SpektaklTekst

Z serii: Lena Rudnicka #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spektakl
Spektakl
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,55  54,84 
Spektakl
Spektakl
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
34,95  25,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Prowadzę różne grupy. Ale tak, zajmuję się również grupą teatralną.

– Czy Diana Pulido uczęszczała na pańskie zajęcia?

Mężczyzna wyprostował plecy, a w jego oczach błysnęła podejrzliwość.

– Tak – przyznał. – Ale od pewnego czasu już nie przychodziła. Przyznam, że trochę mnie to zaniepokoiło. I zdenerwowało, bo przygotowywaliśmy przedstawienie na najbliższy przegląd teatralny.

– Co to za przedstawienie? – zapytała Lena.

– Moje. Autorskie.

– Jaki tytuł?

Damian Lewicki ściągnął wargi i popatrzył na policjantkę, jakby zastanawiał się, czy nie wyprosić jej za drzwi.

– Cierpienia młodej dziewczyny – odparł po chwili.

Rudnicka prychnęła.

– To chyba już było, co?

– Co ma pani na myśli?

– Inspiracja twórczością Goethego?

– Każdy artysta ma swoje inspiracje.

– Jest pan artystą?

Wychowawca niby od niechcenia wzruszył ramionami, ale Rudnicka dostrzegła w tym ruchu pewną nerwowość.

– O czym jest to przedstawienie? – zapytała.

– Naprawdę nie wiem, dlaczego prowadzimy tę rozmowę. Chciałbym poznać powód państwa najścia i…

– O czym jest przedstawienie? – włączył się Marcel.

Lewicki westchnął przeciągle, jakby chciał zyskać czas do namysłu. Policjanci milczeli, czekając na odpowiedź, która nie nadchodziła.

– No? – ponagliła Lena.

– O dziewczynie, która nie odnajduje się w dzisiejszym świecie.

– Ciekawe. A jak się kończy?

Wychowawca przełknął ślinę.

– Dziewczyna popełnia samobójstwo – odparł ściszonym głosem.

– W jaki sposób?

– Przez powieszenie.

– Dziwny zbieg okoliczności.

– Proszę państwa, rozumiem, że…

– Kto grał główną rolę w przedstawieniu?

– Diana.

Rudnicka klasnęła w dłonie, zakładając nogę na nogę. Pożałowała, że dopiero teraz odwiedzili wychowawcę. Może gdyby zajrzeli do niego wcześniej, sprawy potoczyłyby się inaczej? Rodzice Diany wspominali, że dziewczyna uczęszcza na zajęcia kółka teatralnego, ale tyle się działo, że Rudnicka wizytę w domu kultury odłożyła na później. I to był duży błąd.

– Chyba główna bohaterka za bardzo wczuła się w rolę – powiedziała.

– Przepraszam, pani…

– Komisarz.

– Pani komisarz, naprawdę nie rozumiem związku. Oczywiście, słyszałem o śmierci Diany. Jak chyba każdy w Polsce. Bardzo współczuję jej rodzinie, ale nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego.

– Nie rozumie pan? – Uniosła brwi. – Więc przedstawię panu całą sytuację: mamy dziewczynę, która publicznie popełnia samobójstwo, dziewczyna gra w przedstawieniu, które…

– Dobrze – przerwał jej. – Ale ja nie mam związku z tą sprawą.

– Nie zgodzę się z panem.

– Dlaczego Diana zrezygnowała z zajęć? – zapytał Wolski.

– Nie wyjaśniła powodu. Któregoś dnia przyszła i oświadczyła, że rezygnuje. Pytałem, czy coś się stało, ale odpowiedziała, że nie może tego zagrać i tyle.

– Jaki miał pan z nią kontakt?

– Dobry. Jak z każdym wychowankiem. Jesteśmy jak rodzina.

Jesteśmy jak rodzina.

– Czy to była zgodna rodzina? – spytała Rudnicka.

– Zgodna? – Lewicki zastanowił się, pocierając podbródek. – Tak, raczej tak.

– W zgodnej rodzinie nie powinno być tajemnic.

– Źle mnie państwo zrozumieliście – zaoponował. – Chodzi o to, że traktowaliśmy się po przyjacielsku, spędzaliśmy razem czas, bawiliśmy się sztuką. Ale były jakieś granice. Jestem wychowawcą, więc nie mogłem być jednocześnie kolegą moich uczniów. Starałem się nie wsadzać nosa w nie swoje sprawy. Trzeba znaleźć balans.

– Pan znalazł?

– Mam nadzieję.

– Okej. – Lena wstała i przeszła się po pokoju. – Natalia Sztompke.

– Nie rozumiem.

– Coś za dużo pan nie rozumie, panie Lewicki.

