Matka wie najlepiejTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TERAZ

ABBY

Tydzień później Riley pojawia się na pierwszej lekcji z plecakiem bardziej wypchanym niż zazwyczaj. Posyła mi szeroki uśmiech z drugiego końca sali i unosi kciuk.

Kiedyś siedziałyśmy obok siebie, ale bez przerwy gadałyśmy, więc wychowawczyni rozsadziła nas tak daleko, jak to tylko możliwe. Teraz mamy jeszcze więcej zabawy, bo przez cały dzień możemy sobie podawać karteczki. Co jakiś czas jedna przechodzi obok drugiej i upuszcza jej na kolana złożony kawałek papieru, kiedy nauczyciel nie patrzy. Przez cały dzień mamy lekcje w tej samej klasie, tylko nauczyciele się zmieniają. Ale jeśli chcemy być bardzo ostrożne, podchodzimy do półki na plecaki i wkładamy liścik do kieszonki. Cała piąta klasa używa tego sposobu do wymiany korespondencji, bo w ten sposób istnieje mniejsze ryzyko, że zostaniemy przyłapane, niż gdybyśmy przekazywały sobie karteczki bardziej otwarcie. (Właśnie tak Tyler, w którym się podkochuję, powiedział, że mu się podobam: włożył mi do plecaka karteczkę, na której były dwa kwadraciki i pytanie: „Lubisz mnie? Zaznacz tak albo nie”. Zaznaczyłam „tak” i teraz czasami jemy razem lunch).

Dzisiaj Riley już na początku lekcji odsuwa krzesło. Zaczynają się poranne ogłoszenia: pozwolenia od rodziców na nadchodzącą wycieczkę, księgi pamiątkowe do przygotowania w przyszłym tygodniu. Riley tymczasem rusza do szafki, mijając mnie po drodze.

Udaję, że skupiam się na zeszycie. Pani Miller, nauczycielka plastyki, rysuje coś flamastrem na białej tablicy, stojąc plecami do klasy, więc nie widzi, jak pięść Riley otwiera się nad moją ławką. Chwytam złożony kwadracik i otwieram pod ławką.

Mam zestaw! Spotkajmy się w łazience na długiej przerwie.

„Jesteś super”, mówię bezgłośnie, gdy odchodzi.

W tej samej chwili zauważam, że Sydney po mojej lewej posyła mi niechętne spojrzenie. Uch. Nie lubimy się z Sydney. Zaczęło się w zeszłym roku – obraziła się, bo nie zaprosiłam jej na urodziny po tym, jak dowiedziałam się, że mówi na mnie „mysza” za plecami. A potem rozpuściła wstrętną plotę o mojej mamie, że niby chowa się w domu, bo zakaziła się bakterią, która zjada skórę. Dyrektor kazał jej przeprosić, ale dalej nie jest między nami spoko. Ostatnio zapytała Tylera, czy chciałby się z nią spotkać po szkole, ale on powiedział, że nie, bo idzie na mój mecz piłki nożnej. Od tamtej pory jest na mnie wkurzona.

No dobra, mam teraz ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład – jak przekonać mamę, żeby napluła do fiolki? Przypomina mi się, co nasz nauczyciel przyrody, pan Harrison, mówił o metodzie badawczej: zadaj pytanie, zapoznaj się z materiałami źródłowymi, stwórz hipotezę, przetestuj ją, przeanalizuj dane i wyciągnij wnioski. Ale co, jeśli cały eksperyment jest przeprowadzany w sekrecie? Jak wtedy w ogóle się do tego wszystkiego zabrać?

Następna jest lekcja przyrody. Postanawiam się zgłosić i zapytać.

Pan Harrison wygląda jak wielki, futrzasty niedźwiedź. Widząc moją podniesioną rękę, przerywa wywód o teorii heliocentrycznej.

– Tak, Abigail?

Próbuję zadać pytanie tak, żeby nie wzbudzić jego podejrzeń.

– No więc tak, kiedyś wszyscy myśleli, że Ziemia jest centrum wszechświata?

– No i?

– To jak Kopernik i inni astronomowie udowodnili, że tak nie jest?

Pan Harrison unosi krzaczaste brwi.

– Chodzi ci o to, z jakich teleskopów korzystali?

– Nie, jak im się udało przepchnąć ten pomysł?

– Najprościej powiedzieć, że im się nie udało. Czy ktoś wie na przykład, co się stało z Galileuszem?

Chłopak obok mnie podnosi rękę.

– Chyba go aresztowali?

