Małgorzata jest najważniejszą zakonnicą na wyspie, a poza tym jest z nich wszystkich najżyczliwsza, więc wolę słuchać jej niż siostry Klary.

Nanay ma też innych bogów; trzyma ich na parapecie albo pod poduszką. Nie podoba jej się to, że chodzę do kościoła, ale zakonnice nalegają. Poza tym lubię siostrę Małgorzatę. Ma szerokie usta i najczystsze paznokcie, jakie w życiu widziałam. „Masz bardzo poważny wyraz twarzy”, powiedziała mi kiedyś po modlitwie, ale nie zabrzmiało to jak przygana. Nanay mówi, że za często mrużę oczy i nabawię się zmarszczek, ale nie mogę nic na to poradzić. Zawsze mrużę oczy, kiedy się nad czymś zastanawiam.

Teraz też mrużę oczy, ale to przez słońce.

Znalazłam polankę między drzewami, które rosną dookoła naszego ogródka. Mogę tam uklęknąć i rozkoszować się chłodem w cieniu gałęzi. Wystawiam wtedy twarz do nieba. Jest niedziela, dzień odpoczynku. Nie muszę iść do szkoły, a do kościoła wybieram się dopiero za godzinę. Wypatruję motyli. Razem z Nanay przez trzy lata z rzędu zakopywałyśmy w ziemi obok piekarni nasiona kwiatów, ale nic z nich jeszcze nie wyrosło. Nanay mówi, że ta ziemia chyba nie nadaje się do hodowania roślin, które przyciągnęłyby motyle. Do tej pory nie widziałam w miasteczku ani jednego. Jestem pewna, że przez cały czas czają się za moimi plecami, jak cień, który znika, gdy tylko się odwrócisz. Dlatego kiedy tylko mogę, zastygam w bezruchu.

– Amihan!

– Tu jestem, Nanay.

Nanay wygląda na zmęczoną. Widzę napiętą skórę wokół jej oczu. Zwróciła się do mnie pełnym imieniem, twarz ma zasłoniętą niebieską chusteczką, a to znaczy, że mamy gościa. To nie jest miły fakt, ale moja mama już prawie nie ma nosa. Kiedy oddycha, wydaje przy tym taki odgłos, jakby powietrze miało ostre haczyki. Bycie Dotkniętym może przybierać różne formy: u jednych to rany przypominające różowe plamy na nogach i ramionach, u innych – zgrubienia i opuchnięcia, jak gdyby wpadli do dołu z parzącymi liśćmi albo do gniazda os. A u Nanay to nos, opuchnięte palce i ból, choć to ostatnie z powodzeniem udaje jej się ukryć.

– Przyszła siostra Klara – mówi teraz. – Otrzep kolana z kurzu i chodź do środka.

Otrzepałam spodnie i idę za nią. W pomieszczeniu jest gorąco, więc Nanay poustawiała pod oknami miski z wodą, żeby powietrze choć trochę się ostudziło. Siostra Klara stoi w otwartych drzwiach. Nie wejdzie do środka, nawet teraz, kiedy przyszłam. Doktor Tomas wyjaśnił wszystkim, że nie można zostać Dotkniętym, jeśli oddycha się tym samym powietrzem, ale siostra Klara chyba mu nie wierzy, bo nigdy nie zbliża się do mojej Nanay ani do pozostałych mieszkańców miasteczka. Do mnie w zasadzie też nie, chociaż jestem Nietknięta. Może po prostu nie lubi dzieci, choć to trochę dziwne jak na zakonnicę, tym bardziej taką, która uczy w szkole.

– Dzień dobry, siostro Klaro – mówię tak jak nas nauczono, śpiewnym, melodyjnym głosem.

– Amihan – odpowiada mi siostra Klara. To ma być powitanie, ale zabrzmiało mało przekonująco.

– Znów ma jakieś kłopoty, siostro? – pyta Nanay gwałtownie, przez chusteczkę. – Co tym razem? Biega po szkole? Śmieje się w kościele?

– Dzisiaj po południu w kościele odbędzie się spotkanie. Msza będzie z tego powodu skrócona – mówi chłodnym tonem siostra Klara. – Obecność obowiązkowa.

– Czy coś jeszcze?

Siostra Klara kręci głową i wychodzi, rzucając na koniec pełne potępienia:

– Z Bogiem.

Nanay zatrzaskuje za nią drzwi swoją laską.

– Z Bogiem!

– Nanay!

