Matka wie najlepiejTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JILLIAN

Podkradam się do Nasha, gdy tylko zamykają się za nami drzwi laboratorium. Jak dotąd ten dzień to udręka: wyciągnął ze mnie dwadzieścia trzy zdrowe komórki jajowe podczas krótkiego zabiegu w znieczuleniu dożylnym. Claire dostarczyła zaledwie jedenaście jajeczek, więc tylko tyle mamy szans na stworzenie doskonałego zarodka.

Po zabiegu przez godzinę wracałam do siebie w prywatnym pokoju, czekając na ustąpienie efektów znieczulenia, a Nash w geście życzliwości przyniósł mi sok jabłkowy i paracetamol. Wzruszyło mnie, że sam przyszedł się mną zająć, zamiast wysłać pielęgniarkę. Następnie poszłam do domu, żeby się odświeżyć i przygotować psychicznie na przeszczep. Teraz jest już po szesnastej. Jestem obolała, ale gotowa brać się do dzieła. Nash wysłał cały personel do domu przed końcem dnia, zachęcając pielęgniarki, techniczki, embriologa i recepcjonistkę, żeby „zaczęli wcześniej weekend”.

To znaczy, że wreszcie jesteśmy gotowi.

– Gotowy? – szepczę mu do ucha. Odrywa się od mikroskopu. Kiedy patrzymy sobie w oczy, czuję ukłucie niepokoju. Jego obojętny wyraz twarzy przypomina mi ten, z jakim przynosi pacjentkom złe wieści. Pewnie stara się po prostu wyglądać niegroźnie, ale osiąga zupełnie przeciwny skutek.

Odwraca głowę.

– Jeszcze chwilę.

– Lepiej, żebyś teraz nie spanikował. – Ze złością wskazuję na wszystkie nasze komórki jajowe, czekające w cieplutkim inkubatorze o temperaturze trzydziestu siedmiu stopni, z wilgotnością powietrza na poziomie dziewięćdziesięciu pięciu procent. – Jeśli okaże się, że przeszłam przez to wszystko na próżno…

– Spokojnie – przerywa mi. – Zrobimy to – zapewnia, ale nie potrafię nic odczytać z jego twarzy.

Czekam, aż zauważy wysiłek, jaki włożyłam, żeby dobrze wyglądać w tej chwili – to nie było łatwe zaledwie po kilku godzinach od znieczulenia solidną dawką mocnych leków. Kiedy już przestały działać, wzięłam prysznic, ogoliłam nogi, zakręciłam włosy, a potem nałożyłam eyeliner, tusz do powiek i pociągnęłam policzki różem.

Nie tak jednak wyobrażałam to sobie w fantazjach… On i ja, upojeni wzajemnym podziwem, zrywający z siebie laboratoryjne fartuchy, by uczcić swój zakazany sukces.

– Wszystko gotowe? – pyta. Jego głos brzmi boleśnie neutralnie.

– Bardziej nie będzie.

Za chwilę wyprowadzimy jądro komórkowe z jednego z moich jajeczek pod mikroskopem odwróconym o trzydziestotysięcznym powiększeniu. Z komórki jajowej zostanie tylko łupina, wraz ze zdrowymi mitochondriami. Następnie zastosujemy moją pionierską technikę i przeniesiemy jądro komórkowe z komórki jajowej Claire do mojej opróżnionej komórki, tworząc jedną doskonałą hybrydową komórkę z moimi nienaruszonymi mitochondriami. Powtórzymy ten proces z każdą parą jajeczek, jaką dysponujemy, a następnie połączymy hybrydy z plemnikami męża Claire.

Po pięciu dniach rozwoju w probówkach każdy zarodek rozrośnie się do około stu komórek. Z każdego pobierzemy laserem pięć do dziesięciu komórek trofoblastu i przeanalizujemy je pod mikroskopem metodą diagnostyki preimplantacyjnej, by upewnić się, że zarodki nie odziedziczyły niepożądanych mutacji komórkowych Claire. Później ocenimy, który zarodek jest najlepszym kandydatem do implantacji. W Darwinowskim świecie wspomaganej reprodukcji tylko najsilniejszy zarodek ma szanse stać się prawdziwą osobą.