– Naprawdę…

– Powiesiła się.

– Słucham?

Wychowawca wyglądał na zaskoczonego. Zmarszczył brwi, a nerwowe pocieranie dłoni wezbrało na intensywności. Na knykciach pojawiły się zaczerwienienia.

– Ona również grała w przedstawieniu, prawda? – zapytała Rudnicka.

– Tak, grała… Ale…

– Nie chcę być nieuprzejma, ale wkrótce wykruszy się panu cała obsada.

– Jaką rolę dostała Natalia Sztompke? – podjął Marcel. Nauczyciel nie zrobił na nim dobrego wrażenia. Zachowywał się dziwnie, jakby coś ukrywał. Coś, z czym za wszelką cenę nie podzieliłby się z policją. Marcel chętnie odwiózłby Lewickiego na komendę.

– Natalka… – Nauczyciel pocierał kostki na palcach. – Natalka przejęła rolę Diany.

– I to dosłownie – dodała Lena.

– Nie zrezygnowała z roli? – spytał Wolski.

– Ucieszyła się, gdy ją dostała. Podczas prób była… bardzo wiarygodna.

– Kiedy widział się pan z nią po raz ostatni?

– Wczoraj do mnie przyszła. Chciała porozmawiać, ponieważ nie radziła sobie z sytuacją po śmierci Diany. Powiedziała, że zastanawia się nad rezygnacją z przedstawienia.

– Mówiła coś jeszcze?

– Jeżeli pytacie, czy mówiła, że chce się zabić, to nie, nie mówiła nic takiego. Wyglądała na rozbitą, starałem się ją pocieszyć, ale bezskutecznie.

Rudnicka zastanowiła się. To ciekawe, że nastolatka, zamiast iść do matki albo koleżanki, poszła zwierzyć się wychowawcy z domu kultury. Najwidoczniej grupa teatralna rzeczywiście była jak rodzina. Albo Natalia przyszła do Lewickiego z innego powodu.

– Jaki miał pan kontakt z Natalią? – zapytała.

– Dobry. Była jedną z najlepszych uczennic. Miała talent aktorski.

– Ale Diana miała większy, skoro najpierw to jej powierzył pan główną rolę?

– Dziewczyny prezentowały podobne umiejętności – odrzekł. – Jednak wyglądem Diana bardziej pasowała do głównej bohaterki.

– Gdzie pan był w niedzielę pomiędzy trzecią w nocy a jedenastą?

Lewicki zaskoczony odchylił się na krześle.

– Jestem o coś oskarżony?

– Skądże.

– Byłem w domu, z córką.

– Ile lat ma córka?

– Dwanaście.

– Czyli tylko córka może potwierdzić, że był pan w tym czasie w domu?

– Tak, o trzeciej w nocy spałem w pokoju obok. Córka spędziła u mnie weekend. Na co dzień mieszka z moją byłą żoną.

– Słabe alibi.

– Gdybym wiedział, że będziecie mnie o coś podejrzewać, załatwiłbym sobie inne.

– O nic pana nie podejrzewamy.

– Więc skąd te pytania?

– Załóżmy. Hipotetycznie. – Rudnicka skrzyżowała ramiona. – Że pańskie przedstawienie nie kończy się samobójczą śmiercią bohaterki. Postać popełnia samobójstwo, ale jej ciało nagle znika. Jakie napisałby pan zakończenie tej historii?

– Ja… – Wychowawca się wzdrygnął. Rozchylił usta, ale zamknął je po chwili, jakby wystraszył się słów, które pojawiły się w jego głowie. – Jeśli pisałbym taką historię. – Odchrząknął. – Ciała bohaterki nigdy nie odnaleziono.

10

Krystian Owczarek mógł zadzwonić. Kartka z zapisanym numerem telefonu komisarz Rudnickiej znajdowała się w tylnej kieszeni jego spodni, on jednak wolał poczekać. Miał czas.

W środowisku dziennikarskim mówiło się, że Rudnicka jest twardą zawodniczką. W dobie internetu i powszechnie dostępnych mediów współpraca dziennikarzy z policją nikogo nie dziwiła, ale Rudnicka opędzała się od dziennikarzy jak od natrętnych much. Mimo to Krystian był święcie przekonany, że tym razem wreszcie złamie panią komisarz, bo miał asa w rękawie, coś, co z pewnością ją zainteresuje. Ale nie ma nic za darmo. W zamian za przysługę oczekiwał informacji o śledztwie.

Spojrzał w stronę nadjeżdżającej skody fabii. Z samochodu wysiadła Rudnicka i zapaliła papierosa. Dwójka policjantów wyglądała na dobrych znajomych. Krystian miał jedynie nadzieję, że ten młody gliniarz nie przysporzy mu problemów. Podszedł do nich niespiesznym krokiem.