Widzę krople potu na jej czole. Zdejmuje chusteczkę z twarzy, wiesza ją na klamce i opada na krzesło.

– Przepraszam, Ami. Ale ta kobieta... – urywa. Chce powiedzieć coś, czego mówić nie powinna, więc szybko się poprawia: – Nie lubię jej.

– Co założysz na mszę? – pytam, próbując zmienić temat. Denerwuje się, kiedy ludzie traktują ją tak, jak przed chwilą siostra Klara: jak gdyby trzeba było ją omijać z daleka i broń Boże nie patrzeć w oczy.

– Pewnie to samo, co ostatnio.

Ostatnio, czyli dość dawno temu, kiedy pojawiły się tu zakonnice. A są tu przez połowę mojego życia.

Pomagam Nanay wstać. Kuśtyka do pokoju, żeby się przebrać i mamrocze coś pod nosem. Jest tak rozgniewana, że nawet nie proponuję jej pomocy przy rozpinaniu guzików.

Sama przebieram się w niebieską sukienkę. Nanay wcale nie zakłada swojego najlepszego stroju. Chyba chce w ten sposób pokazać, co sądzi na temat kościoła.

– Może weźmiemy jeszcze trochę nasion kwiatów? – proponuję, żeby przerwać milczenie. – I posiejemy je w ogródku dla motyli?

– Nie mam zamiaru tracić na to czasu. Minionego lata nie przyleciał ani jeden motyl, Ami – odpowiada Nanay. – Myślę, że nie podoba im się na tej wyspie.

Siedzimy w milczeniu w naszych najlepszych i nie najlepszych sukienkach. W ciszy odliczamy czas do wyjścia.


Kościół jest najpiękniejszą budowlą na wyspie. Lubię tu być, bo w środku zawsze jest chłodno, nawet teraz, kiedy słońce tak grzeje, że piasek na plaży zaczyna przypominać rozżarzone węgle. Ściany w kościele są lśniąco białe, jak wnętrze koralowca. Kiedy się patrzy na ten wysoki budynek, który błyszczy niczym latarnia na szczycie wzniesienia, łatwiej jest pokonać ostatni odcinek stromej drogi, choć tym razem dla Nanay marsz jest jeszcze bardziej męczący niż poprzednio.

Zajmujemy miejsca za Capuno i Bondokiem, którzy mieszkają przy tej samej ulicy co my. Nanay ani razu nie powiedziała „Amen” i nie wstawała wtedy, kiedy trzeba, ale być może jest jeszcze obolała po drodze na szczyt wzgórza. Inne dzieci ze szkoły siedzą z tyłu, wszystkie razem, tak jak zwykle po lekcjach. Kiedy weszłyśmy do kościoła, dziewczęta pospuszczały głowy i zaczęły coś szeptać między sobą. Uważają, że jestem dziwna, bo nie zostaję po szkole, żeby się z nimi bawić, ale wiem, że Nanay potrzebuje mojej pomocy w domu. Teraz wsuwam dłoń w jej dłoń i mocno zaciskam palce. Nie potrzebuję innych przyjaciół poza nią – choć czasami wolałabym, żeby dziewczyny przestały nas obgadywać.

Ojciec Fernan zaraz przejdzie do ostatniej części kazania. W tym tygodniu mówi o wstrzemięźliwości. Chyba chodzi mu o to, żeby nie pić alkoholu, bo głośny śpiew na ulicach zasmuca Boga. Mam nadzieję, że Bondoc słucha uważnie, bo choć jego imię w tłumaczeniu oznacza górę, i on sam wygląda jak góra, śpiewa jak przyduszona koza.

Capuno i Bondoc są braćmi. Capuno jest Dotknięty, a Bondoc nie, mimo to przyjechał wraz z bratem na wyspę Culion. W przeciwieństwie do Bondoca, Capuno jest mały, ale choć natura poskąpiła mu wzrostu, jest w nim jakaś uśpiona energia, taki silny prąd. Obaj są najwspanialszymi ludźmi, jakich znam, choć z braku wstrzemięźliwości zdarza im się śpiewać zbyt głośno na ulicach.

– Dlatego pamiętajcie, kiedy będziecie następnym razem przechodzić obok gospody – mówi melodyjnym głosem ojciec Fernan – uchylcie kapelusza oberżyście, a potem unieście ręce do Boga. Módlmy się.

Pochylam głowę, ale Nanay w tej chwili puszcza moje palce i krzyżuje ramiona. Siostry tego nie zauważają, bo kazano nam spuścić wzrok i rozmawiać z Bogiem, mimo że przed chwilą ojciec Fernan mówił, że Bóg jest wysoko w niebie.