– Pójdę przygotować spermę. – Nash wstaje gwałtownie, krzesło zgrzyta po podłodze. – Może zacznij beze mnie? – Jego uśmiech jest dziwnie powściągliwy. – Sama wynalazłaś sposób polaryzacji komórek, więc uczciwie będzie pozwolić, żebyś to ty ją przeprowadziła.

Zaskoczona otwieram usta. Mam ochotę spytać, czy jest pewien, ale się powstrzymuję. To moja furtka do wielkości, tak jak sam to przewidział. Nie ma szans, żebym protestowała. Smutne jest tylko to, że zasługujemy na kamery i reporterów, którzy dokumentowaliby ten przełomowy moment w historii ludzkości – pierwszy raz, kiedy dokonano interwencji genetycznej, by zapobiec przekazaniu śmiertelnej choroby. Ale pewnego dnia, miejmy nadzieję, że jeszcze za naszego życia, świat oprzytomnieje i odpowiednio nas nagrodzi.

Posyłam mu uśmiech pełen wdzięczności.

– Myślałam, że nigdy nie zaproponujesz.

– Zasługujesz na to.

Tłumię ukłucie żalu. Przypominam sobie o nagraniu zrobionym na wszelki wypadek, gdybym musiała go kiedyś zaszantażować. Teraz jednak widzę, że nie jest dość samolubny, by kraść moje osiągnięcia. Jesteśmy równymi partnerami.

* * *

Dwadzieścia pięć minut później – dłużej niż zwykle potrzeba na przygotowanie spermy – Nash wraca z pomieszczenia obok, gdzie próbki nasienia są testowane, oczyszczane i przechowywane. Podnoszę głowę znad mikroskopu i widzę, że się krzywi. W pierwszej chwili niepokoję się, że coś go boli, ale widzę, jak ściąga wargi, i już wiem, że coś jest nie tak.

– Wyrzuć to z siebie.

– Nie chciałem nic mówić. – Nash wzdycha ciężko. – Ale właśnie sprawdziłem drugi i trzeci raz. Ethan ma w spermie tylko cztery miliony plemników i dwa procent z morfologii nasienia.

– Co? Kurwa, chyba żartujesz.

Dolna granica to piętnaście milionów, a u niego w dodatku większość jest wadliwa. Jak my teraz mamy stworzyć z tego doskonały zarodek?

– Nadal mamy szanse – mówi Nash, jakby czytał mi w myślach.

– Prawie żadne. Nie mogę w to uwierzyć.

– Wiem.

Odkładam pipetę i ściągam maseczkę z twarzy.

– To co ja tu niby robię?

– Kończysz pracę. To nadal możliwe.

– Gówno prawda.

Tyle miesięcy przygotowań. Musiałam pociągnąć za nieskończenie wiele sznurków i zrobić różne rzeczy, o których on nawet nie ma pojęcia, i co? Nie spodziewałam się czegoś takiego: że zostanę skazana na porażkę przez zwyczajnego pecha.

– Nie poddawaj się. – Nash kładzie mi dłoń na ramieniu. – To jeszcze nie koniec.

Jego powściągliwy optymizm jest nie do zniesienia.

– Dobrze, dobrze – mówię powoli, myśląc nad czymś. – Daj mi jeszcze pół godziny.

– Świetnie. Pójdę przygotować spermę – oznajmia, ruszając z powrotem do drugiego pomieszczenia. – I tak daleko zaszliśmy, co?

– Kto wie, co może się zdarzyć – przytakuję.

– No, i tak trzymaj.

* * *

Kiedy pół godziny dobiega końca, Nash przychodzi sprawdzić, jak sobie radzę.

– I jak poszło?

Wyłączam mikroskop; oczy pieką mnie od koncentracji.

– Raczej dobrze. Miałam kilka ofiar.

– Co się stało?

– W jednej komórce przerwałam błonę komórkową, w drugiej rozdarłam jądro.

Nash marszczy brwi. We wszystkich testach próbnych wykazałam się precyzją snajperki.

– Przepraszam. – Wzdycham, starając wyglądać na zawstydzoną. – Chyba się denerwowałam.

– To ile mamy w sumie hybryd?