– Dzień dobry – odezwał się, zdejmując okulary przeciwsłoneczne.

Komisarz nawet na niego nie spojrzała.

– Do widzenia – odburknęła.

– Lena Rudnicka, prawda?

Nie doczekał się odpowiedzi. Oczywiście spodziewał się chłodnego przyjęcia. Przygotował w głowie odpowiedzi na pytania komisarz. Był gotów na wymianę argumentów, ale Rudnicka nie wyglądała na skorą do rozmowy.

– Nazywam się Krystian Owczarek – zaczął. – Jestem…

– Wiem, jak się nazywasz i kim jesteś – weszła mu w słowo. – A ty wiesz, kim ja jestem, więc powinieneś wiedzieć, że nie gadam z takimi jak ty.

– Lena Rudnicka. – Zaśmiał się. – Jak zwykle nieprzejednana.

– Dla ciebie komisarz Rudnicka – warknęła.

– Skąd wiedziałaś, że jestem dziennikarzem?

Obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem, wydmuchała dym i strząsnęła popiół na ziemię.

– Trudno cię pomylić z kimś innym.

– Nie rozumiem…

– Wyglądasz jak typowy dziennikarzyna.

Wolski stał tuż obok i przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Szczupła sylwetka, krótko ścięte włosy, okulary w grubych oprawkach, koszula i przewieszona przez ramię torba. Faktycznie facet wyglądał jak typowy dziennikarz.

– Okej – odezwała się komisarz. – Załatwmy tę sprawę szybko i nie traćmy cennego czasu. Przypuszczam, że jesteś na tyle bystry, żeby zrobić na mój temat rozeznanie, więc pewnie wiesz, że nie współpracuję z mediami.

– Jasne, że zrobiłem rozeznanie. W końcu jestem dziennikarzem.

– Gratuluję.

Marcel zaciągnął się papierosem, zastanawiając się, czy Owczarkowi uda się cokolwiek ugrać. Podejrzewał, że ma dla nich jakąś propozycję.

– Myślę, że jednak mamy o czym rozmawiać – powiedział dziennikarz.

– Niby o czym?

 

– Daj mi pięć minut, a wszystko wyjaśnię.

– Wiem, wiem. – Machnęła ręką. – Masz bardzo istotne informacje i sądzisz, że mnie zainteresują. Inaczej byś tu nie przychodził.

– Racja. – Owczarek się uśmiechnął.

– No dawaj. Co to za rewelacje?

– Pamiętaj, że obowiązuje mnie tajemnica dziennikarska.

Rudnicka prychnęła.

– Słucham – powiedziała. – Lepiej się pospiesz, bo nie mam czasu. Idę przesłuchać głównego podejrzanego.

Oczy dziennikarza rozbłysły. Najwyraźniej informacja o zatrzymaniu Dżejdżeja jeszcze nie dotarła do mediów.

– Nie tutaj. Umówmy się, jak skończysz przesłuchanie. I – zerknął na Marcela – wolałbym porozmawiać w cztery oczy.

Wolski odchrząknął. Owczarek zrobił na nim raczej niekorzystne wrażenie i nie chciał, żeby Lena spotkała się z nim sam na sam.

– Wykluczone – odrzekła. – Albo bierzesz sierżanta w pakiecie, albo nie mamy o czym gadać. Masz mój numer, więc jeśli zmienisz zdanie, odezwij się.

Ruszyła w stronę budynku komendy, nie oglądając się za siebie, a Krystian Owczarek zachodził w głowę, skąd Rudnicka wiedziała, że ma jej numer telefonu.

W środku Wolski odetchnął z ulgą. Zimne mury dawały wytchnienie od wszechobecnego skwaru.

– Dzięki – rzucił, zrównując się z Leną na schodach.

– Za co?

– No wiesz, że mnie nie zostawiłaś.

– Daj spokój.

– Jak myślisz, z czym przyszedł ten dziennikarz?

– Nie mam pojęcia.

– Sądzisz, że się odezwie?

– Myślę, że tak, ale teraz muszę zająć się ważniejszymi sprawami.

– Dżejdżejem?

– Aha – przytaknęła i pchnęła drzwi do pokoju przesłuchań.

Jerzy Jurek siedział nieruchomo, jakby kilkugodzinny pobyt w policyjnym areszcie wyssał z niego energię. Podniósł nieobecny wzrok, a jego twarz nieco się rozluźniła na widok znajomych policjantów.

– No i jak ci się u nas podoba? – zagadnęła komisarz.

– Słabo.

– Tak myślałam.

– Nie mamy dobrych wieści – wtrącił Marcel.

– Tak myślałem – odparł, uśmiechając się krzywo.

