Matka wie najlepiejTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie – protestuje Nash, ale odmowę osłabia ekscytacja widoczna w jego spojrzeniu. – To dalej obłęd. No i potrzebowalibyśmy też dawczyni zdrowych jajeczek, więc musielibyśmy wciągnąć w to jeszcze jedną osobę, a to zwiększa ryzyko.

– Przecież ja mogę to zrobić – wyrywa mi się. – Wtedy wszystko zostanie między naszą trójką. – Uśmiecham się do niego z zadowoloną miną kogoś, kto zgarnia zwycięską pulę, choć przegrywał od początku rozgrywki. – Nikt inny nie musi o niczym wiedzieć.

TERAZ

ABBY

Kiedy wracam do domu ze szkoły, mama chodzi po mieszkaniu z dwoma facetami z firmy ochroniarskiej i sprawdzają wszystkie okna na parterze. Wyjaśnia, że tylko ulepszają system zabezpieczeń, montują nowe czujniki i kamery. Mnie jedynie interesuje, żeby nie poszli za mną na górę.

Zamykam się w pokoju i pospiesznie rozpinam plecak. Riley wsadziła mi zestaw do badań do środka. Razem z pakunkiem wypada różowa karteczka z wydrukowanym pozwoleniem na wzięcie udziału w wycieczce na koniec roku, rodzice muszą ją podpisać. Cała piąta klasa jedzie do Storm King, fantastycznego parku rzeźb na powietrzu. Nie wiem, czy mama pozwoli mi jechać. Czasami dziwnie reaguje na informacje o dużych grupowych wyjściach, jakby się bała, że mnie porwą albo się zgubię. Ona na pewno nie pojedzie, nie mam żadnych wątpliwości.

Mama puka do drzwi.

– Wszystko w porządku? Uciekłaś tak, jakby się paliło.

Wciskam zestaw pod łóżko i otwieram drzwi.

Stoi na progu, jak zwykle w dresie. Włosy ma ściągnięte w kucyk, podkrążone oczy bez makijażu. Czoło przecina jej bruzda znamionująca zmartwienie. Nie rozumiem, czym ona się tak stresuje. Przecież nie mieszkamy w Afganistanie.

– Muszę się pouczyć, to wszystko. Mam jutro duży sprawdzian z matematyki.

– Od kiedy tak ci się spieszy do odrabiania pracy domowej?

Wzruszam ramionami. Podaję jej różową karteczkę od wychowawczyni, zaadresowaną do pani i pana Burke, żeby odciągnąć jej uwagę.

– Muszę przynieść twój podpis.

– Błagam – wzdycha mama.

– Mamo, proszę. Jedziemy do Storm King. Będzie super.

Marszczy brwi.

– A ilu opiekunów z wami jedzie?

– Nie wiem, może chcesz się zgłosić na ochotnika?

Chyba zauważyła irytację w moim głosie, bo się wycofuje.

– Dobrze, dobrze. – Chwyta długopis z biurka i już ma nabazgrać swój podpis, kiedy nagle coś ją powstrzymuje. Odwraca kartkę na drugą stronę i wciąga gwałtownie powietrze. Patrzy na mnie ze zgrozą. – Poważnie, Abigail?

– Co?

Ona zgniata kartkę i rzuca mi ją pod nogi.

– Nie wiem, co mam ci w ogóle powiedzieć.

Rozprostowuję świstek. Z tyłu jest napisane: „Moja matka to psycholka”.

PRZEDTEM

CLAIRE

Wchodzę po schodach, wynurzając się ze stacji metra przy Sto Szesnastej Ulicy, by spotkać się z Ethanem na kolacji, kiedy nagle na ekranie komórki widzę, że mam wiadomość głosową.

„Pani Glasser, mówi Rob Nash. Proszę zadzwonić do mojego gabinetu, kiedy tylko będzie pani mogła”.

Wpatruję się w telefon z niedowierzaniem. Wciąż krzywię się na samo wspomnienie tej chwili, kiedy przerwał spotkanie ze mną i wyszedł z baru. Nigdy wcześniej nie czułam się tak głupio.

Ethan i ja prawie nie rozmawiamy od tamtej nocy, bo po powrocie do domu oznajmiłam, że zmieniłam zdanie co do in vitro.

