SpektaklTekst

Z serii: Lena Rudnicka #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spektakl
Spektakl
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,55  54,84 
Spektakl
Spektakl
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
34,95  25,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Myślała o wydarzeniach ostatnich dni. O planie. Wszystko zaszło za daleko, o wiele za daleko. Nie można się już cofnąć. Przez chwilę zastanowiła się, co powiedzą rodzice, kiedy o wszystkim się dowiedzą. Czy matka będzie zadowolona? Dziewczynę naszły wątpliwości, ale uświadomiła sobie, że wystarczy moment, by zakończyć cierpienie. Sekunda. Nie miała innego wyjścia. Zrobi to. Odbierze sobie życie. Ale jeszcze nie dzisiaj. Ukryła twarz w dłoniach i się rozpłakała.

Nad jej głową kołowały trzy wrony. Ich czarne pióra połyskiwały w słońcu.

4

Pomimo wakacji szkoła przy ulicy Czajkowskiego tętniła życiem. Najwyraźniej właśnie odbywały się jakieś letnie zajęcia. Na orliku grupka chłopców grała w piłkę, a sędziował im starszy mężczyzna w koszulce trenera. Średnio co trzydzieści sekund dmuchał w gwizdek i przerywał mecz. Chociaż trudno było tę kopaninę nazwać meczem. Działania na boisku przypominały wyścig, która drużyna szybciej sfauluje przeciwnika.

– O Boże – jęknęła Rudnicka. Szli popękanym chodnikiem prowadzącym do głównego wejścia. – Nawet gdyby ktoś mi oferował milion dolców, nie wróciłabym do budy.

– Ja całkiem miło wspominam szkołę – odrzekł Marcel.

– Jakoś mnie to nie dziwi. Ojciec na stanowisku pewnie wepchnął cię do najlepszego liceum w mieście.

Wolski chciał zaoponować. Skończył najlepsze liceum w mieście, ale dostał się tam ze względu na dobre stopnie. Ojciec nie miał z tym nic wspólnego.

A przynajmniej tak sądził do tej pory.

– Nauczyciele mają dobrze – rzuciła Rudnicka, gdy pokonywali szkolny korytarz. Rozejrzała się w poszukiwaniu pokoju nauczycielskiego. – Pracujesz dziesięć miesięcy w roku. Masz dwa miesiące wakacji. Żyć nie umierać. – Zawiesiła dłoń nad klamką.

– No nie wiem – odbąknął Marcel. – W ciągu tych dwóch miesięcy nauczyciele muszą…

Rudnicka machnęła ręką, dając mu do zrozumienia, że temat uważa za zamknięty.

W pokoju nauczycielskim panowała cisza. Przy stole siedziały dwie kobiety. Blondynka odstawiła filiżankę na spodek. Palcem wskazującym poprawiła okulary. Obrzuciła nowo przybyłych podejrzliwym spojrzeniem. Nie wyglądała na zadowoloną. I właśnie dlatego Rudnicka wolała chodzić w cywilu. Mundur tworzy barierę pomiędzy obywatelem a przedstawicielem organów ścigania. Jeśli masz na sobie mundur, ludzie nie widzą w tobie człowieka. Widzą policjanta. Stają się nieufni. Gliniarz to gliniarz. Rozmowa z policją wiąże się z niebezpieczeństwem. Gliniarz wszystko notuje, zapisuje, łapie za słówka. Wszystko, co powiesz, może obrócić się przeciwko tobie.

– Szukamy pani Guzik – powiedziała Lena.

– To ja. – Pulchna kobieta odłożyła teczkę na stół.

– Jesteśmy z policji. Komisarz Rudnicka, a to sierżant Wolski. Możemy chwilę porozmawiać?

Marcel się uśmiechnął.

– Oczywiście, proszę za mną. – Puszysta kobieta zaprowadziła policjantów do klasy, z trudem zajęła miejsce za biurkiem. Z racji słusznej postury miała ograniczone możliwości manewru. – Proszę usiąść. – Wskazała ławkę.

– Słyszała pani o Dianie Pulido? – zapytała Rudnicka.

– Od rana nie mówi się o niczym innym. – Nauczycielka zacisnęła usta. Dłonie złożyła jak do modlitwy. – Strasznie współczuję państwu Pulido. Przeżyć śmierć własnego dziecka… Och, co za tragedia. Jeszcze w taki sposób…

Lena rozejrzała się po klasie. Na ścianach wisiały tablice z wzorami i figurami geometrycznymi. Pani Guzik uczyła matematyki. Na samą myśl o znienawidzonym przedmiocie Rudnicką przeszły ciarki. Dotarło do niej, jak bardzo nienawidziła szkoły.

– W dodatku nie ma ciała Diany – dodała pani Guzik.

