Czwarty schowek

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

Tytuł oryginału: Five Nights at Freddy’s: The Fourth Closet

Przekład: Joanna Lipińska

Redaktor prowadzący: Maria Zalasa

Redakcja: Elżbieta Meissner/Agencja Wydawnicza Synergy

Korekta: Anna Stróżek

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Projekt okładki: Rick DeMonco

Zdjęcie na okładce: © Klikk/Dreamstime

Copyright © 2018 Scott Cawthon.

All rights reserved. Published by arrangement with

Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-804-1

Wydanie I, Łódź 2018

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


ROZDZIAŁ 1

C harlie! – John przedzierał się przez gruzy do miejsca, gdzie się znajdowała, krztusząc się pyłem poderwanym przez wybuch. Pozostałości ścian przesuwały mu się pod stopami, a gdy nadepnął na kawał betonu, zachwiał się i ledwie utrzymał na nogach. Złapał się połamanej nawierzchni i zdarł sobie ręce do krwi. Dotarł tam, do miejsca, w którym była ona – czuł pod zwałami jej obecność. Ujął olbrzymi kawałek betonu i zaczął go z całej siły ciągnąć. Zdołał go unieść i przewrócić na bok; beton zsunął się z hukiem, aż zatrzęsła się ziemia. Nad jego głową zgrzytnęła metalowa belka i zadrżała niepokojąco.

– Charlie! – John znów wykrzykiwał jej imię, usuwając kolejny kawałek betonu. – Charlie, nadchodzę!

Z trudem łapał powietrze, rozkopując resztki domu z desperacką siłą, wzmocnioną przez adrenalinę, ale i adrenalina już się kończyła. Zacisnął zęby i parł naprzód. Ręce mu się poślizgnęły, gdy próbował poderwać kolejny kawałek ściany, a gdy spojrzał w dół, uświadomił sobie zszokowany, że wszędzie zostawia plamy krwi. Otarł dłonie o dżinsy i spróbował jeszcze raz. Tym razem odłamek betonu poruszył się, a on oparł go o uda, odsunął się o trzy kroki, po czym upuścił go na kupę gruzu. Upadając na stertę, beton rozbił leżące pod spodem kamienie oraz kawałki szkła, wywołując tym samym lawinę. Wtedy, ledwo słyszalny przez cały ten hałas, rozległ się szept:

– John…

– Charlie. – Serce przestało mu bić, gdy odezwał się do niej, a gruz znów zadrżał mu pod stopami.

Tym razem się przewrócił i upadł na plecy z takim impetem, że aż stracił oddech. Próbował oddychać, ale płuca odmawiały mu posłuszeństwa. W końcu zdołał nabrać powietrza. Usiadł. Kręciło mu się w głowie. I wtedy zobaczył, co odsłoniło osuwisko: był w małym ukrytym pokoju w rodzinnym domu Charlie. Przed nim widać było gładką metalową ścianę. Pośrodku znajdowały się drzwi. Widział tylko ich obrys, bez zawiasów i klamki, ale wiedział, co to było, ponieważ wiedziała o tym Charlie. Pamiętał, że podczas ich ucieczki zatrzymała się w tym miejscu i przycisnęła policzek do ściany, wołając do kogoś – albo czegoś – w środku.

– John… – Znów wyszeptała jego imię, a dźwięk ten zdawał się dochodzić ze wszystkich stron jednocześnie, odbijając się od ścian pomieszczenia.

John poderwał się na równe nogi i przycisnął ręce od drzwi. Były zimne w dotyku. Przyłożył do nich policzek, dokładnie tak, jak wcześniej Charlie, a one stały się jeszcze zimniejsze, jakby wysysały ciepło z jego skóry. Odsunął się i roztarł zmarzniętą twarz, wciąż wpatrując się w lśniący metal, który na jego oczach zaczął szarzeć. Kolor drzwi bladł, a następnie one same zaczęły się robić coraz cieńsze. Zanikały i zanikały, aż wreszcie zaczęły wyglądać jak matowe szkło. Za nimi John ujrzał cień, jakąś postać, która się przysunęła, a drzwi zrobiły się tak przeźroczyste, że prawie mógł ją zobaczyć. Podszedł bliżej, podobnie jak postać z drugiej strony drzwi. Miała gładką i lśniącą twarz, a oczy niczym posąg, wyrzeźbione, ale niewidzące. John popatrzył przez drzwi, na których od jego oddechu zrobiła się ledwie widoczna mgiełka. I nagle te oczy się otworzyły.