– Co takiego? – Ethan był w szoku. – Tuż po wizycie u swojego ukochanego lekarza?

Oczywiście nie mogłam mu wyznać, jak bardzo zawiodłam się na Nashu. Zamiast tego wyjaśniłam, że nie jestem emocjonalnie gotowa na przyjęcie jajeczka przypadkowej dawczyni.

Wstydliwa prawda jest jednak inna. Nie sądzę, że byłabym w stanie kochać cudze dziecko równie mocno jak własne. Zdaję sobie sprawę, jaka jestem przez to żenująco zacofana, jak osoba mająca się za liberała, która wciąż kieruje się rasistowskimi uprzedzeniami. Nic jednak nie mogę na to poradzić; więzy krwi mają znaczenie. Ostatnie, czego pragnę, to zostać zaledwie zastępczą macicą dla dziecka Ethana z inną kobietą. A gdyby któregoś dnia dziecko postanowiło odszukać swoją „prawdziwą” matkę… To by mnie zabiło.

Gapię się na telefon i nagle zauważam, że zatrzymałam się na samym środku schodów prowadzących z metra. Podróżni mijają mnie, pomrukując z niezadowoleniem, i trącają łokciami, przepływając niekończącym się zirytowanym strumieniem. Ja jednak się nie ruszam. Zamiast tego oddzwaniam natychmiast, podkręcając głośność do maksimum.

– Szybko poszło. Dzwoniłem jakieś pięć minut temu.

– Nie spodziewałam się, że jeszcze się pan ze mną skontaktuje. – Pospiesznie wychodzę ze stacji i chowam się w odosobnieniu pod okapem dachu budynku uniwersytetu.

– Kiedy najprędzej moglibyśmy się spotkać? Twarzą w twarz.

– W sprawie…? – Urywam. Wbrew rozsądkowi ekscytacja i nadzieja rozpełzły mi się po sercu.

– Porozmawiamy, kiedy się zobaczymy. Będę dziś w gabinecie jeszcze przez godzinę albo jutro do…

– Proszę zostać. Już jadę.

Podskakuję jak nastolatka, która właśnie dostała zaproszenie na studniówkę.

Pędząc z powrotem do metra, wysyłam Ethanowi starannie zredagowaną wiadomość: „Bardzo przepraszam, kochanie, ale właśnie się dowiedziałam, że tata Evy nagle zmarł. Muszę być dziś przy niej”.

Eva to moja koleżanka z pracy w „Mindset”, Ethan ledwo ją zna. Nie ma szans, żeby zdołał zweryfikować szczegóły.

Po chwili dostaję odpowiedź: „Przykro mi to słyszeć”. Kropeczki w okienku podskakują, znikają, znów się pojawiają. „Czy ty mnie unikasz?”

„Nie żartuj – odpisuję mu pospiesznie. – Zobaczymy się w domu”. Po chwili dodaję jeszcze czerwone serduszko i całusa. To najbliższy pocałunkowi gest, na jaki zdobyliśmy się od tygodnia.

Czy do tego teraz sprowadza się nasz związek?

Boję się, że coraz bardziej się od siebie oddalamy. Tu nie chodzi już tylko o wspólną traumę, lecz o głęboki filozoficzny rozdźwięk między nami. Ethan patrzy na świat jak przechodzień. Jest gotów zaakceptować kaprysy natury. Ja z kolei spoglądam na rzeczywistość niczym redaktorka, gotowa poprawiać wszystkie jej błędy i pomyłki. Nie mogę znieść jego sposobu myślenia – z wzajemnością – ale nasza wspólna miłość do Coltona pomogła nam przezwyciężyć różnice. Drugie dziecko może się okazać jedyną nadzieją dla tego małżeństwa.

„Okej”, odpisuje w końcu Ethan. Bez buziaka. Odczekuję pełną minutę na schodach do metra. Nie mogę znieść myśli, że nasza intymność została zredukowana do kreskówkowej ikonki. Nic jednak się nie pojawia.

* * *

Dwadzieścia dwie minuty później wpadam zdyszana do gabinetu Nasha. Jest już po osiemnastej i wszyscy pracownicy zdążyli rozejść się do domów, ale on i tak zamyka drzwi. Ten gest sugeruje wspólny sekret, a na tę myśl przechodzi mnie dreszcz podekscytowania.

