SpektaklTekst

Z serii: Lena Rudnicka #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spektakl
Spektakl
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,55  54,84 
Spektakl
Spektakl
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
34,95  25,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Znaleźliście Dianę? – spytała ochrypłym głosem.

– Proszę usiąść – poleciła Lena.

– Usiąść? Muszę szukać mojej córki!

– Pani Pulido, proszę usiąść – powtórzyła z naciskiem. Kobieta się zawahała. Ostatecznie zajęła miejsce na kanapie. Palcami skubała materiał spodni.

– Gdzie moja córka? – spytała już nieco spokojniej.

– Staramy się to ustalić.

– Staracie się? Minął cały dzień, a Diany wciąż nie ma! – Ukryła twarz w dłoniach.

– Proszę mi wierzyć, że robimy wszystko, co w naszej mocy… – zaczął Marcel, lecz Hanna nie pozwoliła mu dokończyć zdania.

– Nic nie robicie! Moja córka w ogóle was nie obchodzi!

Rudnicka odchyliła głowę do tyłu. Miała dość.

– Diana miała chłopaka – rzekła.

– Słucham? – Hanna otworzyła szerzej oczy. – To jakiś żart? – Zaśmiała się. – Diana nie miała chłopaka. Skupiała się na nauce i przyszłości.

– Chyba nie miała pani zbyt dobrego kontaktu z córką, co?

– Słucham? Jak pani śmie?

– Dżejdżej, czy Diana wspomniała kiedyś tę ksywkę?

– Dżejdżej, kto to jest?!

– Wspomniała czy nie?

– Oczywiście, że nie! Nie wiem, o czym mówicie!

Hanna zerknęła błagalnie na Marcela.

– Rozmawialiśmy z wychowawczynią Diany – ciągnęła Rudnicka. – Twierdzi, że pani córka opuściła się w nauce, dostała jedynkę. Ponadto opuściła kilka dni w szkole.

– Jedynkę? Nic o tym nie wiem.

Ciekawe.

– Ostatnie dni przed zakończeniem roku Diana spędziła w domu, to prawda? – Lena westchnęła.

– W domu? Jak to w domu? Przecież wychodziła rano do szkoły. Nic z tego nie rozumiem.

Rudnicka przywołała w pamięci rozmowę z nauczycielką. Wychowawczyni mówiła, że ojciec Diany wiedział o nieobecności córki. Najwyraźniej mąż nie podzielił się z Hanną tą informacją.

– Zresztą! – Kobieta machnęła ręką. – Jakie to ma znaczenie? Macie ją odnaleźć, a nie rozpytywać nauczycieli!

Komisarz nie była zaskoczona słowami Hanny Pulido. Matka pragnęła jedynie wiedzieć, gdzie jest jej dziecko. Jednak by to zrobić, policjanci musieli skupić się na odtworzeniu ostatnich dni Diany. Dowiedzieć się, dlaczego nastolatka popełniła samobójstwo. I kto wyniósł zwłoki z domu.

Liczba samobójstw wśród nastolatków wciąż rośnie. Przyczyną targnięcia się na własne życie może być wszystko. Nastolatki są wrażliwe. Wystarczy błahostka. Najbliżsi często nie zauważają, że z dzieckiem dzieje się coś złego. Gdy zdadzą sobie z tego sprawę, często jest już za późno.

– Czy ktoś, oprócz domowników, znał PIN do systemu alarmowego? – zapytał Marcel.

– Oczywiście, że nie! – Hanna obróciła się do Wolskiego. – Ma mnie pan za idiotkę? Alarm jest po to, żeby nas chronić. Jaki sens miałoby udostępnianie kodów na prawo i lewo?

– Ktoś go wyłączył około północy.

Hanna Pulido wytrzeszczyła na niego oczy.

– To niemożliwe – odparła. – Byliśmy nad morzem, a w domu była tylko Diana. Ale ona nie wyłączyłaby alarmu.

– Skąd ten wniosek?

– Po co? Przecież alarm gwarantował jej bezpieczeństwo.

Rudnicka prychnęła. Naiwność ludzka nie zna granic. Żaden alarm nie gwarantuje stuprocentowego bezpieczeństwa.

– Co macie zamiar zrobić? – zapytała kobieta. – Jak chcecie odnaleźć moją córkę?

