OsadzonyTekst

Z serii: Lena Rudnicka #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Kinga Wójcik, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Adrian Britton/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-594-0

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej Siostrze, Patrycji

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Wsobotnie październikowe przedpołudnie komisarz Lena Rudnicka stała w holu zakładu karnego przy Beskidzkiej w Łodzi i czekała, aż strażnik siedzący za biurkiem wyda zgodę na widzenie. Klawisz kręcił głową, stękał i mruczał pod nosem, przerzucając papiery. Nie ma pani na liście, orzekł w końcu, nie powinienem naginać przepisów. Komisarz posłała mu jeden ze swoich ujmujących uśmiechów. Jak zwykle to wystarczyło.

– Dobra, proszę wejść – rzucił. – Jasiek! Zaprowadź panią komisarz!

Jasiek okazał się znacznie młodszy od kolegi. Mundur miał świeży, prawie nowy, maszerował energicznym krokiem, demonstrując władzę, jaką dysponuje strażnik więzienny. Nowy, pomyślała Rudnicka, pracuje tu nie dłużej niż kilka miesięcy.

Szczęknęły kraty, przeszli korytarzem prowadzącym do sali widzeń. Pomieszczenie było nieduże, przypominało stołówkę z porozstawianymi po kątach stolikami, tyle że zamiast bufetu w centralnym punkcie znajdowało się wysokie okno, przez które strażnicy obserwowali wnętrze. Ścienny zegar wskazywał dziesiątą trzydzieści siedem.

Człowiek, z którym miała spotkać się Lena, już na nią czekał. Więzień z numerem trzynaście. Mężczyzna o bladej twarzy i niedogolonych policzkach wyglądał, jakby nie jadł od kilku dni. Więzienny uniform, za duży o kilka rozmiarów, wisiał na wychudłym ciele. Mężczyzna siedział ze splecionymi na blacie dłońmi, wodząc wzrokiem za komisarz Rudnicką, jak gdyby chciał zapamiętać każdy jej ruch. Gdy usiadła naprzeciwko, spojrzał jej prosto w oczy.

– Antoni Dunaj – powiedziała. – Kto by pomyślał?

Mężczyzna uśmiechnął się ponuro.

– Zmizerniałeś – ciągnęła komisarz. – W pudle kiepsko karmią?

– Cieszę się, że przyjęła pani moje zaproszenie – odparł. – To wiele dla mnie znaczy.

Antoni Dunaj miał łagodny, wręcz melodyjny głos. Gdyby jego życie potoczyło się inaczej, mógłby starać się o posadę filmowego lektora.

– Przedwczesna radość. Na fanfary nadejdzie pora, nigdy nie wiadomo, co wyniknie z naszej pogawędki.

– Konkretna z pani babka.

– Do rzeczy. Wyjaśnij mi, po jaką cholerę tarabaniłam się tu przez pół miasta w sobotni poranek.

– Przyjechała pani z własnej woli.

– Nie – uściśliła. – Z ciekawości.

Dunaj odchylił się na oparcie. Z jego twarzy nie schodził uśmiech. Zachowywał się jak na spotkaniu z dawno niewidzianą znajomą, chociaż widzieli się po raz pierwszy w życiu. Lena miała przeczucie, że nie ostatni.

Wpatrywał się w nią badawczo. Być może spodziewał się kogoś zupełnie innego. Może wyobrażał sobie Rudnicką jako doświadczoną policjantkę w wojskowych spodniach i o krótko ściętych włosach, tymczasem siedziała przed nim kobieta po trzydziestce – jego zdaniem zbyt młoda na stopień komisarza. Antoni jednak nauczył się, że nie wolno oceniać ludzi po wyglądzie, dlatego postanowił dać policjantce szansę.

– Powiesz wreszcie, po cholerę mnie tu ściągnąłeś? – burknęła.

– Oczywiście. – Uniósł otwarte dłonie i zaraz położył je splecione na blacie. – Pozwoli pani, że opowiem pewną historię. Dawno temu żył sobie człowiek. Prowadził dosyć nudne i przewidywalne życie. Miał nudną rodzinę, nudną pracę. Każdy dzień tego człowieka wyglądał dokładnie tak samo i był tak samo nudny. Człowiek przeklinał swój los, sądził, że inni mają lepiej od niego, że każdy napotkany na ulicy człowiek prowadzi lepsze życie. Sąsiadom zazdrościł nowego samochodu, kolegom z pracy zazdrościł premii, zazdrościł ludziom, których mijał na ulicy i tym, obok których siadał w tramwaju. Wydawało mu się, że Bóg specjalnie umieścił go w tak beznadziejnym ciele i skazał na tak nieszczęśliwy żywot. Zastanawiał się, czy Bóg wymierzał mu jakąś karę. Być może w poprzednim życiu wyrządził wiele złego, dlatego teraz został skazany na takie męki. Aż wreszcie nadszedł dzień, który odmienił wszystko. Nagle ten człowiek znalazł się na ustach całego kraju. Zyskał szacunek, którego nigdy nie miał…

– Stop – przerwała komisarz. – Co to za brednie?