Postać stała przed nim spokojnie, wpatrując się w przestrzeń. Jej oczy były zamglone i nieruchome – martwe. Ktoś roześmiał się gwałtownie, ponuro, a odgłos ten odbił się echem po niedużym zaplombowanym pomieszczeniu. John rozejrzał się wokół, szukając źródła dźwięku. Śmiech stawał się coraz głośniejszy. John nie mógł go już dłużej znieść i zasłonił uszy rękami.

– CHARLIE! – krzyknął znowu.

* * *

John poderwał się na łóżku. Serce mu waliło – śmiech słychać było dalej, jakby podążył za nim ze snu. Zdezorientowany chłopak rozejrzał się po pokoju, aż spojrzał na telewizor, którego ekran wypełniała wymalowana twarz klauna, śmiejącego się do rozpuku. John wstał i roztarł policzek w miejscu, gdzie dotykał do niego zegarek. Spojrzał na godzinę i odetchnął – miał akurat tyle czasu, by zdążyć do pracy. Usiadł z powrotem i nabrał tchu. Na ekranie telewizora dziennikarz miejscowej telewizji kierował mikrofon w stronę mężczyzny przebranego za cyrkowego klauna, z wymalowaną twarzą, czerwonym nosem i peruką we wszystkich kolorach tęczy. Klaun miał na szyi kołnierz, który wyglądał, jakby pochodził z renesansowego obrazu. Miał też żółty kostium, z czerwonymi pomponami zamiast guzików.

– Proszę mi powiedzieć – odezwał się wesoło dziennikarz. – Miał pan już ten kostium, czy zrobił go pan specjalnie na wielkie otwarcie?

John wyłączył telewizor i poszedł pod prysznic.

Był tu już cały dzień, ale wciąż nie mógł znieść tego hałasu – stukanie i dzwonienie przerywane krzykami, a od czasu do czasu jeszcze wstrząsający stukot młotów pneumatycznych. John zamknął oczy, próbując się od tego odciąć – w piersi czuł wibracje, które wprost go wypełniały. W pewnej chwili wśród całego tego hałasu w uszach znów mu rozbrzmiał ten okropny śmiech. Przypomniał sobie postać ze snu, tuż poza zasięgiem wzroku, i poczuł, że gdyby tylko odwrócił w tym momencie głowę, zobaczyłby twarz zza drzwi…

– John!

John odwrócił się. O krok od niego stał Luis i patrzył na niego z niepokojem.

– Wołałem cię ze trzy razy – powiedział.

John wzruszył ramionami i wskazał ręką na otaczający ich chaos.

– Słuchaj, chłopaki idą później na miasto, dołączysz się? – zapytał Luis.

John się zawahał.

– No, dalej, dobrze ci to zrobi… nic tylko pracujesz i śpisz. – Roześmiał się dobrodusznie i klepnął Johna w ramię.

– Dobrze mi to robi – powtórzył John z uśmiechem, po czym opuścił wzrok i spoważniał. – Po prostu ostatnio tyle się dzieje.

Próbował mówić przekonująco.

– Jasne, tyle się dzieje. Daj znać, jakbyś zmienił zdanie. – Luis klepnął Johna po ramieniu i ruszył z powrotem do wózka widłowego.

John popatrzył za nim. Nie po raz pierwszy odrzucił jego propozycję. Ani nie drugi czy trzeci. I przyszło mu do głowy, że w końcu przestaną próbować. W pewnym momencie po prostu zrezygnują. Może i lepiej.

 

– John! – rozległ się inny głos.

Co tym razem?

To był majster. Krzyczał do niego z drzwi swojej kanciapy – przyczepy, którą sprowadzono na czas budowy i która stała niebezpiecznie blisko skraju sterty żwiru.

John powoli przeszedł przez budowę i otworzył siatkowe drzwi przyczepy. Chwilę później stał już naprzeciw majstra, oddzielony od niego składanym stolikiem. Plastikowa wykładzina naśladująca drewno pod ścianami odłaziła od podłogi.

– Chłopaki mówią, że jesteś jakiś rozkojarzony.

– Po prostu skupiam się na pracy i tyle – odparł John, zmuszając się do uśmiechu, by nie okazać frustracji.

Olivier uśmiechnął się bez przekonania.