– Chyba nie musimy mówić, co znaleźliśmy w twoim domu?

– Chyba nie.

Dżejdżej może sprawiał wrażenie zbuntowanego dzieciaka, ale nie był idiotą. Dobrze wiedział, że policji tak łatwo się nie wywinie. Pokiwał głową, sugerując, że zdaje sobie sprawę z konsekwencji.

– Twoje prochy mam gdzieś – odezwała się Lena. – Interesuje mnie to, co znaleźliśmy w twojej piwnicy.

– Co znaleźliście? – Dżejdżej zaskoczony uniósł głowę.

– Sznurek.

– Żeglarski – dodał Marcel.

– No i co z tego? Lubię żeglować.

Rudnicka westchnęła i oparła się plecami o ścianę, krzyżując ramiona.

– To, że na takim samym sznurku dyndała twoja dziewczyna. Zdradzisz nam, jakim cudem znalazł się u ciebie w piwnicy?

– Słucham? Mówiłem, że lubię żeglować.

Mówił prawdę. Mundurowi, którzy zajęli się przeszukiwaniem domu chłopaka, rozmawiali z jego rodzicami. Potwierdzili, że Jurek w każde wakacje wyjeżdżał nad wodę. Nie zmieniało to jednak faktu, że sprawa zaczynała śmierdzieć.

– Dałeś Dianie żeglarski sznur? – zapytała Lena.

– Nie! Nic jej nie dawałem, do cholery! Może to nie jest mój sznur, co? Przecież Diana mogła kupić podobny!

Mogła.

– A czy istnieje możliwość, że Diana wzięła go z twojego mieszkania?

Dżejdżej zastanawiał się z przymkniętymi oczami. Starał się uspokoić.

– Istnieje – odparł. – Często bywała u mnie w domu, kiedy starzy byli w pracy. Może go zabrała, nie mam pojęcia! – Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka. – Chyba… – Zawahał się. – Diana nosiła czasem plecak zamiast torebki. Może kiedy wyszedłem z domu, faktycznie zabrała ten sznur?

– Diana zostawała u ciebie w domu sama?

– Tak, kiedy… kiedy wychodziłem do klienta.

No tak. Handlowanie dragami to robota dwadzieścia cztery na siedem. Nigdy nie wiadomo, kiedy zadzwoni ktoś w potrzebie.

– Okej. – Lena zrobiła krok w stronę Jurka. Chłopak skulił się w sobie. – Załóżmy, że ci wierzę. Ale sznur nie jest twoim jedynym problemem.

Dżejdżej posłał pytające spojrzenie.

– Znaleźliśmy telefon Diany – oświadczył Wolski.

– A na nim twoje odciski palców – dokończyła Rudnicka.

– Nie rozumiem. I co z tego?

– Zanim ktoś wyniósł ciało Diany, wysprzątał cały jej dom. Pozbył się wszystkich śladów, które umożliwiłyby identyfikację… – Lena się zawahała – …porywacza zwłok. Diana nagrywała transmisję telefonem, więc o trzeciej w nocy jej komórka znajdowała się w domu, ale kiedy przyjechaliśmy na miejsce, już jej nie było.

– Czyli ktoś ją wyrzucił, żeby pozbyć się dowodu – dodał Marcel.

– Nieskutecznie, bo dość szybko ją odnaleźliśmy.

– Ale… Sugerujecie, że to ja wyniosłem ciało Diany? Oszaleliście?! Dlaczego miałbym to robić?

– Ty mi powiedz.

– Nie wyniosłem jej ciała!

– Więc jak wytłumaczysz twoje odciski na jej telefonie?

– Normalnie! Kiedy siedziałem w niedzielę u Diany, grałem w grę. Nie pamiętam nazwy, ale chodzi w niej o to, żeby układać kolorowe kulki, kojarzycie?

– Nie – ucięła komisarz.

– Układa się kulki zgodnie z kolorami… Zresztą, nieważne! – Machnął ręką. – Grałem w tę grę, bo padła moja komórka, więc dlatego na jej telefonie są moje odciski palców.

Usprawiedliwienie Dżejdżeja zabrzmiało logicznie. Ten, kto posprzątał dom, nie byłby na tyle nieostrożny, by pozostawić tak błahy dowód jak telefon z odciskami palców. Nie po to się trudził z czyszczeniem śladów w pokoju. Chyba że właśnie o to chodziło – żeby podejrzenia policji skierować na Jerzego Jurka.

– Jest jeszcze prześcieradło – powiedział Wolski.

– Jakie prześcieradło?

– Obok telefonu znaleźliśmy prześcieradło, a na nim ślady spermy.

Dżejdżej zaśmiał się, kręcąc głową.

– Jezu, to jakiś absurd – mruknął.