– Dziewięć.

– To nadal może wystarczyć.

– Mam nadzieję. – Udaje mi się przywołać na wargi uśmiech dzielnej zawodniczki. – Przeprowadzisz teraz ICSI?

Ten zabieg, polegający na wprowadzeniu plemnika do cytoplazmy komórki jajowej, da nam największe szanse na stworzenie zarodka. W ten sposób beznadziejne plemniki Ethana nie będą musiały płynąć do celu. Ale przy tak kiepskim materiale wyjściowym dziewięć prób to może być za mało.

– Aha – odpowiada. – To nie powinno potrwać zbyt długo.

Nie zmieniam wyrazu twarzy.

– Poczekam na ciebie. Może poszlibyśmy potem na kolację? Wznieść toast za szansę?

– Pewnie. Dobry pomysł.

* * *

Godzinę później, już po zamianie lekarskiego kitla na sukienkę, którą trzymałam w szafce w pracy, siedzę naprzeciwko niego w eleganckiej włoskiej restauracji po drugiej stronie ulicy. Pełno tu par na randkach, atmosfera jest odpowiednio romantyczna. Rozświetlone białe kule zdobią ściany, a na każdym stoliku znajduje się szklana misa z pływającą w wodzie różową różą.

Nash ma na sobie ciemne dopasowane spodnie i szary sweter w serek, podkreślający mięśnie jego barków i klatki piersiowej. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiej rzeźby pod tym fartuchem. Jak na czterdziestoparolatka jest w fenomenalnej formie.

Kiedy podchodzi do nas kelner z kartą win, natychmiast ją odsuwam.

– Proszę dwa martini z wódką.

– Już przynoszę.

Kelner odchodzi, a Nash się krzywi.

– Tak się składa, że nie piję alkoholu.

– Och. W ogóle?

Widzę, że się waha.

– Od dziesięciu lat jestem trzeźwy – wyjaśnia po chwili.

Czekam na szczegóły, ale on nie dodaje nic więcej. To wyznanie napawa mnie dziwną radością. Kiedy widzę, jak Nash czeka na reakcję – krytykę albo obrzydzenie w moich oczach – uświadamiam sobie dlaczego. Otworzył się przede mną.

– Gratuluję – mówię. – Wypiję za to – dodaję z ironicznym uśmieszkiem.

Kelner wraca i stawia przed nami dwa mocne martini, wypełnione aż po krawędź kieliszków. Delikatnie unoszę jeden, a Nash dotyka brzegu swoją szklanką z wodą z lodem.

– Za nas – oznajmiam i pozostawiam wymowną pauzę. – Za nasz sukces – dodaję.

On się uśmiecha.

– Na zdrowie.

Wódka spływa mi do gardła, a nozdrza rozdymają się lekko od tego uczucia. Niemal natychmiast czuję się bardziej zrelaksowana.

– Wiesz co – odzywa się Nash. – Bez względu na to, co się stanie dalej… Nie zaszedłbym tak daleko bez ciebie. Dziękuję.

Ośmielona, opieram łokcie na stole i nachylam się, ściskając piersi razem.

 

Widzę, jak jego wzrok koncentruje się na moim dekolcie. Wokół nas unosi się gwar rozmów i szczękanie sztućców, ale równie dobrze mogłoby tu nie być nikogo poza nami. Czuję, jak spomiędzy moich ud płyną fale przyjemnego ciepła. Może jednak moja fantazja nie jest aż tak nieosiągalna.

– Naprawdę uważasz, że mamy szansę?

Wzrusza ramionami.

– Nie jakąś wielką, ale odczuwam ostrożny optymizm.

Przechylam głowę na bok.

– Zabawne, dokładnie to samo myślałam o tobie. – Kiedy tylko te słowa wyrywają mi się z ust, czuję, jak serce podchodzi mi do gardła. Nash otwiera szeroko oczy.

– Słucham?

– Oj, Rob, jesteś cierpliwym człowiekiem… – Pozwalam sobie na uśmiech, by zasygnalizować, że specjalnie zwracam się do niego po imieniu. – Myślisz, że nie zauważyłam, jak często prosisz, żebym pracowała do późna? Ale…

Nash odkasłuje.