– Gorzej. – Pan Harrison poważnieje. – Został oskarżony przez Kościół o herezję i skazany na areszt domowy na ostatnie dziewięć lat życia. – Znów patrzy na mnie. – Czy wystarczy ci taka odpowiedź?

No to mnie zachęcił.

– Eee… Chyba tak.

Teraz zgłasza się Riley. Dostrzegam w jej oku znajomy błysk.

– Ale było warto, prawda? Mimo że miał przez to takie kłopoty?

– O tak. – Nauczyciel powoli, mądrze kiwa głową. – Co więcej, powiedziałbym, że poszukiwanie prawdy nawet kosztem wielkich osobistych poświęceń stanowi definicję heroizmu.

Przyjaciółka posyła mi uśmiech. Okej – myślę. – To już bardziej mi się podoba.

PRZEDTEM

CLAIRE

Stone Rose Lounge to elegancki bar na trzecim piętrze. Są tu okrągłe skórzane boksy, a za przeszkloną ścianą roztacza się widok na południową stronę Central Parku. Kelnerzy w muszkach suną po marmurowej posadzce, podając drinki za dziewiętnaście dolarów tytanom mody i finansów, których wizja idealnego wieczoru z pewnością nie ma nic wspólnego z maleńkimi rączkami i bezzębnymi uśmiechami.

Nie pasuję tu. Ethan i ja w ogóle rzadko już wychodzimy na randki. Koncentracja na wyborze filmu i ładne ubranie wymaga za wiele wysiłku, nie wspominając nawet, jakie to wszystko puste. Siedząc między grupkami beztroskich nieznajomych, czuję się tak, jakbym zdradzała Coltona – jak gdyby ich wesołość podkopywała moją stratę.

Ale to spotkanie – jeżeli Nash w ogóle się pojawi – będzie bardzo dalekie od rozrywki. Siadam prościej, gładzę palcami diamentowe sztyfty w uszach, które wykopałam z pudełka na biżuterię. Zamierzam sprawiać wrażenie osoby racjonalnej i godnej zaufania, mimo że nadal czuję się jak oszustka, która tylko przebiera się za dawną Claire.

Już osiemnaście miesięcy temu odstawiłam antydepresanty, a mimo to każdego ranka się ubieram, wciąż co miesiąc piszę artykuły do czasopisma. Znajomi z pracy uważają, że wspaniale sobie poradziłam. Nie mają pojęcia, jak to wygląda od środka.

Popijam wściekle drogiego merlota i krzywię się w duchu na myśl, że oszukałam Ethana. Mój mąż sądzi, że wyszłam na drinka z redaktorką. Dzięki temu, jeśli postanowi zlokalizować mnie przez Find Friends, nie zdziwi się, widząc, że jestem w barze. Mamy wspólne konto na aplikacji lokalizacyjnej z GPS-em. To może trochę kontrolujące, ale przydaje się, kiedy jedno z nas podróżuje albo nie możemy się do siebie dodzwonić.

Poprawiam głęboko wyciętą jedwabną bluzkę i upewniam się, że nie odsłania za dużo dekoltu. Między atrakcyjnym a zdzirowatym wyglądem przebiega cienka granica. Odrobina pierwszego nie zaszkodzi, ale to drugie natychmiast skazałoby mnie na porażkę.

Zerkam na telefon: osiemnaście po dwudziestej pierwszej. Żołądek mi się skręca.

Nie przyjdzie. To oczywiste. Odrywam wzrok od wejścia, próbując nie okazywać desperacji.

Pewnie uznał mnie za wariatkę. A może śmieje się z mojego liściku razem z żoną, jeśli ją ma. Wyobrażam sobie, jak ona przewraca oczami na widok pospiesznie nabazgranej notki, w której nawiązuję do naszych wspólnych „sekretów”. Boże, jakie to żałosne.

Dałam się ponieść! Ze względu na źródło plotek uznałam, że kryje się w nich prawda. Zastanawiam się, co mogłam zrobić nie tak.

Jakieś pięć lat temu, kiedy choroba Coltona przyspieszyła do ostatniego stadium, pracowniczka szpitala zaprosiła mnie do prywatnej internetowej grupy wsparcia Mamy MitoMaluchów. Kobiety z grupy mnie pocieszały, rozumiały moją rozpacz i odpowiadały na wszystkie pytania, od tego, jak czyścić rurkę do karmienia aż po ratunek przy nagłym spadku glukozy. Grupa zajmowała się także gorączkowym poszukiwaniem wiadomości o najnowszych badaniach chorób mitochondrialnych. Po latach zajmowania się chorymi dziećmi matki na forum, obeznane z tematem lepiej od wielu studentów medycyny, prychały na widok takich przesadnie optymistycznych słów jak „przełom” albo „lekarstwo”.