– Zabawiałeś się z Dianą, co? – zapytała Lena.

– Tak, ale… to przecież nie przestępstwo. I dlaczego miałbym wyrzucać pieprzone prześcieradło? To się kupy nie trzyma!

Rudnicka przygryzła wargę. W tej sprawie nic nie trzymało się kupy. Porwanie i ukrycie zwłok Diany Pulido miałoby sens, gdyby doszło do morderstwa, ale w tym przypadku denatka popełniła samobójstwo, więc dlaczego ktoś zabrał jej ciało? I po co?

– Rodzice nie potwierdzili twojego alibi – powiedziała.

Dżejdżej uniósł wzrok. Wyglądał na zdumionego, ale zaraz roześmiał się głośno.

– No jasne – odparł. – Nie spodziewałem się niczego innego. Kochani rodzice.

– Twierdzą, że spali.

– Bo pewnie spali. Chodzą na poranną zmianę do pracy. Matka kładzie się o dwudziestej pierwszej, a ojciec pół godziny później.

Rodzice chłopaka zeznali, że położyli się właśnie w tej kolejności. Nie słyszeli, by syn wychodził w nocy lub wracał nad ranem, ale nie wykluczyli takiej ewentualności. Twierdzą, że nic nie słyszeli. Rodzice często starają się chronić swoje dzieci i ukrywają niektóre fakty, ale państwo Jurek sprawiali wrażenie, jakby nie zależało im, czy syn będzie miał z tego powodu jakiekolwiek problemy.

Dżejdżej miał w młodości kłopoty z prawem. Lena sprawdziła jego kartotekę. Pobicie, kradzież i uliczne awantury, jednak przez ostatnie dwa lata jego konto pozostawało czyste. Być może wtedy zaczął handlować prochami i wolał nie wystawiać się policji.

– Moi starzy są na mnie wściekli – odezwał się po chwili. – Ojciec najchętniej umieściłby mnie w jakimś zakładzie albo wyrzucił z domu, ale matka się nie zgadza.

– Wybacz, ale wcale mnie to nie dziwi.

Uśmiechnął się.

– No tak, nie byłem idealnym dzieckiem.

– Okej. – Skrzyżowała ramiona. – Twoja ostatnia szansa, żeby powiedzieć prawdę. Czy masz coś wspólnego ze zniknięciem Diany Pulido?

– Nie. Wyszedłem od Diany w niedzielę o północy i wróciłem do domu. Potem jej nie widziałem.

– Znasz Natalię Sztompke? – zapytał Marcel.

– Sztompke? Nie, znam żadnej Natalii Sztompke. Kim ona jest?

Lena zmierzyła chłopaka wzrokiem, w poszukiwaniu sygnałów świadczących o tym, że Dżejdżej kłamie. Nerwowe mrugnięcie powiek, utrzymywanie kontaktu wzrokowego, zakrywanie ust dłonią.

– Nawet gdybym chciała, nie mogę cię wypuścić – rzekła w końcu.

– Dlaczego? Przecież nic nie zrobiłem, przyrzekam.

– Chłopaki z narkotykowego zainteresowali się prochami w twoim domu. I wciąż pozostajesz głównym podejrzanym w sprawie Diany.

– Jest niedobrze?

– Jest gorzej niż niedobrze.

Jeśli nie znajdą porywacza zwłok, ruszy proces poszlakowy, a Dżejdżej zostanie skazany, mimo braku jednoznacznego dowodu. Pogubiony w życiu dzieciak wyląduje w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił.

11

Marzena Lewicka krążyła nerwowo po pokoju. Nie ściągnęła butów, a jej piętnastocentymetrowe szpilki wbijały się w puchaty dywan. Damian zacisnął zęby. Miał ochotę wywalić byłą żonę za drzwi. Nie pojmował, jak można chodzić po mieszkaniu w brudnych butach. Teraz będzie musiał uprać dywan i przetrzeć podłogę. Tylko dodała mu roboty, ale miał nadzieję, że będzie warto i żona zgodzi się na jego propozycję.

– Zwariowałeś – powiedziała. Piskliwy, skrzeczący głos, którego zmuszony był słuchać przez całe małżeństwo. Bardzo dobrze, że się z nią rozwiódł. Nienawidził tej głupiej pindy.

– Nie – odparł. – Nie zwariowałem. Po prostu…

– To nie było pytanie.

Potrafił zrozumieć złość żony. Niecodzienna prośba mog­ła wzbudzić jej niepokój. Ale w końcu zrobiliby to dla dobra dziecka. Prawda?

– Każesz mi kłamać? – zapytała i poprawiła poły marynarki. Szary materiał idealnie dopasowywał się do szczupłej talii.

– Nie chodzi o kłamstwo – zaoponował. – Chodzi o mnie.