– Ale co?

– Do niczego nigdy nie doszło.

Ileż godzin spędziłam na próbach rozszyfrowania jego sprzecznych sygnałów. Jednego dnia posyła mi spojrzenia pełne aprobaty, a następnego niemal nie zwraca na mnie uwagi.

– Cóż, jesteś piękną młodą kobietą, a ja twoim szefem. Nie mogę tak po prostu wykorzystać… – Urywa, jakby czekał na zaprzeczenie. Znów obnaża się przede mną to pożądliwe spojrzenie, które już kilka razy dostrzegłam wcześniej podczas pracy do późna w laboratorium. Różnica jest taka, że tym razem oboje o tym wiemy. Zalotnie wsuwam palec pod stanik.

– Chyba straciłam apetyt. A ty?

– Wydaje mi się, że powinniśmy poprosić o rachunek – zgadza się Nash.

* * *

Dwadzieścia minut później próbuję otworzyć drzwi do mojego mieszkania, a on przyciska się całym ciałem do moich pleców. Gładzi mnie po brzuchu kilka centymetrów nad miednicą. Każdy nerw na drodze jego palców rozpala się tak, jakby po raz pierwszy reagował na dotyk. Nie jestem dziewicą, ale nigdy wcześniej nie byłam tak podniecona drobną pieszczotą.

Odwracam się do niego przodem i podnoszę twarz ku niemu.

– Przez cały ten czas cię pragnęłam.

Schyla się, żeby mnie pocałować. Jego wargi są miękkie, otoczone seksownym cieniem zarostu. Przywieram do niego mocno ustami, a on mnie obejmuje. Na ślepo otwieramy drzwi, przechodzimy przez mieszkanie i opadamy na moje łóżko. Zdziera ze mnie sukienkę i całuje mnie po szyi, a ja ściągam mu dżinsy. Nagi jest absolutnie doskonały. Wyrzeźbiony, zadbany, twardy.

– Na pewno? – pyta, zawisając nad mną. – Przecież jesteś jeszcze obolała.

– Nic mi nie jest. – Owszem, pochwa boli mnie od zabiegu pobrania jajeczek, ale to nieważne.

Wyciągam gumkę z szafki nocnej i drażnię go językiem, nakładając mu prezerwatywę.

Głośny jęk wyrywa mu się z ust.

– Nie wytrzymam długo.

Przekręcam się na plecy.

– Połóż się na mnie.

Kołyszemy się razem w rozkosznym rytmie, najpierw powoli – ostrożne zjednoczenie dwóch ciał spotykających się po raz pierwszy – ale szybko zwiększamy tempo, aż czuję go głęboko w sobie. Wszystko inne znika, rozpływa się w falach otumaniającej przyjemności.

Zanim jednak stracę nad sobą całą kontrolę, pcham mocniej biodrami, aż do bólu, który mnie otrzeźwia. Wiem, że moje intensywne ruchy sprawią, że on szybciej dojdzie. I rzeczywiście, już po chwili wydaje z siebie jęk czystej ekstazy.

Ja jednak myślami jestem już przy następnym kroku. Leżymy zdyszani, aż wreszcie patrzymy sobie w oczy.

– Doszłaś?

– Oczywiście, jak miałabym nie dojść?

– To dobrze. Nie miałem pewności.

Przyciągam jego szorstki podbródek do siebie i całuję.

– To było bardzo seksowne.

Zsuwa z siebie gumkę. Wskazuję na niewielki kosz na śmieci obok łóżka, a on wrzuca do niego prezerwatywę. Opieram głowę o poduszkę i zamykam oczy.

– Zaraz wrócę – mówi Nash i znika w łazience.

Kiedy wraca, na jego twarzy maluje się uśmiech.

– Tego się po tobie nie spodziewałem – oznajmia.

Oj, wielu rzeczy się po mnie nie spodziewałeś.

TERAZ

ABBY

Kiedy tylko mama wychodzi z mojego pokoju, sięgam pod łóżko i wyciągam zestaw testowy. Wcześniej miałam wyrzuty sumienia, że zamierzam przemknąć się do jej pokoju podczas snu i zrobić wymaz z wewnętrznej strony policzka, ale teraz już nie czuję się z tym źle. I tak uważa mnie za wrednego bachora, więc co za różnica?