Lekarz wskazuje mi jeden z obitych skórą foteli i zajmuje miejsce za biurkiem.

– Dziękuję, że tak szybko znalazła pani czas.

– Żaden kłopot. Co się dzieje?

Nask przyciska obie dłonie do drewnianego blatu i przygląda mi się z powagą.

– Ryzyko obejmuje wiele istotnych niewiadomych. Musi to pani zrozumieć.

– Boże. – Wargi same rozciągają mi się w euforycznym uśmiechu. On jednak go nie odwzajemnia.

– Nie mogę zagwarantować, że dziecko urodzi się normalne. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy dziecka z DNA trojga rodziców.

– Ale testy na zwierzętach zakończyły się sukcesem? Nie było żadnych deformacji?

Nash przytakuje.

– Właśnie dlatego jestem gotów podjąć ryzyko, jeśli pani też się na to pisze. Ale proszę pamiętać, że może pani być zmuszona ponosić konsekwencje tej decyzji przez resztę życia.

– Rozumiem.

– Musi pani być na to gotowa fizycznie i psychicznie. Jest pani pewna, że to udźwignie?

Nagle czuję niespodziewany, palący ból wzdłuż nadgarstków – żywe wspomnienie wypalone w skórze. Zaciskam dłonie na podłokietnikach, próbując odpędzić to wrażenie.

– Oczywiście – zapewniam. – Bez dwóch zdań.

Pieczenie ustępuje. Skupiam się na wizji nowego dziecka, kopiącego mnie od środka, na tych pierwszych motylich trzepotach życia, których nie da się porównać z żadnym uczuciem na świecie. Moje własne dziecko, moje i Ethana. I…

– A kto będzie drugą matką? – pytam, ale gdy tylko wypowiadam to słowo, mam ochotę je cofnąć. – To znaczy dawczynią?

Kobieta z doskonałymi mitochondriami dostarczy zaledwie trzydzieści siedem genów. Pozostałe dwadzieścia tysięcy będzie pochodziło ode mnie i Ethana. Ona nie zasługuje na taki sam poziom uznania jak ja. Przysięgam w duchu, że już nigdy więcej o niej tak nie pomyślę.

– Moja współpracownica. – Nash nie zwraca uwagi na moją poprawkę. – Doktor Jillian jest młoda i zdrowa, a co najważniejsze dyskretna. Musimy zachować wszystko w jak najwęższym gronie.

Unoszę brwi.

– Zaraz, więc teraz jej pan ufa?

– Ufam, że nie będzie sabotować własnej kariery. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie ze wszystkimi założeniami, czeka nas największy przełom w leczeniu niepłodności od momentu wynalezienia metody in vitro.

– A mi pan ufa? – Patrzę mu prosto w oczy.

– Mogę się mylić, ale nie wydaje mi się, żeby w sekrecie pracowała pani dla FDA.

– Tak się składa… – żartuję.

Nash udaje, że ociera pot z czoła.

 

– Chciałbym móc się z tego śmiać.

– A więc jak to będzie wyglądać?

– Na papierze będzie pani zwykłą pacjentką do in vitro, żeby całą procedurę dało się sfinansować przez ubezpieczenie zdrowotne. Nie będzie żadnych dowodów. Donacja mitochondria to procedura, która zajmuje godzinę w laboratorium. I kiedy już zajdzie pani w ciążę, nie da się jej wykazać bez poddania się bardzo konkretnym testom prenatalnym.

Ledwo słyszę ostatnie zdania, bo znów skoncentrowałam się na słowach „zajdzie pani w ciążę”. Wszystko to brzmi albo jak fantazja rodem z bajki Disneya, albo jak dystopijny koszmar. Jestem jednak gotowa na podjęcie ryzyka.

– Z nikim nie będę o tym rozmawiać – zapewniam.

– Z wyjątkiem męża oczywiście?

– Nawet z nim. – Szczególnie z nim. – W końcu zależy nam na jak najwęższym kręgu wtajemniczonych, prawda?

– No dobrze. – Nash wygląda na zaskoczonego. – Jeśli pani to odpowiada…

Nachylam się ku niemu nad biurkiem.