– Mam kłamać dla ciebie? Dobre sobie! W coś ty się wpakował?

Marzena wreszcie się zatrzymała, popatrzyła na niego z politowaniem i usiadła na kanapie. Splotła dłonie, a tona bransoletek na nadgarstkach zadźwięczała głośno.

– Marzena – zaczął z wahaniem. – Chcę tylko, żebyś powiedziała, że Baśka była u mnie na weekend.

– Komu miałabym tak powiedzieć?

– Gdyby ktoś pytał.

– Kto?

– Proszę cię tylko o jedną przysługę. Nie musisz znać szczegółów. Po prostu, kiedy ktoś zapyta cię, czy Basia była u mnie przez weekend, odpowiedz, że była. To proste.

– Nie, Damian. To wcale nie jest proste. Jeśli wpakowałeś się w jakieś gówno, nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

– W nic się nie wpakowałem. Potrzebuję mieć zabezpieczenie.

– Zabezpieczenie? Przed czym?

Nie mógł jej powiedzieć, chociaż chciał. Długo zastanawiał się, jak wybrnąć z tej beznadziejnej sytuacji, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Proszenie eksżony o przysługę to ostateczność.

– Jeżeli skłamię, prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw – oświadczyła, podnosząc się z kanapy. – Cały weekend spędziłam z Baśką w hotelu na Mazurach. To bardzo łatwo sprawdzić.

Damian zacisnął wargi. Akurat teraz musiały wybrać się na Mazury?

– No i oznaczyłam się na Facebooku – dodała.

– Co zrobiłaś?

– Oznaczyłam się z Basią na Facebooku.

– O rany, Marzena! – Wstał. – Czy ty musisz chwalić się wszystkim w sieci?!

– Takie czasy.

– Kurwa!

– Skąd miałam wiedzieć, że poprosisz mnie, żebym kryła twój tyłek? – Zmarszczyła brwi, jakby nagle dotarło do niej znaczenie jego prośby. – Damian, ty chcesz, żebym zapewniła ci alibi.

To znowu nie było pytanie.

– Masz problemy z policją? – zapytała.

– Nie, nie mam problemów z policją.

– I dlaczego chcesz, żebym zapewniła ci alibi? – Zastanowiła się. – Nie ja, ale nasza córka! Boże, Damian! Nie mieszaj Baśki w swoje problemy!

Marzena miała rację. Co on sobie myślał? Nie powinien narażać dziecka. Nie powinien zmuszać córki do kłamstwa.

– Baśka to gaduła – stwierdziła Marzena. – Jeśli zaczną ją maglować, wypapla wszystko.

Damian się odwrócił. To prawda, Baśka nie była dobra w dochowywaniu tajemnic.

– Porozmawiam z nią i wszystko wytłumaczę – zaproponował. – Powiem, że to zabawa…

– Sądzisz, że przekonasz ją do kłamstwa?

– Nie wiadomo, czy w ogóle będzie musiała kłamać. Może nikt jej o nic nie zapyta.

– Okej – mruknęła. – Zgodzę się, ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Powiesz mi, co robiłeś w niedzielę, skoro nie chcesz, żeby policja się o tym dowiedziała.

 

Gdyby powiedział Marzenie, co robił tamtego dnia, uznałaby go za potwora i zabroniła kontaktów z córką. Na to nie mógł pozwolić. Marzena nie powinna się dowiedzieć, co robił jej były mąż tamtej nocy, kiedy Diana Pulido popełniła samobójstwo.

12

Rudnicka nalała pepsi do szklanki, dopełniła ją kruszonym lodem oraz plastrem cytryny. Spojrzała na flakonik z lekami. Drugi dzień bez tabletek przeciwbólowych. Pomyślała, by wziąć chociaż jedną. Nie powinna zaszkodzić. To tylko jedna tabletka.

Odepchnęła tę myśl. Musi skupić się na pracy, doprowadzić śledztwo do końca. Otumanianie się tabletkami jest nie najlepszym pomysłem.

Rozsiadła się na kanapie z telefonem w ręce i laptopem na kolanach. Zgrała na dysk filmy Diany Pulido i Natalii Sztompke. Najpierw zajęła się porównaniem obu nagrań, co potwierdziło tezę, że Natalia odtworzyła przemówienie koleżanki. Nauczyła się na pamięć tekstu, który wygłosiła tamta, a w jej komórce znaleziono kopię filmu Diany.