Kiedy więc zaufana członkini o nicku MamaJohna111 niedawno założyła nowy wątek zatytułowany „Poważny rozwój w laboratoriach w NY – chyba SERIO”, zwróciłam na to uwagę.

MamaJohna111 poznała kobietę o imieniu Jillian, pracującą w laboratorium Nasha. Nie byłam zaskoczona tym spotkaniem, bo matki z grupy miały wiele znajomości wśród naukowców prowadzących najbardziej innowacyjne badania tej choroby w Stanach Zjednoczonych. Ta Jillian zdradziła kobiecie kilka szczegółów z trwającego projektu Nasha, licząc na prywatne dofinansowanie od matek, które miały w swoim otoczeniu potencjalnych zamożnych sponsorów. Projekt był jednak tajny, więc informacji nie było wiele.

Dowiedziałyśmy się tylko, że Nash zdołał ponoć wytworzyć zdrową komórkę jajową u kobiet, które cierpią na choroby mitochondrialne. Innymi słowy, mogłybyśmy bezpiecznie urodzić własne genetyczne potomstwo, z jednym niewielkim zastrzeżeniem. Podobno wymyślił, jak zszyć DNA dwóch kobiet w jedno – zdrowe jądro komórkowe od kobiety takiej jak ja i zdrowe mitochondria od dawczyni, by zastąpić deficyt w komórkach matki. Teoretycznie to rzeczywiście możliwe, bo DNA mitochondrialne znajduje się poza jądrem komórkowym.

Powiedzmy, że jądro komórkowe to wielki, ważny dom, w którym mieszka prawie całe DNA komórki. DNA mitochondrium jest jak niewielki generator prądu na tyłach domu. Może i jest mały, ale to jego energia napędza cały budynek. Czasami jednak generator jest wadliwy i grozi eksplozją, przez którą cały dom legnie w gruzach.

Pomysł Nasha pozwala na ocalenie domu od spłonięcia poprzez przeniesienie go na inną, bezpieczną posesję, z której wcześniej usunięto dom. Pozostał tylko sprawny generator, czekający na nową posiadłość. W rezultacie może powstać całkowicie bezpieczne miejsce do zamieszkania – bez najmniejszego ryzyka eksplozji.

Mówiąc bardziej naukowym językiem, Nash być może zdołał stworzyć jajeczko-hybrydę, które następnie może zostać zapłodnione. Taki zarodek miałby dwie genetyczne matki i jednego ojca. Jeśli to prawda, zapoczątkował zupełnie nową, rewolucyjną ścieżkę tworzenia potomstwa posiadającego genetycznie troje rodziców – po raz pierwszy w historii. No i oczywiście to absolutnie nielegalne, bo takie działanie łamie ostry federalny zakaz wprowadzania zmian w ludzkim materiale genetycznym celem reprodukcji.

 

Byłoby o wiele łatwiej, gdyby nie musiały w tym uczestniczyć trzy osoby – gdyby na przykład mój mąż był w stanie dostarczyć zdrowe mitochondria zamiast jakiejś przypadkowej dawczyni – ale niestety biologia tak nie działa. Tylko komórki jajowe – a zatem tylko kobiety – mogą przekazywać dalej ten konkretny materiał genetyczny.

Szanse, że taka transplantacja się powiedzie, są niewielkie, a ryzyko wysokie, lecz MamaJohna111 zakończyła swój wpis na forum stwierdzeniem, o którym nie mogę przestać myśleć:

Dziewczyny, między wierszami odniosłam wrażenie, że dr Nash może szuka kobiety takiej jak my, która zgodziłaby się poddać testom klinicznym i spróbować urodzić zdrowe dziecko w ten sposób, oczywiście w ścisłej tajemnicy… Bo w przeciwnym razie nigdy nie zdoła tego przetestować ze względu na prawo. Jillian nie mogła tego powiedzieć wprost, ale przecież nie jestem głupia!

Ta sugestia sprawiła, że znów rozbłysnął we mnie promyczek nadziei, który stłumiłam dawno temu: mogłabym urodzić (prawie) zupełnie swoje dziecko, poczęte przy niewielkim wsparciu najnowszej technologii. A jednocześnie odrodziłoby się moje małżeństwo, od zbyt dawna już definiowane przez bezradność i chorobę.

Nash jednak spóźnia się już dwadzieścia siedem minut.