– Proszę pozwolić mi dokończyć.

– Nie przyszłam tutaj wysłuchiwać durnych historyjek.

Wstała.

– Niech pani usiądzie i da mi chwilę.

– Dwie minuty – odparła Lena, siadając ponownie na krześle. – I ani sekundy dłużej. Przebywanie w tym miejscu źle na mnie działa. Czuję, że zaraz rozboli mnie głowa, i nie wiem, czy to wina tego miejsca, czy twojego trucia. A może jednego i drugiego.

– To miejsce ma zły wpływ nie tylko na panią.

– Gadaj.

– Pani wie, kim jestem, prawda?

Rudnicka przekrzywiła głowę.

– Siedzi przede mną człowiek skazany za trzynaście brutalnych zbrodni – odparła. – Ostatnią z nich popełniłeś trzynaście lat temu. Zostałeś skazany, zresztą słusznie, na dożywocie.

– Słyszałem, że jest pani dobrym śledczym.

– A to ciekawe. Gdzie słyszałeś?

– Tutaj. – Powiódł wzrokiem po ścianach. – Mówią, że jeśli sprawę prowadzi suka Rudnicka, to pozamiatane.

– Uznam to za komplement.

– Dlatego poprosiłem panią o spotkanie.

Dunaj zadzwonił do niej wczorajszego popołudnia, kiedy wychodziła z komendy. Wyświetlił się napis „numer nieznany”, co kazało jej sądzić, że skazany nie skorzystał z oficjalnego więziennego telefonu. Rudnickiej to nie dziwiło. Była pewna, że w więziennych murach krąży wiele nielegalnych komórek.

Zanim Rudnicka zgodziła się na spotkanie z Dunajem, zasięgnęła opinii znajomego klawisza. Chciała wiedzieć, czy się zmienił. To, co usłyszała, mocno ją zaskoczyło. Ponoć uchodził za wzorowego więźnia. Nie sprawiał żadnych problemów, chodził na zajęcia i pracował w więziennej kuchni. Podobno na początku miał parę utarczek z innymi osadzonymi. Zaliczył kilka bójek. Najwyraźniej niektórym współwięźniom nie spodobała się jego sława.

– Siedzę tu już trzynasty rok – powiedział. – Życie w więzieniu nie należy do najprzyjemniejszych.

– Siedzisz tu z konkretnego powodu.

Pokiwał głową.

Komisarz starała się wyczytać coś z jego twarzy, ale Dunaj nie zdradzał żadnych emocji. Ruchy miał spokojne i przemyślane, jakby długo przygotowywał się do tej rozmowy. Starał się zrobić dobre wrażenie na policjantce. Na tyle, na ile dobre wrażenie może zrobić ktoś, kto dostał dożywocie. Lena nie dała się nabrać na jego sztuczki. Spotkała w życiu wielu zwyrodnialców i wiedziała, że potrafią grać na uczuciach i emocjach drugiego człowieka.

– Ale chyba nie masz tutaj tak źle, co? – spytała. – Jako seryjny możesz liczyć na szacunek kumpli spod celi. W końcu jesteś sławny.

– Wolne żarty – prychnął. – Czym jest szacunek tych ludzi? Pedofilów i morderców? Kpi pani ze mnie, pani komisarz.

Trzynaście lat temu Antoni Dunaj zyskał sławę. Głównie dzięki mediom, które zwęszywszy sensację, zjechały do Łodzi. Każda stacja chciała mieć materiał dotyczący Dunaja. Filmowano rozmowy z ofiarami, groby ofiar, nagabywano prowadzących śledztwo. Dziennikarze ścigali się w domysłach na temat tożsamości mordercy. W studiach zasiadali eksperci analizujący wszystkie aspekty popełnionych zbrodni. Nie wiadomo, który z dziennikarzy po raz pierwszy użył tego określenia. Zaraz podchwycili je wszyscy, także policjanci. Antoni Dunaj trafił do panteonu polskich seryjnych morderców. Zyskał pseudonim Trzynaście, ponieważ przy każdej ofierze zostawiał bukiet trzynastu róż. Zanim go ujęto, odebrał życie trzynastu kobietom.