Ojciec Fernan robi nad nami znak krzyża. Przez chwilę w kościele panuje cisza. Wszyscy zastanawiają się, co będzie teraz. Nagle poważną twarz ojca Fernana rozpromienia uśmiech. Z ludzi opada napięcie, zaczynają po cichu rozmawiać. Nanay odrobinę rozluźnia ramiona. Widzę ślady tam, gdzie wbijała palce w ciało. Obok ambony siada siostra Klara, a siostra Małgorzata ustawia przy niej trzy krzesła i zajmuje jedno z nich.

Wtem słychać czyjeś kroki w przejściu między ławkami. Po chwili mija nas mężczyzna, którego nigdy przedtem nie widziałam, w towarzystwie doktora Tomasa, kroczącego z poważną miną. Nieznajomy ma na sobie jasny lniany strój i niesie dwie deski. Idzie sztywno, jak marionetka, wysoko podnosząc stopy. Po chwili wyprostowany siada na jednym z krzeseł. Wszyscy spoglądamy wyczekująco na ojca Fernana.

– Dziękuję wam za przybycie – zaczyna kapłan, jak gdybyśmy dopiero przed chwilą tu przyszli. – Zebraliśmy się dzisiaj, żeby omówić pewne niezwykle istotne zmiany, jakie zostaną wkrótce wprowadzone w mieście Culion. Zmiany te mogą początkowo wydawać się dziwne, ale musimy pamiętać, że Bóg ma wobec nas swoje plany. Zaufajmy Mu.

Siostra Klara z powagą kiwa głową, a szerokie usta siostry Małgorzaty zaciskają się w cienką linię, niczym koperta. Doktor Tomas wygląda na pogrążonego w bólu. Jego twarz marszczy się jak przeżuta żelka.

– Obok doktora Tomasa siedzi nasz gość specjalny, pan Zamora – wszystkie głowy odwracają się w tamtą stronę. – Pan Zamora reprezentuje rząd w Manili. Przekaże wam ważne informacje dotyczące przyszłości naszej wyspy.

Nieznajomy mężczyzna wstaje z krzesła. Jest tak wysoki i chudy, że przypomina stojącą na baczność szarańczę. Jego ręce zwisają bezwładnie, kiedy wychodzi na środek i zdejmuje kapelusz. Właściwie powinien był go zdjąć, gdy tylko wszedł do kościoła.

– Drodzy pacjenci oraz rodziny – zaczyna, a ja już wiem, że to nie będzie miłe spotkanie. Nikt z mieszkańców tej wyspy nie myśli o Dotkniętych jak o pacjentach. No, może nie licząc siostry Klary. – Dziękuję wam bardzo za gościnę. Podobało mi się to nabożeństwo.

Mężczyzna mówi donośnym, niskim głosem, który zupełnie nie pasuje do jego wątłej postury. Teraz zauważam, że usta nieznajomego są wydęte jak u ryby. Czuję, że Nanay znów się spina, a siedzący przed nami Bondoc rozpiera się w twardej, drewnianej ławce i splata ramiona.

– Ojciec Fernan ma rację. Chciałbym wam powiedzieć o pewnych istotnych zmianach. Wasz kapłan nie wspomniał jednego: będzie to dla was powód do radości. Nasz rząd ma zamiar pchnąć wyspę Culion na ścieżkę o-świe-ce-nia – każdą sylabę podkreśla zamaszystym gestem dłoni. – Poczyniono spore postępy w walce z chorobą, na którą cierpi wielu z was. Z całym szacunkiem dla doktora Tomasa, poza waszą kolonią metody leczenia tej przypadłości rozwijają się w niesamowitym tempie. Wiemy już, że trąd wywołuje bakteria. Jestem pewien, że doktor Tomas powtarza wam, że czystość i higiena mają pierwszorzędne znaczenie. Żywimy nadzieję, że jeszcze za życia waszych dzieci zostanie odkryty lek na trąd.

 

Wszyscy w kościele aż wstrzymują oddech. Nanay wzdryga się.

Nie używamy tego słowa. Czuję, że świerzbią mnie dłonie. W kościele nagle robi się duszno.

– Ale zanim to nastąpi, konieczne będą pewne zmiany. Musimy powstrzymać rozprzestrzenianie się choroby. Rząd powziął informację, że wielu z was decyduje się na prokreację. Wiem, że ojciec Fernan i obecne tu siostry z pewnością informowali was o zaletach wstrzemięźliwości, ale jaki będzie los dzieci, które przychodzą na świat wolne od trądu? Czy je także czeka życie wśród trędowatych?