– Nie jestem religijną kobietą, ale jedno jest dla mnie święte: pamięć o synu. – Znów czuję znajomy ucisk w gardle. – Przysięgam na życie Coltona, że to zostanie między nami.

Nash wyciąga rękę. Spodziewam się, że będzie chciał uścisnąć mi dłoń na znak zgody, ale on zamiast tego kładzie ją łagodnie na mojej.

– Więc zróbmy to dla niego.

TERAZ

ABBY

Krzywię się, widząc, jak oczy mamy wypełniają się łzami. Przez tę kartkę wyszłam na potwora. „Moja matka to psycholka”. Zabiję Sydney, kiedy zobaczę ją jutro w szkole. Na pewno chciała mnie wpędzić w kłopoty, żebym nie mogła jechać na wycieczkę. Dzięki temu będzie mogła zostać sam na sam z Tylerem. Jeśli jej się uda, to każę mu przysiąc, że będzie ją ignorował.

– Nie napisałam tego – protestuję. – Dlaczego miałabym to zrobić?

Mama wydaje z siebie odgłos zniesmaczenia.

– Możesz mnie nienawidzić, ale nie wolno ci kłamać.

– Przecież cię nie nienawidzę! – Z frustracji aż kopię plecak. – A poza tym mówię prawdę, dobra? Boże.

Ona splata ręce na piersi.

– Czyli co, mam uwierzyć, że ktoś zakradł się do twojego plecaka, kiedy nie patrzyłaś, i napisał coś tak okrutnego okrągłymi literkami? Dokładnie takimi jak twoje?

Opadam na łóżko.

– No tak.

– Oczywiście, to o wiele bardziej logiczne wytłumaczenie. – Mama podchodzi i siada obok moich stóp. – Nie wyjdę stąd, dopóki nie przyznasz, że kłamiesz.

– Ale ja nie kłamię! To niesprawiedliwe! Kiedy ja cię w ogóle okłamałam?

– Zastanówmy się. – Mama przykłada palec do brody w geście udawanego namysłu. – Nie sprawdzasz ukradkiem Instagrama, którego nie wolno ci mieć? I nie udajesz czasami, że boli cię brzuch, chociaż od lat nie byłaś chora?

Oblizuję wargi, żeby ukryć uśmiech winowajczyni.

– Skąd wiedziałaś?

– Nie o tym rozmawiamy.

– Proszę bardzo. – Wślizguję się pod kołdrę i odwracam do niej plecami.

– Abigail. – Teraz mama już mówi ostrzegawczym tonem. – Jestem gotowa na twoje przeprosiny.

– Przecież mówiłam – mamroczę do ściany. – Nie napisałam tego.

– Więc kto to zrobił?

Odrzucam kołdrę i siadam na łóżku.

– Taka dziewczyna, która mnie nie znosi, okej?

– Ktoś cię nie lubi? – Mama ściąga brwi. – Nigdy mi o tym nie wspominałaś.

– Bo ona gada różne wstrętne rzeczy o tobie. Nie chciałam, żebyś wiedziała.

– O mnie? Jak to?

Zaczynam obgryzać paznokieć.

– No bo wiesz, nigdy się nigdzie nie pojawiasz i w ogóle. Pod szkołą nawet nie wysiadasz z samochodu.

Siedzi oniemiała i trochę zawstydzona. Czekam na wyjaśnienia. Coś więcej niż jej zwyczajowe „Nie jestem towarzyska” albo „Cierpię na lęk społeczny”. Mam ochotę zapytać: „Czego się tak boisz?”, ale nie mam jaj.

– Dzieci w twoim wieku potrafią być bardzo okrutne – mówi w końcu.

– No. – Wzruszam ramionami. Podnoszę tę głupią różową kartkę i przyglądam się napisowi. – To na pewno nie moje. Ja inaczej piszę małe „a”.

Mama posyła mi dziwne spojrzenie, od którego aż przechodzi mnie dreszcz. Jakby próbowała mnie rozpoznać, ale widziała kogoś innego.

– Halo. – Macham jej ręką przed oczami. – Nie zrobiłam tego. Okej?

– Jeśli chcesz mnie ukarać, rozumiem. – Wzdycha. – Wiem, że jestem ostatnio nieobecna.