Lena zerknęła na Marcela, przechylając głowę.

– Skąd pani wie, że nie ma ciała? – zapytała.

– Słyszałam w radiu – wyjaśniła. – W domu nie znaleziono ciała Diany. Podobno ktoś je wyniósł. To prawda?

Rudnicka zmarszczyła brwi. Niedobrze. Dziennikarze zwęszyli sensację. Lena pomyślała, by zadzwonić do rodziców Diany i przestrzec, żeby nie rozmawiali z dziennikarzami, ale uświadomiła sobie, że najprawdopodobniej i tak nie zastosują się do jej zaleceń. Byli załamani. Sądzili, że nagłośnienie sprawy pomoże w odnalezieniu ich córki.

– Dobrze – rzekła w końcu. – Porozmawiajmy o Dianie. Próbujemy dowiedzieć się, jaka była i co skłoniło ją do popełnienia samobójstwa, może miała problemy w szkole?

– Och, nie! Diana była wzorową uczennicą. Świetnie się uczyła.

Marcel uderzył kolanem w spód blatu. Najwyraźniej szkolne ławki nie były przeznaczone dla osób mierzących ponad metr osiemdziesiąt.

– Przepraszam – wymamrotał.

Rudnicka zerknęła na niego przelotnie i skupiła się na pani Guzik.

– Hm, chociaż… – zaczęła nauczycielka. – Jest jedna sprawa, która wydawała mi się podejrzana.

– Tak?

– Diana jest humanistką. To znaczy… – Westchnęła. – Przepraszam. Diana była humanistką. Z polskiego i języków obcych zbierała same piątki. Startowała w olimpiadzie z angielskiego i hiszpańskiego. Miewała jednak problemy z matematyką i fizyką.

– To chyba nic dziwnego? Większość uczniów ma problemy z przedmiotami ścisłymi.

– Największe trudności sprawiała Dianie matematyka – ciągnęła pani Guzik. – Zdarzało się, że dostawała ze sprawdzianu czwórkę. Wpadała wówczas we frustrację. Musicie państwo wiedzieć, że Diana była bardzo ambitna. Czwórka nie sprawiała jej satysfakcji.

– Rozumiem – wtrącił Wolski.

Rudnicka posłała sierżantowi kpiący uśmiech. Oczami wyobraźni zobaczyła Marcela sprzed kilku lat. Pilnego ucznia z wielkim tornistrem na plecach. Prosto ze szkoły pędził do domu, by odrabiać lekcje, a następnego dnia pozwalał odpisywać kolegom.

– Przed radą pedagogiczną mieliśmy ostatni sprawdzian z geometrii – ciągnęła nauczycielka. – Diana nie radziła sobie najlepiej. Rozwiązywanie zadań szło jej opornie. Spędzałyśmy dużo czasu, by zrozumiała jakieś zagadnienie. Mam dużo pracy – zaznaczyła. – Ale czasem zostawałam po lekcjach, żeby pomóc Dianie. Sądziłam, że dziewczyna ma potencjał i daleko zajdzie w życiu. Nie chciałam, żeby jeden przedmiot zepsuł jej świadectwo. Rozumiecie państwo? – Marcel skinął głową. Lena siedziała nieruchomo. – Z ostatniego sprawdzianu Diana dostała jedynkę. Jako jedyna w klasie. Poprosiłam, żeby została po lekcjach. Pomyślałam, że posiedzę z nią kilka dni przed wyznaczoną poprawą, ale Diana odmówiła. To dziwne, ponieważ odniosłam wrażenie, że jedynka nie zrobiła na niej wrażenia.

– Co ma pani na myśli? – spytał Wolski.

– Dziewczyna dostaje czwórkę i jest załamana – wtrąciła Rudnicka. – A gdy dostaje jedynkę, w ogóle się nie przejmuje?

– Właśnie. – Wychowawczyni skinęła głową. – Co więcej, Diana nie wyraziła chęci, żeby poprawić ocenę.

– Podała powód?

– Uznała, że jedna jedynka niczego nie zmieni.

– Jaką miała ocenę całoroczną?

– Mamy dzienniki elektroniczne, więc po wpisaniu jedynki Dianie wychodziła czwórka z plusem, jednak proszę pamiętać, że na świadectwie wpisujemy pełne liczby. Powiedziałam więc Dianie, że powinna poprawić tę jedynkę, żeby mieć piątkę.

– Jak zareagowała?

– Nie chciała ze mną rozmawiać.

Oczywiście jedna jedynka niczego nie przesądza, ale Diana wybierała się do liceum. Rudnicka nie była biegła w szkolnych sprawach, ale miała świadomość, że podczas rekrutacji do liceum oceny ze świadectwa również mają znaczenie. Najwyraźniej dobre oceny wcześniej były dla dziewczyny ważne. Dlaczego nagle przestało jej zależeć? Czy wydarzyło się coś, co zepchnęło naukę na boczny tor?