– Skupiony – powtórzył.

Zaskoczony John przestał się uśmiechać.

Oliver westchnął.

– Słuchaj, dałem ci szansę, ponieważ twój kuzyn powiedział, że jesteś dobrym pracownikiem. Zignorowałem to, że porzuciłeś poprzednią pracę i nigdy do niej nie wróciłeś. Wiesz, że ryzykowałem?

John przełknął z trudem ślinę.

– Tak, proszę pana. Wiem.

– Przestań z tym „proszę pana”. Po prostu mnie posłuchaj.

– Przecież robię to, co mi się każe. Nie rozumiem, w czym jest problem.

– Wolno reagujesz. Wyglądasz tak, jakbyś śnił na jawie. Nie jesteś częścią zespołu.

– Co?

– To jest praca na budowie. Jeśli bujasz w obłokach i nie myślisz o bezpieczeństwie innych, komuś może stać się krzywda, ktoś może nawet zginąć. Nie mówię, że macie sobie nawzajem opowiadać swoje sekrety czy zaplatać warkoczyki. Mówię, że masz być częścią zespołu. Muszą ci ufać, że nie zawiedziesz ich w potrzebie.

John ze zrozumieniem skinął głową.

– John, to dobra praca. I myślę, że oni są dobrymi facetami. Ostatnimi czasy o pracę nie jest łatwo i musisz się na niej skupić. Bo jeśli znów zobaczę, że bujasz w obłokach… cóż, po prostu nie stawiaj mnie w podobnej sytuacji. Jasne?

– Tak, jasne – wydukał John.

Nie poruszył się. Stał tak na wyświechtanej brązowej wykładzinie, jakby czekał, aż zostanie odprawiony.

– Dobra, wynocha.

John wyszedł. Bura zajęła ostatnie minuty jego dnia pracy. Pomógł Siergiejowi uprzątnąć jakiś sprzęt, po czym rzucił cicho „na razie” i ruszył do swojego samochodu.

– Hej! – zawołał za nim Siergiej.

John się zatrzymał.

– Ostatnia szansa!

– Ja… – John zamilkł, gdy kątem oka zauważył Olivera. – Może następnym razem.

Siergiej był jednak uparty.

– No weź, to moja wymówka, żeby nie musieć iść do tego nowego miejsca dla dzieciaków, córka prosi mnie o to od tygodnia. Zabiera ją tam Lucy, ale mnie te roboty przerażają.

John się zatrzymał. Wokół zapadła cisza.

– Jakie miejsce? – zapytał.

– To co, idziesz? – powtórzył Siergiej.

John cofnął się o kilka kroków, jakby podszedł za blisko przepaści.

– Może innym razem – powiedział i stanowczym krokiem udał się do samochodu.

Auto było stare, brązowoczerwone, i może za czasów liceum byłoby fajne. Teraz tylko mu przypominało, że wciąż jest dzieciakiem, który nie ruszył naprzód, było oznaką statusu, która w ciągu ostatniego roku zamieniła się w powód do wstydu. Usiadł ciężko, a z boków siedzenia uniósł się obłoczek kurzu. Ręce mu się trzęsły.

– Ogarnij się! – Zamknął oczy i zacisnął ręce na kierownicy, by się uspokoić. – Życie toczy się dalej i dasz sobie radę – wyszeptał, po czym otworzył oczy i westchnął. – Zabrzmiało jak kiepski tekst mojego taty.

Odpalił auto.

Drogę do domu powinien pokonać w dziesięć minut, ale wybrał trasę, która zajęła mu prawie pół godziny, jako że omijała miasto. W ten sposób nie ryzykował spotkania z ludźmi, z którymi nie chciałby rozmawiać. A co ważniejsze z tymi, z którymi by chciał. Bądź częścią zespołu. Nie potrafił zmusić się do niechęci wobec Olivera. John nie był częścią zespołu, już nie. Przez prawie sześć miesięcy poruszał się na trasie praca–dom, niczym pociąg na szynach, czasem tylko zbaczał po jakieś zakupy spożywcze, ale niewiele więcej. Odzywał się wyłącznie wtedy, kiedy musiał. Unikał kontaktu wzrokowego. Podskakiwał, gdy ktoś się do niego odezwał, bez względu na to, czy to jego współpracownicy mówili mu cześć, czy obcy pytali o godzinę. Odpowiadał, ale coraz lepiej szło mu mówienie i odchodzenie w tym samym momencie. Zawsze był grzeczny, a zarazem dawał do zrozumienia, że gdzieś się śpieszy, a jeśli zaszła taka potrzeba, nagle odwracał się w przeciwną stronę. Czasami miał wrażenie, że znika, a gdy ktoś mu przypominał, że nadal go widać, ogarniały go zawód i irytacja.