– Mamo, po raz ostatni ci powtarzam, że to nie ja! – Już prawie na nią krzyczę, ale nic mnie to nie obchodzi. – Czy ty myślisz, że jestem jakimś potworem?

– Dobrze, dobrze. Uspokój się.

– Wiesz co? Masz rację – oznajmiam głośno. – Jesteś totalnie nieprzytomna. To okropne. Czasami mam wrażenie, że w ogóle cię tu nie ma.

– Przepraszam. Naprawdę. Nie czuję się ostatnio dobrze.

W innej sytuacji to by mnie rozzłościło, ale zamiast tego się hamuję.

– Co ci jest?

– Nic, czym musiałabyś się martwić – zapewnia, machając dłonią.

Zapada dziwna, niezręczna cisza. Nie wierzę jej, a ona o tym wie, ale nie dodaje nic więcej. Po kilku chwilach milczenia podnoszę plecak z ziemi i kładę go sobie na kolanach.

– Chyba powinnam zabrać się do nauki.

– Dobrze. Obiad o szóstej.

Mama zeskakuje z łóżka i idzie do drzwi. Nie przytuliła mnie, nawet się nie odwraca. Mam wrażenie, że chce uciec. Wreszcie coś do mnie dociera. Na jej twarzy nie malowała się złość. To był strach.

PRZEDTEM

CLAIRE

Jeszcze dziewięć miesięcy

Przez trzy nieprzyjemne tygodnie pompowałam w siebie koktajl hormonów, żeby zachęcić jajniki do produkcji jak największej liczby jajeczek, a Jillian robiła to samo. Dziś wreszcie nadszedł wielki dzień. Nash pobierze nasze komórki jajowe podczas dwóch równoległych zabiegów. A potem, kiedy ja będę odsypiać końską dawkę leków, on przeprowadzi w tajemnicy procedurę donacji mitochondrialnej i połączy hybrydę naszych jajeczek z plemnikiem Ethana.

Jakbym nie miała dość zmartwień, badanie nasienia wykazało, że ma małą liczbę plemników w ejakulacie. To ponoć skutek jakiejś łagodnej infekcji prostaty, więc Nash zapisał mu jakieś antybiotyki, które do tej pory powinny już zadziałać. Ethan się nie zamartwia; jest dobrej myśli.

Celujemy w wytworzenie około dwunastu zdrowych zarodków. Za pięć dni Nash wybierze najbardziej obiecujący i umieści go w mojej macicy. A potem pozostaje nam mieć nadzieję, że się zagnieździ. „Nadzieja” to złe słowo. Ludzie mają nadzieję, że w weekend będzie ładna pogoda. Ja odczuwam organiczny ból, jak żeglarz tęskniący za stałym lądem.

Chciałabym móc zaufać Bogu, losowi czy jakimś nadprzyrodzonym mocom, które przynoszą ukojenie innym. Jestem jednak na to o wiele zbyt racjonalna – tutaj liczą się tylko twarde fakty i szanse. Mam już prawie czterdzieści lat, więc sytuacja nie wygląda szczególnie obiecująco. Odsetek przeżywalności donoszonych ciąż w tym wieku wynosi jedynie piętnaście procent, i to przy absolutnie normalnych zarodkach.

Ethan też z całych sił chwyta się naszej maleńkiej wysepki nadziei. Kiedy oznajmiłam, że jednak zamierzam poddać się zabiegowi in vitro z użyciem własnych jajeczek i „modlić się o cud”, jego stosunek do mnie nagle zupełnie się zmienił. Jego pochmurny dystans i oschłe buziaki w policzek zniknęły. Znów zaczął mnie przytulać w łóżku. Któregoś dnia spytałam go, czy nie boi się, że urodzę kolejne dziecko takie jak Colton. „Bóg nie zesłałby nam nic ponad nasze siły – odparł spokojnie. – Będziemy je kochać bez względu na wszystko”.