– Czy oprócz matematyki Diana opuściła się z innych przedmiotów? – spytała Rudnicka.

Nauczycielka splotła dłonie na blacie.

– Nie – odparła. – Większość sprawdzianów odbyła się przed radą pedagogiczną. Ostatnio oprócz przygotowania do testów gimnazjalnych uczniowie powtarzali tylko matematykę. Inne lekcje zajmowały powtórki na nadchodzący egzamin. Ale jeśli chodzi o Dianę, zauważyłam jeszcze jedną niepokojącą rzecz.

– To znaczy? – Lena poprawiła się na krześle.

– Opuściła parę dni w szkole – oznajmiła wychowawczyni. Widząc zdezorientowaną minę komisarz, dodała: – Diana rzadko opuszczała lekcje. Pamiętam, jak kiedyś przyszła na zajęcia z gorączką. Zadzwoniłam do rodziców i odesłałam ją do domu. Diana trochę grymasiła, mówiła, że nie chce mieć nieobecności na lekcjach, że będzie zmuszona nadrabiać stracone tematy. Może jestem starej daty, ale uważam, że chorobę powinno się przeleżeć w łóżku.

– Pytała pani Dianę o powód nieobecności?

– Po radzie pedagogicznej został tydzień do zakończenia roku, więc obecności nie są już odnotowywane. Kompletujemy dokumenty, drukujemy świadectwa. Oficjalnie opuszczone godziny nie miały żadnego wpływu. Oczywiście zadzwoniłam do rodziców Diany. Pan Pulido twierdził, że wiedział o nieobecności córki w szkole.

– I nie widział nic złego w tym, że Diana nie przyszła do szkoły?

– Raczej nie. Zbył mnie, mówiąc, że jest koniec roku, że wszystkie stopnie są wystawione.

– A jakie relacje miała Diana z koleżankami? – spytał Marcel, prostując nogi. Od skurczonej pozycji zdrętwiały mu łydki.

– Diana trzymała się z trzema najlepszymi przyjaciółkami. Mówiąc szczerze, tylko z nimi widywałam ją na szkolnych korytarzach. W klasie było ponad trzydzieścioro uczniów. To normalne, że tworzą się grupki.

– Jak nazywają się koleżanki Diany?

– Karolina Wiśniewska, Sandra Kobus i Roksana Antolak.

Marcel sięgnął do kieszeni spodni po notes, ale w porę się zmitygował. Lena na pewno już zapamiętała nazwiska dziewcząt. Komisarz nigdy niczego nie notowała.

– Mogłaby pani opowiedzieć o relacji dziewcząt? – poprosił.

Nauczycielka z namysłem podparła brodę palcem wskazującym.

 

– Muszę przyznać, że umknął mi moment, kiedy między nimi zawiązała się przyjaźń – powiedziała. – Był początek roku i my, nauczyciele, mieliśmy sporo na głowie. Faktem jest, że cała czwórka od samego początku trzymała się razem. Siadały razem w ławkach, dwie z przodu i dwie z tyłu, żeby mieć ze sobą ciągły kontakt. Podejrzewam, że spotykały się również po szkole, jak to nastolatki…

– Jaki kontakt miała Diana z innymi uczniami?

– Dobry, tak bym to określiła. Resztę traktowała jak zwykłych znajomych z klasy, rozmawiała z nimi, ale nic poza tym.

– Czy Diana miała chłopaka? – zapytała Lena, wstając z krzesła. Wsunęła dłonie do kieszeni spodni i przygryzła dolną wargę.

– Nic mi o tym nie wiadomo.

– Zauważyła pani w zachowaniu Diany coś niepokojącego? Pomijam tę jedynkę i nieobecności, ale czy na przykład w rozmowie wydawała się jakaś inna? Zdenerwowana lub smutna?

Wychowawczyni się zawahała.

– Kilka razy widziałam, jak po dzwonku wybiega z klasy i nie czekając na koleżanki, wychodzi ze szkoły.

– Zawsze wychodziły razem?

– Tak, po lekcjach szły na ten sam przystanek. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Pomyślałam, że po prostu ma inne plany albo przyjechało po nią któreś z rodziców, ale jak teraz o tym myślę, to może Diana faktycznie miała chłopaka.