Mężczyzna zdążył się rozkręcić. Przechadza się teraz przed zebranymi na swoich chudych, patykowatych nogach i wymachuje rękoma. Ale my nie siedzimy już w milczeniu. Ludzie syczą gniewnie, a pełen wściekłości pomruk z każdą chwilą staje się coraz głośniejszy. Nanay ściska moją dłoń.

– Mówimy temu stanowcze „nie”! – ciągnie pan Zamora, jak gdyby zamiast gniewnego szemrania słyszał oklaski. – Ocalimy niewinnych mieszkańców Culion i damy im szansę na lepsze życie. Czy nie tego chciałby każdy rodzic? Od tej chwili to będzie możliwe, bo wprowadzimy proces segregacji.

Energicznym ruchem sięga po deski, które postawił za swoim krzesłem, i unosi je w górę, jedną w prawej ręce, drugą w lewej. Na jednej widnieje napis: SANO. Na drugiej: LEPROSO.

Bondoc wstaje. Teraz bardziej niż kiedykolwiek przypomina górę. Cały drży, kiedy strąca z ramienia powstrzymującą go dłoń Capuna, po czym wbiega między ławki i zatrzymuje się jakieś trzydzieści centymetrów przed panem Zamorą. Przez moment wydaje mi się, że chce go zaatakować, ale on tylko stoi naprzeciwko niego z zaciśniętymi pięściami.

– Co to ma znaczyć? – pyta ze złością.

Siostra Małgorzata wstaje, podchodzi do niego i mówi coś łagodnie, jakby chciała go uspokoić. Rybie usta pana Zamory drgnęły i wykrzywiły się w uśmiechu.

– Właśnie miałem to wyjaśnić – odpowiada.

– Tak, proszę to zrobić. Tylko niech pan użyje lepszych słów niż do tej pory – odzywa się Bondoc. Teraz pozwala siostrze Małgorzacie odprowadzić się do pierwszej ławki.

– Bardzo proszę, to nasz gość... – tym razem głos zabiera ojciec Fernan, ale pan Zamora unosi dłoń, tak samo jak siostra Klara w szkole, po czym kiwa głową. Oczywiście. Znów unosi nad głową dwie deski.

– Sano – czysty. Leproso – trędowaty – wyjaśnia.

– Potrafimy czytać – mamrocze pod nosem Capuno.

– Takie znaki pojawią się w kilku miejscach na wyspie. Osoby zdrowe muszą pozostać w obszarach oznaczonych jako Sano. Zaś trędowaci muszą trzymać się miejsc wyznaczonych dla siebie.

– A co z rodzinami? – Nanay puszcza moją rękę i wstaje tak samo gwałtownie jak przed chwilą Bondoc. Nie podchodzi jednak do pana Zamory.

– Słucham?

– Co z rodzinami?

– Nie słyszę pani.

Bzdura. Słyszy. Wszyscy o tym wiemy.

Nanay na pewno też zdaje sobie z tego sprawę. Po krótkiej chwili wahania odwija chusteczkę z twarzy. Kiedy trzeba, potrafi być bardzo odważna. Siostra Klara odwraca wzrok i cmoka z zażenowaniem, ale pan Zamora gapi się bez skrępowania, a to chyba jeszcze gorsze.

– Pytałam: co będzie z rodzinami? Ja mam dziecko. Moja córka jest zdrowa, ale przez całe życie mieszkała ze mną – swoją chorą, Dotkniętą matką. I wciąż jest czysta, mimo że nie ustaję w wysiłkach, żeby ją zarazić. Co pan zatem proponuje w takiej sytuacji?

W jej głosie brzmi wyzwanie. Kiedy chce, język ma ostry jak miecz.

Pan Zamora zwilżył usta.

– O tym miałem zamiar powiedzieć w następnej kolejności, zanim mi pani przerwała.

Nanay bierze głęboki wdech, żeby coś odpowiedzieć, ale ojciec Fernan wstaje i rozkłada ramiona, tak jak wtedy kiedy chce nam pokazać, że Bóg ma dla nas otwarte serce.

– Proszę cię, moje dziecko. Pozwól naszemu gościowi dokończyć.

To zdrada. Czuję to. Jestem tego pewna. Moje dłonie są lepkie od potu.