Skręcił na parking przed swoim domem, piętrowym budynkiem, tak naprawdę nieprzeznaczonym na długoterminowy wynajem. W biurze zarządcy świeciło się światło – przez miesiąc próbował ustalić godziny otwarcia, aż w końcu zrezygnował, dochodząc do wniosku, że po prostu nie ma żadnych zasad.

Złapał kopertę ze schowka na rękawiczki i ruszył w stronę drzwi. Zapukał, ale nie dostał odpowiedzi, chociaż w środku wyraźnie słychać było jakiś ruch. Znów zapukał. Tym razem drzwi się uchyliły. Wyjrzała starsza kobieta o cerze zapamiętałej palaczki.

– Cześć, Delio. – John się uśmiechnął.

Nie odpowiedziała uśmiechem.

– Czek z czynszem. – John podał jej kopertę. – Wiem, że się spóźniłem. Byłem wczoraj, ale nikogo nie było.

– Podczas godzin urzędowania? – Delia ostrożnie zajrzała do koperty, jakby się bała, co odkryje w środku.

– Światło się nie paliło, więc…

– Więc to nie były godziny urzędowania. – Delia pokazała zęby, ale nie był to prawdziwy uśmiech. – Widziałam, że powiesiłeś roślinę – dodała gwałtownie.

– A tak. – John spojrzał przez ramię w stronę swojego mieszkania, jakby mógł je dostrzec z miejsca, w którym stali. – Miło jest się czymś opiekować, prawda?

John znów próbował się uśmiechnąć, ale szybko zrezygnował, przytłoczony oceniającym spojrzeniem.

– Tak można, prawda? Mieć roślinkę?

– Możesz mieć roślinkę. – Delia cofnęła się o krok i wyglądało na to, że zamierza zamknąć drzwi. – Po prostu ludzie zwykle tu nie osiadają. Zwykle jest dom, potem żona, a dopiero potem roślinka.

– Jasne. – John spuścił wzrok. – To był po prostu ciężki… – zaczął, ale drzwi zatrzasnęły mu się przed nosem – …rok.

John zapatrzył się przez chwilę na drzwi, po czym ruszył do mieszkania znajdującego się na parterze z przodu budynku, będącego jego własnością przez następny miesiąc. Apartament składał się z sypialni, pokoju dziennego połączonego z aneksem kuchennym i łazienki. Kiedy wychodził, zostawiał odsłonięte okna, by pokazać, że nic nie posiada – w okolicy często dochodziło do włamań, więc wydawało mu się, że dobrze będzie poinformować, iż nie ma tu czego ukraść.

Kiedy wszedł, starannie zamknął za sobą drzwi i zasunął łańcuch. W środku było chłodno, ciemno i cicho. Westchnął i roztarł skronie. Wciąż bolała go głowa, ale zaczął się do tego przyzwyczajać.

Mieszkanie było słabo umeblowane – tak je zastał – a jedyne, co dodał od siebie, to cztery kartony pełne książek, stojące przy ścianie pod oknem. Spojrzał na nie z zawodem. Poszedł do sypialni i usiadł na łóżku, a sprężyny zgrzytnęły pod jego ciężarem. Nie włączał światła. Przez małe brudne okno nad jego łóżkiem wpadało go wystarczająco wiele.

Popatrzył w stronę komody i zobaczył znajomą twarz – głowę pluszowego królika, pozbawioną ciała.

– Co dziś robiłeś? – zapytał John, wpatrując się w oczy pluszaka, jakby ten mógł go rozpoznać.

Teodor patrzył tylko niewidzącymi oczami.

– Wyglądasz okropnie, gorzej ode mnie. – John się podniósł i podszedł do głowy królika.

Nie był w stanie zignorować zapachu naftaliny i brudnego materiału. Uśmiech zniknął mu z twarzy. Złapał królika za uszy i podniósł go do góry. Pora cię wyrzucić. Myślał o tym prawie codziennie. Zacisnął zęby, po czym ostrożnie odstawił głowę na komodę i odwrócił się, nie chcąc już na nią patrzeć.