5

Jerzy Jurek miętosił w ustach papierosa. Ustnik zawilgotniał od śliny. Jerzy splunął i sięgnął po pustą skrzynkę po piwach. Odwrócił ją do góry nogami i siadł ciężko. Krata wpijała się w tyłek. Bolała go głowa. Powieki same się zamykały. Nie spał prawie całą noc. Urwał dwie godziny nad ranem, lecz wciąż czuł się zmęczony. Taka praca. Nie wiadomo, kiedy komuś skończy się towar. Zapotrzebowanie ciągle rosło i ciężko wyrobić się ze wszystkimi zleceniami. Najgorsze były weekendy. W weekend miasto baluje. Ludzie chcą odetchnąć po całym tygodniu. Są zmęczeni. Potrzebują energii.

A Jerzy potrafi ją dostarczyć.

Jesteś wykończony? Jeden telefon. Dwadzieścia minut. Wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Zmęczenie znika. Miasto bawi się dalej.

Ale niedługo zabawa się skończy. Jerzy od dawna chciał rzucić tę robotę. Miał oszczędności. Przez jakiś czas pojeździ po świecie. Potem może znajdzie normalne zajęcie i będzie prowadził zwyczajne życie? Nie będzie drżał przed dzwonkiem do drzwi ani podskakiwał na dźwięk telefonu. Miał dość.

Czas wziąć się do pracy, pomyślał, wyjmując elektroniczną wagę, i rozejrzał się wokół.

O tej porze ogródki działkowe były puste. Nie licząc jednego starucha, który od paru tygodni uprzykrzał Jerzemu życie. Jerzy starał się nie wchodzić dziadkowi w drogę. Tylko tego brakowało, żeby facet zadzwonił na policję.

Upewniwszy się, że nikt nie kręci się przy domku, Jerzy odpakował foliowe torebki i rozpoczął żmudny proces ważenia i pakowania. To ostatnie dni w tym fachu. Jak dobrze pójdzie, może dziś ostatni raz dostarczy zamówiony towar?

6

Zagadaj z ojcem, niech da ci jakąś premię – zakpiła Lena, wyglądając przez szybę. – Kupisz sobie jakiś lepszy samochód.

Marcel zaśmiał się pod nosem.

– Klimatyzację wymyślili dość dawno temu – dodała. – Twój czeski producent chyba zatrzymał się w epoce średniowiecza.

– Klimatyzacja się zepsuła – odparł Marcel.

– No jasne. Zderzak też się zepsuł? W co przydzwoniłeś?

Marcel wolał nie odpowiadać.

– Jak chcesz znaleźć koleżanki Diany? – pospiesznie zmienił temat.

– Zadzwonię do Karoliny Wiśniewskiej. Matka dziewczyny dała mi jej numer.

Wolski zabębnił palcami w kierownicę.

Kiedy stanęli przed domem jednej z koleżanek Diany, okazało się, że dziewczyna razem z przyjaciółkami wybrała się do miasta.

Wolski skręcił w lewo, wjechał w Pomorską i raz po raz hamował. Dochodziło wpół do piątej. Na ulicach było coraz gęściej. Godziny szczytu w najgorszym wydaniu.

Milczeli przez chwilę.

– Zatrzymaj się przed wjazdem w Piotrkowską – poleciła Rudnicka.

Marcel objechał rondo na placu Wolności, szukając wolnego miejsca. Lena machnęła ręką i kazała mu stanąć.

– Tam nie można parkować – zauważył.

– Więc jeśli zaparkuje tam cywil, wlep mu mandat.

– Powinniśmy dawać obywatelom dobry przykład.

– Jezu – mruknęła.

Zaparkował przy wjeździe w Piotrkowską.

Wysiadł, wyciągnął paczkę westów i ruszył za Rudnicką. Komisarz, nie rozglądając się na boki, przecięła rondo z telefonem przy uchu. Zapalił papierosa i wciągnął dym w płuca. W służbowym stroju czuł się co najmniej dziwnie. Przechodnie patrzyli na niego podejrzliwie. Przygładził dłonią służbowy T-shirt i spojrzał przed siebie.

Wystarczyła chwila nieuwagi i stracił Lenę z oczu. Obrócił się wokół własnej osi, wypuszczając dym. Nigdzie nie dostrzegł sylwetki komisarz. Obszedł pomnik Kościuszki. Na ławce siedziała grupa chłopaków. Pomimo upału zaciągnęli na głowy kaptury. Jeden z dresów splunął w stronę Wolskiego. Marcel wtłoczył do płuc kolejną porcję dymu. Służbowa koszulka z nadrukiem „POLICJA” paliła go w plecy, a serce biło coraz szybciej. Wyjął telefon, żeby zadzwonić do Leny. Z ulgą odnotował, że zdążyła wysłać mu wiadomość.

Dotarłszy na miejsce, Marcel uśmiechnął się przepraszająco, ale ona nawet na niego nie spojrzała. Skupiała się na rozmowie z Karoliną Wiśniewską. Filigranowa blondynka miała na sobie szorty, ledwo zakrywające pośladki, i bluzkę odsłaniającą pępek.