Czas sprawdzić, kto tu tak naprawdę kłamie.

O osiemnastej schodzę na obiad – resztki, nic specjalnego. Tata jest wykończony po całym dniu z klientami od mebli, a mama nie wspomina o naszej kłótni ani o kartce. Rozmawia więcej z tatą niż ze mną; dyskutują o nudnych sprawach, takich jak to, czy zapłacił mandat za niewłaściwe parkowanie, który dostał w zeszłym tygodniu. Mama ostrzega go, że jeśli zapomni, to sędzia może wysłać nakaz aresztowania i nawet go zamknąć. Rany, jak ona czasami dramatyzuje.

Kiedy oznajmiam, że muszę się pouczyć, pozwalają mi odejść od stołu. Kolejną godzinę spędzam w łóżku z laptopem i sprawdzam wszystkie potrzebne informacje. Przez trzydzieści minut przed pobraniem próbki śliny nie wolno jeść ani pić, ale to raczej mi nie grozi, bo zamierzam odczekać, aż zaśnie.

Google twierdzi, że specjalny wacik na patyczku z zestawu należy przesunąć po wewnętrznej stronie policzka, żeby zebrać „komórki nabłonkowe z zewnętrznej warstwy nabłonka w jamie ustnej”. Następnie muszę szybko włożyć patyczek do wąskiej plastikowej fiolki z „płynem do stabilizacji DNA”. Dzięki temu próbka będzie bezpieczna podczas podróży pocztą, aż dotrze do Burlington w Karolinie Północnej, gdzie naukowcy w laboratorium oddzielą DNA mamy od bakterii i całej reszty rzeczy w ślinie. A kilka tygodni później Riley powinna dostać e-mail z informacją, że jej raport jest gotowy do odbioru, bo to Riley zarejestrowała nowy zestaw.

Wieczorna rutyna moich rodziców jest totalnie przewidywalna. Kładą się do łóżka około dziesiątej, oglądają jeden odcinek serialu i przed jedenastą gaszą światło. Mama czasami bierze jeszcze pigułkę na sen przez swoje stany lękowe. Mam trochę nadzieję, że nasza dzisiejsza kłótnia dostatecznie ją zestresowała, żeby postanowiła sięgnąć po leki.

O dziewiątej, kiedy przychodzi moja pora na sen, oboje przychodzą do mojego pokoju, żeby dać mi buziaka i życzyć dobrej nocy. Mama pyta, czy poczytać mi rozdział z Harry’ego Pottera, ale mówię, że jestem za bardzo śpiąca.

– Miłych snów – mówi jeszcze w progu.

– Dobranoc. – Tata posyła mi buziaka. – Kochamy cię, kotku-psotku.

– Ja was też – mruczę.

Nasłuchuję ich cichnących kroków, zmierzających do sypialni. Następnie odrzucam kołdrę i siadam na łóżku. Nie mogę przypadkiem zasnąć. Na moim budziku jest sześć po dziewiątej. Gram w różne gry na laptopie i oglądam filmiki na YouTube dla zabicia czasu, ale z minuty na minutę robię się coraz bardziej niespokojna. Ledwo jestem w stanie skupić się na swoich zwykłych rozrywkach, takich jak memy z kotami czy nagrania z psikusów vlogerów. Nawet sekretne zaglądanie na Instagram mnie dziś nie cieszy.

W końcu, kwadrans po północy, już nie mogę dłużej wytrzymać. Wymykam się z łóżka i zakradam na palcach przez korytarz do ich sypialni, ściskając patyczek w dłoni. Za drzwiami panuje cisza, przerywana tylko chrapaniem taty.

Zamykam oczy i zmuszam się, żeby wziąć oddech. Dam sobie radę. Muszę to zrobić, jeśli chcę poznać prawdę.