W odpowiedzi zdołałam tylko pokiwać głową. Za bardzo się obawiałam, że jeśli otworzę usta, to wywołam kłótnię, której nigdy nie zdołam wygrać. Jego podejście jest oburzające – to wymówka do zrobienia czegoś zupełnie bezmyślnego. Ryzykowanie, że obciążymy dziecko cierpieniem na całe życie, i zrzucanie winy na „boski plan, którego jeszcze nie pojęliśmy” to odrażająca ucieczka przed odpowiedzialnością. Ale gdybym weszła w dyskusję, musiałabym uznać dzielące nas różnice w moralności, a to podważyłoby aspekt moralny całej jego kariery.

Łatwiej po prostu się zamknąć i robić wszystko po swojemu. Ochronię nasze dziecko przed nami obojgiem, przed moimi wadliwymi genami i wadliwym myśleniem Ethana. Już wcześniej byłam niebezpiecznie blisko odejścia, ale druga szansa na rodzicielstwo przekonała mnie, żeby nie porzucać męża. Pomagają mi wspomnienia nocy, którą przesiedział z Coltonem, czytając mu ostatni tom Harry’ego Pottera w sześciogodzinnym maratonie, bo nie mieliśmy gwarancji jeszcze jednego dnia z synem. Ethan był fantastycznym tatą, nawet jeśli nie okazał się moją idealną bratnią duszą. To też jest cenne.

* * *

Kiedy rano siedzimy w poczekalni kliniki Nasha i czekamy na zabieg pobrania jajeczek, Ethan przyciąga mnie do siebie.

– Denerwujesz się?

Procedura wymaga, żebym poddała się znieczuleniu, podczas gdy Nash włoży mi do pochwy igłę, która sięgnie aż do jajników, żeby pobrać z nich komórki jajowe.

– A, nie. – Wzruszam ramionami. – Dwadzieścia minut i po krzyku.

– Dzielna dziewczyna.

Uśmiecham się zalotnie i zniżam głos.

– Twoje zadanie jest o wiele przyjemniejsze.

– Nie zamierzam tam niczego dotykać. Myślisz, że w ogóle kiedyś czyścili ten odtwarzacz DVD?

– Słyszałam, że Nianie amatorki to klasyka kina.

Ethan się śmieje. Pielęgniarka wychyla się z gabinetu.

– Panie Glasser, wszystko gotowe.

– Idź, mój ogierze – szepczę, kiedy mąż wstaje.

– Moja siła tkwi w liczbach – żartuje Ethan. Zaciskam mocno kciuki pod swetrem.

W oczekiwaniu na zabieg zerkam na inne pacjentki siedzące na białych skórzanych kanapach. Trzy kobiety po dwudziestce albo trzydziestce, stukające w komórki. Czy któraś z nich jest moją tajemniczą Jillian? Wiem, że ona też dziś podda się zabiegowi, żeby Nash mógł przeprowadzić nielegalny proces donacji mitochondrialnej jeszcze po południu.

Moją uwagę przyciąga zwłaszcza kobieta o niesamowitych rudych włosach, które spływają jej z ramion falami godnymi reklamy szamponu. Jej skupiona twarz emanuje młodością – kremowa skóra, krągłe policzki, garść rozsypanych piegów. Nie wiem, czy ma chociaż dwadzieścia pięć lat.

W tym wieku byłam, kiedy poznałam Ethana. Takie niewinne czasy, jeszcze przed nową erą – przed Coltonem. Uśmiecham się do siebie na wspomnienie dni, kiedy zakochany zostawiał mi w mieszkaniu liściki z uroczymi wiadomościami: „Jeśli to czytasz, to właśnie za Tobą tęsknię” albo „Nie mogę się doczekać, aż zobaczę Cię (całą) później”. Każdy świstek schowałam w pudełku po butach, które nadal trzymam na dnie szafy.

Kobieta podnosi głowę i zauważa moje spojrzenie. Cała niepewność co do jej tożsamości natychmiast znika. Tylko bystra badaczka, bez względu na wiek, mogłaby patrzeć tak przenikliwie. Zaciskam mocniej ręce splecione na piersi. Przez mój umysł przebiega myśl, niepokojąca i cudowna zarazem: Już wkrótce jakaś część niej znajdzie się we mnie.

Wargi Jillian rozciągają się w niemal niedostrzegalnym uśmiechu. Nie wiem, czy to ma być uśmiech, czy raczej uśmieszek. W każdym razie z jej oczu bije zaskakujący chłód.

Wcale mi się to nie podoba.

* * *