Zamknął oczy, nie oczekując snu, ale mając na niego nadzieję. Poprzedniej nocy nie spał dobrze, wcześniejszej też nie. Zaczął bać się snu. Odsuwał go, jak tylko się dało – chodził na długie spacery, wracał późno i próbował czytać albo tylko wpatrywał się w ścianę. Ten schemat był frustrujący. Złapał poduszkę i poszedł z powrotem do pokoju dziennego. Położył się na kanapie i przerzucił nogi przez podłokietnik, by się na niej zmieścić. Cisza w małym mieszkaniu zaczynała dzwonić mu w uszach, sięgnął więc po leżącego na podłodze pilota i włączył telewizor. Ekran był czarno-biały, a odbiór okropny. Z trudem rozpoznawał twarze przez zakłócenia, ale rozmowa, która wyglądała na talk show, była szybka i wesoła. Ściszył, oparł się wygodnie i tkwił tak, wpatrując się w sufit i jednym uchem słuchając telewizora, aż zasnął.

Jej ramię było bezwładne – to była jej jedyna część wystająca z poskręcanego metalowego kadłuba. Krew spływała strumyczkami po jej skórze i tworzyła na ziemi małe jeziorko. Charlie odeszła. Gdy o tym pomyślał, wciąż mógł usłyszeć jej głos:

– Nie puszczaj! John! – zawołała moje imię.

A potem to coś… zadrżał, przypominając sobie dźwięk zatrzaskującego się i miażdżącego swoją zawartość animatronicznego kadłuba. Wpatrywał się w pozbawione życia ramię Charlie tak, jakby świat wokół nich zniknął, a gdy powtarzał te odgłosy w głowie, jego myśli zeszły na nieproszony tor – odgłosy miażdżenia to były jej kości. A rozrywania wszystko pozostałe.

John nagle otworzył oczy. Kilka metrów od niego widownia w studiu śmiała się. Spojrzał na telewizor, a jego obraz i dźwięk przywróciły go do przytomności.

Usiadł i pokręcił głową, by rozprostować kark – kanapa była za mała, więc musiał kulić plecy. Bolała go głowa, był wyczerpany, ale niespokojny, a zastrzyk adrenaliny wciąż płynął w jego żyłach. Wyszedł na dwór, starannie zamknął za sobą drzwi i odetchnął nocnym powietrzem.

Ruszył wzdłuż drogi, w stronę miasta i tego, co jeszcze będzie w nim otwarte. Latarnie przy szosie były rzadko rozstawione i nie było chodnika, a tylko wąskie bite pobocze. Mijało go niewiele samochodów, ale gdy jakieś się pokazywały, wyskakując zza zakrętów lub pagórków, oślepiały go światłami i przemykały z taką prędkością, że czasem z trudem utrzymywał równowagę. Zauważył, że podchodzi coraz bliżej drogi, mało entuzjastycznie grając w cykora. Gdy schodził z pobocza zbyt daleko na drogę, zawsze z rozmysłem wracał na nie znowu i za każdym razem czuł skryty zawód, że to robi.

Kiedy zbliżał się do miasta, w ciemności znów rozbłysły światła, a on osłonił oczy i odsunął się od szosy. Ten samochód, mijając go, zwolnił, po czym nagle się zatrzymał. John odwrócił się i ruszył w jego stronę, gdy otworzyło się okno kierowcy.

– John? – zwołał ktoś ze środka.

Kierowca wrzucił wsteczny i samochód na chybił trafił zaczął się cofać na pobocze. John odskoczył na bok. Z auta wysiadła kobieta i zrobiła w jego stronę kilka kroków, jakby chciała go uściskać, ale on ani drgnął. Stał z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, dopóki się nie zatrzymała.

– John, to ja! – Uśmiech na twarzy Jessiki szybko znikał. – Co ty tu robisz?

Miała na sobie koszulkę z krótkim rękawem i zaczęła rozcierać zmarznięte ramiona, rozglądając się po prawie pustej drodze.

– Cóż, mógłbym spytać o to samo – odparł, jakby go o coś oskarżała.

Jessica wskazała na coś nad jego ramieniem.

– Benzyna. – Uśmiechnęła się do niego promiennie, a on nie mógł się powstrzymać i odpowiedział tym samym. Prawie zapomniał o tej jej umiejętności, polegającej na rozsiewaniu gejzerów radości.