– Nie wiem, co mam pani powiedzieć. – Dziewczyna przysiadła na murku. Znajdowali się na skwerku pomiędzy dwiema kamienicami.

Na przystanku po przeciwnej stronie ulicy zatrzymał się tramwaj. Stary, czerwono-żółty wagon, którego drzwi zamykały się z taką mocą, że gdyby kogoś przytrzasnęły, raczej nie byłoby czego zbierać.

– Zobaczyłam ten film rano – mówiła Wiśniewska. – W nocy spałam, przecież nie miałam pojęcia, że wydarzy się coś takiego!

– Został skasowany, ale jest mnóstwo kopii – dodała druga z dziewcząt. – Na początku weszłam ze zwykłej ciekawości. Wszyscy pisali o tym filmiku, ale jak zobaczyłam, że jest na nim Diana, to… – Ukryła w dłoniach piegowatą twarz.

– Od razu zadzwoniłam do Diany – kontynuowała Karolina Wiśniewska. – To głupie, wiem. Przecież można się było spodziewać, że nie odbierze telefonu. Nie pomyślałam o tym. Sądziłam, że film to pomyłka, głupi żart. Potem zadzwoniłam do Axela, brata Diany. On już wiedział. Szybko się rozłączył, tłumacząc, że nie może rozmawiać, bo pakują się z matką i wracają do domu.

– Kiedy widziałyście się z Dianą po raz ostatni? – zapytała komisarz.

– W sobotę, około piętnastej poszłyśmy do Manufaktury na zakupy.

– A potem?

– Wróciłyśmy około osiemnastej, może wpół do siódmej. Potem już jej nie widziałam… A ty, Sandra?

Ruda uniosła głowę. Piegi obsypywały nie tylko twarz, ale również ramiona, które pocierała nerwowo dłońmi.

– Też jej nie widziałam – odparła. – Jak wróciłyśmy z Manu, pojechałam do domu. W niedzielę się nie spotykałyśmy, bo miałam imprezę rodzinną. Urodziny taty.

– Byłyście na zakupach we trójkę? Czy był z wami ktoś jeszcze?

Sandra Kobus dotknęła małej torebki przewieszonej przez ramię. Zapewne miała tam papierosy, pomyślała Rudnicka, i szukała czegoś, by zająć ręce. Typowy odruch palacza.

– Nie wylegitymuję cię – rzuciła Lena, znacząco spoglądając na torebkę.

Dziewczyna zawahała się i przeniosła wzrok na Marcela. Powinien zaoponować. W końcu dziewczyny miały dopiero po szesnaście lat, ale nie zrobił tego. Zrozumiał, czym kierowała się Lena. Chciała, by koleżanki Diany poczuły się przy nich swobodnie. Tylko wtedy wyciągną z nich więcej informacji. A po drugie, pomyślał Marcel, niczego by to nie zmieniło. I tak zapalą, tyle że trochę później.

Skinął więc głową, dając szesnastolatkom nieme przyzwolenie, żeby paliły papierosy w obecności stróżów prawa.

– Była z nami Roksana – wyjaśniła Sandra, zaciągając się cienkim elemem. Kliknęła kulkę w ustniku, by zmienić smak na miętowy, i wciągnęła kolejną porcję dymu.

– Roksana Antolak?

– Tak. Przyjaźnimy się.

– Ale Roksi poszła wcześniej – dodała Wiśniewska. – Musiała coś załatwić.

– Mówiła, co to za sprawa?

– Nie. Pytałyśmy, ale nie chciała powiedzieć.

– Roksi od jakiegoś czasu jest dziwna – skwitowała Sandra.

– Co to znaczy? – spytał Marcel, wyciągając z kieszeni paczkę westów. Poklepał się po kieszeni, szukając zapalniczki, ale dziewczyna podała mu swoją. Zapalił papierosa, a Rudnicka odsunęła się dwa kroki na bok, by nie wdychać nikotynowej chmury.

– Jest jakaś nieobecna – odparła Sandra, obracając w palcach ciężką, metalową zapalniczkę. Nie pasowała do jej drobnej postury i małych dłoni.

– Nieobecna to mało powiedziane – dodała Wiśniewska.

Ruda przyznała koleżance rację, kiwając głową.

– Wróćmy do Diany – poleciła Rudnicka. – Czy w sobotę, kiedy byłyście na zakupach, wydawała się wam jakaś inna? Czy miała problemy, o których nie powiedziała rodzicom?

Dziewczyny sposępniały. Wiśniewska wstała i przeszła wzdłuż murku, obejmując się ramionami. Włosy tańczyły wokół jej twarzy, podrywane przez wiatr. Wieczór zapowiadał się na równie gorący jak w ostatnich dniach, ale podmuchy ciepłego wiatru stanowiły miłą odmianę od kilkudniowej duchoty.

– Wydawała się normalna – rzekła w końcu. – Nic nie wskazywało na to, żeby… Gdybyśmy wiedziały, że zamierza odebrać sobie życie, to… – Z oczu popłynęły łzy. Dziewczyna starła je ze złością.

– Karo, nie mów tak – zaoponowała Sandra i uniosła głowę, by spojrzeć na policjantów. – Diana przez ostatnie tygodnie była inna…

– Ale w sobotę była normalna!

– Normalna?! Nie sądzę. To nie była nasza Diana, dobrze o tym wiesz!

– Spokojnie. – Marcel uniósł dłonie.

– Coś się wydarzyło, ale nie chciała nam powiedzieć! – krzyczała ruda. – Nie możemy tego zataić!

– Co mamy zatajać, skoro nie wiemy, co się stało?

– Spokój! – odezwała się Rudnicka. Ostry ton sprowadził nastolatki na ziemię. Wiśniewska posłusznie usiadła na murku, drapiąc nerwowo przedramię. Na jej skórze pojawiły się czerwone placki.

– O co chodzi? – zapytała komisarz.

– Nie wiemy – odparła cicho Sandra. Wydęła usta. – Właśnie chodzi o to, że niczego nie wiemy. Ostatnio Diana zrobiła się jakaś nerwowa. Twierdziła, że niby wszystko jest w porządku, ale widziałam, że ma jakiś problem.

– Zachowywała się inaczej niż zwykle?

– Tak, na przykład po szkole zawsze szłyśmy razem na autobus, a ostatnio chodziła sama. Uciekała między budynki, nie wracała z nami.

– Czy ktoś po nią przyjeżdżał?

– Na początku nie chciała zdradzić, dokąd chodzi. Ale raz ją przyłapałyśmy, prawda? – Odwróciła się do Wiśniewskiej, która kiwnęła głową.

– Miała kogoś – zawyrokowała Wiśniewska.

A jednak. Na razie chłopak Diany był czystą kartką, ale zapełnienie jej pozostawało kwestią czasu. Ponadto zeznania dziewczyn pokrywały się ze słowami wychowawczyni Diany.

Należało to sprawdzić.

– Wiecie, jak się nazywał? – spytała Lena.

– Któregoś dnia przyłapałyśmy Dianę, jak wsiadała do czyjegoś samochodu. Podeszłyśmy bliżej, a ona się speszyła. Mówiła o nim Dżejdżej.

– Dżejdżej? A coś więcej?

– Nie wiemy nawet, jak miał na imię – dodała Sandra.

– Jak wyglądał?

– Był starszy, może niedużo, ale na pewno około dwudziestki. Wysoki, ponad metr dziewięćdziesiąt, i chudy. Miał takie długie ręce i ogromne dłonie.

– I włosy – dorzuciła Karolina Wiśniewska. – Czarne, do pasa.

– Długie włosy?

– Mhm, związane w kucyk. Wyglądał jak rockman, ale ubranie miał raczej zwyczajne, zwykłą koszulę w kratę, ciemne spodnie i trampki.

– Ale był brzydki – uznała Sandra, po czym odwróciła wzrok, jakby zdała sobie sprawę, że nie powinna tego mówić.

– Brzydki? – zapytała Rudnicka.

– Miał blizny na twarzy. Pod okiem i na policzku.

Rudnicka zmrużyła oczy, jakby potrzebowała chwili na przetworzenie informacji. Chłopak miał blizny, pomyślała, bardzo dobrze. To oznacza, że znalezienie Dżejdżeja nie powinno stanowić problemu.

– Rozmawiałyście z Dianą o tym chłopaku? – podjął Marcel.

– Nie, to znaczy… – Wiśniewska się zawahała. – Próbowałyśmy, ale mówiła, że to zbyt świeże, żeby o tym mówić. Kłamała. Zawsze się sobie zwierzałyśmy, więc dlaczego teraz miała przed nami tajemnice? Może ten chłopak zabronił Dianie z nami rozmawiać?

 

– Czy kiedy spotkałyście Dianę przy samochodzie, wyglądała na zastraszoną?

– Bardziej na speszoną. Zawstydziła się, jakbyśmy ją na czymś przyłapały.

– Nie mówiła wam nic na temat tego chłopaka? – upewniła się Lena.

– Mówiła, że to dla niej coś ważnego. I że kiedyś o tym porozmawiamy, ale jeszcze nie teraz.

Lena nie miała doświadczenia z nastolatkami. Zresztą sama, będąc w wieku tych dziewczyn, nie miała wielu koleżanek. Nikomu nie zwierzała się ze swoich problemów. Ale wyglądało na to, że Diana Pulido była inna. Trzy przyjaciółki, z którymi dzieliła sekrety, były tego najlepszym potwierdzeniem. Dlaczego więc nie podzieliła się przemyśleniami na temat nowego chłopaka?

Ale przynajmniej jedna rzecz się wyjaśniła. Ostatnie dni w szkole Diana opuściła zapewne z powodu Dżejdżeja. Dla nastolatki związek ze starszym chłopakiem mógł być czymś wyjątkowym.

– Kojarzycie samochód, jakim przyjechał ten Dżejdżej? – zapytała.

– Bmw – odparła Sandra. – Białe, ale nie znam modelu. Jakiś starszy typ chyba.

– Tak, starszy – potwierdziła Karolina.

Rudnicka podziękowała dziewczynom za rozmowę. Policjanci w milczeniu poszli w kierunku samochodu.

Gdy włączali się do ruchu, myśli Leny krążyły wokół tajemniczego chłopaka Diany. Jeśli dziewczyna nie zwierzała się przyjaciółkom, istniała nadzieja, że to właśnie on przybliży policjantom, co w ostatnim czasie działo się w życiu Diany Pulido.

Muszą jak najszybciej odnaleźć tego Dżejdżeja.

7

Na podjeździe domu w Mileszkach stały dwa niedbale zaparkowane samochody. W poprzek, ze skręconymi kołami. Policyjni technicy są osobami raczej dbającymi o szczegóły i porządek, jednak w tym przypadku ich niedbałość miała uzasadnienie.

Wszyscy priorytetowo traktowali sprawę Diany Pulido.

Po szczegółowych oględzinach przekonali się, że dom państwa Pulido przypominał twierdzę. Solidna brama, antywłamaniowe drzwi i rolety w oknach oraz zaawansowany system alarmowy. Po krótkiej naradzie policjanci doszli do dwóch wniosków: jeśli ktoś wyniósł z domu ciało Diany, musiał znać kody do wszystkich zabezpieczeń. Druga możliwość – Diana sama wyłączyła alarm albo w ogóle go nie włączyła. Ale dlaczego nastolatka, przebywająca sama w domu, miałaby dezaktywować alarm? Powiesiła się w niedzielę o trzeciej w nocy. Według technik policyjnej Luizy Krajewskiej, która rozmawiała z Hanną Pulido, alarm włączał się automatycznie o dwudziestej drugiej – przechodził w tryb czuwania, rano zaś wymagał ręcznego wyłączenia. Więc jeśli intruz znał kod, miał około piętnastu sekund, żeby go rozbroić, aby system nie wykrył niepożądanego ruchu.

Marcel obserwował Lenę, która z zaciętą miną krążyła po salonie. Przez chwilę miał ochotę ją zapytać, o czym myśli. Nie odważył się. Wiedział, że ona nie dzieli się swoimi teoriami, dopóki nie pozna wszystkich faktów. A tych mieli zbyt mało.

Liz weszła do salonu. Na widok Marcela ściągnęła brwi.

– Wy znowu razem? – spytała.

– Chwilowo – burknęła Rudnicka. – Znalazłaś coś?

– Nie mam dobrych wieści.

– Jakoś mnie to nie dziwi. – Komisarz skrzyżowała ramiona.

– Chłopaki sprawdzili teren wokół domu. Żadnych śladów. Ani pod oknami, ani przy wejściu na taras. Nic podejrzanego.

– Czyli ktoś wyniósł ciało Diany, wychodząc drzwiami? – dopytał Marcel.

Rudnicka westchnęła przeciągle.

– Brawo, detektywie – zakpiła.

– Dokładnie tak – potwierdziła Liz. – Przy bramie garażowej również nic nie znaleźliśmy. Podobnie przy oknach. Sprawdziliśmy, czy są jakieś odciski palców, ale poza tymi należącymi do domowników jest czysto.

Ile może ważyć nastolatka? Z pewnością niewiele. Może czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt kilogramów. Diana była drobnej postury, ale mimo to, by wynieść ciało przez okno, sprawca potrzebowałby do pomocy jeszcze jednej osoby. Chyba że rzucił ciało na ziemię, wyskoczył oknem, a potem przeniósł w inne miejsce, ale ta teza wydawała się mało prawdopodobna. Gdyby ktoś wyrzucił ciało przez okno, technicy z pewnością znaleźliby jakieś ślady.

– To dobrze – skwitowała Rudnicka. – Przynajmniej wiemy, jak sprawca dostał się do domu.

– Nie do końca. – Liz uśmiechnęła się bez cienia wesołości. – Musiałam zasięgnąć informacji o zabezpieczeniach alarmowych. Rozmawiałam z Hanną Pulido, matką Diany. – Zrobiła pauzę. – Kody do systemu znali tylko domownicy.

Rudnicka przewróciła oczami.

– Chyba nie sugerujesz, że rodzina przyjechała znad morza, wyniosła ciało córki, a potem zgłosiła, że nigdzie nie może go znaleźć?

– Nie – odparła Liz. – Sugeruję, że ktoś, kto wyniósł ciało Diany, znał kod alarmu.

– Może Diana albo ktoś inny z domowników podał komuś ten kod – wtrącił Marcel. – Znajomym, rodzeństwu, babci?

– Rodzina twierdzi, że nikomu ich nie podawała – uściśliła Liz.

– To, że tak twierdzą, nie oznacza, że tak właśnie jest – zauważyła Rudnicka. – Ludzie kłamią w głupszych sprawach.

– W każdym razie – Liz rozłożyła ręce – sprawdziliśmy system alarmowy. Został dezaktywowany kilka minut przed północą. Ktoś go wyłączył.

– Co to znaczy? – zapytał Marcel. O systemach alarmowych miał raczej nikłe pojęcie. Rudnicka zerknęła na Wolskiego znudzonym wzrokiem.

– To dość prosty alarm – wyjaśniła Liz. – Są zamontowane czujniki ruchu, które mają za zadanie wykryć niepożądanych gości, puszka z sygnałem dźwiękowym, system nawigacyjny przy drzwiach i tak dalej. Kiedy domownicy przebywają w domu, system jest rozbrojony, a kiedy wychodzą, uruchamiają alarm, który przechodzi w stan czuwania i wykrywa intruzów. Wtedy alarm jest uzbrojony i domownik ma piętnaście sekund, żeby opuścić dom. Gdy wraca, ma tyle samo czasu, żeby wyłączyć system.

– Wszyscy o tym wiemy, Liz.

Technik spojrzała na Lenę.

– Alarm załączał się sam o dwudziestej drugiej, ale nie uruchamiał czujników w domu – kontynuowała. – Aktywował tylko czujniki przy oknach, drzwiach i wokół budynku.

– Ale ktoś wyłączył czujniki przy domu około północy? – upewnił się Marcel.

– Tak, ale żeby to zrobić, musiał wejść do budynku. Panel jest przy drzwiach. – Liz wskazała korytarz.

– Albo być już w środku – dodała Lena.

– Albo być w środku.

– Okej, a co z domem? Jakieś ślady?

– I tu się robi coraz ciekawiej… Sprawdziliśmy pokój Diany. Został wyczyszczony.

– Słucham? – Wolski uniósł brwi, pocierając zabandażowany nadgarstek.

– Wyczyszczony środkami chemicznymi. W łazience jest sporo chemikaliów i ktoś ich użył do wyszorowania podłogi. Od korytarza aż po pokój Diany. W innych pomieszczeniach nie ma śladów po tych środkach, są tylko na tym odcinku. – Uniosła palec i w powietrzu pokazała nieduży odcinek między drzwiami wejściowymi a pokojem dziewczyny. Z wiatrołapu wchodziło się na krótki korytarz, na wprost którego znajdował się salon, a po lewej rząd drzwi do pokoi domowników. Drzwi pokoju Diany były ostatnie. – U niej odnaleźliśmy największe stężenie środków czyszczących – dodała Liz. – Ktoś mocno się postarał, żeby zatrzeć ślady swojej obecności.

– Odciski? – zapytała Lena.

– Starte. Biurko, rama łóżka, szafki. Wszystko umazane w płynie do naczyń.

– Nie ma nic?

– Nic.

– Kurwa mać.

– To fascynujące – rzekła technik. – Jeszcze się nie spotkałam z czymś takim. Nawet gdy ludzie próbują zmyć po sobie ślady, zawsze coś zostaje, a tutaj wszystko wygląda tak, jakby przyjechała profesjonalna firma sprzątająca.

– Nie pocieszasz.

– Nie znaleźliśmy telefonu Diany – dodała technik. – Ale chłopaki postarają się go namierzyć.

– A komputer?

– Zabrali na komendę, ale nie zdążyli go jeszcze sprawdzić.

– Na co czekają?

– Są zawaleni pracą.

– Jak wszyscy.

– Jeśli coś znajdą, kazałam im zadzwonić do ciebie.

Pieprzone wakacje, pomyślała Rudnicka. Gdyby nie to, że na komendzie były braki kadrowe, wszystko przebiegałoby znacznie sprawniej.

– Gdzie jest moja córka?! Znaleźliście ją?!

Drzwi trzasnęły. Policjanci obrócili się w stronę korytarza. Hanna Pulido uniosła dłonie ku górze. Marcel mimowolnie się cofnął, wpadając na Rudnicką. Komisarz odepchnęła go ze wstrętem.

– Pani Pulido – zaczął Wolski.

Kobieta miała oczy spuchnięte od płaczu.

Inne książki tego autora