– Prosimy o cierpliwość… – rzekł Marcel. Pod naporem ciężkiego spojrzenia Hanny Pulido skulił się w sobie. Kobieta patrzyła na niego z wrogością. W jej oczach dostrzegł ból. Wolski ją rozumiał. Nie tylko straciła córkę, ale również możliwość jej pożegnania. Ten, kto zabrał ciało dziewczyny, powinien zostać ukarany. Marcel postanowił, że zrobi wszystko, by tak się stało.

– Ma pan dzieci? – zapytała Hanna.

– Nie.

– A pani? – Kobieta spojrzała na Lenę. Komisarz nie odpowiedziała. – Więc właśnie – westchnęła. – Nie macie pojęcia, co czuję. Nie macie pojęcia, co przeżywa matka, która nie wie, gdzie jest jej dziecko. – Otarła łzę spływającą po policzku. – Nie mogę czekać z założonymi rękami. Muszę działać.

To zabrzmiało niepokojąco. Marcel przełknął ślinę.

– Co ma pani na myśli? – zapytał, choć zarówno on, jak i Lena domyślali się odpowiedzi. Odpowiedzi, która z pewnością im się nie spodoba.

– Nagłośnię tę sprawę.

8

Karolina Wiśniewska grzebała stopą w piachu. Patrzyła na zachodzące słońce, które powoli znikało za horyzontem. Wieczór był ciepły. Przyjemny wiatr muskał twarz.

Wiśniewska spojrzała na koleżankę.

– Daj mi to. – Wyrwała z jej rąk plastikową butelkę po soku jabłkowym i upiła łyk. Wzdrygnęła się, gdy alkohol rozlał się po języku. – Mogłaś wlać więcej soku, bo za bardzo czuć wódkę.

– Mam to gdzieś – odburknęła Sandra Kobus.

– Nie będziesz miała, jak cię matka przyłapie.

– Moja matka też ma mnie gdzieś.

– No – bąknęła Karolina. – To tak jak moja.

– Dzisiaj poszła na nocną zmianę, więc mam luz.

– Zazdroszczę.

Na chwilę zapadło milczenie. Z oddali było słychać stłumione dźwięki przejeżdżających samochodów. Park powoli pustoszał. Matki zbierały dzieci z placu zabaw. Pociechy nie odpuszczały bez walki. Wsadzanie do wózka komentowały histerycznym płaczem. Wyciągały rączki w stronę kolorowych zjeżdżalni. Jeszcze kilka minut temu sunęły po nich z uśmiechem na buzi, a teraz matki transportowały je do domu. Nie podobało im się to, ale jak ma się raptem trzy lata, niewiele można zrobić.

Nieopodal spacerował wysoki chłopak ze złotym goldenem retrieverem. Lśniąca sierść, puszysty ogon. Pies postawił uszy. Wetknął nos do jednego z wózków. Przestraszona matka błyskawicznie cofnęła pojazd, ale widok czarnego nosa rozbawił płaczącą pociechę. Bobas zarechotał.

– Niepotrzebnie powiedziałyśmy o tym Dżejdżeju – odezwała się Karolina.

– Niby dlaczego? – spytała Sandra, pociągając łyk z butelki. Skrzywiła się.

– Diana nie chciała, żeby ktoś o nim wiedział, więc po co gadałaś o tym policji?

– Sama gadałaś!

– Ale ty zaczęłaś!

– Diana nie żyje. Jakie to ma znaczenie?

Karolina wzruszyła ramionami.

– Niby żadne – mruknęła. – Ale tajemnica to tajemnica, a ciebie wystarczy dobrze podejść, a wypaplasz wszystko.

– Diana nie żyje – powtórzyła Sandra, jakby nie wierzyła we własne słowa. – Myślisz, że to ma związek z tym facetem?

– Masz wątpliwości? To przecież jasne.

– No nie wiem. Może powinnyśmy powiedzieć o tym policji?

– Zwariowałaś? – Karolina wstała gwałtownie, poszperała w torbie i wyciągnęła paczkę cienkich elemów. Rozejrzała się wokół, wypatrując straży miejskiej, po czym zapaliła papierosa. Nie była wprawną palaczką, bo zaraz się rozkasłała, zakrywając dłonią usta i cisnęła niedopałek, zagłębiając go w piachu. – Życie ci niemiłe? – spytała z wyrzutem.

– A jeśli to jego wina?

– Głupia jesteś, Sandra. Naprawdę głupia. Powinnaś wiedzieć, że tacy ludzie są niebezpieczni.

– Nie wiemy nawet, czy to prawda.

– Ja nie chcę wiedzieć. To nie moja sprawa.

Sandra zastanowiła się nad słowami przyjaciółki. Karolina miała rację. Czasem lepiej zachować niektóre rzeczy dla siebie.

9

Emilio Pulido przyjechał do Polski dwadzieścia pięć lat temu. Jego matka nazywała się Marianna Stasiak i pochodziła z robotniczej łódzkiej rodziny. Za czasów jej młodości w Polsce nie działo się dobrze, a Marianna dostała od losu szansę, by wyjechać za granicę. Stara ciotka mieszkająca w Hiszpanii zgodziła się przyjąć ją do siebie.

Tak oto zwykła dziewczyna z Bałut dorastała w słonecznej Katalonii, gdzie poznała swojego przyszłego męża, Vasca Pulido.

Był od niej starszy o pięć lat, ale wyglądał co najmniej dekadę młodziej. Był wysokim mężczyzną o ciemnej karnacji, prostym, rzymskim nosie i ogromnych orzechowych oczach. Szarmancki i zawsze dobrze ubrany, świadomy swojej urody. Babcia od strony ojca wspominała, że młody Vas przebierał w dziewczynach jak w ulęgałkach. Dopiero gdy spotkał na swej drodze Mariannę, naprawdę się zakochał.

Marianna również kochała męża. Kiedy zachorował, dbała o niego i opiekowała się nim najlepiej, jak umiała. Do ostatniej chwili żywiła nadzieję, że Bóg wysłucha jej próśb i Vasco wydobrzeje.

Tak się nie stało. Wraz ze śmiercią głowy rodziny pojawiły się długi i piętrzące się problemy. Wtedy Marianna postanowiła wrócić do Polski. Odziedziczyła mieszkanie po rodzicach i zdecydowała, że właśnie w Łodzi ułoży sobie życie na nowo.

Dwudziestoletni Emilio wraz ze swoją latynoską urodą nie miał w Polsce łatwo. Nauczył się ignorować rasistowskie przytyki i prześmiewcze komentarze na ulicach. Dzień w dzień szlifował język polski, by nie odstawać od reszty społeczeństwa. Do dziś, choć językiem polskim posługiwał się płynnie, nie wyzbył się południowego akcentu.

Emilio nie odziedziczył urody po ojcu. Był niski jak matka; na twarzy miał wielki kartoflowaty nos, przypominający rozkwaszone jabłko, a przez te wszystkie lata dorobił się sporej nadwagi, ale w ogóle mu to nie przeszkadzało. Miał piękną żonę, którą kochał, a ona kochała jego. Czasem zastanawiał się, co Hanna w nim widzi – piękna, wysoka blondynka o słowiańskiej urodzie. Gdy swoją wtedy jeszcze łamaną polszczyzną zaprosił ją na kawę, od razu się zgodziła. W tamtym momencie postanowił, że zrobi wszystko, by Hannie niczego nie brakowało. Pragnął, żeby była z nim szczęśliwa.

I udawało mu się realizować ten plan aż do dzisiejszego poranka, kiedy syn przyszedł z komórką w ręku i pokazał coś, czego żadne z nich nie chciało zobaczyć.

Diana, jego pierworodna córka, wisiała na żyrandolu w swoim pokoju. Jej szczupłe ciało bujało się, jakby była wypchaną lalką. W przód i w tył. Emilio był pewien, że ten makabryczny obraz będzie nosił pod powiekami już zawsze. Nigdy nie zdoła wymazać go z pamięci.

 

I nigdy nie zapomni bólu w oczach żony. Usiłował pocieszyć Hannę, ale nie odnajdywał odpowiednich słów. Sam także cierpiał. Był ojcem, który stracił dziecko. Emocje tłumił w sobie. Doszedł do wniosku, że teraz powinien być przede wszystkim wsparciem dla żony. Silnym ramieniem. Cierpiał więc w ciszy i samotności, choć miał ochotę krzyczeć. Był wściekły. Na siebie. Na Hannę. Na Axela. Diana popełniła samobójstwo, a żadne z nich nie zauważyło, że z dziewczyną dzieje się coś złego.