Choć z pozoru nagrania wydawały się podobne, to znacznie różniły się od siebie. Sztompke udawała spokojną, ale w rzeczywistości była zdenerwowana. Jej głos brzmiał niepewnie, dłonie drżały, kolana uginały się, gdy wchodziła po szczeblach drabiny. Uśmiech był nieszczery, nerwowy. Wyglądało na to, że dziewczyna wcale nie chciała zrobić tego, co zrobiła. Nie chciała umierać, a mimo to kopnęła drabinę. Ciało podrygiwało chwilę, ręce zawędrowały na splot, jakby chciały rozsupłać węzeł, ale ktoś umiejętnie go przygotował. Może Sztompke przeszła szybki kurs żeglarski albo poprosiła znajomego, który potrafił sprawnie posługiwać się sznurem.

To był fachowy węzeł, usłyszała, gdy zadzwoniła do policyjnej technik. Ktoś profesjonalnie przygotował pętlę, by po kopnięciu drabiny nie było już żadnej drogi ucieczki. Jedyną osobą, jaka przychodziła Rudnickiej do głowy, która potrafiła to zrobić, był Dżejdżej, ale w czasie gdy Sztompke wieszała się na drzewie, przebywał na komendzie.

Chyba że przygotowali wszystko wcześniej.

Na dźwięk otwieranych drzwi uniosła lekko głowę, a potem wróciła wzrokiem na ekran laptopa.

Marcel podał Lenie zawiniątko i postawił na stoliku dwa ciemne portery dla siebie i dwa pilznery dla Leny. Usiadł obok i rozpakował pudełko z chińszczyzną. Nabił na widelec kawałek kurczaka, otworzył piwo i spojrzał na Rudnicką.

– Znalazłaś coś? – zapytał.

Sięgnęła po butelkę, podważyła zapalniczką kapsel, upiła długi łyk i zapaliła papierosa. Rozejrzała się po salonie. Wolski wstał z kanapy i uchylił drzwi balkonowe. Rudnicka wygłosiła streszczenie swoich obserwacji, przerywane kilkoma łykami piwa. Gdy skończyła, wsadziła sobie frytkę do ust.

– Sądzisz, że wszystko było przygotowane wcześniej? – zapytał.

– Może – przyznała. – Sznur łatwo schować, zarzucając go na gałąź. Ale ciekawe jest coś zupełnie innego.

Wolski spojrzał wyczekująco, ale Rudnicka nie spieszyła się z rozwinięciem tematu. Napiła się piwa, poprawiła porcją kurczaka i ponownie przechyliła butelkę. Pustą odstawiła na stolik i sięgnęła po następną.

– Nie za szybkie tempo?

– Uważasz, że Sztompke dotarła tam na piechotę? – zapytała i ignorując pytanie Marcela, otworzyła kolejne piwo. Trochę szumiało jej w głowie. Faktycznie powinna zwolnić. Ale miała powody do świętowania – drugi dzień, który przeżyła bez połykania tabletek, i drugi dzień, podczas którego nie musiała oglądać własnego męża. To chyba wystarczający powód?

– Skoro pytasz, sądzę, że nie – odrzekł Marcel.

Popatrzyła na niego jak na niezbyt lotnego ucznia.

– Dziewczyna nie wyglądała na kulturystkę – powiedziała. – Więc jak na miejscu zdarzenia znalazła się metalowa drabina? Sama przyniosła ją na plecach?

Wolski potarł policzek. Kilkudniowy zarost zakłuł w dłoń. Znowu coś przeoczyłem, pomyślał ze wstydem.

– Ktoś ją przywiózł – oświadczył.

– Nawet gdyby sama ją niosła, ktoś zobaczyłby dziewczynę niosącą drabinę, prawda? To raczej niecodzienny widok.

Rudnicka nie zamierzała czekać. Postanowiła to sprawdzić i zadzwoniła do Liz. Braki w personelu na komendzie były spore, ale technik zapewniła, że wyśle mundurowych, by popytali wśród mieszkańców, czy ktoś widział nastolatkę z drabiną na plecach.

– Nawet jeśli ktoś ją podwiózł, do drzewa nie dojechał. – Lena rzuciła komórkę na stolik. – Chyba że miał terenówkę. Na polu są zbyt wysokie trawy, osobowy samochód ugrzązłby na pierwszym metrze. Poza tym zostawiłby ślady.

– Mógł podrzucić Sztompke do końca polnej drogi, a resztę pokonała lub pokonali pieszo.

– Racja, ale kto pomaga dziewczynie, która chce popełnić samobójstwo?

– Nikt normalny – skwitował Marcel i napił się piwa. – Jeśli Dżejdżej pomagał Natalii, musieli zawieźć drabinę wcześniej. Od rana siedział na dołku.

Rudnicka pokiwała głową.

– Sznur można ukryć – kontynuował Marcel. – Ale drabinę raczej trudno.

– Weź pod uwagę, że to miejsce jest rzadko uczęszczane. Może wrzucili drabinę w krzaki, a gdy Sztompke dotarła na miejsce, po prostu ją wyjęła.