Szybko, stanowczo popycham drzwi, żeby zawiasy nie zdążyły skrzypnąć. Kiedy mój wzrok już przyzwyczaja się do ciemności, na czworakach pełznę po miękkim dywaniku do łóżka od strony mamy. Światło księżyca przenika przez szpary w żaluzjach, pomagając mi znaleźć ją w mroku. Leży na boku, odwrócona do taty plecami. Jedną dłoń ma wetkniętą pod poduszkę, kołdrę podciągnęła do piersi. Jej usta są lekko rozchylone, a oczy podrygują pod powiekami.

Podpełzam jeszcze bliżej i ostrożnie podsuwam jej patyczek do warg, tuż nad kroplę śliny na poduszce. Serce wali mi w piersi, ręka dygocze. W ostatniej sekundzie panikuję i zabieram rękę.

Przez całą minutę siedzę nieruchomo na podłodze. Jej pierś unosi się i opada pod kołdrą w równym rytmie. Postanawiam przeprowadzić prosty test. Jeśli się obudzi, powiem, że nie mogłam zasnąć. A jeśli nie, to będę wiedziała, że to właściwy moment.

Delikatnie dotykam kołdry przy jej ramieniu. Nic. Opieram całą rękę. Ona wciąż się nie rusza. Pewnie wzięła pigułkę na sen. Dobra, spróbuję.

Wszystko dzieje się bardzo szybko: wkładam patyczek w kącik jej otwartych ust, żeby nasiąkł śliną. Kiedy kręcę nim, żeby pokryć cały wacik, mama się porusza – drgają jej powieki, drapie się w policzek. Opadam na dywan. Wacik jest mokry.

Słyszę szelest pościeli. Chyba mama przekręca się na drugi bok. Potem znów nieruchomieje. Odliczam do dwudziestu i podnoszę głowę. Ona leży na brzuchu, z odwróconą głową, i znów równomiernie oddycha. Wygląda tak ślicznie i spokojnie z włosami rozsypanymi na poduszce. Nagle mam ochotę wdrapać się do łóżka, przytulić do niej i zapomnieć o całym eksperymencie.

Zamiast tego jednak pełznę do wyjścia, cichutko zamykam za sobą drzwi, a następnie wsuwam patyczek do fiolki i zakręcam, uwalniając tym samym płyn stabilizujący. I już, po sprawie.

Riley wyśle próbkę jutro po szkole.

Padam na łóżko, ogarnięta dziwną mieszanką podekscytowania i wyrzutów sumienia. Prawdopodobnie złamałam mnóstwo przepisów, nie wspominając o zdradzie zaufania mamy. Jeśli kiedykolwiek się dowie, to dostanę szlaban na resztę życia.

Wkrótce będę wiedziała, czy ta kobieta to naprawdę jej kuzynka. Przypomina mi się wiadomość, w której JH0502 spytała, czy miałam brata. Ale przecież dosłownie miliard ludzi ma braci. To jeszcze nie znaczy, że jestem z nią spokrewniona, prawda? Może to faktycznie była jakaś przypadkowa stalkerka.

Powieki mi opadają. Może mama przez cały ten czas mówiła mi prawdę.

Byłam na nią zła. Coś ją gryzie, ale to jeszcze nie robi z niej oszustki. Kiedy sen zaczyna rozmywać mój umysł, rodzi się we mnie ostatnia myśl: Mam nadzieję, że eksperyment się nie powiedzie.

PRZEDTEM

CLAIRE

– Teraz zapraszam panią na tron – oznajmia Nash i puszcza do mnie oko.

Ściskam dłoń Ethana i wchodzę na krzesło pokryte papierowym ręcznikiem, ustawione pośrodku gabinetu lekarskiego, a następnie wsuwam stopy w metalowe strzemiona. W czasie, który upłynął od pobrania jajeczek, dziewięć zarodków urosło w zaciszu probówek w laboratorium Nasha, a każdy skrywa sekret głęboko w zakamarkach swojego DNA. Wreszcie spośród całej dziewiątki lekarz wybrał najsilniejszy do implantacji. To żeński zarodek, XX. Niesamowite, może zostanę matką córki!

Dziś jest dzień implantacji zarodka. Ethan i ja nie byliśmy tak podekscytowani od czasu… Cóż, odkąd dziesięć lat temu odkryłam, że jestem w ciąży z Coltonem, a przyszłość nadal migotała całą tęczą możliwości. Ethan pociera teraz grzbiet mojej dłoni z uroczym zaangażowaniem, przypominając mi tym gestem o naszych odległych złotych czasach.