Może wystarczyłaby chwila rozmowy? Może właśnie tego Diana potrzebowała? Rozmowy z rodzicami? Oboje razem z Hanną zatracili się w pędzie życia. Wciąż brakowało czasu. „Później, córciu”. „Nie teraz, za chwilę”. „Poczekaj, aż skończę”.

Zapłakał gorzko i upił łyk tequili. Rzadko pił, ale teraz nie widział innego wyjścia. Potrzebował ukoić skołatane nerwy, a wysokoprocentowy alkohol idealnie się do tego nadawał.

– Będziemy tak siedzieć? – spytała Hanna. W głosie żony usłyszał wyrzut, jakby to on był winien śmierci córki.

– A co chcesz zrobić? – Pociągnął kolejny łyk. W żołądku poczuł przyjemne ciepło.

– Nie wiem! Cokolwiek!

– Chcesz szukać ciała naszej córki? Gdzie? Dokąd pojedziesz?

– Nie drwij ze mnie.

Hanna ze złością ściągnęła usta w cienką linię. Nie było sensu ciągnąć tej rozmowy. Sami nic nie mogli zrobić. Nawet nie wiedzieli, gdzie szukać. Ale Hanna najwyraźniej była innego zdania.

– Oczywiście – warknęła. – Lepiej siedzieć w fotelu i żłopać tequilę. To najlepsze rozwiązanie, prawda?

– Hanno…

– Nie dociera do ciebie, co się stało?

– Hanno, proszę…

– Jak chcesz – ucięła. – Ja nie zamierzam czekać z założonymi rękami.

W głosie żony zabrzmiała groźba.

– Co chcesz zrobić? – Emilio odstawił szklankę.

– Zadzwonię do tego dziennikarza.

Emilio pokręcił głową. Sięgnął po szklankę. Przez chwilę obracał ją w dłoniach. Wolał nie mieszać do sprawy dziennikarzy. Uważał, że powinni dać czas policji. Policja wie, co robić. Wierzył, że uda im się odnaleźć ciało Diany. Gdy wygłosił swoją opinię na głos, Hanna poderwała się z krzesła.

– Nie obchodzi mnie to! – krzyknęła. – Policja nic nie robi. Nic, rozumiesz?

– Daj im działać. Policja jest od tego, żeby…

– Nie – przerwała. – Policja to policja. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy. Włącz telewizor, to zobaczysz, jacy są nieudolni! Musimy działać sami. Już postanowiłam, dzwonię do tego reportera. To dziennikarz śledczy, więc zna się na swojej robocie. Może on odnajdzie naszą Diankę.

Emilio nie protestował, kiedy wybrała numer i wyszła do sąsiedniego pokoju. Słyszał, jak umawia się z dziennikarzem na spotkanie. Choć nie popierał jej pomysłu, uznał, że żona musi mieć poczucie, iż zrobiła wszystko, co mogła w sprawie córki. A może ten dziennikarz wcale nie jest takim złym wyborem? Każda para rąk, które może pomóc w odnalezieniu Diany, jest przydatna.

Zadumał się, zapadając głębiej w fotel.

10

Lena Rudnicka wyszła spod prysznica, natarła ciało balsamem i wciągnęła krótkie szorty. Przeszła do kuchni, zajrzała do lodówki, ale w środku znalazła tylko puszkę zimnej pepsi. Pociągnęła zawleczkę, usiadła na kanapie i aktywowała ekran telefonu.

Zignorowała wiadomości od męża i uruchomiła filmik Diany Pulido. Obejrzała go trzykrotnie, zastanawiając się, co takiego gnębiło szesnastolatkę, że zdecydowała się odebrać sobie życie.

Czy zrobiła to pod wpływem impulsu? Czy może dojrzewała do decyzji wiele tygodni? Dlaczego powiesiła się akurat w niedzielę? Dlaczego nie w sobotę albo w piątek? Jeśli zamierzała zabić się pod nieobecność rodziców, chyba zrobiłaby to właśnie w piątek, kiedy rodzina wyjechała nad morze. Dlaczego czekała dwa dni? Coś musiało się wydarzyć. Co? Lena postanowiła, że jak najprędzej znajdzie odpowiedź na to pytanie.