Opieram głowę na dłoni, zamykam oczy. Pulsujący ból w czaszce grozi przybraniem na sile, eksplozją i przemianą w migrenę. Elegancka atmosfera baru, gwar rozmów i jazz nie pomagają. Chwytam swoją niedizajnerską torebkę i zbieram się do wyjścia.

– Pani Glasser?

Nash stoi przy skraju mojego boksu z torbę przewieszoną przez ramię. Ma na sobie czarny trencz, opinający potężną sylwetkę. Twarz mu się zaróżowiła, jakby biegł przez kilka przecznic, a bujne włosy całkiem się potargały. Posyła mi zrezygnowany uśmiech, jakby uważał, że miałam prawo czegoś się po nim spodziewać.

– Przepraszam za spóźnienie. Nie byłem pewien, czy jeszcze panią zastanę.

Kołyszę czerwonym płynem w kieliszku i uśmiecham się lekko, choć mam wielką ochotę zerwać się z siedzenia i go objąć.

– Jestem zbyt skąpa, żeby nie dokończyć wina.

– To zrozumiałe. – Lekarz wsuwa się na kanapę po przeciwnej stronie stolika i odkłada teczkę na bok. W przytłumionym świetle, rozproszonym jedynie lśniącymi sylwetkami wieżowców za oknem, jego twarz rysuje się jeszcze ostrzejszymi płaszczyznami niż za dnia: ciężki strop czoła, nieco zbyt ostro zakończony nos, wydatna żuchwa i podbródek. Jest przystojny w agresywnie męski sposób. Nie mogę się powstrzymać od myśli o miękkiej, życzliwej twarzy mojego męża i jego jeszcze bardziej miękkim wnętrzu.

– Dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas. Zdaję sobie sprawę, że mój liścik nie był zbyt… – Urywam, niepewna, na czym stoję.

– Konwencjonalny? – Nash przekrzywia głowę.

– Chciałam powiedzieć „subtelny”, ale to też się zgadza. – Nagle uświadamiam sobie, jak szybko bije mi serce. – Chce pan coś zamówić?

– Nie piję. – Mówi to obojętnym tonem, bez zażenowania. Jako dziennikarka muszę powstrzymać się przed zapytaniem o przyczynę. Wścibska natura mojej pracy niemal odebrała mi zdolność wchodzenia w normalne interakcje społeczne.

– Jasne, rozumiem. – Upijam łyk wina, żeby kupić sobie chwilę, ale wygląda na to, że on nie przepada za rozmowami o pogodzie.

– Skąd zna pani Jillian? – Nash patrzy mi prosto w oczy. To wytrąca mnie z równowagi.

– Pańską współpracownicę? Och, nie znam jej – wyjaśniam, machając dłonią. On spogląda na mnie spod zmrużonych powiek. Zaczynam się niespokojnie wiercić.

– Słyszał pan o grupie Mamy MitoMaluchów? Jedna z naszych forumowiczek ją poznała i dowiedziała się o pewnych… rzeczach, nad którymi pracujecie.

– O jakich rzeczach? – Jego twarz pochmurnieje.

– Tych z… jajeczkami – wyrzucam z siebie wreszcie. Zniżam głos. – I z donacją mitochondrialną…

– Jezu Chryste. – Nash zerka na boki, mamrocze coś pod nosem.

– Wydawało mi się, że szuka pan…?

On gapi się na mnie pustym wzrokiem.

No dobrze, może wcale nie szuka ochotniczek.

– Nieważne. – Płonąc z zażenowania, sięgam do torebki po banknot dwudziestodolarowy, żeby zostawić go na stoliku. – Pójdę już.

– Nie. – Lekarz łapie mnie za rękę. – Muszę wiedzieć, co ona pani powiedziała.

Powtarzam suche fakty, które udało mi się zebrać.

– Oczywiście trzymam pana stronę. Tak jak wszystkie MitoMamy. Jesteśmy ostatnimi osobami, które mogłyby panu zaszkodzić.

Nash siedzi nieruchomo. Zbyt nieruchomo. Spogląda przez okno na zacienione korony drzew Central Parku. Czekam w niezręcznej ciszy. Wreszcie znów spogląda na mnie z ponurą miną.

– Musiała się wygadać w najgorszej chwili.

– Była tylko podekscytowana – protestuję, rzucając się na ratunek Jillian, której nigdy nie spotkałam. – Wie, że jesteśmy z panem, więc nie było żadnego ryzyka.

– Chyba nie rozumie pani, jaki to newralgiczny moment.

Podnoszę rękę.

– Proszę mi wierzyć, rozumiem.