Ojciec Fernan nas zdradził. Nanay opada na ławkę. Nie bierze mnie już za rękę. Ale ja ściskam ją za nadgarstek, żeby wiedziała, że jestem z niej dumna.

– Chodzi nam wyłącznie o to, by powstrzymać rozprzestrzenianie się Mycobacterium leprae – podkreśla dobitnie pan Zamora. – Choroby, która odebrała pani nos. Czy pani córka siedzi obok? – nie czeka na odpowiedź. – Jak by się pani czuła, gdyby skończyła tak jak pani?

Ktoś powinien zareagować, ale czuję, że głos uwiązł mi w gardle. Siostra Małgorzata mimowolnie drgnęła, ale ojciec Fernan natychmiast unosi rękę, tak jak wcześniej pan Zamora. Pan Zamora kontynuuje bez dalszych przeszkód:

– To nie jest nasz kaprys, proszę mi wierzyć. To miejsce mocno nadwyręża rządowy budżet, ale daliśmy wam piękny dom.

– Mieszkamy tu od lat! – woła Bondoc. – Niektóre rodziny mieszkają tu od pokoleń. Nic nam nie daliście...

Pan Zamora usiłuje go przekrzyczeć: – Segregację wprowadzamy po to, by ratować niewinnych.

Nie rozumiem, dlaczego użył tego słowa.

– Damy zdrowym szansę na inną przyszłość. Powierzono mi pewien obiekt na wyspie Coron...

Coron: to sąsiednia wyspa. W bezchmurne dni – a takich mamy tu wiele – można ją zobaczyć z pagórków na wschodnim brzegu. Ale widać tylko niewielką smugę w oddali, jak gdyby ktoś brudnym palcem poplamił linię horyzontu. Wyspy leżą zbyt daleko od siebie, by ich mieszkańcy mogli do siebie pomachać.

– O jaki obiekt chodzi? – wtrąca pytanie siostra Małgorzata. – O zakład zamknięty?

– O sierociniec – wyjaśnia pan Zamora.

– Ale te dzieci nie są sierotami – głos zakonnicy drży. Nanay ściska moją dłoń. – Ich rodzice żyją.

– Ale są chorzy, siostro. I mieszkają w miejscu, które za trzy lata będzie największą kolonią trędowatych na świecie, jeśli nasze prognozy się potwierdzą. Projekt na wyspie Coron ma charakter pilotażowy. Obejmuję kierownictwo sierocińca po to, by dać dzieciom z Culion lepsze życie. Zamieszkają z innymi zdrowymi dziećmi, z dala od choroby i śmierci. Kiedy dorosną, znajdą zatrudnienie na stałym lądzie, w Manili, a nawet dalej, za granicą. W tym czasie wyeliminujemy chorobę. Bakcyle wyginą...

– Chciał pan powiedzieć, że my wyginiemy, panie Zamora? – głos Capuna jest łagodny, ale brzmi na tyle ostrzegawczo, że mężczyzna na chwilę milknie. Wpatruje się w Capuna. Jego milczenie mówi więcej niż kiwnięcie głową.

Kiedy mężczyzna znów się odzywa, zebranymi ponownie wstrząsają emocje.

– Segregacja jest działaniem, które cieszy się pełnym poparciem ze strony rządu. Ojciec Fernan również udzielił nam swojego błogosławieństwa, a nie dalej jak tego ranka doktor Tomas podpisał umowę, na której już widnieje siedemdziesiąt podpisów ekspertów z całego świata: z Ameryki, Indii, Chin i Hiszpanii.

Kapłan i lekarz spuszczają wzrok, kiedy pan Zamora wyjmuje kopertę z kieszeni na piersi. Zakładam, że zaraz wyjmie z niej umowę podpisaną przez doktora Tomasa. Nasz lekarz wyraził na to zgodę. Ksiądz udzielił błogosławieństwa. A eksperci z zamorskich krajów złożyli swoje podpisy na znak poparcia. Cały świat jest przeciwko nam.

– Wszyscy są zdania, że tak będzie najlepiej. Mało tego, twierdzą, że to jedyne wyjście. Wkrótce przybędą siły rządowe, żeby dopilnować, by cały proces został przeprowadzony sprawnie. Siostry będą przyprowadzały mieszkańców poszczególnych ulic do szpitala na badanie kontrolne. Oto początek nowej ery.

To koniec. Nikt już nie syczy, nikt nie wstaje i nie zadaje trudnych pytań panu Zamorze. Deski stoją oparte o schodek przed amboną.

Sano. Leproso.

A ja nagle nie mogę złapać oddechu.