Bateria zamrugała na czerwono, sygnalizując, że pozostało dziesięć procent do całkowitego rozładowania. Lena przeszła do sypialni, wygrzebała z nocnej szafki ładowarkę i zawróciła do salonu. Idąc szerokim korytarzem loftu, poczuła woń roztopionego sera.

W mieszkaniu była sama. Lodówka świeciła pustkami. Skąd więc zapach sera? Planowali z Krzysztofem tygodniowe wakacje, więc nie robili żadnych zakupów. Powinna uzupełnić zapasy, ale kiedy wracała do domu, nawet o tym nie pomyślała. To Krzysztof zajmował się zaopatrywaniem lodówki, a teraz siedział w sopockim hotelu, więc…

Uniosła głowę i stanęła w pół kroku.

– Do cholery, co ty tu robisz? – warknęła.

Marcel uniósł pudełko z pizzą i pomachał foliową torebką. Butelki z piwem zastukały, obijając się o siebie.

– Powinnaś zamykać drzwi – rzekł.

– Zabieraj się stąd.

– Jesteś policjantką, powinnaś mieć świadomość, że niezamykanie drzwi jest najczęstszą przyczyną kradzieży.

– Co ty sobie, Wolski, wyobrażasz?

– Przecież twojego męża nie ma, więc pomyślałem, że…

Kilka sekund zajęło Marcelowi uświadomienie sobie, jak zabrzmiały jego słowa. Nie miał jednak nic zdrożnego na myśli. Nie chciał spędzać samotnie wieczoru w kawalerce, więc wpadł na pomysł, by odwiedzić Lenę. Był przekonany, że o tej porze nie będzie spała.

– Czyli mam spadać? – spytał.

Rudnicka zerknęła na pizzę.

– Zostań – odburknęła. – Skoro już jesteś.

Postawił karton na wyspie kuchennej i odchylił wieko, a Lena zgarnęła butelkę piwa i rozsiadła się na kanapie.

– Obsłuż się sam – powiedziała.

Sprawdził szafki w poszukiwaniu talerzy. Wyjął dwa, nałożył po kawałku pizzy i otworzył piwo.

– Gdzie masz kosz? – zapytał, obracając w palcach kapsel.

– Tam, gdzie wszyscy Polacy.

Otworzył drzwiczki pod zlewem, wyrzucił kapsel i usiadł obok Leny, podając jej talerz.

– Nie wiedziałem, jaką lubisz, więc wziąłem z salami.

– Może być.

– Przepraszam, masz rację, powinienem najpierw zadzwonić i zapytać, czy masz ochotę na towarzystwo, ale sądziłem, że nie odbierzesz ode mnie telefonu. Albo mnie spławisz.

– Słusznie sądziłeś.

– Wybacz, jeśli nie masz ochoty na towarzystwo, to sobie pójdę.

Lena zdała sobie sprawę, że wcale nie chce, żeby wyszedł. Zaniepokoiła ją ta myśl, gdyż nie należała do towarzyskich osób. Lubiła samotność, jednak teraz coś się zmieniło.

– Wyrzucę cię, jeśli nie przestaniesz – mruknęła.

– Przepraszam, po prostu…

Rudnicka uniosła dłoń, po czym ugryzła kawałek pizzy i popiła chłodnym lagerem. Odstawiła talerz na stolik i usiadła po turecku.

– Musisz to zobaczyć – powiedziała.

– Co?

– Ten film.

– Nie chcę go oglądać.

– Musisz. Chcę ci coś pokazać.

– Naprawdę wolałbym nie…

– Nie zachowuj się jak dziecko.

Marcel pokręcił głową. Nie miał ochoty na oglądanie filmu, w którym ktoś odbiera sobie życie. Ale nie miał też wyboru. Wiedział, że jeśli chce zająć się tą sprawą, musi obejrzeć nagranie. Zresztą Rudnicka już zdecydowała za niego, podtykając mu telefon pod nos. Kabel ładowarki, pod którą podpięty był telefon, okazał się zbyt krótki, więc Wolski przysunął się bliżej Leny.