Wszyscy w kręgach bioetycznych takich jak wydział Ethana mówią tylko o ostatniej drakońskiej karze, jaką Agencja Żywności i Leków dowaliła zespołowi naukowców z Yale, którzy odkryli, jak wytworzyć sztuczne komórki jajowe i plemniki, a następnie zmusić je do zapłodnienia, by powstał z nich zarodek – bez żadnego udziału rodziców. Naukowcy twierdzili, że formalnie nie łamią prawa, bo nie ingerowali w geny naturalnego zarodka, ale FDA się z tym nie zgodziła i nie tylko zamknęła laboratorium, ale jeszcze wytoczyła im sprawę karną.

„Życie ludzkie jest świętością, a nie pożywką do nieodpowiedzialnych eksperymentów o nieznanych nam konsekwencjach” – głosiła Agencja w swoim oświadczeniu. Ten cytat natychmiast trafił na pierwsze strony gazet, a Ethan odczytał mi go triumfalnie przy śniadaniu, wymachując łyżką, którą jadł płatki. „Być człowiekiem oznacza mieć dwoje biologicznych rodziców, nie mniej i nie więcej. Wszystko inne stanowiłoby odrzucenie naszego wspólnego dziedzictwa, a także niepotrzebną redefinicję i zagrożenie dla przyszłych pokoleń, a co za tym idzie, także dla bezpieczeństwa całego gatunku ludzkiego”.

Oczywiście badania Nasha będą mieć równie poważne konsekwencje jak grupy z Yale. Troje rodziców to sytuacja zakazana w tym samym stopniu co ich brak. Nie ma wątpliwości, że FDA rzuci się, by tym razem również egzekwować prawo.

– Po prostu nie wierzę. – Nash wzdycha. – To najinteligentniejsza badaczka, z jaką kiedykolwiek pracowałem, naprawdę. Ma kosmiczny potencjał. I nagle odstawia mi taki numer? Jeśli prasa się o tym dowie…

– Nie dowie się – zapewniam stanowczo.

Może to nie najlepszy moment by przyznać, że ja też jestem dziennikarką, chociaż moja naczelna w „Mindset” zabiłaby za taki materiał. Ale mnie to nic nie obchodzi. Interesuje mnie gra o wyższą stawkę. Mogę odejść teraz i do końca życia się nad tym zastanawiać albo porozmawiać z nim prosto z mostu. Nagle atakuje mnie wspomnienie Coltona: dzień, kiedy został odwieziony na sygnale na oddział intensywnej terapii, gdy sepsa rozpełzła się w jego żyłach. „Mamo! – szlochał, ściskając mnie w gorączce. – Mamo, nie chcę już tego ciała!”

Biorę drżący wdech, żeby się opanować.

– Wiem, że mnie pan nie zna, ale możemy sobie pomóc.

– Wspomniała już pani o tym. – Głos Nasha brzmi sceptycznie, ale ja prę naprzód.

– Niczego na świecie tak nie pragnę, jak urodzić własne zdrowe dziecko, a pańska metoda to dla mnie jedyna szansa. Mogę być pana pierwszym ludzkim królikiem doświadczalnym.

Lekarz reaguje śmiechem. Naprawdę się śmieje, choć nie ma w tym ani cienia radości. To coś bardziej jak suche prychnięcie.

Mój oddech znów przyspiesza.

– Nie żartuję. Przeszłam przez piekło, chcę tylko dostać jeszcze jedną szansę na zostanie matką. Po tym, jak straciłam syna… – Mocno przygryzam wargę. – Błagam. Zrobię wszystko.

Nash mi się przygląda, ale z jego twarzy nie da się nic wyczytać. Nie potrafię stwierdzić, czy się nade mną lituje, czy mnie ocenia. Po chwili wstaje i sięga po teczkę.

– Idzie pan sobie?

– Przykro mi z powodu pani syna – mówi tak łagodnym tonem, że nawet mu wierzę. Następnie jednak jego głos przybiera ostrzejszy ton. – Niestety to spotkanie było pomyłką. Uważam, że powinna pani poszukać innego lekarza.

Jego oczy zdradzają smutek kontrastujący z surową kreską zaciśniętych warg. Następnie Nash odwraca się na pięcie i rusza ku drzwiom.

* * *

JILLIAN

Podczas gdy większość ludzi w moim wieku spędzała piątkowy wieczór na imprezach – to znaczy nawalali się w przypadkowych knajpach – ja byłam zajęta analizą raportu z laboratorium.