– Tracę cierpliwość – warknęła komisarz i zabębniła palcami o blat. – Więc powiesz, po jaką cholerę mnie tutaj ściągnąłeś, albo wychodzę i więcej się nie zobaczymy.

– Ma pani rację – przyznał. – Telefon do pani nie był łatwą decyzją, ale uważam, że nadszedł odpowiedni moment, by wyznać prawdę.

– Jaką prawdę?

– Dostałem dożywocie.

– Wszyscy o tym wiedzą.

– Proszę, żeby jeszcze raz przejrzała pani akta sprawy.

– Niby po co?

– Popełniono błąd.

– Doprawdy?

Antoni Dunaj milczał przez chwilę.

– Jestem niewinny – oznajmił.

Lena uśmiechnęła się z powątpiewaniem.

– Skazano nieodpowiedniego człowieka – zapewnił.

– Zdajesz sobie sprawę, że gdyby posadzić tutaj któregokolwiek z twoich kumpli, zamieszkujących ten przybytek, mówiliby dokładnie to samo? – zapytała. – Wy wszyscy jesteście niewinni.

– Proszę przejrzeć akta. Podobno jest pani dobry śledczym.

– Po trzynastu latach przypomniało ci się, jak było naprawdę?

– Sprawy zabrnęły zbyt daleko.

– Jakie sprawy?

– Nie czas, by o nich mówić. Musi pani uwierzyć mi na słowo.

– Nic nie muszę – odparła. – A poza tym twoje słowo jest gówno warte.

Dunaj pokiwał głową, jakby spodziewał się takiej reakcji.

– Nie mogę powiedzieć pani nic więcej – odparł. – Jeszcze nie teraz.

 

– W co ty grasz, Dunaj?

– Chcę, aby człowiek, który zamordował tamte kobiety, został skazany.

– Jest tylko jeden problem.

Antoni zmarszczył brwi.

– Jaki? – spytał.

– Przyznałeś się do winy. Trudno z tym polemizować.

– Miałem powody.

W sali widzeń zapadła cisza. Rudnicka postanowiła się zbierać. Nic tu po niej. Zmarnowała tylko czas. Cholerny świr sądzi, że uda mu się wyjść z więzienia, ale używa w tym celu prymitywnych sposobów.

– Ja tutaj zostanę – powiedział, jakby czytał jej w myślach. – Nie chcę, żeby wyciągnęła mnie pani z więzienia. Kiedy prawda wyjdzie na jaw, ja i tak tutaj zostanę. Proszę mi wierzyć.

– Jaka prawda? O czym ty mówisz?

– Muszę chronić bliskich. Nie mogę powiedzieć nic więcej.

– Przed chwilą mówiłeś, że jesteś niewinny.

– Jestem niewinny w sprawie, w której zostałem skazany.

Kątem oka dostrzegła strażnika. Kręcił się zdecydowanie zbyt blisko stolika, przy którym siedzieli. Podsłuchiwał.

– Niedługo się zacznie – dodał Antoni.

– Co? Co się zacznie?

– Minęło trzynaście lat.

ROZDZIAŁ I

WTOREK, 17 PAŹDZIERNIKA

1

Dochodziła trzecia nad ranem, kiedy komisarz Lena Rudnicka i sierżant sztabowy Marcel Wolski brnęli przez kałuże w parku na łódzkim Widzewie. To był chłodny poranek, temperatura nie przekraczała pięciu stopni. Z ust policjantów wylatywała para. Sierżant pocierał zmarznięte dłonie.

– Zabiję dyżurnego – mruknęła Rudnicka i zaciągnęła poły kurtki. – Przysięgam, że go zabiję. Tylu policjantów na tej pieprzonej komendzie, ale on musiał zadzwonić akurat do mnie.

– A ty musiałaś zadzwonić akurat do mnie?

– Jesteśmy partnerami. Skoro ja mam nockę z głowy, to ty też.

– Musiało stać się coś ważnego, skoro wezwali nas w środku nocy.

Komisarz przystanęła, by spojrzeć na niego z politowaniem. Sierżant był od niej kilka lat młodszy. Na łódzkiej komendzie pracował dopiero od paru miesięcy, po przenosinach z Warszawy.

– Oby to było coś arcyważnego – mruknęła. – Inaczej go zamorduję.

Wezwanie dostali przed niespełna czterdziestoma minutami. Lena od razu zadzwoniła do Wolskiego. Od jakiegoś czasu tworzyli zespół. Początki do najłatwiejszych nie należały, ale zdawało się, że współpraca układa im się coraz lepiej.

Początkowo Marcel sceptycznie podchodził do przeprowadzki. W Warszawie żyło mu się nieźle, ale ojciec – komendant łódzkiej policji – nie odpuszczał. Przekonał syna, że w rodzinnym mieście ma większe szanse na rozwój zawodowy. Wiedział, że dla Marcela to istotny argument. Chciał być dobrym gliną, a ojciec obiecał, że pozwoli mu pracować z jedną z najlepszych śledczych w kraju – z komisarz Leną Rudnicką. Dzień przed rozpoczęciem pracy w nowej jednostce Wolski wybrał się do baru. Gdy później się nad tym zastanawiał, uznał, że los podle z niego zadrwił. Kolejny raz. W tamtym barze spotkał kobietę. Całkiem fajnie im się rozmawiało, a jeszcze lepiej dogadali się w jego łóżku w kawalerce na Szóstego Sierpnia.

Rano w komendzie przekonał się, że spędził noc z panią komisarz, którą tak bardzo chciał poznać. Na domiar złego jej mężem okazał się prokurator prowadzący z nimi śledztwo.

Ale to już przeszłość. Przynajmniej tak sądził Marcel.

– Jeżeli kiedykolwiek kogoś zamordujesz, przypuszczam, że nigdy się o tym nie dowiemy – rzucił. – To przerażające.

– Dzięki – burknęła. – Słabe pocieszenie, ale komplement niezły.

Marcel się uśmiechnął.

Parkowa alejka była pogrążona w mroku. Rudnicka co kilka metrów przeklinała pod nosem. W oddali w światłach policyjnych reflektorów dostrzegli kilka osób. Marcel rozpoznał technik Luizę Krajewską i lekarza sądowego Felicjana Banię.

Nagle przed policjantami stanęła korpulentna kobieta. Miała może metr pięćdziesiąt wzrostu i piętnaście kilogramów nadwagi. Obfity brzuch wylewał się spod płaszcza. Prokurator Bożena Kmiecik nie należała do najprzyjemniejszych osób, jakie człowiek może spotkać w swoim życiu. Rudnicka nazywała ją starą zrzędą, co dość trafnie oddawało charakter prokurator, która dobrze pamiętała czasy PRL-u, a metody, jakimi posługiwała się podczas śledztw, dalece odbiegały od powszechnie przyjętych standardów.

– Długo kazaliście na siebie czekać – powiedziała. – Myślicie państwo, że nie mam nic innego do roboty?

Wolski zerknął na Lenę. Był pewien, że z trudem powstrzymuje się od złośliwego komentarza.

– Co mamy? – zapytała, mijając prokuratorkę.

– Ciało.

– Zdążyłam się domyślić.

– Zwłoki znalazł poranny biegacz.

– Czyli standard.

W pobliżu stał mężczyzna w sportowym stroju. Przebierał nogami, chuchając w dłonie. Zerkał nerwowo na sportowy zegarek.

– Chodzę do pracy na piątą, dlatego robię trening o tej porze – wyjaśnił policji. – Przygotowuję się do maratonu. Zdziwił mnie widok kobiety siedzącej w środku nocy na ławce, do tego w taką pogodę, więc podszedłem do niej, i wtedy się przekonałem, że jest martwa.

Rudnicka przeszła pod policyjną taśmą. Dwóch mundurowych pilnujących przejścia odwróciło wzrok. Komisarz poczuła, że coś jest nie tak. Atmosfera była napięta.

Lena spojrzała na zwłoki.

– O kurwa – mruknęła pod nosem.

– Kobieta, wiek około trzydziestu pięciu lat – powiedziała prokurator, która podążyła za Rudnicką.

– Coś więcej?

– Tożsamość nieznana.

– Żadnych dokumentów?

– Żadnych.

Kobieta siedziała na ławce, otulona futrzanym paltem. Na nogach miała ciężkie, wojskowe buty. Szkliste oczy patrzyły w górę. Drobne dłonie trzymały bukiet czerwonych róż. Wyglądała, jakby przysiadła na ławce tylko na chwilę. Na jej szyi odznaczała się krwista pręga.

– Poderżnięto jej gardło – zauważyła Rudnicka.

– Według doktora Bani to najprawdopodobniej przyczyna zgonu.

Lena ostrożnie pochyliła się nad ciałem.

– Wykrwawienie – mruknęła. – Umiejętne cięcie. Linia nie ma szarpnięć. Ktoś sprawnie poprowadził ostrze.

– Uznałam, że zanim zabierzemy ciało, powinnaś to zobaczyć. Zdjęcia nie oddałyby tego w pełni.

Rudnicka pomyślała, że nie pamięta, by kiedykolwiek wypiły bruderszaft z prokurator.

– Uznaj to za gest przyjaźni – dodała Kmiecik.

– Doceniam.

Komisarz rozejrzała się dookoła, szukając Wolskiego. Stał jakieś sto metrów dalej. Napotkawszy jej wzrok, odwrócił głowę. Zawołała go, a Wolski z ociąganiem ruszył w jej stronę. Cały Marcel. Kiedy tylko mógł, unikał zwłok. Twierdził, że nie może potem spać.

– Tylko się nie porzygaj – rzuciła, kiedy stanął obok.

Marcel przełknął ślinę. Wahał się kilka sekund, zastanawiając się, czy spojrzeć na martwe ciało. Wiedział, że powinien. Szybko zerknął i odwrócił wzrok, co Lena skomentowała cichym westchnieniem. Na widok kobiety z rozdartym gardłem przeszedł go lodowaty dreszcz. Cofnął się o krok, gdy poczuł, że robi mu się niedobrze. Oparł dłonie na kolanach i ciężko oddychał, potem uniósł głowę, zakrywając usta. Jeszcze chwilę, pomyślał, zaraz przejdzie. Skupił się na tym, by nie zwymiotować przy wszystkich. Chłopaki dopiero miałyby używanie na komendzie.

– Przepraszam – odezwała się prokurator. – Czy sierżant Wolski po raz pierwszy w życiu widzi zwłoki?

– Nie, przepraszam… – zająknął się. – Po prostu…

– Zatruł się bułką na stacji – wyjaśniła Lena. – Trochę go teraz cofa.

Wydawało się, że prokurator chciała coś dodać, ostatecznie jednak pokręciła głową i wsunęła dłonie w kieszenie płaszcza. Uznała temat za zakończony.

– Jakieś ślady? – zapytała komisarz.

– Technik nad tym pracuje, ale całą noc padał deszcz – odparła Kmiecik. – Może być ciężko.

– Wiadomo, kiedy zmarła?

– Bania stwierdził, że przynajmniej kilka godzin temu.

– Sprawca nie zabił jej tutaj. Mimo deszczu jest zbyt czysto.

– Zwłoki zostały przeniesione.

Alejka, w której znaleziono ciało, była na uboczu, oddalona od głównego wejścia.

– Niech mundurowi sprawdzą park – rozkazała Rudnicka. – Na wszelki wypadek.

– To oczywiste.

– Zamordował ją w innym miejscu, ale może znajdziemy jakiś ślad. Cokolwiek.

Lena spojrzała na ciało. Wskazała bukiet w dłoniach ofiary.

– Ile jest tych chwastów? – zapytała.

– A jak sądzisz?

– Policzyliście?

Nie czekając na odpowiedź, podeszła bliżej i szybko przeliczyła kwiaty. Serce zabiło jej szybciej.

– Trzynaście – powiedziała. – Ona trzyma trzynaście róż.

2

Irena Dunaj uwielbiała palić.

Pierwszego papierosa wypaliła, mając szesnaście, może siedemnaście lat. Dobrze pamiętała tamten wieczór przy ognisku nad rzeką. Dostała zaproszenie od Janka Wasilewskiego, który z uporem się do niej przystawiał, a ona z takim samym uporem odtrącała jego zaloty. Minęło tyle lat, a ona wciąż pluła sobie w brodę, że nie wzięła Janka za męża. Niczego mu nie brakowało – był przystojny, pochodził z zamożnej rodziny – a matka wbiła Irenie do głowy, że jeśli już zdecyduje się rozłożyć nogi przed facetem, najlepiej, żeby miał gruby portfel. Cóż, portfel Janka kilka lat po pamiętnym ognisku okazał się naprawdę gruby. Kiedy jego ojca przejechał samochód, a załamana matka nie była w stanie prowadzić firmy, Janek przejął wszystkie obowiązki. Firma nazywała się Skóry Wasilewski, nazwa może niewyszukana, ale na początku lat osiemdziesiątych nikt nie zwracał na to uwagi. Skóry Wasilewski były prężnie rozwijającym się przedsiębiorstwem. Wyroby skórzane były w cenie, a ojciec Janka miał rozległe znajomości partyjne, co sprawiło, że rodzina Wasilewskich w krótkim czasie dorobiła się sporej gotówki. Dlatego Irena do tej pory żałuje, że nie rozłożyła nóg przed Jankiem Wasilewskim.

Ale w tamtym czasie, kiedy przyszły przedsiębiorca zabrał ją nad rzekę, nie w głowie jej były romanse. Nie szukała chłopaka. Dobrze czuła się jako singielka. Dość nasłuchała się rozmów nieszczęśliwych koleżanek matki, by wdać się w młodzieńczy romans i zajść w ciążę. Nigdy nie planowała dzieci. Nie żeby ich nie lubiła, ale miała inne plany. Chciała zrobić karierę – to był jej cel. Niestety, życie potoczyło się tak, że zawodowa droga Ireny skończyła się w sklepie spożywczym.

Wracając do palenia papierosów i imprezy nad rzeką, Irena do dziś ma w pamięci pierwszego papierosa. Było późno, impreza się rozkręcała. Nastolatkowie popijający wino własnej roboty, zataczający się po plaży i wymiotujący w krzakach. Tak wtedy wyglądały młodzieżowe imprezy i pewnie tak samo wyglądają dziś. W kwestii nastolatków i alkoholu niewiele się zmieniło.

Janek był nałogowym palaczem. Zawsze miał przy sobie paczkę fajek, którymi częstował wszystkich dookoła (do momentu, aż ojciec znalazł w jego pokoju kilka wagonów popularnych i sprał go na kwaśne jabłko). Ale wtedy nad rzeką Janek kopcił jak lokomotywa. Irena się krzywiła, bo dym papierosowy dusił ją w gardle i zwyczajnie śmierdział, co jednak przestało jej przeszkadzać, gdy wypiła połowę butelki wina wiśniowego. Nagle wszystko jej zobojętniało, nawet wędrująca po jej udzie dłoń Janka. Może gdyby rozłożyła wówczas przed nim nogi, jej przyszłość wyglądałaby teraz zupełnie inaczej.

Ale nie rozłożyła. Miała swoją godność. Zamiast zaprowadzić Wasilewskiego w ustronne miejsce, wzięła od niego papierosa. I tak się zaczęło.

Dzisiaj Irena wypala dziennie paczkę cameli. A to i tak, powtarza znajomym, sukces, bo wcześniej z dymem puszczała dwa kartoniki, czterdzieści sztuk, lecz gdy cena paczki papierosów przekroczyła czternaście złotych, uznała to za zniewagę palaczy. Nie będę wspierała tych złodziei, mawiała, tylko wyciągają pieniądze od naiwnych klientów. Jeśli mam płacić za własną śmierć, na pewno nie wydam na nią więcej niż czternaście złotych dziennie.

Irena nie lubi chodzić do lekarzy. Jej rówieśnice często wymyślają sobie choroby, biegają od jednego doktora do drugiego. Często by zabić czas, który na emeryturze wlecze się niemiłosiernie. Ale Irena nienawidzi lekarzy i nie znosi pielęgniarek. Gdyby ktoś siłą zaprowadził ją do przychodni i zrobił zdjęcie jej płuc, zobaczyłaby, że przypominają dwa czarne węgle. Ona jednak machnęłaby na to ręką i odpaliła następnego camela. Przecież gdyby rak chciał ją zabić, toby nie czekał sześćdziesięciu lat.

Irena przez tyle lat nie umarła i uznawała to za jedyny sukces w swoim życiu.

Wszystko inne rozsypało się niczym domek z kart. Janek Wasilewski nie został jej mężem, chociaż bardzo chciał, Irena odrzuciła jego oświadczyny. Dwa lata później ożenił się z Amelią Fisek. Trudno mu się dziwić, w tamtym czasie Amelia była naprawdę piękną dziewczyną. Kto mógł przewidzieć, że kilka lat po ślubie podczas pracy w tartaku odetnie sobie rękę, a dziesięć lat później, dowiedziawszy się o romansie męża, weźmie kabel od przenośnego piecyka i zawiśnie na żyrandolu? Janek nie miał szczęścia w życiu, podobnie jak Irena. Dobra passa Skór Wasilewski dobiegła końca. Firma upadła, a sam Janek popadł w alkoholizm, zamienił okazały dom na przedmieściach na kawalerkę na Bałutach z widokiem na śmietnik. Podobno pracował jako kosiarz miejskich trawników.

 

Irena kilka lat po zapaleniu pierwszego papierosa wzięła sobie za męża Karola Dunaja. Z wiadomych względów małżeństwu przeciwna była jej matka. Karol nie był ani przystojny, ani bogaty. Pochodził z biednej rodziny, ojciec zapił się na śmierć, a Dunajowa samotnie wychowywała trójkę dzieci. Rodzina liczyła każdy grosz i według matki Ireny nie myli się często. Irena miała inne zdanie. Nie dała się zniechęcić i nadal spotykała się z Karolem. Rzadko zwierzała się matce, wychodząc z założenia, iż nie ma obowiązku dzielenia się swoim prywatnym życiem z kimś, kto sprowadził ją na ten świat zupełnie przypadkiem.

Tak więc, po czterech miesiącach znajomości, Irena wyszła za Karola. Ślub był skromny, co bardzo zniesmaczyło matkę Ireny – bo wesele należy wyprawić z pompą, żeby sąsiedzi mieli o czym mówić. Irena i Karol zaprosili tylko kilka osób i zorganizowali skromne przyjęcie, co według matki było pierwszym zwiastunem porażki, na jaką małżeństwo córki było skazane od początku. Za kilka lat Irena miała na własnej skórze odczuć rozmiary tej porażki.

Pierwsze tygodnie były jednak cudowne. Karol wydawał się wspaniałym mężczyzną. A matka tylko złowróżbnie kiwała głową. Pożyjemy, zobaczymy, mówiła, faceci to zwierzęta, sama się przekonasz. W gruncie rzeczy Irena wcale nie dziwiła się matce. Życie mocno ją doświadczyło i pokarało najgorszym mężem, jakiego było można znaleźć na tej planecie. Irena była przekonana, że jej się poszczęści. Nie wiedziała wówczas, że Bóg w jej przypadku wykaże się specyficznym poczuciem humoru.

3

W komendzie przy ulicy Sienkiewicza panowała przygnębiająca atmosfera.

Komisarz Lena Rudnicka zaparzyła kawę, po czym usiadła przy biurku, opierając nogi na blacie. W dłoniach trzymała parujący kubek. Czuła się senna. Ostatnio źle sypiała. Nie pomagały ziołowe specyfiki z apteki, które zachwalały farmaceutki. Każdego wieczoru, mimo że połknęła tabletkę, pół nocy przekręcała się na łóżku. Miała też świadomość, że nadchodzące dni nie dadzą jej wytchnienia.

Sierżant Wolski wyglądał niewiele lepiej, ale jego bezsenność miała inne podłoże. Od paru tygodni męczyły go koszmary. Budził się w nocy zlany potem. Nie potrafił wygnać z głowy obrazów, które widział za dnia. Przybierały różne kształty i formy. Czasem widywał kobietę bez głowy i rąk, z ciałem trupio bladym, nadgniłym, po którym pełzały larwy. Innym razem nawiedzał go stary mężczyzna z twarzą fioletową niczym dojrzałe winogrono, napuchniętą od alkoholu, z ogromną, krwawiącą dziurą w klatce piersiowej. Wolski podejrzewał, że jeszcze kilka miesięcy w policji, a będzie potrzebował pomocy psychologa.

Do gabinetu wszedł naczelnik. Marcel podał mu dłoń. Ostrowski wykrzywił się w uśmiechu, który przypominał raczej grymas niezadowolenia, wsunął dłonie w kieszenie żołnierskich spodni i przedefilował po pokoju. Nie pofatygował się, by podać rękę Rudnickiej, ale nie wyglądała na urażoną. Ta dwójka od dawna nie przepadała za sobą.

– Co to za sprawa? – warknął. – Jest czwarta nad ranem.

Rudnicka spokojnie upiła łyk kawy i opadła na oparcie krzesła, splatając dłonie na brzuchu. Jasne, że mogła nie informować Ostrowskiego o dzisiejszym znalezisku w parku. Uznała jednak, że sprawa jest pilna i należy działać jak najszybciej.

– Powiedz to trupom – odparła. – Może któryś zgodzi się poczekać, aż wypijesz poranną kawę, zjesz jajecznicę na maśle i przejrzysz poranną prasę.

Wolski wiele razy się zastanawiał, czy Rudnicka i Ostrowski zakopią kiedyś topór wojenny. Na pewno nie w najbliższym czasie. Naczelnik ostentacyjnie obnosił się ze swoją niechęcią do Leny. W głowie mu się nie mieściło, by kobieta pracowała w policji, miała stopień komisarza i zajmowała się najważniejszymi sprawami, jakie trafiały na komendę. To męski świat, powtarzał i utrudniał Rudnickiej pracę na każdy z możliwych sposobów. Jednym z jego ulubionych było zasypywanie ją stosem dokumentów i raportów. Komisarz nie kwapiła się do ich wypełniania, więc dla załagodzenia konfliktu Wolski często wypełniał papiery za nią. Była mu za to wdzięczna, chociaż nigdy nie podziękowała.

Ostrowski podszedł do ekspresu i zaparzył sobie kawę.

– Spać mi się, kurwa, chce – rzucił. – Nie mogłaś poczekać do jakiejś ludzkiej godziny? O tej porze ciężko mi się myśli.

– Tobie myślenie sprawia trudność o każdej porze.

Ostrowski prychnął.

– Co to za ważny trup? – zapytał.

– Mówiłam przez telefon.

– Powiesz to jeszcze tysiąc razy, jeśli ci każę.

– Z pamięcią też masz kłopot?

Ostrowski zmierzył Lenę wzrokiem, a Wolski wstrzymał oddech.

– Seryjny, tak? – spytał naczelnik, a na jego twarzy pojawił się pogardliwy uśmieszek. – Bez jaj. Nie mam ochoty na żarty.

– Poniekąd.

– Co poniekąd? Co to, kurwa, znaczy poniekąd?

Rudnicka milczała.

– Możesz rozwinąć? – ponaglił ją naczelnik. – Mówże, do cholery, bo nie mam całego dnia.

– Zwłoki kobiety, około trzydziestu pięciu lat, poderżnięte gardło.

– I to powód, by sądzić, że mamy do czynienia z seryjnym? – Zaśmiał się. – Większość rodzinnych morderstw jest popełniana z użyciem noża. Ludzie najczęściej sięgają po to, co mają pod ręką, a najczęściej są to noże.

– Jest tylko pewien szczegół… – Lena zawiesiła głos. – Denatka trzyma w dłoniach bukiet róż. Zgadniesz, ile ich jest, czy potrzebujesz podpowiedzi?

Ostrowski znieruchomiał. Po jego twarzy przemknął cień zaskoczenia. Potrzebował kilku sekund, by przyswoić słowa komisarz.

– Jeśli robisz sobie jaja, wyciągnę konsekwencje – warknął.

– Nie mam aż tak paskudnego poczucia humoru.

– Naśladowca?

– Tak przypuszczam.

– Kurwa – rzucił Ostrowski i odstawił na biurko kubek z kawą. – Jak dowiedzą się o tym media, mamy przejebane. Najogólniej mówiąc.

– Owszem. – Lena skinęła głową. – Ale może na razie uda nam się zachować to w tajemnicy. Media nie są nam do niczego potrzebne.

– Ale wiesz, jaka jazda czeka nas potem?

– Domyślam się.

– Jeśli nie poinformujemy opinii publicznej o zagrożeniu, zjedzą nas żywcem. Już widzę te nagłówki, że łódzka policja zataiła informacje o mordercy grasującym w mieście. Cudownie, kurwa, zapowiada się cudownie.

Lena nie była zaskoczona, że naczelnik bardziej przejął się mediami niż martwą kobietą.

– Jaki naśladowca? – zapytał Marcel, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

– Znamy tożsamość ofiary? – spytał Ostrowski.

Rudnicka wstała i przespacerowała się po pokoju. Zatrzymała się przy oknie i wyjrzała przez szybę. Skrzyżowała ramiona i spojrzała na naczelnika.

– Znamy – odparła, łapiąc zaskoczone spojrzenie Wolskiego.

– O ile mi wiadomo, przy zwłokach nie było dokumentów – zauważył.

– Krajewska sprawdziła w bazie danych.

Wolski pochwalił w myślach policyjną technik. W czasie, kiedy on i Rudnicka jedli szybkie śniadanie w fast foodzie, ona zdążyła ustalić tożsamość ofiary. Szybko jej poszło. Szkoda tylko, że Rudnicka wcześniej nie podzieliła się z nim tą informacją.

– Dowiem się wreszcie, kim jest ofiara? – spytał Ostrowski.

– Angelika Krantz – odpowiedziała Lena. – Trzynaście lat temu została uznana za zaginioną.

Naczelnik patrzył na Rudnicką tępym wzrokiem. Wiedzieli, z czym będzie wiązało się to śledztwo. I nikomu się to nie podobało.

– Trzynaście lat temu zaginięcie Angeliki zgłosili jej rodzice – ciągnęła komisarz. – Zofia i Lech Krantzowie twierdzili, że córka wyszła do pracy i już nie wróciła. Z dokumentów, które przesłała mi Krajewska, wiem, że policja wszczęła poszukiwania, ale bez rezultatów. Sądzę, że przyjmujący zgłoszenie policjant olał temat. Wszyscy skupiali się wtedy na szukaniu seryjnego mordercy kobiet. Starzy Angeliki mieli wyjątkowego pecha, że trafili na przygłupa. Każdy inny gliniarz wpadłby na to, by połączyć obie sprawy.

– Czekaj, czekaj. – Ostrowski uniósł dłoń. – Martwą znaleźliśmy ją dopiero teraz, a pamiętajmy, że Trzynaście siedzi w pierdlu. Czyli to nie on stał za zniknięciem dziewczyny.

Inne książki tego autora