– I co o tym myślisz? – zapytała po chwili, gdy ekran zasnuł się czernią.

– Sam nie wiem…

– Niczego nie zauważyłeś?

– A powinienem?

– Cholera, to obejrzyj jeszcze raz.

– Wolałbym nie…

– Oglądaj.

Dziewczyna wyglądała na szczęśliwą. Była bardzo ładna. Czarne, długie włosy, hiszpańska uroda i szczupła sylwetka sprawiały wrażenie, jakby oglądali nastoletnią modelkę, a nie zwykłą gimnazjalistkę.

Życie nie kończy się śmiercią.

Życie jest drogą.

Postanowiłam odejść.

Straciłam nadzieję.

Tak będzie lepiej. Tylko wtedy będę szczęśliwa.

Chcę umrzeć.

W pomieszczeniu było bardzo jasno, jakby ktoś specjalnie użył białych jarzeniówek.

Ludzkość jest drzewem, a ludzie są liśćmi. Drzewo trwa i rośnie, chociaż liście opadają.

Diana Pulido weszła na krzesełko, sprawdziła splot niczym zawodowa żeglarka i założyła na szyję pętlę. Pomachała do widzów, uśmiechając się figlarnie, jakby chciała powiedzieć: „nie martwcie się, spotkamy się po drugiej stronie”.

I kopnęła krzesełko.

Potem do uszu Marcela doszedł przeraźliwy charkot nastolatki oddającej ostatnie tchnienie.

– Zabierz to – powiedział. – Nie chcę tego oglądać.

– Weź się w garść, Wolski.

– To dla mnie chyba za dużo.

– Zamiast trząść portkami, powinieneś się skupić.

– Ciebie to nie rusza, prawda?

– To nie ma znaczenia…

– Tak myślałem – wszedł jej w słowo i pociągnął długi łyk piwa, opróżniając butelkę do połowy. Sapnął głośno, wsunął butelkę między uda i opadł na oparcie.

– Moje odczucia nie mają tu znaczenia. Musimy skupić się na odnalezieniu ciała dziewczyny. Tylko o nią tutaj chodzi. Widziałeś, co zrobiła?

– Powiesiła się.

– Nie o tym mówię.

– A o czym?

– W jaki sposób to zrobiła. Fascynujące.

– Nie widzę w tym nic fascynującego.

Marcel był pewien, że czeka go kilka nocy wypełnionych koszmarami.

– Spójrz – powiedziała Lena, przysuwając się bliżej. Ich twarze dzieliły centymetry. Wolski poczuł zapach jej perfum zmieszanych z kokosowym szamponem do włosów. Włączyła nagranie i czekała w milczeniu, aż dobiegnie końca. – Widzisz? – Spojrzała na niego pytająco, ale Marcel wciąż nie miał pojęcia, co powinien zobaczyć.

– Niczego nie zauważyłem.

– Tapeta. – Odsunęła się poirytowana.

Wyjął z jej rąk telefon i zmusił się do obejrzenia nagrania jeszcze raz.

– Na ścianie pokoju Diany nie było tapety – zauważył.

– Bystrzacha z ciebie – mruknęła.

– Pytanie, skąd się wzięła i dlaczego Diana ją nakleiła?

– Mnie bardziej interesuje, kto ją odkleił. Skoro Diana powiesiła się na lampie na tle tej tapety, śmiem przypuszczać, że sama sobie życia nie odebrała.

– Ale po co ktoś miałby naklejać tapetę? – zdziwił się Wolski i pociągnął łyk piwa, a potem sięgnął po następne.

– Zaraz odpowiem ci na to pytanie.

Rudnicka włączyła film ponownie. Obserwowali dziewczynę stojącą pośrodku pokoju. Zdawało się, że tryska humorem, ale w jej oczach Marcel dostrzegł ból. I strach. Była jak aktorka, która odgrywa wyuczoną rolę.

Ludzkość jest drzewem, a ludzie są liśćmi. Drzewo trwa i rośnie, chociaż liście opadają.

Ten uśmiech, sprawdzenie splotu sznura, machanie do widzów. Wolski powoli zaczynał rozumieć, co Rudnicka miała na myśli.

– Zaplanowała własne samobójstwo? – zapytał z wahaniem.

– To raczej logiczne. Musiała wszystko zaplanować, jakby reżyserowała jakieś cholerne przedstawienie. Przemyślała każdy szczegół: tapetę na ścianie, światło, przemowę. Gdyby chodziło tylko o to, żeby się zabić, po prostu wzięłaby sznur, zawiązała pętlę i się powiesiła, ale ona zrobiła ze swojej śmierci widowisko w internecie. Może była stuknięta.

Skrzywił się na te słowa.

– Jest jeszcze jedna sprawa – ciągnęła Lena. – Ktoś musiał wyłączyć nagranie, prawda?

– Faktycznie. Nie pomyślałem o tym.

Parsknęła, jakby nie spodziewała się po nim niczego innego.

– Ktoś wyłączył nagranie, wyniósł ciało Diany i wyczyścił pokój – powiedziała. – Masz jakiś pomysł, po co?

– Poczekaj. – Wstał, wyjął z kieszeni paczkę westów, ale się zmitygował. Spojrzał pytająco na Lenę, ale tylko machnęła ręką.

– Otwórz okno – mruknęła.

Zapalił i rzucił paczkę na stolik. Rudnicka także wyjęła papierosa i z wahaniem rolowała go w palcach.

– Powinniśmy wszystko uporządkować – odezwał się.

– Śmiało.

– Diana powiesiła się o trzeciej w nocy z niedzieli na poniedziałek. Ktoś wyłączył w domu alarm lub zrobiła to ona sama. Przygotowała wszystko, żeby internauci mogli zobaczyć, jak odbiera sobie życie i…

– Zwróć uwagę na to, co powiedziała.

– Ludzkość jest drzewem, a ludzie są liśćmi. Drzewo trwa i rośnie, chociaż liście opadają.

– To cytat z Jerzego Drobnika, dziennikarza z lat trzydziestych związanego z endecją.

– Skąd wiesz?

Rudnicka wzruszyła ramionami i zapaliła papierosa.

– Wcześniej Diana powiedziała, że postanowiła odejść, że straciła nadzieję – kontynuował.

 

– Napisała to wcześniej.

– Co?

– Przemówienie czy jak to nazwać.

Marcel zgodził się z Leną. Rzeczywiście wyglądało na to, że Diana dobrze przygotowała się do zagranej roli.

– Sądzisz, że decyzję o samobójstwie podjęła samodzielnie? – zapytał.

– Masz na myśli to, że osoba stojąca za kamerą mogła zmusić ją do założenia sobie pętli na szyję?

– Na przykład.

– O ile w ogóle ktoś tam stał.

– Sądziłem, że to logiczne. Ktoś musiał wyłączyć nagranie.

– Może tak, a może nie. Nie mamy potwierdzenia, że człowiek, który wyniósł z domu jej zwłoki, był w domu, gdy odebrała sobie życie.

– Przyszedł później?

– Nie wiem. Nie możemy niczego zakładać, jeśli nie mamy żadnego dowodu. Ba! Nie mamy nawet poszlaki wskazującej, że ktoś stał za kamerą.

– Ale możemy tak założyć. W końcu ktoś wyłączył nagranie.

– Nie wysnuwałabym zbyt pochopnych wniosków.

Wolski zaciągnął się i powoli wypuścił dym.

– Ale możemy założyć, że przygotowywała się do popełnienia samobójstwa? – spytał.

– Zrobiła niezłe show.

– Może właśnie o to chodziło?

– Chciała zostać aktorką filmową, a została pośmiertną celebrytką. No nie wiem, czy akurat o takiej karierze marzyła.

Rudnicka upiła łyk piwa. Nie wzięła dzisiaj ani jednej tabletki przeciwbólowej, więc mogła pozwolić sobie na jedno, góra dwa piwa. Nagle się wyprostowała i odstawiła butelkę na stolik. Wolski dostrzegł błysk w jej oku.

– Liście – powiedziała.

– Co z nimi?

– Jeszcze nie wiem, ale musi chodzić o liście.

– Nie rozumiem.

– Ludzkość jest drzewem, a ludzie są liśćmi.

– To cytat, już mówiłaś.

– Cytat dotyczący liści i tapeta w liście. Cholera, to nie może być zbieg okoliczności.

– Liście? Co wspólnego ze śmiercią Diany mają liście?

– Nie wiem. Wystarczy, że mają znaczenie dla Diany i…

– I? Lena, nie nadążam.

Rudnicka spojrzała na niego.

– To wiadomość – powiedziała.

– Wiadomość?

– Mhm. Sprawdź w internecie symbolikę liści.

Wstała, podeszła do przeszklonej witryny i wyjęła porcelanową popielniczkę. Powróciła na kanapę i strząsnęła popiół.

– Krzysztof napisał dwie wiadomości. – Wolski obrócił komórkę w jej stronę.

– Nie kazałam ci sprawdzać tego w moim telefonie.

– Przepraszam. Był pod ręką.

Komórka Wolskiego leżała na kuchennej wyspie, ale było to słabe usprawiedliwienie.

– Nie odpiszesz mu? – zapytał.

– Sprawdziłeś symbolikę liści?

Marcel uśmiechnął się pod nosem. Głupie uczucie, pomyślał, ale w głębi duszy czuł satysfakcję. Lena zlekceważyła wiadomości od męża, a Marcelowi sprawiło to radość. Miał jednak świadomość, że Nawrocki za kilka dni wróci z urlopu i to on będzie spędzał wieczory z Leną Rudnicką.

– Liście są symbolem przemijania – przeczytał, scrollując stronę. – Nietrwałości i kruchości życia.

– Nie o to chodziło.

– Dlaczego? Pasuje. Przemijanie, kruchość życia…

– Nie, nie. Tu chodzi o coś innego.

Marcel odchylił głowę, wbijając wzrok w sufit.

– Może nadinterpretujesz to przesłanie? – spytał. – Może Diana potrzebowała tła, a cytat znalazła w internecie, spisała i postanowiła wygłosić.

– Wątpię. Dziewczyna miała artystyczną duszę. Przygotowywała się, więc każde słowo powinno mieć dla niej znaczenie. Spójrz. – Wolski zerknął na ekran i szybko odwrócił głowę. Nie miał ochoty oglądać tej makabrycznej sceny po raz kolejny. – Ubrała się elegancko w białą bluzkę i czarne spodnie, a jej włosy wyglądają, jakby właśnie wyszła od fryzjera. Zadbała o wygląd. Wiedziała, że to nagranie obiegnie całą Polskę.

– Może masz rację…

– Co z tego, skoro w tej całej sprawie gówno wiemy?

Marcel sięgnął po kolejnego papierosa, zapalił go i popił łykiem piwa. Lena uczyniła dokładnie to samo, tylko w odwrotnej kolejności.

– Miałaś nie palić.

– Mhm. Najwidoczniej wywierasz na mnie zły wpływ.

– Musimy znaleźć chłopaka Diany.

– Sama na to wpadłam.

– Od czego zacząć? Ani matka, ani przyjaciółki nie mają pojęcia, kim on jest.

Rudnicka nie odpowiedziała. Wpatrywała się w ulatujący ku górze papierosowy dym. Znalezienie chłopaka było kwestią czasu. Oczywiście wszystko poszłoby szybciej, gdyby namierzyli telefon Diany. W środku z pewnością znaleźliby numer tego Dżejdżeja.

– Dlaczego mnie odtrąciłaś? – zapytał Marcel, przerywając ciszę.

– Że co?

– Po sprawie Chmielnego. Myślałem, że się zaprzyjaźniliśmy, ale ty potraktowałaś mnie jak powietrze. Zastanawiałem się, co zrobiłem nie tak, ale nie mogłem tego wyjaśnić, bo nie chciałaś ze mną rozmawiać.

– Rozwiązaliśmy sprawę, więc…

– Nie byłem ci już potrzebny?

Rudnicka wpatrywała się w niego przez chwilę.

– Jeśli nie chcesz ze mną pracować, możesz odejść – powiedziała. – Nie trzymam cię na siłę.

– Ale dzisiaj do mnie przyszłaś.

– Bo akurat byłeś pod ręką.

Marcel uśmiechnął się bez przekonania.

– Lubię z tobą pracować – rzekł. – I nie jestem tutaj na siłę.

Spojrzała na niego spode łba. Ze złością zdusiła papierosa w popielniczce i zapaliła kolejnego, zaciągnęła się i wypuściła dym.

– Wiem – odparła.

Inne książki tego autora