To najnowsze dane z Double X – eksperymentów z transplantacją jądra komórkowego. Chromosom płci w komórce jajowej to zawsze X, a plemnik może dodać X albo Y. Tak więc połączenie DNA dwóch jajeczek – dwóch X – by stworzyć jedno doskonałe, podsunęło mi skrótową nazwę projektu – Double X, czyli „Podwójne X”. Poza mną stosuje ją tylko Nash, bo nikt oprócz nas nie pracuje nad tym projektem.

To dla mnie pod wieloma względami praca marzeń. Przede wszystkim dlatego, że klinika płodności Nasha przylega do jego prywatnego laboratorium, a co za tym idzie, ma on dostęp do praktycznie nieograniczonej liczby jajeczek, nad którymi może pracować; daje zniżki na in vitro pacjentkom, które zgadzają się przekazać część niezużytych jajeczek do badań. A poza tym nigdy wcześniej nie pracowałam z kimś, kto jest tak blisko geniuszu.

Podczas zakreślania różnych wyników i danych nie mogę powstrzymać myśli dryfujących z powrotem do tej elektryzującej chwili, do której doszło między nami po południu. Tego nie da się zmierzyć ani zbadać. Nieważne, że jest moim szefem, że ja mam dwadzieścia cztery lata, a on czterdzieści dwa. To napięcie niezaprzeczalnie istnieje.

Pocieram powieki, usiłując przywołać szczegóły wspomnienia. W mojej ciasnej kawalerce panuje mrok, odpędzany jedynie przez kałużę żółtego światła na biurku. Blask księżyca nie oświetla Jaskini – tak nazywam to miejsce. Moje jedyne okno wychodzi na ceglaną ścianę, kuchnia to niewiele więcej niż minilodówka, a łazienkę można by pomylić z szafą. To brzmi jak żart, a jednak na stypendium podoktoranckim ledwo mnie stać na tę klitkę na Upper West Side. Ale wystarczy przejść pięć przecznic i już jestem w laboratorium.

Nash nie szasta komplementami. Jedno spojrzenie pełne aprobaty wystarcza, żebym przez tydzień unosiła się nad ziemią. Najpierw przyglądał się, jak demonstruję moją innowacyjną metodę wycinania jądra komórkowego z komórki jajowej dawczyni, żeby zachować jak największą integralność komórki. Pokiwał głową z takim uśmiechem, jakby chciał powiedzieć: „A niech mnie”.

– Będziesz kiedyś wielka, zdajesz sobie z tego sprawę?

– A daj spokój – żachnęłam się, choć wiedziałam, że ma rację. Byłam tego pewna, odkąd w siódmej klasie pan Sear, mój nauczyciel biologii, zatrzymał mnie po lekcji i spytał, czy nie wolałabym chodzić na zajęcia na miejscowy uniwersytet. „Taki poziom byłby bardziej odpowiedni do twojej wiedzy i umiejętności”, wyjaśnił. Po kilku miesiącach na uczelni już błyszczałam na zajęciach z biologii i statystyki, zdumiewając studentów pierwszego roku łatwością, z jaką przyswajałam wiedzę. Myślałam przy tym dużo nad uwagą pana Seara, wyobrażając sobie obiecującą przyszłość, jaką sugerował mi nauczyciel.

Teraz, świeżo po obronie doktoratu z biologii molekularnej na Harvardzie, jestem jednym z najmłodszych ekspertów, jacy kiedykolwiek działali na tym polu. A przecież dopiero zaczynam.

– Mam szczęście, że cię spotkałem. – Nash spojrzał mi w oczy. – Mówię poważnie.

– Czy to oznacza podwyżkę? – Papierowa maseczka i gogle powiększające zakrywały mi większość twarzy, ale on na pewno dostrzegł, że się uśmiecham. Staliśmy obok siebie przy mikroskopie. Nagle, ku mojemu zaskoczeniu, objął mnie ramieniem.

 

– Może po prostu odpalisz mi procent, kiedy już dostaniesz Nobla?

– Zgoda – odparłam. Ku mojemu rozczarowaniu Nash zabrał rękę, ale wciąż pamiętałam jej ciężar. Poczułam mrowienie w ramionach. Nigdy wcześniej się nie dotknęliśmy. Czy to coś oznaczało? Ten gest był zbyt krótki, by sugerować cokolwiek poza mentorską zachętą, ale może…

Nagle ktoś łomocze do drzwi, aż się trzęsą. Wyskakuję z krzesła; już po dziesiątej. Nikt nie odwiedza mnie o takiej porze.

– Kto tam?

– To ja – odzywa się znajomy głos. Przyszedł tutaj?! Pędzę do lustra i wygładzam włosy, po czym otwieram. Późnowieczorna wizyta może oznaczać tylko jedno.