Po mojej prawej Nash wyciska mi zimny żel na podbrzusze, by przygotować mnie na transfer zarodka monitorowany ultrasonograficznie. Mój pęcherz jest boleśnie pełny, bo wymaga tego wizualizacja. Podczas gdy lekarz gładzi mój brzuch sondą, na płaskim ekranie pojawia się obraz mojej pustej macicy. Jest rozczarowująco ściśnięta i wąska, jak przebita opona. Wyobrażam sobie, jak wypełnia ją wielkie, okrągłe niemowlę.

– Nie mogę uwierzyć, że zaraz znajdzie się w nim nasze dziecko – mówi Ethan, wpatrując się w monitor.

– Za jakąś minutę. – Nash bierze do ręki cienki cewnik z mikroskopijnym zarodkiem w końcówce. – Claire, zaraz wprowadzę to do szyjki macicy i umieszczę na błonie śluzowej, puszczę tłok i voilà.

Uśmiecham się słabo. Jestem zbyt przejęta, żeby cokolwiek powiedzieć. Serce bije mi nieregularnie. Nie ma powrotu. Możliwe, że za dziewięć miesięcy będę trzymać w ramionach pierwszego zmodyfikowanego genetycznie człowieka. Błagam, niech ona będzie zdrowa. Niech będzie normalna.

– Czy ten zabieg boli? – chce wiedzieć Ethan. Słysząc troskę w jego głosie, czuję ciarki; dają o sobie znać wyrzuty sumienia.

– Ani trochę – zapewnia Nash. – To takie uczucie, jak przy wkładaniu tamponu, tylko mniejszego. Gotowa?

 

Lekarz patrzy na mnie. Przeskakuje między nami elektryczna iskra, naładowana cząsteczka nadziei i stresu dość silna, by cały pokój runął. Pewnie tak by się stało, gdyby nie Ethan, który zupełnie przegapił ten moment. Nie odrywa wzroku od ekranu.

Odkasłuję.

– Zróbmy to.

Nash najpierw wprowadza we mnie wziernik, żeby obejrzeć szyjkę macicy, a następnie bezboleśnie wkłada mi do pochwy rurkę. Cała nasza trójka patrzy, jak przyrząd wślizguje się do mojej macicy.

– No dobrze, chwila prawdy – mówi lekarz. Zachowuje się spokojnie, ale widzę, że lekko drży mu ręka; czuję, jak przewód porusza się we mnie. Jego stres to nasz wspólny sekret, narzucona nam odgórnie chwila intymności. Aby jakoś zrównoważyć tę bliskość, ściskam dłoń Ethana. Nash zwalnia tłok.

Biała kropeczka wystrzela z rurki i znika gdzieś w głębi mojej macicy. Trzy sekundy i już jej nie ma.

– Okej. – Nash wypuszcza powietrze z płuc i wyciąga przewód i wziernik. – Teraz pozostaje nam tylko czekać.

Ethan odwraca się ku mnie z ekstatycznym uśmiechem. Całuje mnie w usta, a następnie ściska Nashowi dłoń, jakby nigdy nie istniał między nimi żaden zawodowy konflikt. Nie żeby Nash zdawał sobie w ogóle sprawę, z kim ma do czynienia. Dla niego mój mąż to Ethan Glasser, stateczny nauczyciel przyrody, a nie doktor Ethan Abrams, jego niezmordowany ideologiczny przeciwnik.

– Bardzo dziękuję – mówi do lekarza. – Nie ma pan pojęcia, jaka to ważna rzecz.

Modlę się w duchu, żeby Nash na mnie nie spojrzał, bo wtedy mogę nie wytrzymać i wyrzucić z siebie palącą prawdę. Lekarz jednak tylko klepie go jowialnie po ramieniu i pokusa znika.

– Tak się składa, że chyba wiem – odpowiada z uśmiechem.

* * *

Jedenaście dni później, w poniedziałek rano, budzę się z obolałymi, ciężkimi piersiami i czuję ucisk na pęcherz. Ethan jest już na uczelni, przygotowuje się do wykładu z etyki, który prowadzi o dziewiątej.