– Jak się masz? – zapytała ostrożnie.

– Dobrze. Głównie pracuję. – Skinął głową na swoje zakurzone ubranie, którego nie chciało mu się zmienić. – A co nowego u ciebie? – zapytał i nagle uświadomił sobie absurdalność tej rozmowy przy mijających ich samochodach.

– Naprawdę muszę lecieć, dobranoc. – Odwrócił się i zaczął odchodzić, nie dając jej czasu na odpowiedź.

– Tęsknię za tobą – zawołała Jessica. – I ona też.

John zatrzymał się i zaczął kopać ziemię czubkiem buta.

– Słuchaj… – Jessica podeszła do niego szybko. – Carlton przyjeżdża na kilka tygodni. Są ferie wiosenne. Spotykamy się wszyscy razem.

Jessica czekała z niecierpliwością, ale nie odpowiedział.

– Nie może się doczekać, aż pokaże nam swój nowy wielkomiejski styl – dodała wesoło. – Kiedy rozmawiałam z nim przez telefon w zeszłym tygodniu, udawał brookliński akcent, by sprawdzić, czy zauważę.

 

Zmusiła się do śmiechu. John uśmiechnął się słabo.

– Kto jeszcze będzie? – zapytał, patrząc wprost na nią po raz pierwszy, od kiedy wysiadła z samochodu.

Jessica zmarszczyła brwi.

– John, musisz z nią kiedyś porozmawiać.

– A to czemu? – zapytał gwałtownie i znów odszedł na parę kroków.

– John, zaczekaj! – Usłyszał, jak zaczyna za nim biec.

Szybko go dogoniła i zrównała z nim krok.

– Mogę tak cały dzień – ostrzegła, ale nie odpowiedział. – Musisz z nią porozmawiać.

Spojrzał na nią z ukosa.

– Charlie nie żyje – odparł ostro, a słowa te dławiły go w gardle.

Wiele czasu minęło, od kiedy wypowiedział to na głos. Jessica zatrzymała się. On szedł dalej.

– To chociaż porozmawiaj ze mną!

Nie odpowiedział.

– Krzywdzisz ją – dodała.

Zatrzymał się.

– Nie rozumiesz, co jej robisz? Po tym, przez co przeszła? John, to szaleństwo. Nie wiem, co ta noc zrobiła z tobą, ale wiem, co zrobiła z Charlie. Nie sądzę, aby cokolwiek bolało tak bardzo jak to, że nie chcesz z nią rozmawiać. I mówisz, że ona nie żyje.

– Widziałem, jak umierała. – John zapatrzył się na światła miasta.

– Nieprawda – odparła Jessica, po czym się zawahała. – Słuchaj, martwię się o ciebie.

– Jestem po prostu zagubiony. – John odwrócił się do niej. – I po tym, przez co przeszedłem, po tym, przez co przeszliśmy, to wcale nie jest nietypowa reakcja.

Poczekał chwilę na jej odpowiedź, po czym odwrócił wzrok.

– Rozumiem to, naprawdę. Też myślałam, że ona nie żyje. – John otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Jessica mówiła dalej. – Myślałam, że nie żyje, a ona pojawiła się, żywa!

Jessica pociągnęła Johna za rękę, aż w końcu spojrzał jej w oczy.

– Widziałam ją – powiedziała łamiącym się głosem. – Rozmawiałam z nią. To ona. A to… – Puściła jego ramię i machnęła na niego ręką, jakby rzucała czar. – To, co robisz, to właśnie ją zabija.

– To nie ona – wyszeptał John.

– Dobra – warknęła Jessica i odwróciła się na pięcie.

Wróciła do samochodu i kilka chwil później znów wyjechała na drogę i zawróciła z piskiem opon. John ani drgnął. Jessica minęła go z rykiem silnika, po czym zatrzymała się gwałtownie i cofnęła do niego.

– Spotykamy się w domu Claya w sobotę – powiedziała zmęczonym głosem. – Proszę.

Spojrzał na nią. Nie płakała, ale oczy jej lśniły, a twarz miała czerwoną. Skinął głową.

– Może.

– Tyle mi wystarczy. Do zobaczenia! – zawołała i odjechała, nie mówiąc nic więcej, a silnik jej auta ryczał w nocnej ciszy.

– Powiedziałem „może” – wymamrotał w ciemnościach John.