Moja nadzieja jednak gaśnie równie szybko, jak zapłonęła. Nigdy nie widziałam Nasha równie rozjuszonego. Ma zaciśnięte szczęki, różowe policzki, czoło lśniące od kropelek potu.

– Co się stało? – pytam spanikowana. – Dobrze się czujesz?

On wchodzi do mieszkania bez słowa i zapala światło. Pierwszy raz widzi to miejsce; jestem zażenowana skromnością swojego lokum, ale to oczywiste, że teraz nie interesuje go, jak mieszkam. Przygląda mi się z zimną furią.

Natychmiast wracam myślami do naszego pożegnania kilka godzin wcześniej: posprzątałam swoje rzeczy, zapisałam postępy z całego dnia we właściwym dokumencie na dysku i życzyłam mu dobrej nocy, wciąż w euforii po naszym przelotnym kontakcie. On posłał mi uśmiech i zrobił taki gest, jakby unosił kapelusz z głowy: „Dobra robota”.

– Hendricks, jesteś zwolniona.

Chwytam się krawędzi biurka.

– Słucham?

Przy tak potężnym wzroście jego czerwona twarz przypomina czynny wulkan.

– Jesteś wybitnie utalentowana, ale nie mogę ci ufać. Zbyt wiele ryzykuję.

– O czym ty gadasz? Jestem najlepszą współpracownicą, jaką w życiu miałeś.

– Wiem. – Nash zaczyna krążyć po pokoju. – Ale to, co narobiłaś… Wygadałaś się tym MitoMamom o naszych badaniach, choć doskonale wiesz, że teraz są nielegalne. – Przystaje i patrzy mi w oczy. – Coś ty sobie wyobrażała?

– No tak, już rozumiem – odgryzam się z uśmieszkiem. – Rzeczywiście, próby zdobycia dodatkowych źródeł finansowania to niewybaczalne wykroczenie. Racja.

– Kobieta, której to powiedziałaś, wypaplała wszystko na całym forum!

– Nie szkodzi, one są po naszej stronie.

– Tak, aż za bardzo. Jedna właśnie mnie dopadła i proponowała, że podda się pierwszej próbie na ludziach. – Nash przewraca oczami. – Powinnaś mieć więcej rozumu. Te biedne kobiety są zdesperowane.

– No i co? – Zadzieram podbródek. – Mają prawo się tak czuć. I już wcześniej pomogły nam zebrać fundusze, więc chyba powinny wiedzieć, do czego to zmierza?

– Nie powinny, jeśli to znaczy, że będą kłapać dziobami na wszystkie strony! Dziwne, że prasa jeszcze do mnie nie dzwoniła, a zaraz potem służby federalne. Jeszcze chwila i oboje będziemy bez pracy. W najlepszym razie.

W myślach już zaczynam się zastanawiać, jak mam znaleźć nowe stypendium podoktoranckie po nagłym zwolnieniu i bez rekomendacji. Jak zapłacę za czynsz bez tego gównianego dofinansowania? Prędzej wbiję zęby w ścianę, niż poproszę rodziców o pieniądze. Prowadzą elitarną prywatną szkołę na północy stanu Nowy Jork, skąd wysyłają bogate dzieci z dobrych domów prosto na uczelnie Ligi Bluszczowej. Jako jedynaczka dorastałam w gąszczu oczekiwań i ambicji, które jeszcze się rozrosły, gdy ujawniły się moje wybitne zdolności. Ojciec oprawiał sobie moje szóstkowe klasówki w ramki i wieszał na ścianie w gabinecie. Wszystkim gościom mówił: „Jilly daleko w życiu zajdzie”. Nawet załatwił mi artykuł w lokalnej prasie, kiedy w wieku trzynastu lat zostałam przyjęta do Bard College. A teraz, po błyskotliwym starcie, miałabym skończyć w taki sposób? Kompromitacja, usunięcie z uczelni, do widzenia, krzyżyk na drogę?

Nash obserwuje mnie w milczeniu, dając czas na przetrawienie następnych kroków – nieuniknione przeprosiny, logistyczną rozmowę o pozbieraniu rzeczy z laboratorium, jakieś koszmarne, sztywne pożegnanie.

Nie zamierzam na to pozwolić.

Ogarnia mnie spokój. Nie wejdę łagodnie do tej dobrej nocy1.

– Nie możesz mnie zwolnić – mówię. – A w każdym razie nie powinieneś.

– Czyżby? – Słyszę w jego głosie nutę rozbawienia; to dodaje mi śmiałości.

– To byłby twój największy błąd.