– Jest rzadko uczęszczane, ale jednak ktoś znalazł Natalię i zawiadomił służby.

– Facet z wyżłem. Pytałam go, czy minął kogoś na drodze, ale zaprzeczył.

– Wychodzi na to, że ten, kto pomógł Natalii z drabiną, uciekł wcześniej. Po rozpoczęciu nagrania nie zdążyłby zbiec. Facet z wyżłem by go zauważył. Z tamtego miejsca jest tylko jedna polna droga, którą przejechałby samochód.

– Nie wiemy, ile czasu Sztompke przygotowywała się do samobójstwa. Równie dobrze mógł podrzucić ją z samego rana, a ona powiesiła się kilka godzin później.

– Więc… – zawiesił głos – …podążając tym tokiem rozumowania, to mógł być Dżejdżej.

Lena spojrzała na Marcela zaintrygowana. Faktycznie. Dżejdżej rano jeszcze był wolny. Uśmiechnęła się i stuknęła piwem w butelkę Wolskiego.

– Brawo, Watsonie – rzekła i dopiła piwo, po czym odstawiła pustą butelkę na stolik. – Pijesz? – zapytała, wskazując na ciemnego portera.

– Częstuj się.

Podważyła zapalniczką kapsel, przyłożyła szyjkę do ust i zmarszczyła brwi.

– Ohyda – skwitowała, czując na języku słodką nutę karmelu.

– Ciemne piwa są zdrowsze od jasnych.

– Mhm.

– Zawierają więcej żelaza i przeciwutleniaczy – dodał Marcel. – I są źródłem witamin, szczególnie te niefiltrowane.

– Świetnie, panie doktorze. – Nabiła na widelec kilka frytek i wsadziła sobie do ust, popijając słodkim piwem. Słabe połączenie smakowe, ale po którymś łyku słodki aromat piwa przestał przeszkadzać. Albo przestała zwracać na niego uwagę.

– Sprawdzono alibi wychowawcy? – spytał Wolski, zapalając papierosa.

Nikotynowa chmura kłębiła się pod sufitem. Po wczorajszej wizycie Marcela całe mieszkanie przesiąkło papierosowym dymem. Przed powrotem Krzysztofa powinna je porządnie wywietrzyć.

– Tak – odparła. – Córka potwierdziła, że spędziła weekend u ojca.

– Mimo to nie wykluczałbym Lewickiego.

– Dlaczego? – spytała.

– Wydaje mi się podejrzany. To przedstawienie, które przygotowywał. I zakończenie łudząco podobne do naszej sprawy.

– Podobne, ale nie takie samo.

Nie takie samo. W przedstawieniu bohaterka umiera przez powieszenie, ale jej ciała nikt nie porywa.

– Mimo to dziwny zbieg okoliczności – stwierdził.

– Obie dziewczyny popełniły samobójstwo. – Obróciła się gwałtownie w stronę Marcela. – Filmy są dowodem, że same odebrały sobie życie, ale nie mamy dowodu na to, że nie zostały przymuszone.

– Że ktoś stał za kamerą i kazał im się powiesić?

– Na przykład.

– Musiałby mieć niezłą siłę przekonywania. W tym przypadku grożenie bronią wydaje się raczej bez sensu.

– Punktem stycznym między obiema samobójczyniami jest kółko teatralne – rzekła Lena, sięgając po paczkę westów.

– Dlatego nie wykluczałbym Lewickiego.

– Jego alibi jest słabe. Podobnie zresztą jak alibi Dżejdżeja.

– Więc mamy dwóch podejrzanych?

– Dżejdżej twierdzi, że nie zna Natalii Sztompke.

– Jeśli Diana znała Natalię, on również mógł ją poznać.

To prawda. Ale dopóki nie znajdą żadnego dowodu, poruszali się jedynie w kwestii domysłów.

– Weźmy wychowawcę pod lupę – zaproponował Marcel. – Jaki miałby motyw, żeby zabierać ciało Diany?

– Może jego artystyczna dusza wymknęła się spod kontroli.

– Albo… – Urwał, pocierając bandaż na nadgarstku. – Albo nasze założenia były błędne.

– To znaczy?

– Nie wiem… – Zawahał się. – Nie, to raczej niemożliwe.

– Nie będę w stanie tego ocenić, dopóki nie powiesz, o co chodzi.

– Pomyślałem, że Natalia brała udział w porwaniu zwłok Diany.

– Natalia?

Lena zmarszczyła czoło i pociągnęła porządną porcję nikotyny. Salon zaczynał przypominać zadymioną puszkę. Uchylone drzwi balkonowe dawały lekki przewiew, ale gorące powietrze z zewnątrz nie radziło sobie z nadmiarem dymu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora