SpektaklTekst

Z serii: Lena Rudnicka #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spektakl
Spektakl
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,55  54,84 
Spektakl
Spektakl
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
34,95  25,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ II

WTOREK, 26 CZERWCA

1

Paula, nie przy dziecku.

Paulina Milewska podparła się pod boki i zmierzyła męża wzrokiem. Cisnęła ścierkę na kuchenną szafkę i wyszła z kuchni.

– Tatuś zaraz wróci. – Tymon pocałował córkę w czoło i powlókł się za żoną. Paulina spojrzała na niego. W jej oczach dostrzegł pogardę. Poczuł się, jakby ostrze noża przeszyło mu serce.

– Nie będę z tobą rozmawiać – odburknęła. – Mam tego dość.

– Paula, proszę.

– Rozumiem, masz ważną pracę, ale nawet na urlopie myślisz o tym, żeby wrócić na komendę.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Przecież jesteśmy na wakacjach, jest miło i…

– Nie jest miło, Tymon.

– Nie?

– Sądzisz, że tego nie widzę?

– Niby czego?

– Kiedy tylko dowiedziałeś się o śmierci tej nastolatki, myślisz tylko o tym. – Wetknęła mu palec w pierś. – Wiem, że najchętniej spakowałbyś walizkę i wrócił do Łodzi.

Paulina miała rację. Bardzo chciał wrócić do Łodzi, chociaż żonie nigdy by się do tego nie przyznał. Dowiedziawszy się o zagadkowej sprawie, jaką dostała Lena Rudnicka, nie mógł myśleć o niczym innym. Pragnienie dołączenia do śledztwa było silniejsze od niego.

Zresztą Paulina i tak by tego nie zrozumiała. Tymon marzył o urlopie z rodziną, ale kiedy już udało im się wyjechać, czuł się zagubiony. Nie potrafił odpoczywać i cieszyć się z kilku wolnych dni. Wszystkie jego myśli krążyły wokół spraw, które zostawił na komendzie. Stał się nerwowy. Zwykłe błahostki wprawiały go w rozdrażnienie, a żona w niczym mu nie pomagała. Ona też się zmieniła. Nie była już tą samą dziewczyną, w której się zakochał.

– Chcesz, to jedź – odezwała się. – My z Karolinką zostaniemy. Zostały mi jeszcze trzy dni urlopu i ani mi się śni wracać do domu.

Tymon zerknął w stronę okna. Góry o tej porze roku wyglądały przepięknie, ale pobyt w Zakopanem był udręką. Zatłoczone ulice, tłumy na drodze do Morskiego Oka. Nawet na pozornie mniej uczęszczanych szlakach swobodne poruszanie się graniczyło z cudem.

– Pod jednym warunkiem – zastrzegła. – Jeżeli chcesz wracać, pojedziesz pociągiem. Zostawisz nam samochód.

– Chyba żartujesz.

– Jestem z dzieckiem i dwoma walizkami. Chyba lepiej, żebyś to ty wrócił pociągiem, prawda?

Była smutna i rozżalona, a Tymon poczuł się jak ostatni dureń. Paulina miała nadzieję, że wspólne wakacje coś zmienią w ich związku. Marzyli o nich cały rok, a kiedy w końcu udało się wyjechać, okazały się jednym wielkim nieporozumieniem.

– Przyjadę po was – zaproponował.

– Nie ma takiej potrzeby. Zresztą, benzyna kosztuje, a ty milionów nie zarabiasz, żebyś…

– Ach, no tak. – Zaśmiał się. – O to chodzi.

– Nie miałam na myśli nic złego…

– Paulina, co my robimy?

Na chwilę zapadła cisza, jakby oboje potrzebowali kilku sekund, by zastanowić się nad odpowiedzią. Ich związek się sypał. Wspólnymi siłami powoli doprowadzali do jego rozpadu. Pracowali za dużo, oddalili się od siebie, każde z nich miało inne oczekiwania od życia. Przestali się uzupełniać i mijali się bez słowa.

– Będzie lepiej, jeśli wyjedziesz – powiedziała Paulina. – Przynajmniej nie zepsujesz nam drugiej połowy wakacji.

– Uważasz, że psuję wam wakacje?

Wzruszyła ramionami.

– Trzeba było tak mówić od razu. W ogóle nie musiałem tu przyjeżdżać.

Odwróciła się do niego. Jej twarz pozostawała obojętna.

– Oczekuję od życia czegoś więcej – rzekła.

– Czegoś więcej? – Rozłożył bezradnie ramiona. – Ale czego? Co mam jeszcze zrobić, żebyś była szczęśliwa? Mamy dom, cudowną córkę, co mógłbym ci jeszcze dać?

Złapał się za głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Spędzili razem kawał życia i do tej pory myślał, że dla niej najważniejsza jest rodzina, ale się mylił. Nie poznawał kobiety, którą poślubił.

– Ciebie, Tymon. Chcę ciebie. Chcę dawnego Tymona, a nie człowieka, który nawet nie potrafi spędzić ze mną kilku wolnych dni.

Tymon cofnął się o krok. W jej głosie słyszał ból i rozczarowanie. Poczuł się, jakby wylała mu na głowę kubeł zimnej wody.

Wyszedł.

2

Roksana Antolak, jedna z przyjaciółek Diany, mieszkała zaledwie kilka ulic dalej od domu państwa Pulido. Z zewnątrz domek był raczej skromny. Wyglądał na niedokończony, jakby właścicielom zabrakło pieniędzy na tynkowanie albo wymianę zardzewiałych rynien. Albo chęci. Pomimo rzędów kwiatów rosnących wzdłuż podjazdu teren wokół domu był zaniedbany. Wokół zalegały stosy gałęzi, skrzynki z żelastwem, stara przyczepa po brzegi wypełniona złomem.

Rudnicka załomotała w drzwi. Zdawało się, że wewnątrz ktoś krzyknął. Potem nastała cisza. Lena spojrzała na Marcela, odruchowo kładąc dłoń na glocku. Zapukała raz jeszcze.

Drzwi uchylił postawny mężczyzna. Siwe włosy, druciane okulary na nosie, surowy wyraz twarzy. Marcel przełknął ślinę. Przeczuwał, że dzisiejszy poranek nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Zdawało się, że mężczyzna nie jest zachwycony niezapowiedzianą wizytą.

– Czego? – warknął. Wolski wyczuł woń alkoholu. Zegarek wskazywał kilka minut przed dziewiątą, ale najwyraźniej dla gospodarza wczesna pora nie stanowiła przeszkody.

– Sierżant Wolski – poinformował Marcel. – To jest komisarz…

– W jakiej sprawie?

– Pan jest ojcem Roksany Antolak? – zapytał Wolski, wychodząc nieco naprzód. Na wszelki wypadek zasłonił Lenę barkiem.

– Jestem – odparł mężczyzna. Głos miał szorstki, ochrypły od nadużywania alkoholu.

– Czy zastaliśmy córkę?

– W jakiej sprawie, pytam?

– W sprawie jej koleżanki, Diany Pulido.

– Przepraszam, o co chodzi? – W korytarzu zjawiła się pulchna kobieta ze ścierką w ręce. Na jej wydatnych biodrach wisiał kuchenny fartuszek w tulipany.

– Policja przyszła.

– Och!

– Chcielibyśmy porozmawiać z państwa…

– Nie zgadzam się.

– Kazik, co ty? – Kobieta podeszła bliżej. Marcel dostrzegł, że twarz kobiety szpeci siniak pod okiem. Przeniósł wzrok na jej męża. – Proszę, wejdźcie – dodała. – Roksana jeszcze śpi, ale pójdę ją obudzić.

Kazimierz Antolak zastawił ciałem drzwi. Uśmiechał się drwiąco. Marcel zerknął na Rudnicką.

– Proszę się cofnąć – powiedziała.

– A bo co?

– Kazik, błagam cię. – Kobieta odciągnęła męża i wpuściła policjantów do mieszkania. Zaprowadziła ich do największego pokoju i usadziła na wytartej kanapie. – Zaraz przyprowadzę córkę. – Zniknęła na schodach prowadzących na piętro.

W pokoju zapadło milczenie. Kazimierz Antolak opadł ciężko na fotel. Zamachnął się, by położyć nogi na stole, lecz w porę się zmitygował. Odciągnął zawleczkę i pociągnął solidny łyk piwa. Wierzchem dłoni otarł usta.

– Co z tą Hiszpanką? – zagadnął. – Zabiła się, tak?

– Nie możemy o tym rozmawiać – odparł Marcel.

– No zabiła się, cóż to za tajemnica! Chyba cała Polska widziała. – Zarechotał. – Niezła chryja. Rodzicom tylko wstydu narobiła, głupia dziewucha.

Kazimierz sięgnął po pilota i przeskoczył kilka kanałów. Zatrzymał się na prognozie pogody, kiedy do pokoju wróciła jego żona.

– Roksanka zaraz zejdzie – poinformowała, siadając naprzeciwko policjantów. – Państwo w sprawie Diany? Straszna tragedia… – Zawahała się, jakby niepewna, czy powinna poruszać ten temat.

– Jasne, tragedia. Tragedia to by była, gdyby zginęła w wypadku – stwierdził ojciec Roksany. – Chciała umrzeć i się powiesiła, nad czym się tu rozczulać?

Marcelowi przeszło przez myśl, żeby uciszyć Antolaka. Najchętniej ciosem prosto w zapijaczoną twarz.

– Znała pani Dianę? – spytał Antolakową.

– Trochę. Przychodziła czasami po Roksanę, kilka razy rozmawiałyśmy.

– Może nam pani coś o niej powiedzieć?

– Znam Dianę tyko z opowieści córki. To dobra dziewczyna i dobrze się uczyła, to najważniejsze.

– Czy znała pani rodziców Diany?

– Niezbyt. – Złapała róg fartucha i zaczęła miętosić go w palcach. – Tylko z widzenia – dodała.

– Jakie wrażenie na pani wywarli?

– Wydawali się porządnymi ludźmi…

– Nie powiedziałbym – wtrącił Kazimierz. – Hiszpan powinien mieszkać w Hiszpanii, i koniec. Polska dla Polaków, kurwa mać.

– Pan Emilio jest Polakiem – oburzyła się Antolakowa. – Kazik, nie wygaduj głupstw.

– Nie sprawiali problemów na osiedlu? – spytał Marcel.

– Nic z tych rzeczy. Normalni ludzie, pracują uczciwie i…

– Kradną! – Kazimierz głośno odstawił puszkę na stolik. – Jak, kurwa, wszyscy przyjezdni. Pierdolone brudasy.

Kobieta nabrała powietrza, po czym odetchnęła z westchnieniem. Wzrok męża skutecznie powstrzymał ją od wygłoszenia komentarza. Skuliła się, ugniatając fartuch.

– Dzień dobry.

Trzecia z przyjaciółek Diany, Roksana Antolak, okazała się wychudzoną, krótko ostrzyżoną dziewczyną. Miała na sobie wyciągnięte spodnie, odsłaniające kościste nogi, i koszulkę z logo zespołu metalowego. Matka mówiła, że dziewczyna dopiero wstała, ale ostry makijaż zdecydowanie temu przeczył. Mocne kreski wokół oczu nie pasowały do Roksany. Przypominała małą dziewczynkę, która pod nieobecność matki dobrała się do jej kosmetyczki.

– Chodź, Kazik, państwo porozmawiają z Roksaną – odezwała się pani Antolak.

– Mam prawo tu być – warknął. – Gówniara jest niepełnoletnia.

– Och, chodź. – Pociągnęła go za rękaw. Z odrazą strącił jej dłoń, ale podniósł się z fotela i z ociąganiem wyszedł z pokoju.

– Pierdolone gliny – mruknął.

Roksana usiadła tam, gdzie jeszcze przed chwilą siedział ojciec, i objęła się chudymi ramionami. Przywodziły na myśl zapałki. Wystarczyłoby mocniej ścisnąć, by pękły na pół.

 

– Wiesz, o czym chcemy porozmawiać? – zapytał Marcel, ale jego głos zabrzmiał niewyraźnie. Było mu szkoda niewinnej dziewczyny. Z takim ojcem pewnie nie miała łatwego życia.

– O Dianie – wyszeptała.

– Kiedy ostatni raz ją widziałaś?

– W sobotę, w Manufakturze.

– A potem?

– Nie.

– Czy Diana zachowywała się w sobotę inaczej? Coś wzbudziło twoje podejrzenia?

– Raczej nie.

Rudnicka przesunęła dłonią po zniszczonej kanapie. Wolała nie wiedzieć, czego pozostałością jest żółta plama na podłokietniku. Odchrząknęła.

– Twoja przyjaciółka popełniła samobójstwo – przypomniała. – Masz jakieś przypuszczenia, dlaczego to zrobiła?

– Nie wiem, naprawdę.

Roksana spojrzała na policjantów, potem przeniosła wzrok na korytarz, skąd dochodził głos ojca. Rudnicka miała wrażenie, że nastolatka chciałaby powiedzieć coś jeszcze, ale obecność ojca odbierała jej pewność siebie. Nie dodała nic więcej.

– Diana miała problemy? – zapytał Marcel.

– Chyba nie.

– Twoje koleżanki powiedziały nam, że poznała chłopaka. Mówią na niego Dżejdżej, wiesz coś o tym?

Dziewczyna zamrugała oczami.

– Ja… – zaczęła. – Nie, nic nie wiem.

Wolski spojrzał na Lenę, której but nerwowo stukał w podłogę. Obawiał się, że wybuchowy charakter komisarz zaraz przejmie nad nią kontrolę. Rudnicka podniosła się z kanapy, przeszła przez pokój i zamknęła drzwi, po czym zwróciła się do dziewczyny.

– Słyszałaś o Dżejdżeju? – zapytała.

Dziewczyna z wahaniem ściągnęła usta. Cienka, różowa kreska na anemicznej twarzy. Nerwowo potarła nadgarstki, ale szybko się opanowała i wcisnęła dłonie między uda. Rudnicka zdążyła dostrzec zielonkawe zsinienia po wewnętrznej stronie nadgarstków.

– Ciało Diany ktoś wyniósł z domu, prawda? – spytała Roksana. – Myślą państwo, że on to zrobił?

– Chcemy się tego dowiedzieć. Problem w tym, że ani twoje koleżanki, ani rodzice Diany nie mają pojęcia, gdzie znaleźć tego chłopaka.

– Nie znam go – odrzekła. – Spotkałam go tylko kilka razy.

Lena usiadła naprzeciwko dziewczyny. Chciała, by ta poczuła się swobodniej.

– Widziałaś go parę razy? – spytała. – Gdzie? W jakich okolicznościach?

– Mieszkamy z Dianą blisko siebie, więc zdarzało się, że Dżejdżej przyjeżdżał po nią na Mileszki. Widywałam go, ale nie za często. Może cztery, pięć razy.

– Rozmawiałaś z nim?

– Czasami.

– O czym rozmawialiście?

– Właściwie o niczym. Zwykła gadanina.

– Wiesz, gdzie możemy go znaleźć?

Znowu zawahanie i kolejne zerknięcie na zamknięte drzwi.

– Nie wiem, gdzie dokładnie mieszka – odparła. – Wydaje mi się, że w okolicy Telefonicznej.

Rudnicka zmarszczyła czoło. Telefoniczna to cholernie długa ulica. Ciągnie się przez dwa osiedla, ale jeśli zajdzie taka potrzeba, Lena wyśle patrole, by poszukały chłopaka. Prędzej czy później się znajdzie.

– Ale… – zaczęła Roksana. – Naprawdę myślicie, że to on? Że on zabrał ciało Diany?

Rudnicka zmrużyła oczy. Roksana nawet się nie zająknęła o śmierci koleżanki, jakby nie zrobiła na niej wrażenia. Albo wiedziała coś więcej. Jednak naciskanie na dziewczynę przypominało chodzenie po niestabilnej kładce. Wystarczył jeden nieostrożny krok, by delikatne drewno pękło na pół.

– Ktoś zabrał ciało twojej koleżanki. Nie mamy pewności, czy zrobił to jej chłopak, ale musimy z nim porozmawiać.

– Tylko o to chodzi?

– Wiesz, gdzie go znajdziemy?

– On… – Spojrzała w okno, zawieszając głos. – Często siedzi na ogródkach działkowych.

– Przy Telefonicznej?

– Tak, przy zajezdni. Nie wiem, który domek. Nigdy tam nie byłam, ale Diana kiedyś wspomniała, że na działkach czeka na nią Dżejdżej.

Bingo.

– Tylko nie mówcie, że wiecie ode mnie – poprosiła Roksana.

Po wyjściu od Antolaków Rudnicka stała się drażliwa. Wpatrywała się w okno, skubiąc materiał dżinsów. Wypaliła po drodze cztery papierosy – wszystkie wyciągnęła z paczki Wolskiego. Marcel nie zaprotestował, gdy sięgnęła po następnego. Komisarz wciąż żyła w przekonaniu, że nie jest nałogową palaczką. Marcel na razie nie wyprowadzał jej z błędu. Gdy zaparkowali przed komendą, wyskoczyła z samochodu jak oparzona, trzasnęła drzwiami i pognała prosto do gabinetu, gdzie czekał na nich Ostrowski. Byli spóźnieni. Naczelnik nie lubił spóźnialstwa.

Ostrowski wsunął dłonie do kieszeni żołnierskich spodni i przysiadł na skraju biurka. Pomimo że na jego twarzy malował się szyderczy uśmiech, wyglądał na zadowolonego przybyciem Rudnickiej.

Lena podeszła do ekspresu do kawy, wyjęła wielki kubek z logo Central Perku i nacisnęła odpowiedni przycisk.

Pomieszczenie wypełnił dźwięk młynka.

– Wasza dwójka znowu razem? – Ostrowski obrzucił Marcela pogardliwym spojrzeniem. Wolski czekał, spodziewając się reprymendy. Przy poprzednim śledztwie naczelnik zapowiedział, że Rudnicka i Wolski nie będą sobie partnerować.

– Bywa – odburknęła Lena, krzyżując ramiona na piersi.

– Jeśli znów coś spierdolicie, to nie ręczę, kurwa, za siebie.

– Masz jakiś problem? – Rudnicka odwróciła się gwałtownie. – Co miałam, kurwa, dzielnicowego ze sobą wziąć?

– Wolski miał inne zadania na ten tydzień.

– Pierdoli mnie to.

Marcel odebrał od Leny kubek i usiadł przy stole konferencyjnym. Humor naczelnika nie wróżył niczego dobrego. Wolski obawiał się nawet, że Ostrowski wyłączy go ze śledztwa i przydzieli Lenie kogoś innego, ale on jedynie mlasnął przeciągle i przeniósł wzrok na komisarz.

– Złożono na ciebie skargę – rzekł.

– Nie pierwszą i nie ostatnią – odparła Lena, upiła łyk kawy i wsunęła rękę do kieszeni spodni.

– Zagazowałaś gościa.

– Jakby się nie rzucał, tobym nie gazowała.

– Kurwa, nie wiesz, jak jest? Nie wiesz, że musimy odpowiadać na wszystkie pierdolone skargi?

– Więc odpowiesz.

– Słucham?

– To twój problem, nie mój.

Marcel przełknął ślinę. Faktycznie, w ostatnim czasie policja nie miała w mediach dobrej passy. Niektóre nadużycia funkcjonariuszy kończyły się tragicznie. Marcel był przeciwny takim działaniom, sam starał się działać zgodnie z prawem. Rzadko używał gazu, ale komenda to zamknięte środowisko. Na korytarzach krążyły plotki, że w ostatnich tygodniach Rudnicka wykazywała szczególne upodobanie do flakoników z gazem pieprzowym.

– Powiedz w takim razie – zaczęła Rudnicka – co powinnam zrobić, kiedy dostajemy zgłoszenie o chłopaku biegającym nago po ulicy, a gdy zajeżdżamy na miejsce, naćpany dzieciak rzuca się na mnie z łapami i próbuje dusić. No? Jakieś pomysły? Może powinnam go grzecznie poprosić, żeby przestał?

– To ten, który zabił własną matkę? – spytał Ostrowski.

– Ten sam. Poderżnął jej gardło, rozebrał się i urządził uliczny maraton.

– Dobra – odparł po namyśle. – Ale, kurwa, przystopuj z tym gazem, bo niedługo będę musiał załatwiać dla ciebie dwulitrowe flakony.

Wzruszyła ramionami.

– Co z tą dziewczyną? – zapytał po chwili. – W telewizji huczy, a na skrzynkę mailową przychodzi milion wiadomości od dziennikarzy.

Rudnicka w krótkich słowach wyjaśniła, co do tej pory udało się ustalić. Ostrowski odpowiedział westchnieniem, jakby słuchanie komisarz go zmęczyło.

– Uwijajcie się – nakazał. – Musimy mieć coś dla mediów.

– Dowodów ci nie wyczaruję.

– I napisz raport.

Rudnicka prychnęła, dopiła kawę i odstawiła kubek na biurko. Marcel wiedział, że zamiłowanie naczelnika do wypełniania papierów prędzej czy później weźmie górę. Mina komisarz kazała sądzić, że ma to głęboko gdzieś.

– Mówię poważnie – ostrzegł Ostrowski. – Masz takie braki w papierach, że najchętniej, kurwa, usadziłbym cię na tydzień przy biurku. – Ruszył w stronę drzwi i spojrzał na Lenę. – Rozmawiałem z Tymonem. Chce dołączyć do śledztwa.

– Przecież jest w górach.

– Podobno przerywa urlop.

– Lena? – Liz zajrzała do gabinetu. – Mam coś dla was. Znaleźliśmy telefon tej dziewczyny.

– Gdzie?

– Na polu za Selgrosem.

– Na polu?

– Mhm. – Liz zerknęła na kartkę trzymaną w dłoniach. – Najczęściej kontaktowała się z jednym numerem. Wymieniała z nim sporo wiadomości, a z treści wynika, że numer prawdopodobnie należy do jej chłopaka. Zarejestrowany na niejakiego Jerzego Jurka.

– Jerzy Jurek? – spytał Marcel. – To nazwisko jeszcze nie pojawiło się w tej sprawie.

Lena posłała mu pobłażliwy uśmiech.

– Jot jot – rzekła. – Dżejdżej.

– Ach…

– Jest jeszcze drugi numer należący do niejakiej Izabeli Antolak.

– Matka Roksany. – Wolski spojrzał na Lenę.

Roksana była nieletnia, więc numer najprawdopodobniej należał do niej. Matka jedynie podpisywała umowę z operatorem.

– Tak – potwierdziła Liz. – Więc ten numer kontaktował się z Dianą o godzinie drugiej w nocy w poniedziałek.

– Godzinę przed samobójstwem.

– Mam jeszcze coś. Obok telefonu znaleźliśmy prześcieradło.

– Prześcieradło?

– Zabezpieczyliśmy je i sprawdzimy, czy to zwykły przypadek, że leżało obok telefonu, i czy ma jakiś związek ze sprawą.

– Co z komputerem dziewczyny?

– Chłopaki dzisiaj mają się za niego zabrać.

– Dzwoń, kiedy się czegoś dowiesz.

Marcel się uśmiechnął. Wreszcie coś ruszyło. Może dzień przyniesie więcej informacji, niż początkowo zakładali.

3

Słońce wisiało na błękitnym niebie, gorące promienie odbijały się od nagrzanego asfaltu. Odetchnęła, ścierając z czoła strużkę potu. Duszne powietrze wdzierało się do płuc, paliło ją od wewnątrz. Wytarła spocone dłonie o spodnie i spojrzała na policyjny parking.

Dwoje policjantów, mężczyzna i kobieta, stali przy samochodzie. Rozmawiali o czymś, paląc papierosy. Nagle kobieta strząsnęła popiół i powiodła wzrokiem po ulicy. Spojrzenie miała czujne niczym pies pilnujący obejścia. Dziewczyna pomyślała, że właśnie ta policjantka może stanowić problem. Mimowolnie potarła blizny na nadgarstkach i cofnęła się w cień, ale było już za późno. Komisarz zatrzymała na niej wzrok. Dziewczyna czuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz, serce wali jak młotem, a ciało zastyga w bezruchu. Po chwili policjantka ponownie spojrzała na mężczyznę i z uśmiechem klepnęła go w ramię.

Dziewczyna pomyślała, że jest zwykłym tchórzem. Przyszła tutaj, by porozmawiać z policjantami, ale nie miała odwagi. Chciała powiedzieć prawdę, wyjaśnić, dlaczego Diana Pulido popełniła samobójstwo, ale była na to zbyt słaba.

Była zwykłym tchórzem.

Uciekła.

4

Ogródki działkowe przy Telefonicznej były opustoszałe. Policjanci napotkali tylko staruszka, który mimo upału miał na sobie flanelową koszulę w kratę i ocieplane, gumowe buty. W jednej ręce trzymał pustą konewkę, drugą zaś wskazał domek, w którym przebywał Dżejdżej. Policjanci nie musieli długo tłumaczyć, kogo szukają. Okazało się, że chłopak Diany był znanym – i niespecjalnie lubianym – bywalcem ogródków.

– Pani by zobaczyła, co tu się wieczorami wyprawia – gardłował emeryt. – Balują do białego rana, psia jego mać. Może policja wreszcie się tym zajmie? Wiele razy zgłaszałem zakłócanie porządku, a wy nic z tym nie robicie, psia wasza mać!

Pokonali wąskie działkowe alejki. Rudnicka osłoniła dłonią oczy, wypatrując domku wskazanego przez mężczyznę. Białego z czerwoną dachówką. W sąsiedniej alejce dostrzegła ruch. Chudy chłopak odrzucił długie włosy i zawiązał worek ze śmieciami. Butelki w środku zagrzechotały, gdy podniósł worek. Ruszył w kierunku śmietnika i zamarł. Przez długie sekundy mierzyli się wzrokiem. Dzieciak wyglądał, jakby rozważał w głowie kilka scenariuszy, aż w końcu wybrał jeden – jego zdaniem – najwłaściwszy. Odrzucił worek i puścił się biegiem.

Zanim Marcel się zorientował, Rudnicka zdążyła oddalić się o dobre sto metrów. Pobiegł za nimi, wyrzucając sobie w duchu, że jest najgorszym partnerem, jakiego można sobie wyobrazić. Tymczasem chłopak dopadł betonowego ogrodzenia. Wdrapanie się na płot zajęłoby mu raptem kilka sekund.

– Łapy do góry.

Zamarł, unosząc ręce. Rudnicka sprawnie okręciła mu nadgarstki opaską zaciskową. Chwyciła go za ramię i podniosła z ziemi.

– Dokąd koledze tak spieszno?

Dżejdżej milczał, gdy prowadziła go z powrotem do domku. Posadziła na pieńku i wyciągnęła dłoń w stronę Marcela.

 

Podał jej paczkę westów.

– Dlaczego uciekałeś? – zapytała, zapalając papierosa.

– Czego chcecie? – warknął zapytany, nerwowo pocierając bliznę na policzku. Opuścił nagle dłoń, jakby szrama zapłonęła ogniem.

– Dlaczego uciekałeś? – powtórzyła pytanie.

Chłopak splunął na ziemię.

– Kurwa, myślałem, że…

– Że co?

– Jakbym wiedział, że jesteście glinami, tobym nie uciekał.

– Ciekawe. A przed kim byś uciekał?

– Nieważne.

Rudnicka podparła się pod boki. Miała już dość, a dzień dopiero się zaczynał.

– Nie mam nastroju na pierdolenie – rzuciła. – Powiesz, przed kim uciekałeś, albo jedziesz na dołek.

Dżejdżej spojrzał na Marcela.

– Poczęstuje pan fajką?

Wolski sięgnął do kieszeni, ale komisarz powstrzymała go stanowczym gestem.

Dżejdżej z rezygnacją rozejrzał się po okolicy.

– Mam kosę z takim jednym na mieście – powiedział w końcu. – Myślałem, że kogoś wysłał.

– O co poszło? – zapytała Lena.

– Takie tam. – Uniósł dłonie. – Zdejmie to pani?

– Zastanowię się. – Usiadła naprzeciwko, zaciągnęła się dymem i wypuściła w kierunku chłopaka. – Dokumenty jakieś masz?

Dżejdżej skinął głową w stronę ganku. Marcel wszedł na schodki, wziął do ręki czarny plecak i wyciągnął portfel.

– Jerzy Jurek – przeczytał, obracając w palcach dowód osobisty.

– Rodzice mieli poczucie humoru. – Dżejdżej wzruszył ramionami.

– Najwyraźniej – skwitowała Lena. – Diana Pulido. Masz coś do powiedzenia w tym temacie?

Zasępił się, przygryzając zębami dolną wargę.

– No? – ponagliła. – Nie mam całego dnia.

– Diana była moją dziewczyną.

– Co ty nie powiesz?

– O co wam chodzi? Czego ode mnie chcecie?

Mimo że chłopak nie był zadowolony z wizyty policji, sprawiał wrażenie, jakby obawiał się czegoś zupełnie innego. Mrużył oczy, lustrując działkowe alejki. Jeśli miał problemy na mieście, miał się czego obawiać. Łódzkie chłopaki do przyjemniaczków nie należą.

Rudnicka popatrzyła na Dżejdżeja, zastanawiając się, czy nie przycisnąć gówniarza. W domku pewnie znalazłoby się trochę trawki, a może czegoś jeszcze? To byłby dobry punkt wyjścia do rozmowy, uznała jednak, że póki chłopak będzie współpracował, przymknie oko na pewne rzeczy.

– Kiedy widziałeś ją ostatni raz? – spytała.

Dżejdżej zawahał się, ale po chwili twarz mu się nieco rozluźniła.

– W sobotę.

– O której?

– A bo ja wiem? Wyszedłem od Diany wieczorem, około dwudziestej drugiej.

– A potem?

– Nie.

Rudnicka wypuściła dym z płuc. Założyła nogę na nogę i strąciła popiół. Była pewna, że Dżejdżej skłamał.

– Posłuchaj – zaczęła. – Albo mówimy sobie prawdę, albo porozmawiamy inaczej.

– Mówię prawdę.

– Nie wydaje mi się.

Chłopak ściągnął brwi.

– Twoja dziewczyna miała wolną chatę – przypomniała. – A ty nosisz w sobie wiadro hormonów, więc jestem pewna, że próbowałeś wykorzystać sytuację.

– Byłem u niej w sobotę – powtórzył.

– Ale niedziela to już inna historia. Próbujesz mi wmówić, że nie wykorzystałeś sytuacji, skoro twoja dziewczyna miała wolną chatę? Starzy wyjechali, a taka okazja nie trafiała się często, co?

Dżejdżej wydawał się trochę skrępowany.

– Dobra – mruknął. – Pojechałem do niej w niedzielę.

– No i?

– Zawinąłem się około północy.

Jeżeli Dżejdżej mówił prawdę, Diana wyłączyła alarm, żeby nie ściągnąć sobie na głowę firmy ochroniarskiej i żeby chłopak mógł spokojnie opuścić jej dom. Brzmiało logicznie, ale w takiej sytuacji nasunęło się pytanie, dlaczego Diana ponownie nie włączyła alarmu później. Zapomniała?

– Dlaczego skłamałeś? – zapytała Rudnicka.

Oparł łokcie na kolanach, skrywając twarz w dłoniach. Trwał w bezruchu kilka sekund.

– Bo trzy godziny później Diana się powiesiła – powiedział. – Nie wiedziałem, co o tym myśleć, ale uznałem, że lepiej dla mnie, jeśli się nie dowiecie, że tam byłem.

– Uważasz, że moglibyśmy cię podejrzewać?

– A nie? Przecież po to przyszliście, prawda? Znaleźliście u Diany moje odciski palców i porównaliście z tymi w bazie.

Rudnicka wstała. Skoro odciski chłopaka są w policyjnej bazie, był notowany. Powinni później sprawdzić jego kartotekę. Było jeszcze coś – Dżejdżej najwyraźniej nie wiedział, że pokój Diany i inne pomieszczenia zostały wyczyszczone, więc nie mogli znaleźć żadnych odcisków palców. Albo udawał, że nie wie.

Ale Lena przynajmniej na razie nie zamierzała go uświadamiać.

– Diana miała jakieś problemy? – spytała.

– Jak każdy.

– Nie każdy wiesza się na żyrandolu, transmitując swoje samobójstwo w internecie.

– Da pan papierosa? – Dżejdżej błagalnie zerknął na Marcela.

Sierżant wyciągnął westa i razem z zapalniczką podał chłopakowi. Tym razem Rudnicka nie oponowała.

– Słuchajcie – zaczął chłopak i wydmuchał dym. – Z Dianą działo się coś niedobrego. Widziałem to, ale gdy pytałem, nie chciała mówić. Nabierała wody w usta, jakby to była jakaś pierdolona tajemnica. Nie mam pojęcia, co się z nią działo. – Pokręcił głową. – Chciałem jej pomóc. Kurwa, przyrzekam, że chciałem jej pomóc, ale nie wiedziałem jak!

– Koleżanki Diany twierdzą, że nie byłeś najlepszym chłopakiem.

– Co ma pani na myśli?

– Nie pozwalałeś Dianie spotykać się z nimi.

– To bzdura. Niczego jej nie zabraniałem.

– Doprawdy?

– Nie jestem tyranem.

Dżejdżej wprawdzie na niewiniątko nie wyglądał, ale to jeszcze nie dowód, że zrobił Dianie krzywdę.

– Więc jak sądzisz, dlaczego Diana się zabiła? – zapytała.

– Skąd mam wiedzieć?!

– I kto wyniósł z domu jej ciało?

– Na pewno nie ja! Niech pani na mnie tak nie patrzy!

Rudnicka się uśmiechnęła.

– Jesteś ostatnią znaną mi osobą, która widziała Dianę żywą – powiedziała.

– Co z tego?

– W niedzielę, kiedy byłeś u Diany – odezwał się Marcel – wydawała się niespokojna? Coś ją gnębiło?

– Gnębiło ją coś od dłuższego czasu, ale nie chciała o tym rozmawiać.

– Miała problemy w domu?

– Chyba nie. Nie wiem. Nie poznałem jej rodziców.

Rudnickiej wcale to nie zdziwiło. Państwo Pulido z pewnością nie byliby zachwyceni chłopakiem córki. Dżejdżej nie stanowił materiału na idealnego zięcia.

Przygniotła niedopałek butem i zapaliła kolejnego papierosa. Zaschło jej w ustach, ale po trzymiesięcznej abstynencji nikotynowy potwór zaatakował ze zdwojoną siłą. Wypuściła dym, spoglądając w niebo.

– Dlaczego Diana zrobiła ze swojej śmierci przedstawienie? – zapytała.

– Nie wiem, może dlatego, że chciała zostać aktorką.

– Pośmiertną?

– Widziałem ten film i nie zapomnę go do końca życia…

– Bo się wzruszę.

– Dlaczego trzymaliście swój związek w tajemnicy? – spytał Marcel.

– Niech pan na mnie spojrzy. – Dżejdżej rozłożył ręce. – Nie jestem partią dla dziewczyny z dobrego domu. Rodzice Diany wyrzuciliby mnie na zbity pysk.

– Faktycznie, nie wzbudzasz zaufania – przyznała Lena.

– Chcieliśmy poczekać, aż Diana będzie pełnoletnia. Wtedy mogłaby robić, co by chciała, ale teraz to już nie ma znaczenia…

Po twarzy Rudnickiej przebiegł cień uśmiechu. Dzieciaki są takie naiwne. Każde z nich sądzi, że gdy odbierze dowód osobisty, zawojuje świat. Tymczasem prawda jest taka, że większość z nich wciąż siedzi na garnuszku rodziców.

Spojrzała na Wolskiego, który był tego idealnym przykładem. Ojciec wciąż rozkładał nad nim parasol ochronny. Po ostatnim śledztwie, kiedy Marcel użył służbowej broni, komendant był wściekły. Zakazał Rudnickiej kontaktów z jego synem. Uważał, że naraziła jego ukochanego jedynaka na niebezpieczeństwo, a przecież praca w policji opiera się właśnie na ryzyku. Lena nie miała nic do gadania, komendant wydał polecenie, by rozdzielić tę dwójkę, a ona nie protestowała. Uznała, że tak będzie lepiej.

– Co robiłeś po wyjściu od Diany? – zapytała.

– Poszedłem do domu – odparł Jurek.

– Świadkowie?

– Matka i ojciec spali, więc…

– Więc nie masz alibi.

– Jestem o coś oskarżony?

Komórka Rudnickiej brzęknęła dwukrotnie, oznajmiając nadejście dwóch wiadomości. Zanim sięgnęła do kieszeni, rozległo się trzecie brzęknięcie.

Przebiegła wzrokiem tekst.

– Mam dla ciebie złe wieści, kolego – poinformowała Dżejdżeja.

5

Park Śledzia był usytuowany w środku miasta, a mimo to Axel Pulido nie dostrzegł wokół ani żywej duszy. Samochody przejeżdżały leniwie, ich silniki pracowały na najwyższych obrotach, tłocząc do środka podmuchy zimnego powietrza. W taką pogodę klimatyzacja ratuje człowiekowi życie.

Inne książki tego autora