– Posłuchaj, rozumiem, że…

– Nie, nic nie rozumiesz. – Przeciskam się obok niego, podchodzę do regału z książkami i ściągam z półki biografię brytyjskich legend medycyny, Roberta Edwardsa i Patricka Steptoe. Na okładce widnieją fotografie dwóch podstarzałych mężczyzn w grubych czarnych okularach i w ciemnych garniturach.

Podnoszę książkę i mu ją pokazuję.

– Pamiętasz ich?

– Oczywiście. – Nash splata ramiona na piersi. – Ojcowie in vitro.

– No właśnie. To oni stworzyli pierwsze dziecko z probówki w siedemdziesiątym ósmym.

– I co to ma wspólnego z tobą?

– Tak się składa, że sporo. Domyślam się, że nie czytałeś ich biografii. – Mocno ściskam książkę w dłoniach. – Wiedzieli, że świat będzie oburzony powstaniem dziecka w laboratorium, że nikt nigdy nie pozwoli im na przeprowadzenie eksperymentu. Dlatego postanowili zrobić coś, na co nie zdobył się nikt przed nimi i wykonali eksperyment w tajemnicy, a potem ukrywali go przez całe dziewięć miesięcy ciąży matki. Dopiero kiedy Louise Brown urodziła się zdrowa, ogłosili wyniki, i wtedy już nikt nie mógł podważać rezultatów. A dzisiaj in vitro jest czymś równie normalnym jak chodzenie do kina.

Nash przygląda mi się spod zmrużonych powiek.

– Jillian…

– Jeśli dobrze pamiętam, Edwards dostał Nobla w dwa tysiące dziesiątym. Warto było zaryzykować, nie uważasz?

– Oszalałaś. – Mój przełożony kręci głową. – Nie ma mowy.

– Oszalałam? – Decyduję się postawić wszystko na jedną kartę. – A może to ty jesteś tchórzem?

Serce łomocze mi w piersi. Wiem, jaki on jest dumny ze swojej odwagi w stawianiu oporu establishmentowi. Może teraz się zapędziłam? Nash spogląda na mnie z niechęcią.

– Nie wygłupiaj się.

– No widzisz, ja sądziłam, że jesteśmy poważni. Dlatego chciałam pracować z tobą. Ale teraz… Po co? Tak daleko zaszliśmy, wiemy, że to działa…

– Na myszach!

– Właśnie dlatego następnym krokiem musi być próba kliniczna albo wszystko na nic.

– Przecież to nielegalne.

– Więc dlaczego wciąż nad tym pracujemy?

Ściąga wargi, nic nie mówi.

Mam nadzieję, że zwrócił uwagę na moje użycie słowa „my”. Rozwinęłam metody badań w równym stopniu jak on, walić nasze tytuły. W tej współpracy oboje jesteśmy tak samo zasłużeni i nasze nazwiska powinny być wymieniane razem, tak jak Edwards i Steptoe, Watson i Crick, czy każdy inny słynny naukowy duet. Jakaś cyniczna część mojego umysłu zastanawia się, czy Nash nie szuka czasem sposobu, żeby zagarnąć dla siebie laury za mój wkład w badania.

To praktycznie standardowe działanie w branży: starszy naukowiec pomijający zasługi młodszej, podległej mu współpracowniczki. Historia stara jak świat, już Watson i Crick nie uwzględnili wkładu Rosalind Franklin w odkrycie podwójnej helisy, a teraz jej imię i nazwisko to zaledwie przypis na kartach historii.

Owszem, Nash mnie pochwalił, ale pewnie dalej uważa się za pioniera, który zasługuje na całą chwałę. Bo w przeciwnym razie dlaczego stwierdził, że lepiej się mnie pozbyć?

Gotując się z wściekłości podnoszę smartfon z biurka. Następnie, odwrócona plecami do Nasha, wybieram ikonkę „notatki głosowe” i wciskam wielki czerwony guzik nagrywania. Jeśli jeszcze raz zagrozi, że mnie zwolni, nie wywinie się tak łatwo.

Odwracam się do niego przodem, przykładam telefon do piersi.

– No? Po co w ogóle zawracamy sobie tym głowę?

– Bo to zbyt wspaniałe, żeby odpuścić – odpowiada cicho.

– To nie odpuszczaj. – Podchodzę bliżej. – Możemy to zrobić. Ta kobieta dała nam idealną okazję do startu. Weźmiemy jej komórki jajowe, przeprowadzimy cały proces transplantacji w laboratorium, gdzie nikt nie będzie nam patrzeć na ręce, i oddamy jej zdrową, zapłodnioną komórkę. Jak przy normalnym in vitro.