Pędzę do łazienki, rozpakowuję testy ciążowe trzech marek, które zebrałam podczas nieznośnego oczekiwania na ten dzień. Miałam nie robić testów przez co najmniej jedenaście dni po zabiegu, ale po cichu sikałam na patyczek każdego ranka i wieczoru od szóstego dnia. Za każdym razem cholerstwo pokazywało tylko uparte białe pole i jedną różową kreskę, a ja czułam, jak panika podchodzi mi do gardła.

Dzisiaj jednak, gdy przyglądam się swojemu nagiemu ciału przed lustrem w łazience, widzę, że coś się zmieniło. Sutki pociemniały i mają fioletowobrązowy kolor. Coś takiego zdarzyło się wcześniej tylko raz.

Zawisam nad toaletą z patyczkiem w dłoni i sikam jak profesjonalistka. Żałosne, ale potrafiłabym to zrobić we śnie. W tym tygodniu przez czystą niecierpliwość zmarnowałam dobre dwieście dolarów na testy. Żadnego pragnienia nie da się porównać z tą pierwotną potrzebą świadomości, że nosisz w sobie nowe życie. Chcę być świadkiem każdej chwili jego egzystencji. Miłość, jaką pragnę dać nowemu dziecku, rozsadza mi serce słodko-gorzkim bólem. Mogłabym czekać tysiąc lat, gdybym tylko miała pewność, że pewnego dnia znów zostanę matką. Właśnie ta niewiedza jest najtrudniejsza do zniesienia.

Podciągam bieliznę i siadam na podłodze, opieram się o ścianę. Czyste pole testu znów ze mnie szydzi.

Lepiej nie patrzeć. W przeciwnym razie te trzy minuty zajmą całą wieczność. Ale kogo ja próbuję oszukać? Podsuwam patyczek do okna, żeby słońce oświetliło choćby najbledszą kreskę. Drobinki kurzu tańczą w złotym świetle, ale patyczek nadal jest obrzydliwie biały.

No dalej, proszę.

Zaciskam mocno powieki i odliczam cicho sekundy. Kiedy dochodzę do dwudziestu siedmiu, nie mogę dłużej wytrzymać i otwieram oczy.

Jest. Druga kreska.

„Blada” to za mało powiedziane. Cień najjaśniejszego różu, zbyt delikatny, by miał wyraźną krawędź. Ale jest.

Przez cały tydzień zastanawiałam się, czy wybuchnę płaczem, kiedy nadejdzie ta chwila. Zamiast tego tylko wpatruję się w patyczek i nawet nie mrugam. Żadne dzieło sztuki na świecie nie dorównuje pięknem tej jednej kreseczce.

Znowu zostanę matką.

Colton byłby wspaniałym starszym bratem. Jak to możliwe, że dobra wiadomość potrafi sprawić taki ból?

Po kolejnych sześćdziesięciu sekundach widmowy róż ciemnieje. Jest już na tyle wyraźny, że mogę zrobić zdjęcie i wysłać je…

Nashowi, myślę w pierwszej chwili. Dopiero potem, zażenowana, myślę o Ethanie.

Jeszcze jedno imię przychodzi mi do głowy. Zauważam, że odruchowo zacisnęłam pięści. Przecież ten mały skrawek DNA nic nie znaczy, właściwie nie ma wpływu na całego człowieka. To tylko prosty sposób na załatanie kilku chorych komórek. Załatwione. Nie ma o czym mówić.

Teraz to moje dziecko. Moja córeczka.

Pędzę do sypialni, chwytam telefon i robię zdjęcie mojemu bezcennemu skarbowi. Następnie wysyłam je do Ethana: UDAŁO NAM SIĘ!!!

Potem wysyłam identyczną wiadomość do Nasha, który dał mi swój prywatny numer na wszelki wypadek. Po chwili namysłu dodaję: „Jest pan cudotwórcą :)))”.

Aż nagle, zupełnie znikąd, dopada mnie spóźnione przerażenie. Uderza z taką mocą, że aż opadam na łóżko.

A co, jeśli ona nie jest normalna? Co wtedy?

* * *

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?